Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 maja 2019

Chronometry - nagrody blogowe (rok 1934)

To był kiepski rok dla kina. Mało odkrywczy, pełen wtórnych pomysłów, odcinania kuponów i artystycznych porażek. Uznane gwiazdy zrobiły sobie przerwę albo zaliczyły słabsze filmy. Hollywood zakończyło okres względnej swobody twórczej, wprowadzając Kodeks Haysa - narzędzie autocenzury. W ten sposób w kinie amerykańskim zapanowały sztywne reguły. Dobro (określone zgodnie z wizją twórców Kodeksu) miało zawsze triumfować, a zło ponosić karę. Koniec z nagością i zmysłowością na ekranie, żadnych związków międzyrasowych, żadnego homoseksualizmu, krytyki religii, nadmiernej przemocy. Kodeks zaczął obowiązywać mniej więcej od połowy roku i, co nie dziwi, większość filmów obecnych w dzisiejszym zestawieniu pochodzi z okresu sprzed jego wprowadzenia. Później twórcy znaleźli się w nowym świecie i potrzebowali czasu, żeby się w nim odnaleźć. W filmie europejskim nie działo się zbyt wiele. Artystyczne kino niemieckie zakończyło się na dobre. Kilka interesujących filmów wyprodukowali Francuzi i Anglicy. Pojawił się także rodzynek w postaci jednego z pierwszych filmów chińskich, bardzo zresztą dobrego. Wszystko wskazuje na to, że w historii kina rozpoczął się okres twórczej stagnacji.

Wśród twórców nastąpiła stabilizacja. Warto zwrócić uwagę na rozwój kariery genialnego scenografa Hansa Dreiera, który w dwóch filmach historycznych udowodnił swoją nieprawdopodobną pomysłowość. Bardzo pracowity rok zaliczyła aktorka Claudette Colbert z trzema wyróżniającymi się (nie zawsze na plus) rolami. Jaśniej zabłysła także gwiazda dowcipnej Myrny Loy. Jeśli chodzi o mężczyzn, był to dobry czas dla aktorów charakterystycznych. Lorre, Arliss, Beery i nade wszystko Laughton odnotowali godne uwagi występy. Spośród amantów na czoło wysunęli się William Powell i Clark Gable, obaj wąsaci, smukli i pozytywnie nastawieni do świata. W gronie reżyserów wysoką formę potwierdził Frank Capra, nie spuścił także z tonu Fritz Lang, który kontynuował karierę poza granicami swojej nieszczęsnej ojczyzny. W Anglii Alfred Hitchcock działał na poletku kina akcji, na razie rozwijając warsztat.

Średnia ocen na blogu osiągnęła kiepską wartość 7,23, co i tak nie oddaje frustracji, jaką wzbudziło we mnie wiele spośród oglądanych filmów. Kilkakrotnie zrezygnowałem z pisania recenzji, nie odnalazłszy w danym dziele niczego, o czym warto byłoby wspominać. Nie wróży to dobrze na przyszłość, ale zobaczymy. Oscarowe wybory Akademii Filmowej tym razem bardziej odpowiadały moim gustom. Duża część wyróżnionych filmów rzeczywiście należała do najlepszych. Chociaż dziwi pominięcie w nominacjach chociażby takiej Imperatorowej. Przejdźmy do nagród.

Najlepsza muzyka

Nominowani:
W. Franke Harling i John Leipold - Imperatorowa - za osobliwą oprawę dźwiękową do surrealistycznego filmu.
Rudolph G. Kopp - Kleopatra - za muzykę znakomicie dopasowaną do podniosłej narracji.
Heinz Erik Roemheld - Czarny kot - za monumentalną oprawę dla pojedynku mistrzów horroru.
Max Steiner - Wesoła rozwódka - za jazzujące rytmy pozwalające oderwać się od rzeczywistości.
Herbert Stolhart - Viva Villa! - za wojenne pieśni rewolucjonistów na czele z La Cucaracha.

Wyróżnione nazwiska to raczej aranżerzy niż kompozytorzy oryginalnej muzyki filmowej. Najchętniej przy tworzeniu oprawy dźwiękowej do filmów sięgano do repertuaru klasycznego. Były także wyjątki, zresztą wyróżniające się na plus. Herbert Stolhart stworzył muzykę do Viva Villa!, korzystając z meksykańskich pieśni ludowych i osiągnął bardzo oryginalny efekt. Zwycięzca tej kategorii, Max Steiner skorzystał w Wesołej rozwódce z dobrodziejstw jazzu, nadając filmowi dynamiczną, porywającą wręcz oprawę. 

Najlepsza kinematografia
(kategoria obejmuje zdjęcia, montaż i efekty specjalne)

Nominowani:
Bert Glennon - Imperatorowa - za mroczne sportretowanie Rosji i carskiego dworu.
Borys Kaufman - Atalanta - za podwodny balet  i wysmakowane obrazy rzecznej siermiężności.
Rudolph Mate - Liliom - za impresjonistyczne wizje "karuzeli życia".
John J. Mescall - Czarny kot - za stworzenie klaustrofobicznej atmosfery dzięki grze światłem i ustawieniami kamery.
Victor Milner i Anne Bauchens - Kleopatra - za gustowną kompozycję kadrów i pomysłowy montaż scen bitewnych.
Harold Rosson i William Hornbeck - Szkarłatny kwiat - za wszędobylskość i ekscytujący montaż równoległy.

W kategorii zdjęciowej wystąpiło bogactwo wyboru, w dodatku o dużej różnorodności. Doceniłem zarówno ciekawe, inspirowane kinem niemieckim wykorzystanie oświetlenia (Glennon w Imperatorowej i Mescall w Czarnym kocie), jak i pełne przepychu kompozycje zdjęciowe Kleopatry. Wielki powrót zaliczył francuski impresjonizm zaadaptowany przez Fritza Langa i Rudolpha Mate w Liliomie. Również Borys Kaufman skorzystał w Atalancie z technik impresjonistycznych, demonstrując wszechstronność tego kierunku i jego potencjał do wydobywania piękna z codzienności.

