Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sidney Franklin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sidney Franklin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 lipca 2019

Ziemia błogosławiona/The Good Earth (1937)

Film o patriarchalizmie

Reżyseria: Sidney Franklin
Kraj: USA
Czas trwania: 2 h 17 min.

Występują: Paul Muni, Luise Rainer, Walter Connolly, Tilly Losch, Charley Grapewin

Od śmierci producenta Irvinga Thalberga minęło pół roku, kiedy w kinach zagościł film okrzyknięty jego "ostatnią wielką produkcją". Ziemia błogosławiona była jednym z droższych i ambitniejszych przedsięwzięć MGM-u. Film oparty na powieści Pearl Buck, którego akcja rozgrywała się na początku XX wieku w Chinach, kręcono trzy lata. Ambitny Thalberg początkowo pragnął wykorzystać oryginalne chińskie plenery i prowadził w tej sprawie negocjacje z samym Czang Kaj-szekiem. Zbyt wygórowane żądania Azjatów co do kontroli nad scenariuszem oraz niestabilna sytuacja wewnętrzna Państwa Środka zaważyły na fakcie, że pola ryżowe i zagony pszenicy filmowano jednak na ranczu w Kalifornii. Drugi ambitny pomysł Thalberga miał polegać na obsadzeniu w głównych rolach Chińczyków lub Amerykanów pochodzenia azjatyckiego. I tutaj się nie udało, tym razem z uwagi na obostrzenia Kodeksu Haysa, który zabraniał "mieszania ras" na kinowym ekranie. Ostatecznie najważniejsze role zagrali znani amerykańscy aktorzy - Paul Muni, Luise Ranier czy Walter Connolly zostali całkiem przekonująco ucharakteryzowani na Azjatów. Pewien niesmak pozostał, ale takie to były czasy. Ameryka była zmuszona udawać Chiny, żeby nie urazić uczuć rasistów z Południa.

Film opowiada o losach rodziny chińskich rolników. Rozpoczynamy ślubem Wanga, inteligentnego młodego gospodarza, z O-Lan, niewolnicą służącą dotąd najbogatszej rodzinie w wiosce. Małżeństwo okazuje się udane. Pracowitość Wanga i wytrwałość O-Lan pozwalają im pomnożyć majątek i powiększyć areał gospodarstwa. Rodzą im się także dwaj synowie i córka. Los odmienia się wraz z nadejściem suszy, która zmusza Wangów do porzucenia gospodarstwa i udania się za pracą do wielkiego miasta. Tam poznają nędzę i chaos trwającej rewolucji. Cały czas trwają jednak w nadziei, że uda im się przeczekać trudne czasy, odłożyć nieco grosza i wrócić na ukochaną wieś.

Ziemia błogosławiona jest sagą rodzinną, która skupia się na dwóch kwestiach - więzi łączącej chińskiego rolnika z ziemią oraz roli kobiet w tamtejszej społeczności. Ziemia jest dla Wangów wartością najwyższą, a jej gromadzenie i dbanie o nią - źródłem cnót i szczęścia. Całe ich życie toczy się wokół upraw, a najbardziej monumentalne sceny obejmują walkę o ocalenie zbiorów przed huraganem, a następnie próbę odparcia plagi szarańczy. Nawet w obliczu głodu główny bohater odmawia sprzedaży pola, woląc zostawić je odłogiem i powrócić, gdy minie susza. Gdy natomiast uwaga Wanga zostaje odciągnięta od ziemi, jego rodzina natychmiast zaczyna ponosić szkody. Warto tu zaznaczyć, że w przedrewolucyjnych Chinach rolnik zajmował w hierarchii społecznej drugie miejsce po urzędniku, zatem posiadanie ziemi było oznaką wysokiego statusu społecznego.

Drugi wątek, związany z losem kobiet, ukazany jest na przykładzie życia O-Lan. Zaczyna jako niewolnica, zbyt zastraszona by choćby spojrzeć na swojego narzeczonego. Jego serdeczność i życzliwość jest wyraźnie nietypową postawą wśród chińskich małżonków. Widoczne jest to nawet w codziennych obyczajach, kiedy zadaniem gości jest komplementować gospodynię (zamkniętą za drzwiami kuchni), natomiast mąż winien kurtuazyjnie ją poniżać. Wang robi to wyraźnie z przymrużeniem oka. O-Lan wiele przechodzi podczas swego życia. Pracuje do samego porodu i niezwłocznie po nim wraca na pole. O włos unika rozstrzelania podczas miejskich zamieszek. Później zaś, gdy Wangowie stają się bogaci, jest zmuszona znosić obecność bezczelnej i rozrzutnej konkubiny męża. Luise Rainer znakomicie wcieliła się w postać tej cichej męczennicy, która tak wiele wypracowuje dla swej rodziny, nie otrzymując za to prawie żadnej nagrody. Nawet znakomity zazwyczaj Paul Muni wypada przy niej raczej śmiesznie niż przejmująco. Ziemia błogosławiona to opowieść o zacofaniu chińskiego społeczeństwa. Mimo że wiele kwestii złagodzono (podobno praca z cenzorami Haysa była prawdziwa katorgą), wyłania się z niej brzydki obrazek patriarchalnego koszmaru, w którym kobieta stanowi nieledwie przedmiot domowego użytku.

Od strony kinematograficznej szacunek budzi rozmach, z jakim zrealizowano poszczególne sceny plenerowe. Ponoć ekipa spędziła sporo czasu, uganiając się po USA za prawdziwymi stadami szarańczy, by zdobyć wiarygodne zdjęcia. Również działania żywiołów przedstawiono efektownie i wiarygodnie. A jednak pomijając cały ten rozmach i egzotykę Ziemia błogosławiona to prosty film o wartościach rodzinnych, które mogły rozkwitnąć nawet w tak opresyjnym społeczeństwie jak chińskie. Co prawda Wong nie zdaje sobie sprawy z wagi wyrzeczeń żony, a ona dba, aby za wiele mu nie zdradzić, jednak podświadomie stara się być dla niej dobry. To wzruszający, optymistyczny akcent, taki ku pokrzepieniu serc. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Barretowie z ulicy Wimpole/The Barrets of Wimpole Street (1934)

Film o relacjach dobrych i niedobrych

Reżyseria: Sidney Franklin
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 49 min.

Występują: Norma Shearer, Fredric March, Charles Laughton, Maureen O'Sullivan, Una O'Connor

Elizabeth Barret i Robert Browning byli popularnymi brytyjskimi poetami epoki wiktoriańskiej. Byli też parą, która oprócz wierszy pozostawiła po sobie obfitą korespondencję, zwłaszcza z okresu narzeczeństwa. Listy były na tyle interesujące, że na ich podstawie powstała sztuka teatralna opowiadająca o konflikcie młodej Elizabeth z jej zaborczym ojcem. A na podstawie sztuki powstał film Sidneya Franklina, który został nominowany do Oscara. Nie jestem pewien, czy Barretom z ulicy Wimpole należą się peany, niemniej jednak jest to film całkiem oryginalny. Na uwagę zasługuje w nim przede wszystkim odważny jak na lata trzydzieste scenariusz oraz kreacja aktorska Charlesa Laughtona, który umocnił swoją pozycję jako najlepszy aktor charakterystyczny Fabryki Snów.

Barretowie zamieszkujący dom przy londyńskiej ulicy Wimpole do osobliwa rodzinka. Trzy siostry i bodaj sześciu braci, wszyscy dorośli i w stanie wolnym, żyją pod jednym dachem nadzorowani przez swojego oschłego, despotycznego ojca Edwarda. Najważniejsza dla nas bohaterka, Elizabeth, jest najstarszą z rodzeństwa, utalentowaną poetką i oczkiem w głowie tatusia. Ponieważ dziewczyna choruje i od dłuższego czasu ma kłopoty z chodzeniem, Edward kategorycznie zabrania jej podejmowania wysiłków i mocno ogranicza spotkania z rodzeństwem. Mimo jego sceptycyzmu Elizabeth stopniowo nabiera sił i rozpoczyna znajomość, początkowo korespondencyjną, z poetą Robertem Browningiem. Gdy więź ta przeradza się w coś więcej niż przyjaźń, ojciec zaczyna aktywnie przeciwdziałać wszelkim krokom ku uniezależnieniu się córki.