Najlepsza scenografia
(kategoria obejmuje również kostiumy)

Nominowani:
John Armstrong - Szkarłatny kwiat - za XVIII-wieczną rewię mody na ekranie.
Andre Daven - Liliom - za dowcipne ukazanie zaświatów.
Hans Dreier - Imperatorowa - za stworzenie na potrzeby filmu zupełnie nowego stylu sztuki.
Hans Dreier i Travis Banton - Kleopatra - za stylowe dekoracje imitujące starożytny Rzym i Aleksandrię.
Charles D. Hall - Czarny kot - za pomysłową konstrukcję rezydencji Poelziga.

Wśród scenografów wyróżniłem autorów kilku pomniejszych pomysłów, jak kostiumy w Szkarłatnym kwiecie czy wnętrza stworzone na potrzeby Czarnego kota. Przede wszystkim jednak zaznaczyła się kreatywna dominacja Hansa Dreiera. Przygotowane wspólnie z Travisem Bantonem dekoracje do Kleopatry to specyficzna fuzja architektury starożytnej ze współczesnym stylem art deco. Jeszcze dalej poszedł Dreier w Imperatorowej, tworząc całkowicie nowy, niesamowity styl wykorzystujący surrealistyczne skojarzenia i fantazje. Osiągnięcie godne zwycięstwa w kategorii scenografów.

Najlepszy scenariusz

Nominowani:
Arthur Caesar - Wielki gracz - za wyraziste zarysowanie protagonistów prostej opowieści.
Albert Hackett i Frances Goodrich - W pogoni za cieniem - za ostre jak brzytwa dialogi i skomplikowaną lecz czytelną intrygę.
Nunnally Johnson - Rodzina Rotszyldów - za ciekawą wizję XIX-wiecznego świata polityki i finansów.
Robert Riskin - Ich noce - za nieskomplikowaną romantyczną opowieść pozbawioną słabych punktów.

Dość ubogi wachlarz nominacji scenariuszowych ujawnia niedostatki fabularne Hollywoodu. Wyróżnione filmy również nie powalają pod tym względem na kolana, chociaż wybijają się ponad przeciętność. Nunnally Johnson zaprezentował świeże spojrzenie na dzieje żydowskiego klanu bankierów. Robert Riskin wypracował podwaliny gatunku komedii romantycznej. Arthur Caesar nakreślił ciekawe sylwetki konkurujących ze sobą protagonistów w gangsterskim Wielkim graczu. Srebrny Chronometr otrzymują Albert Hackett i Frances Goodrich za scenariusz do W pogoni za cieniem. Ta wyjątkowo zgrabna opowieść łączy soczyste dialogi z wciągającą i spójną zagadką detektywistyczną, stanowiąc prawdziwy cymes w historii kina kryminalnego.

Najlepsza aktorka drugoplanowa

Nominowane:
Louise Beavers - Imitacja życia - za nadanie wiarygodności upokarzającej i przerysowanej postaci.
Louise Dresser - Imperatorowa - za skomplikowany portret cesarzowej władającej przy pomocy swej kobiecości.

Wśród aktorek drugoplanowych wystąpiła prawdziwa posucha. Nawet dwie nominowane panie są w tej kategorii obecne dość umownie, bo można by dyskutować, czy ich role były rzeczywiście drugoplanowe. Ale kogoś trzeba było wyróżnić. Czarnoskóra Louise Beavers to jedyny jasny [sic!] punkt nękanego rasistowskimi stereotypami filmu Imitacja życia. Aktorka włożyła dużo serca w rolę, która w założeniu miała być ugrzeczniona i potulna. Zwycięża natomiast Louise Dresser, filmowa caryca Elżbieta, która potrafiła poskromić na ekranie samą Marlenę Dietrich.

Najlepszy aktor drugoplanowy

Nominowani:
Pierre Alcover - Liliom - za rolę paskudnego prowodyra doskonale czującego się za plecami innych.
Sam Jaffe - Imperatorowa - za ekscentryczną rolę księcia-idioty.
Charles Laughton - Barretowie z ulicy Wimpole - za przytłaczającą kreację człowieka o zniszczonym wnętrzu.
Peter Lorre - Człowiek, który wiedział za dużo - za barwną postać przywódcy szajki terrorystów.
C. Aubrey Smith - Rodzina Rotszyldów - za połączenie swojskości i przebiegłości w roli Wellingtona.

Jakoś tak wyszło, że większość nominacji w tej kategorii to role złoczyńców. Wyjątkiem jest C. Aubrey Smith, który popisowo wcielił się w księcia Wellingtona w Rodzinie Rotszyldów. Poza nim mamy nieco karykaturalnego terrorystę Petera Lorre, Sama Jaffe jako złowieszczego szaleńca Piotra III i Pierre Alcovera w roli złego ducha czyhającego za plecami głównego bohatera Lilioma. Srebrny Chronometr otrzymuje bez najmniejszych wątpliwości Charles Laughton, który był bezkonkurencyjny jako nękany wewnętrznymi demonami ojciec-tyran w Barretach z ulicy Wimpole.

Najlepsza aktorka

Nominowane:
Claudette Colbert - Ich noce - za wdzięczną rolę rozpieszczonej dziewczyny z potencjałem.
Ruan Lingyu - Bogini - za jedyny w swoim rodzaju portret heroicznej matki.

Myrna Loy - W pogoni za cieniem - za naturalność i rzadko spotykany talent komediowy.
Norma Shearer - Barretowie z ulicy Wimpole - za nieśmiały ale stanowczy optymizm tchnięty w słabą fizycznie postać.

Wśród głównych ról żeńskich także nie było wielkiego wyboru. Nawet Marlene Dietrich wyciszyła się, przytłoczona monumentalną scenografią Imperatorowej. Mamy za to mile widziany akcent azjatycki w postaci Ruan Lingyu. Talentem komediowym i spontanicznością zaimponowała Myrna Loy jako żeńska połówka duetu detektywów-amatorów. Srebrny Chronometr trafia do Claudette Colbert za rolę w Ich nocach. Tak się zdarzyło, że tym razem przeważył wdzięk osobisty aktorki, najlepiej widoczny w legendarnej scenie łapania stopa na zgrabną nóżkę.


Najlepszy aktor

Nominowani:
George Arliss - Rodzina Rotszyldów - za dwa oryginalne portrety żydowskich finansistów w jednym filmie.
Wallace Beery - Viva Villa! - za tragikomiczną rolę bohatera-bandyty.
Charles Boyer - Liliom - za przemyślaną kreację człowieka miłującego wolność w dobrym i złym tego słowa znaczeniu.
Clark Gable - Ich noce - za nieodparty urok osobisty i romantyczny dryg.
Adolphe Menjou - Mała panna Marker - za niezwykłą delikatność w roli opryszka o złotym sercu.
William Powell - W pogoni za cieniem - za mieszankę nonszalancji i błyskotliwości w odpowiednich proporcjach.

W tej kategorii wybór był duży i każda z nominacji to wyrazista, ciekawa rola. W przypadku George'a Arlissa nawet dwie role. Wallace Beery zaprezentował swój talent tragikomiczny, a William Powell - komiczny. Adolphe Menjou wzruszał, ujawniając skrywane pokłady dobroci. Charles Boyer dobitnie pokazał, że aktorstwo nie kończy się na deklamacji tekstu. Zwycięzcą zostaje Clark Gable, który do Ich nocy wniósł niezwykłą charyzmę i sprawne chrupanie marchewki.


Najlepszy reżyser

Nominowani:
Frank Capra - Ich noce - za kapitalne pomysły aranżacyjne.
Fritz Lang - Liliom - za ciekawy alegoryczny eksperyment stworzony z nienagannym profesjonalizmem.
W.S. Van Dyke - W pogoni za cieniem - za przemyślany minimalizm reżyserski.

Obniżka jakości filmów była związany z obniżką formy reżyserów. Wyróżniłem tylko trzech z nich. Fritz Lang to już weteran tego rankingu. W Liliomie znów pokazał coś nowego i oryginalnego, sięgając po estetykę impresjonistyczną. W.S. Van Dyke to przykład reżysera, który ucieka od drobiazgowości i stawia na potencjał swojej ekipy. Tym razem dało to znakomite efekty. Srebrny Chronometr zgarnia Frank Capra. W Ich nocach udowodnił, że potrafi podnieść ckliwość i romantyzm na wyższy poziom, umieszczając w filmie masę urzekających scen.

Najlepszy film

Nominowani:
Ich noce - za położenie solidnego fundamentu pod komedie romantyczne.
Imperatorowa - za niepowtarzalny portret Rosji "w oczach Zachodu".
W pogoni za cieniem - za wyrafinowaną rozrywkę od pierwszej do ostatniej minuty.

Tylko trzy filmy z roku 1934 otrzymały ode mnie ocenę wyższą od ósemki. Ich noce pozostają najbardziej znanym z nich, Imperatorowa jest natomiast najbardziej wysmakowana artystycznie. Jeżeli chodzi o czystą przyjemność z oglądania, W pogoni za cieniem wyprzedza obydwa, zapewniając ciekawą intrygę, świetnych bohaterów i niepowtarzalny, ironiczny klimat.

piątek, 26 kwietnia 2019

W pogoni za cieniem/The Thin Man (1934)

Film o rentierach korzystających z życia

Reżyseria: W.S. Van Dyke
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 30 min.

Występują: William Powell, Myrna Loy, Maureen O'Sullivan, Minna Gombell, Porter Hall, Edward Ellis

Nieco dziś zapomniany reżyser W.S. Van Dyke był w latach 30. twórcą dwóch niezwykle popularnych serii filmowych. Pierwszą z nich były przygody Tarzana niosące ze sobą powiew egzotyki rodem z Czarnego Lądu. Oceniając po poziomie recenzowanego przeze mnie Człowieka małpy, filmy te nie wytrzymały próby czasu. Druga seria obejmowała sześć komedii kryminalnych opowiadających o perypetiach bogatego małżeństwa detektywów-amatorów. Amerykańska nazwa cyklu to Thin Man. Początkowo tytuł ten dotyczył zaginionego mężczyzny, którego bohaterowie poszukują w pierwszej części, później zaś odnoszono go do stanowiącego męską połowę detektywistycznego duetu Williama Powella. Ponieważ w Polsce film nazywa się W pogoni za cieniem, dla całej serii pozostaje nam chyba używać oryginalnej nazwy. Tym, co ważne, jest fakt, że Thin Man do dnia dzisiejszego zachował swoją świeżość. Klasyczna w literaturze, lecz nowatorska w kinie formuła opowieści detektywistycznej z oryginalną, niezwykle sympatyczną parą głównych bohaterów zaowocowała znakomitym filmem rozrywkowym, który wciąga od pierwszej sceny i do samego końca nie pozwala nawet na chwilę nudy.

Zanim dane jest nam poznać parę głównych postaci, film sporo miejsca poświęca przedstawieniu intrygi i wszystkich powiązanych z nią osób, które wkrótce staną się podejrzanymi. Clyde Wynant, później nazwany "chudym mężczyzną", to bogaty przedsiębiorca i wynalazca, który niespodziewanie wyjeżdża w interesach i zrywa kontakt z rodziną. Otoczenie Clyde'a - córka z narzeczonym, była żona z nowym mężem, kochanka-sekretarka z przyległościami, księgowy i jeszcze kilka innych postaci okazują duże zaniepokojenie jego zniknięciem. Intryga się komplikuje, kiedy jedna z osób z tego grona zostaje zamordowana w tajemniczych okolicznościach. W końcu córka Clyde'a, Dorothy, zwraca się o pomoc do Nicka Charlesa, byłego detektywa, który obecnie korzysta z luksusów życia w towarzystwie swojej bogatej żony Nory.