Film Sidneya Franklina stosunkowo otwarcie (jak na lata trzydzieste) portretuje patologiczną relację papy Barreta z jego dziećmi. Romans pomiędzy Elizabeth i Robertem Browningiem jest tu nie tyle centralnym wątkiem fabuły, co katalizatorem uwypuklającym niezdrowe układy panujące w rodzinie Barretów. To ciekawa scenariuszowa odmiana po zbyt licznych w tej epoce ckliwych melodramatach. Historia ubezwłasnowolnionej Elizabeth i jej drogi ku wolności jest na ich tle czymś zupełnie innym. Nie oznacza to, że film jest pozbawiony wad. Największą jest jego przesycenie dialogami, często błahymi i pozbawionymi treści. Krotochwilne rozmowy pomiędzy rodzeństwem Barretów mają stanowić kontrast dla surowej relacji z autorytarnym ojcem. Nie bardzo się to udało. Pustosłowie pozostaje pustosłowiem, nawet gdy ma służyć celom wyższym. W rezultacie pierwsza połowa filmu męczy swa monotonią. Na szczęście w dużym stopniu rekompensuje to fascynująca końcówka.

Charles Laughton, grający rolę właściwie drugoplanową, po prostu wgniata w fotel. Sama jego postawa i wzrok powodują, że milkną śmiechy, a niesforne dzieci spuszczają wzrok. Papa jest surowy i nie toleruje u swego potomstwa najmniejszego przejawu egoizmu. Najważniejsze są wszak właściwe zasady moralne. Na przykład czcić Boga. I ojca swego. Czasem nawet wymienionych w jednym zdaniu. Trudno postać narcystycznego tyrana określić jako wspaniałą, Laughton zagrał go jednak doskonale. Od początku można podejrzewać, że ten dżentelmen z zaburzoną osobowością skrywa jakąś mroczną tajemnicę. Rozwiązanie zagadki, chociaż nie ukazane wprost, jest dzięki grze aktorskiej całkowicie czytelne. Jak komentował to sam artysta "nie mogą ocenzurować mojego spojrzenia". Partnerująca Laughtonowi Norma Shearer nie jest tak dobra, ale stara się wyciągnąć możliwie wiele z roli stłamszonej ale nie złamanej Elizabeth. Trochę ogranicza ją niesprawność ruchowa bohaterki, która większość filmu spędza w obrębie czterech ścian swojego pokoju. Fredric March jako Browning jest bezbarwny, całkiem jakby starał się nie zawadzać relacji ojciec-córka, która jest istotniejsza od jego poetyckiej miłości. I tak go trochę za dużo, chociaż pojawia się dopiero po półgodzinnej scenie ekspozycji.

Barretowie z ulicy Wimpole to przyzwoity film, wyróżniający się spośród melodramatycznej sztampy lat trzydziestych oryginalnym rozwojem fabuły. Mimo to daleki jestem od zachwytów. Zbyt dużo tu romantycznego wypełniacza, który spokojnie można by ograniczyć, zamiast rozwijać go do znużenia. Z drugiej strony wbijający w ziemię Laughton i trzymające w napięciu zakończenie sprawiają, że warto było przebić się przez mniej emocjonujące momenty. Ostatecznie daje to ocenę na poziomie 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 9 lutego 2019

Uśmiech szczęścia/Smilin' Through (1932)

Film o dziedziczeniu winy

Reżyseria: Sidney Franklin
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 37 min.

Występują: Norma Shearer, Fredric March, Leslie Howard, O.P. Heggie, Ralph Forbes

Uśmiech szczęścia to film pełen sprzeczności. Oparty na pomysłowym rozwiązaniu fabularnym, skrywa tajemnicę, którą widz wspólnie z bohaterami rozwikłuje w trakcie pierwszej połowy filmu. W dodatku scenariusz daje duże pole do popisu trójce głównych aktorów, każdemu z nich przydzielając po dwie role. A jednak reżyserowi zabrakło odwagi, żeby na dobre uciec od melodramatycznych stereotypów, aktorzy zaś poszli po linii najmniejszego oporu, zdecydowanie nie dając z siebie wszystkiego. Efektem jest dziwaczna fuzja nowatorstwa i obskurnej wręcz pospolitości.