W pogoni za cieniem wnosi do kinowego mainstreamu nową jakość, wcześniej znaną głównie z powieści detektywistycznych. Jest nią zaproponowanie widzowi wspólnego z parą detektywów rozwiązywania zagadki. Chociaż Charles i Nora znajdują się w centrum fabuły, dużo czasu ekranowego poświęcono osobom zamieszanym w całą aferę, przedstawiając ich potencjalne motywacje i działania. Jednocześnie film do samego końca nie zdradza tajemnicy, wiele sytuacji przedstawiając dwuznacznie i starając się stworzyć wokół kilku postaci podejrzaną atmosferę. Dzięki sprawnie napisanej intrydze rozwiązanie zagadki nie jest oczywiste. Właściwie wątków i postaci jest dużo i konieczne jest zachowanie koncentracji, aby się w tym wszystkim nie pogubić. Na szczęście wszystko zostaje w sposób satysfakcjonujący wyjaśnione w finale.

Drugim atutem W pogoni za cieniem jest świetny duet głównych bohaterów. Charlesowie nie są zwykłym filmowym małżeństwem. Nie ma u nich mowy o typowych ekranowych problemach - zazdrości, znudzeniu sobą czy nieporozumieniach. Oni autentycznie lubią swoje towarzystwo i potrafią wspólnie cieszyć się życiem. Nie są przy tym żadnymi mistrzami kryminalistyki. To po prostu inteligentni ludzie korzystający z przewagi, jaką daje im niezależność finansowa i dystans do świata. Są też bardzo sympatyczni. Nick to bon vivant o dużej dozie spontaniczności i zimnej krwi. Zamiast pozować na macho, w razie potrzeby chętnie udaje kabotyna, wyprowadzając przy tym w pole tych, którzy chcą go oszukać. Nora, doskonale zagrana przez łaniowatą Myrnę Loy, posiada uroczy dystans do siebie. Kiedy zastaje męża wstawionego po kilku drinkach, natychmiast zamawia tyle samo dla siebie, żeby mu dorównać. Długo zapamiętam też jej rozbrajającą minę, kiedy zastaje Nicka pocieszającego w swych objęciach inną kobietę. Zamiast sceny zazdrości jest tylko kpiące parsknięcie. Nora jest zbyt pewna własnej wartości, żeby robić szarmanckiemu mężowi awanturę z powodu jakichś głupstw. Jednym słowem, Charlesowie traktują siebie po partnersku, licząc się ze swoim zdaniem i dobrze uzupełniając. Na łączącą małżonków chemię składają się także dowcipne dialogi. Nick i Nora mnie stronią od delikatnych kpin z siebie, chętnie posługują się sarkazmem, a za pomocą giętkiego języka potrafią sprowadzić do pionu każdego, kto próbuje ich przegadać. Słuchanie ich słownej szermierki było prawdziwa przyjemnością.

Sekret powodzenia małżeńskiego duetu tkwi w dwóch czynnikach. Pierwszym była osobista sympatia, jaka łączyła Williama Powella i Myrnę Loy. Oboje wypowiadali się pochlebnie na temat swojej współpracy, podkreślając wzajemną bezpretensjonalność, sympatyczną atmosferę na planie i otwarcie na potrzeby drugiej strony. Druga kwestia to styl reżyserii Van Dyke'a, który zachęcał aktorów do improwizacji, często nagrywał sceny z marszu, nie powtarzał bez potrzeby ujęć lub nawet przemycał do filmu fragmenty, które były spontanicznymi reakcjami aktorów, a nie ich postaci. Dzięki temu uzyskał bardzo naturalny efekt, który jednak nie byłby możliwy, gdyby do głównych ról zaangażować artystów o innym usposobieniu.

W pogoni za cieniem nie jest filmem krzykliwym, ani efekciarskim, a jednak stanowi przełom w kinie kryminalnym. Zarówno sposób prezentacji na ekranie tajemnicy, jak i dynamiczny, nietypowy duet detektywistyczny są nową, godną naśladowania jakością. Świetny scenariusz sprawia, że trudno się oderwać od ekranu. Urzekająca Myrna Loy i jej miny stanowią wisienkę na torcie. Jako całość, daje to jeden z najlepszych filmów roku 1934, w pełni zasłużenie nominowany do głównej nagrody Akademii Filmowej. Wystawiam 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 25 kwietnia 2019

Bogini/Shen nu (1934)

Film o macierzyństwie

Reżyseria: Wu Yonggang
Kraj: Chiny
Czas trwania: 1 h 12 min.

Występują: Ruan Lingyu, Zhang Zhizhi, Lai Hang, Li Junpan

Szanghaj, będący europejskim przyczółkiem w Chinach, stał się w latach 30. miejscem narodzin chińskiego przemysłu filmowego. Założone w tym mieście wytwórnie, między innymi Lianhua Productions, miały być odpowiedzią na zalewające rynek Państwa Środka obrazy amerykańskie. Zrzeszeni w ramach wytwórni młodzi filmowcy mieli ambitny zamiar wypracowania własnego stylu, który odróżniałby kino chińskie od produktów barbarzyńców zza oceanu. Zjawisko to było częścią szerszego ruchu społecznego, który dążył do emancypacji Chin, od wielu lat zdominowanych kulturowo i gospodarczo przez mocarstwa kolonialne. W ramach tego nurtu w Lianhua Productions powstała Bogini, wrażliwy społecznie dramat obyczajowy osadzony w środowisku szanghajskiej klasy biedoty, a jednocześnie posiadający ambicje uniwersalistyczne. Ponieważ  Chińczycy byli technologicznie zapóźnieni w stosunku do Hollywood czy Europy, zamiast udźwiękowionych dialogów uświadczymy w Bogini klasyczne plansze tekstowe.

Film opowiada o życiu młodej kobiety, która samotnie wychowuje małego synka, utrzymując się z prostytucji. Bohaterka jest w wielkim mieście osamotniona i zdana praktycznie tylko na siebie. Kiedy wieczorami wychodzi na ulicę w poszukiwaniu klientów, nieśmiało prosi o czuwanie nad śpiącym dzieckiem sąsiadów. Pewnego dnia kobieta wpada w oko Zhangowi, żyjącemu z hazardu cwaniakowi, który postanawia zostać jej opiekunem. Jego opieka polega na żerowaniu na pracy kobiety i nieustannym zastraszaniu jej. Mimo tego bohaterce udaje się odłożyć część dochodów z nierządu i opłacić z nich szkołę dla syna. Szybko staje się jednak jasne, że jej hańbiąca profesja przeszkadza rodzicom innych dzieci.

Osobista tragedia nieznanej nam z imienia bohaterki filmu rzuca światło na ważki problem społeczny. Podobno w okresie "zamętu" prostytucja była zawodem uprawianym przez dziesiątki tysięcy mieszkanek Szanghaju, które z braku wykształcenia nie miały innych perspektyw zarobienia na siebie. W tym kontekście protagonistka przyjmuje postawę prawdziwie heroiczną, podporządkowując całe życie staraniom o lepszy los swojego syna. Ich relacja przedstawiona jest niezwykle wzruszająco - zarówno troska matki, jak i oddanie dzieciaka. Szczególnie warto zwrócić uwagę na scenę przedstawienia szkolnego, w którą aktorzy włożyli wiele emocji.

Kilka słów wypada napisać o granej przez Ruan Lingyu głównej bohaterce. Mimo uprawianego przez nią niechlubnego zawodu, została przedstawiona jako osoba szlachetna, niemalże tytułowa bogini. Posągowo piękna, zawsze ubrana w elegancką suknię, cechuje się dużym hartem ducha i determinacją. Chociaż ma chwile zwątpienia, szybko je przezwycięża, pamiętając o spoczywającej na niej odpowiedzialności. Ruan, owiana legendą aktorka, nadała jej bardzo azjatycką odmianę kobiecości - delikatną ale pozbawioną miękkości typowej dla amerykańskich gwiazd. To wspaniała matka - wyrozumiała, czuła, posiadająca najlepsze cechy kojarzone z tą rolą społeczną. Natomiast strona seksualna bohaterki, mimo uprawianej przez nią profesji, została zredukowana właściwie do zera. Protagonistka traktuje prostytucję jako rozpaczliwe źródło zarobku, nie przejawiając żadnego zainteresowania jej stroną erotyczną. Również jej "opiekun" w żadnym stopniu jej nie pociąga, co zapewne jest źródłem jego frustracji. Płciowość Ruan została całkowicie wysublimowana, czyniąc z niej półboskie uosobienie ofiarnego macierzyństwa. W tej postaci przejawia się uniwersalne, silnie feministyczne przesłanie filmu. Uciskający bohaterkę Zhang został przedstawiony jako tyran i pasożyt, ukrywający pod głupawym uśmiechem rozgoryczenie brakiem męskości. Jest wręcz groteskowy w swojej bezużyteczności i draństwie, nieustannie oddający się rozrywkom lub pokpiwający ze swojej ofiary. Tym silniej kontrastuje to z heroiczną postawą protagonistki, która mimo opresji wytrwale dąży do celu, swoją postawą rekompensując synowi brak męskiego wzorca.

Mimo ambicji Chińczyków na rzecz stworzenia kina narodowego, zachodnie inspiracje są w Bogini widoczne o wiele wyraźniej niż na przykład w kinie radzieckim. Przede wszystkim samo środowisko, w którym poruszają się bohaterowie, jest silnie zeuropeizowane, na czele ze szkołą, która mocno przypomina tę znaną z naszej kultury. Również sposób filmowania i montażu wydaje się czerpać z kina amerykańskiego. Tym, co najbardziej azjatyckie, jest posągowa postać głównej bohaterki oraz surowy styl narracji. Film pozbawiony jest wątków pobocznych. Żadne postacie ani sceny nie odwracają uwagi od głównej linii fabuły. Równie oszczędnie zaprojektowano plany zdjęciowe zawierające niemal wyłącznie elementy istotne ze względu na rozwój akcji. Jest to rozwiązanie efektywne, pozwalające skupić uwagę na opowiadanej historii, a jednocześnie uwypuklające nędzne warunki materialne, w których żyją bohaterowie filmu. Na tym tle piękne suknie bohaterki, będące przecież narzędziami jej pracy, robią szczególne wrażenie.

Bogini jest przykładem dojrzałości i specyficznego uroku młodego kina azjatyckiego. Prosta, surowa historia bez niepotrzebnego lukru ukazuje problemy społeczne, jednocześnie powstrzymując się od proponowania prostych rozwiązań. To interesujący rzut okiem na świat odmienny od europejskiego, którego ład został zaburzony ingerencją kolonialnych mocarstw. A przede wszystkim jest to wzruszająca historia o jednej z najpiękniejszych więzi w życiu człowieka. Jestem pod wrażeniem. Bogini otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 24 kwietnia 2019

Czarny kot/The Black Cat (1934)

Film o fobiach i urazach

Reżyseria: Edgar G. Ulmer
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 5 min.

Występują: Boris Karloff, Bela Lugosi, David Manners, Julie Bishop, Egon Brecher, Harry Cording

Do tego spotkania na ekranie po prostu musiało dojść. Bela Lugosi i Boris Karloff zostali legendami kina grozy dokładnie w tym samym czasie, wcielając się odpowiednio w Księcia Draculę i monstrum Frankensteina. Poza specyficznym emploi mieli ze sobą dużo wspólnego - dwaj Europejczycy w średnim wieku, o poważnym wyglądzie, nie obawiający się żadnej, nawet najbardziej dziwacznej roli. Widzowie pokochali ich i kochają do dzisiaj. A specjaliści od kina grozy doskonale zdawali sobie sprawę z ich potencjału. Po raz pierwszy (z ośmiu) duet Lugosi-Karloff pojawił się razem w filmie Czarny kot wyreżyserowanym przez niedawno przybyłego do USA Niemca Edgara G. Ulmera. Reżyser wniósł do filmu klimat wzorowany na dziełach niemieckich ekspresjonistów. Scenarzysta Peter Ruric dołożył szalone pomysły pozwalające na wykorzystanie niezwykłego talentu filmowych gwiazd. A jednak Czarny kot jest też przykładem reżyserskiej niezręczności. Chociaż zrealizowany w oparciu o profesjonalny budżet, pozostaje przykładem połączenia nieokiełznanej kreatywności z niemalże campowym poziomem kiczu. Dzięki temu można ów film kochać, ale także nienawidzić.