Na początku filmu poznajemy sir Johna Cartereta, mężczyznę w średnim wieku, który od wielu lat żyje w żałobie po śmierci swojej ukochanej Moonyeen. Mężczyzna nie szuka towarzystwa innych ludzi, ponieważ jest w stałym kontakcie z duchem zmarłej narzeczonej. Zmuszony jest jednak wziąć pod opiekę swoją osieroconą bratanicę Kathleen. Początkowo czyni to niechętnie, ale szybko udaje mu się pokochać dziewczynkę jak własną córkę. Kilkanaście lat później Kathleen wyrasta na kobietę uderzająco podobną do zmarłej Moonyeen. Pewnego dnia uwagę dziewczyny przyciąga przybyły z zagranicy młodzieniec Kenneth Wayne. Sir John od pierwszego spotkania traktuje przybysza ze skrajną niechęcią, co powoduje rozłam pomiędzy nim a przybraną córką. Kathleen i Kenneth dążą do wyjaśnienia zagadki, najprawdopodobniej związanej ze śmiercią narzeczonej Cartereta, która miała miejsce na długo przed narodzinami ich obojga.

Żeby nie zdradzać zbyt wiele z tajemnicy, napiszę tylko, że nie jest może zbyt zaskakująca, ale dobrze obmyślana i przekonująco przedstawiona. Świetnym, prekursorskim jak na lata trzydzieste pomysłem, było umieszczenie w środku filmu kilkunastominutowej retrospekcji, która szczegółowo przybliża wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat. Odtwórcy głównych ról wcielają się w tym fragmencie w inne postacie (z wyjątkiem Leslie Howarda, który gra po prostu młodszą wersję swojego bohatera). Rozwiązanie to zostaje przedstawione we właściwym momencie filmu, zanim widz zdąży się znużyć nadmiernym przeciąganiem tajemnicy. W retrospekcji zwraca również uwagę drobiazgowo przygotowana scenografia - kostiumy i wystój wnętrz dostosowano do realiów XIX-wiecznych. Pięknie zaaranżowano ogród. Zadbano nawet o umieszczenie w domu kilku sprzętów, które w głównej linii fabularnej pojawiają się jako graty lub antyki. To pieczołowite dopracowanie realizacyjne jest chyba najmocniejszą stroną Uśmiechu szczęścia.

Tym, co w filmie Sidneya Franklina nie wyszło, jest niestety aktorstwo. Norma Shearer i Fredric March wielokrotnie udowodnili, że potrafią grać. Niestety w Uśmiechu szczęścia nie zdołali pokonać klisz fabularnych, jakie stawia przed nimi scenariusz. Shearer, zwykle potrafiąca się wczuć w rolę, gra Kathleen z nieznośnym patosem. Jej bohaterka uwielbia skrajności, jej dewizą jest "wszystko albo nic". Ponieważ okazji do dramatyzowania ma mnóstwo, szybko robi się trudna do zniesienia. March jest w roli Kennetha mydłkowaty i raczej bezbarwny. Jest jeszcze Leslie Howard w potencjalnie najciekawszej roli Johna Catereta, którą kładzie całkowicie. Jego bohater, targany zadawnionymi urazami, tęsknotą i nienawiścią, wszystkie swoje gorzkie dialogi (a jest ich niemało) wypowiada z taką drętwotą, jakby tłumaczył, co danego dnia zjadł na obiad. Nawet kiedy rozmawia z duchem ukochanej. Aż przykro na to patrzeć. Cała główna filmowa trójka zachowuje się, jakby trafili do tego filmu za karę. Dziwi mnie to, bo scenariusz miał potencjał na ciekawe kreacje. Niestety twórcy poszli inną drogą. I jeszcze te wyświechtane stereotypy - nietłumaczenie swoich decyzji, kłótnie oparte na nieporozumieniach, zatajanie przed bliskimi prawdy "dla ich dobra". Wykorzystano je wszystkie bez zmrużenia oka. Znużyło mnie to okrutnie. Dlatego kiedy aktorzy w końcu dali coś z siebie w wyciskającym łzy finale filmu, moją reakcją było ziewnięcie. Za późno, za mało, nieprzekonująco.

Uśmiech szczęścia został nominowany do Oscara dla najlepszego filmu. Nie jest to zasłużona nominacja, chociaż film jest o niebo lepszy od zwycięskiej Kawalkady. Na duży plus zasługuje sposób rozwiązania filmowej zagadki, na jeszcze większy bliska ideałowi scenografia. Ale to wszystko za mało. Film nie zrealizował drzemiącego w nim potencjału. To ambitna porażka pozostawiająca po sobie uczucie niedosytu. A mogło być tak pięknie. Wystawiam 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com