Akcja filmu rozgrywa się na Węgrzech, gdzie dwójka Anglików - Peter i Joan Alison - spędza swój miesiąc miodowy. W pociągu spotykają psychiatrę i weterana wojennego Vitusa Werdegasta, który właśnie wraca w rodzinne strony po piętnastoletnim pobycie w kolonii karnej na Syberii. Autobus podróżnych ma wypadek, w wyniku którego Joan zostaje ranna. Werdegast zabiera małżeństwo do rezydencji swojego przyjaciela Hjalmara Poelziga, żeby tam opatrzyć rany kobiety. Tutaj Alisonowie mimowolnie stają się pionkami w rozgrywce pomiędzy dwójką mężczyzn, których łączy mroczna przeszłość.

Trwający zaledwie 65 minut Czarny kot jest tak wypełniony makabrycznymi pomysłami, że każdy fan pulpowej rozrywki będzie wprost zachwycony. Czegóż tu nie ma. Odmienne stany świadomości, dziwaczne fobie, okultystyczne teksty czytane do poduszki i wiele innych ekscentryzmów, wśród których Karloff i Lugosi poruszają się niemal z nonszalancją. Film obmyślono jako rywalizację mistrzów podstępu, którzy w jednej ze scen toczą nawet rzeczywisty pojedynek szachowy. Tajemnica uchylana jest kawałek po kawałku, składając się w nieco przerażającą całość. Aktorsko postać Lugosiego jest bardziej zniuansowana i emocjonalna, podczas gdy Karloff poszedł w stronę wyeksponowania zimnej potworności swojego antybohatera. Raczej nie chciałbym stawiać któregoś z nich przed drugim - obaj mistrzowie grozy świetnie się uzupełniają.

Ekscentryzm filmowej scenografii i rozbudowane postacie antagonistów wyraźnie czerpią z dorobku Fritza Langa i takich jego dzieł jak Szpiedzy czy Testament doktora Mabuse. Pomysłowa, złożona z fantazyjnie zaprojektowanych pomieszczeń rezydencja Poelziga wyraźnie inspirowana jest lokacjami z tych filmów. Ważną rolę odgrywają w niej na przykład kręte schody rzucające złowieszczy cień albo obrotowa cela, w której złoczyńca więzi swe ofiary. Nie mówiąc już o jego niezwykłych eksponatach przechowywanych w formalinie. Operator John J. Mescall umiejętnie operuje światłem i z upodobaniem ustawia kamerę pod kątami tworzącymi klaustrofobiczną atmosferę osaczenia. Wszystko uzupełnia monumentalna muzyka organowa złożona z utworów klasycznych kompozytorów zaaranżowanych na potrzeby filmu przez Heinza Erica Roemhelda. W jednej ze scen na organach przygrywa nawet sam Boris Karloff.

Czarny kot ma jednak także swoją mniej ekscytującą stronę. Tworzony w atmosferze kreatywnego szaleństwa, zawiera liczne niedoróbki scenariuszowe i reżyserskie. Bohaterowie nierzadko plączą się po kadrze, wyraźnie przebywając tam tylko dlatego, żeby wziąć udział w kolejnej scenie, wejść komuś w linię strzału lub znienacka zdradzić wcześniejszych sojuszników. Niektóre działania postaci pozbawione są logiki i służą tylko realizacji założeń scenariusza. Szczególnie jest to widoczne w końcówce filmu. W rezultacie Czarny kot jest widowiskiem pełnym świetnych pomysłów powiązanych ze sobą trochę prowizorycznie. Nie wątpię, że widza oczekującego ostrej jak brzytwa historii będzie to irytować. Nie będę jednak udawał, że chociaż przez chwilę mi ten fakt przeszkadzał. Zbyt dobrze się bawiłem. Czarny kot otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

Wesoła rozwódka/The Gay Divorcee (1934)

Film o roztańczonym rozwodzie

Reżyseria: Mark Sandrich
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 45 min.

Występują: Fred Astaire, Ginger Rogers, Alice Brady, Edward Everett Horton

Fred Astaire i Ginger Rogers to jeden z legendarnych duetów aktorskich Złotej Ery Hollywood. Mimo dzielącej ich różnicy wieku (Astaire był starszy o 12 lat), aktorzy świetnie się rozumieli na planie filmowym, a nade wszystko w tańcu. Wesoła rozwódka była ich drugim wspólnym filmem i pierwszym, w którym zagrali dwie główne role. Fabuła tej lekkiej muzycznej komedii skupiona jest wokół tematyki rozwodowej. Rozwód był sprawą bardzo kontrowersyjną dla świętoszkowatych Amerykanów, jednak film podchodzi do niej z przymrużeniem oka. Było to trudne do przyjęcia dla decydentów z wytwórni RKO, którzy polecili zmienić pierwotny tytuł - Wesoły rozwód. Bo jak rozwód mógłby być wesoły? To się po prostu nie mieściło w głowie. A jednak reżyser Mark Sandrich udowodnił, że takie zjawisko jest możliwe, przynajmniej w świecie musicali.

Film opowiada o perypetiach dwójki Amerykanów w Londynie. Guy Holden, tancerz, przebywa w Wielkiej Brytanii na gościnnych występach. Podczas spaceru po porcie przypadkowo wpada na piękną Amerykankę, której pomaga w niezręcznej sytuacji i pożycza jej nawet swój płaszcz. Guy liczy na kontynuację znajomości, ale dziewczyna odsyła mu prochowiec, nie pozostawiając swoich namiarów. Mimi, bo tak brzmi jej imię, przypłynęła do Anglii w celu uzyskania rozwodu z mężem, z którym od kilku lat nie ma kontaktu. Ma jej w tym pomóc ciotka, która wysyła siostrzenicę do swojego zaufanego prawnika. Prawnikiem okazuje się gamoniowaty Egbert Fitzgerald, który obmyśla absurdalny plan na uzyskanie pretekstu do rozwodu. Potrzebna mu tylko pomoc kogoś, kto odegra rolę płatnego amanta. Akurat na podorędziu jest jego amerykański przyjaciel, Guy Holden, który będzie miał okazję ponownie spotkać swoją portową sympatię w całkiem niespodziewanych okolicznościach.

Mimo pozornej komplikacji fabuła Wesołej rozwódki jest banalna, niezobowiązująca i absolutnie nie należy jej brać na poważnie. Kilka zwrotów akcji umieszczono w scenariuszu wyłącznie po to, żeby dać pretekst do zaczepnych konwersacji pomiędzy głównymi postaciami. No i żeby mogły ze sobą zatańczyć. W rezultacie film trzymają nad kreską wyłącznie kreacje aktorskie i oprawa muzyczna. Całe szczęście, że elementy te nie zawodzą i pusty jak wydmuszka musical ogląda się dość przyjemnie. Astaire i Rogers nie są może aktorami oscarowymi, ale ładnie się ze sobą przekomarzają, na przemian flirtując i dogryzając sobie. A później tańczą.

Oprawa muzyczna skomponowana przez Maxa Steinera jest w całości oparta na numerach jazzowych, których słucha się z prawdziwą przyjemnością. Są to odpowiadające klimatowi filmu lekkie, skoczne piosenki zachęcające do dobrej zabawy. Duet Astaire-Rogers czuje się w tej oprawie całkowicie swobodnie. Oboje zachwycają lekkością, klasą i optymizmem. On jest idealnym, pełnym elegancji dżentelmenem z nutką zawadiackości. Ona przypomina wdzięcznego motyla z gracją poruszającego się zarówno w wieczorowych sukniach, jak i w mniej obowiązującym stroju. Tańczą w duecie bądź indywidualnie, w jednym tylko długim numerze finałowym korzystając z asysty innych tancerzy. Niewątpliwie tkwi w tej parze duży potencjał, który niezawodnie wypatrzyli producenci Fabryki Snów.

Z innych zalet filmu zwrócę jeszcze uwagę na królującego na drugim planie Edwarda Everetta Hortona, który świetnie odgrywa niekompetentnego prawnika usiłującego maskować swoją mizerię za pomocą pompatycznej powagi. Wielkie brawa dla tego pana, który ostatnio często się pojawia gdzieś z boku.

Wesoła rozwódka nie zachwyciła mnie, nie dostarcza bowiem materiału do żadnych głębszych przemyśleń. Nie jest komentarzem obyczajowym, ani filmem zdolnym wywołać łezkę wzruszenia. To wyłącznie rozrywka. Mimo to nie sposób nie docenić efektownej oprawy i profesjonalnej realizacji. Może nie na miarę otrzymanej nominacji do Oscara dla najlepszego filmu, ale na tle innych musicali epoki jest dobrze. W sam raz na 6 gwiazdek. Miłośnicy komedii muzycznych mogą dodać jedną więcej.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 23 kwietnia 2019

Nasz chleb powszedni/Our Daily Bread (1934)

Film o kolektywizacji made in USA

Reżyseria: King Vidor
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 17 min.

Występują: Karen Morley, Tom Keene, Barbara Pepper, Addison Richards

W Człowieku z tłumu, filmie który śmiało można nazwać jego magnum opus, King Vidor trafnie zdiagnozował lęki Amerykanów przed bezwzględnym, wielkomiejskim środo-wiskiem zagrażającym depersonalizacją i utratą podmiotowości. Wielki Kryzys, który szalał w USA na początku lat trzydziestych, potwierdził jego obawy. Wskutek gospodarczego krachu wielu mieszkańców miast utraciło dorobek życia i wylądowało na bruku. Bezrobotni i zadłużeni, błąkali się, tworząc zaimprowizowane dzielnice nędzy na wysypiskach śmieci. Atmosfera bezradności i beznadziei nie trwała jednak długo. Na scenie pojawił się prezydent Franklin Roosevelt ze swoją polityką państwowego interwencjonizmu. Hollywoodzkie wytwórnie chętnie wsparły polityczny zwrot filmami zawierającymi elementy optymizmu. Również Vidor poczuł się zobowiązany do zaproponowania pewnych rozwiązań. Jego samodzielnie wyprodukowany Nasz chleb powszedni okazał się swoistym sequelem Człowieka z tłumu. Bohaterowie, chociaż zagrani przez innych aktorów, noszą te same nazwiska co główne postacie filmu z 1928 roku. Fabuła nie stanowi bezpośredniej kontynuacji wydarzeń, przedstawiając zamiast tego późniejsze losy małżeństwa Simsów, które postanowiło poszukać szczęścia z dala od miejskiego zgiełku.

W pierwszych scenach klepiący biedę Mary i John Simsowie decydują się opuścić niegościnny dla nich Nowy Jork. Od jednego z krewnych otrzymują w dzierżawę opuszczoną farmę. Żadne z nich nie ma pojęcia o uprawie ziemi, wpadają jednak na genialny pomysł. Dzięki rozstawionym przy drodze tablicom z ogłoszeniami zapraszają do osiedlenia się ludzi podobnych do nich - szukających okazji do zaczęcia wszystkiego od nowa i posiadających jakiś fach. Wkrótce na farmie pojawiają się tłumy chętnych do współpracy mieszczuchów - murarze, stolarze, szewcy, kowale, a nawet grabarz i muzyk. John Sims zostaje jednogłośnie obrany przywódcą "kolonii". Kolejne sceny filmu przedstawiają tworzenie przez osadników harmonijnej społeczności, czego symbolem stanie się wspólna budowa rowu irygacyjnego dostarczającego wodę na nękane suszą pola.

Fakt, że w indywidualistycznym i kapitalistycznym do bólu USA powstał taki film jak Nasz chleb powszedni, wzbudził moje niemałe zdziwienie. Vidor w sposób całkowicie otwarty i entuzjastyczny promuje idee socjalistyczne. Mam wrażenie, że jego dzieło mogłoby być bez żadnych interwencji cenzury wyświetlane w ogarniętym kampanią kolektywizacji ZSRR. Co prawda bohaterowie Chleba nieśmiało sugerują, że wyjazd na wieś jest zarazem powrotem do tradycyjnego stylu życia dawnych osadników, trudno jednak się z tym zgodzić. Mieszkańcy farmy Simsów [sic!] tworzą prawdziwą komunę, w której środkiem płatniczym staje się wzajemna wymiana usług, a dochód z uzyskanych plonów jest wspólny. Nie ma tu miejsca na indywidualizm. W pozytywnym świetle ukazana została bezinteresowność, natomiast nieliczni chciwi i egoistyczni mieszkańcy farmy szybko zostają z niej wykurzeni przez praworządną większość. W niczym nie przypomina to libertariańskich miasteczek Dzikiego Zachodu. Budowa osławionego rowu irygacyjnego to już entuzjastyczny czyn grupowy godny prawdziwych przodowników pracy. Gdyby spytać o różnice z socjalizmem radzieckim, wskazałbym głównie na decentralizację. Mieszkańcy farmy mają złe wspomnienia z życia w mieście. Kontakt ze światem zewnętrznym nawiązują tylko z konieczności, niechętnie, traktując go raczej jako zagrożenie dla zagospodarowanego wspólnymi siłami skrawka ładu. Państwo ich zawiodło i nadal pozostaje raczej symbolem opresji niż wsparcia.

Kolektywizm promowany przez Vidora wyraża się także w doborze aktorów. Nie ma w obsadzie znanych nazwisk. Królują everymani wyglądający jak zwykli, przeciętni Amerykanie. W przeciwieństwie do zdepersonalizowanych postaci z Człowieka z tłumu mieszkańcy farmy różnią się między sobą wyglądem, strojem i fachem, natomiast hierarchia społeczna jest ograniczona do minimum. Co prawda Simsowie jako pomysłodawcy wspólnoty są przywódcami, "pierwszymi wśród równych", jednak w kilku scenach wyraźnie zaznaczono, że jest to pozycja honorowa i bynajmniej nie przyznana na stałe. Film zawiera także zaadaptowaną wersję innego z amerykańskich mitów. Tak jak cała społeczność otrzymuje szansę na nowy początek, w szczególny sposób dotyczy to jednego z jej członków. Wcześniej będąc poszukiwanym przestępcą, człowiek ten zostaje na farmie kimś w rodzaju szeryfa. Z oddaniem pilnuje porządku i bardziej ofiarnie niż inni poświęca się dla wspólnego dobra. Wiejska komuna Simsów staje się dla niego miejscem odkupienia win i odcięcia się od niechlubnej przeszłości. Można się tu doszukiwać paraleli z zakończeniem w USA nieodpowiedzialnego okresu powojennego kapitalizmu, który doprowadził do Wielkiego Kryzysu i potrzebą zaczęcia wszystkiego od nowa.

Nasz chleb powszedni to interesujące i bardzo nietypowe spojrzenie na problemy społeczne USA w początkach tak zwanego New Dealu. Można się z jego przesłaniem zgadzać lub nie, ale zdecydowanie warto je poznać. Film nie zaskarbił sobie takiej popularności jak Człowiek z tłumu, również dlatego, że od strony artystycznej nie oferuje fajerwerków. To nieco zgrzebny produkt socrealistycznego rzemiosła pozbawiony efektowności swojego poprzednika. Przyczyn można się doszukiwać w braku wsparcia produkcyjnego wielkiej wytwórni, prowincjonalnego miejsca akcji lub zmiany ideologicznego paradygmatu Kinga Vidora. Myślę, że w największy wpływ odegrał trzeci z tych czynników.

Nasz chleb powszedni otrzymuje ode mnie 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Barretowie z ulicy Wimpole/The Barrets of Wimpole Street (1934)

Film o relacjach dobrych i niedobrych

Reżyseria: Sidney Franklin
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 49 min.

Występują: Norma Shearer, Fredric March, Charles Laughton, Maureen O'Sullivan, Una O'Connor

Elizabeth Barret i Robert Browning byli popularnymi brytyjskimi poetami epoki wiktoriańskiej. Byli też parą, która oprócz wierszy pozostawiła po sobie obfitą korespondencję, zwłaszcza z okresu narzeczeństwa. Listy były na tyle interesujące, że na ich podstawie powstała sztuka teatralna opowiadająca o konflikcie młodej Elizabeth z jej zaborczym ojcem. A na podstawie sztuki powstał film Sidneya Franklina, który został nominowany do Oscara. Nie jestem pewien, czy Barretom z ulicy Wimpole należą się peany, niemniej jednak jest to film całkiem oryginalny. Na uwagę zasługuje w nim przede wszystkim odważny jak na lata trzydzieste scenariusz oraz kreacja aktorska Charlesa Laughtona, który umocnił swoją pozycję jako najlepszy aktor charakterystyczny Fabryki Snów.

Barretowie zamieszkujący dom przy londyńskiej ulicy Wimpole do osobliwa rodzinka. Trzy siostry i bodaj sześciu braci, wszyscy dorośli i w stanie wolnym, żyją pod jednym dachem nadzorowani przez swojego oschłego, despotycznego ojca Edwarda. Najważniejsza dla nas bohaterka, Elizabeth, jest najstarszą z rodzeństwa, utalentowaną poetką i oczkiem w głowie tatusia. Ponieważ dziewczyna choruje i od dłuższego czasu ma kłopoty z chodzeniem, Edward kategorycznie zabrania jej podejmowania wysiłków i mocno ogranicza spotkania z rodzeństwem. Mimo jego sceptycyzmu Elizabeth stopniowo nabiera sił i rozpoczyna znajomość, początkowo korespondencyjną, z poetą Robertem Browningiem. Gdy więź ta przeradza się w coś więcej niż przyjaźń, ojciec zaczyna aktywnie przeciwdziałać wszelkim krokom ku uniezależnieniu się córki.

Film Sidneya Franklina stosunkowo otwarcie (jak na lata trzydzieste) portretuje patologiczną relację papy Barreta z jego dziećmi. Romans pomiędzy Elizabeth i Robertem Browningiem jest tu nie tyle centralnym wątkiem fabuły, co katalizatorem uwypuklającym niezdrowe układy panujące w rodzinie Barretów. To ciekawa scenariuszowa odmiana po zbyt licznych w tej epoce ckliwych melodramatach. Historia ubezwłasnowolnionej Elizabeth i jej drogi ku wolności jest na ich tle czymś zupełnie innym. Nie oznacza to, że film jest pozbawiony wad. Największą jest jego przesycenie dialogami, często błahymi i pozbawionymi treści. Krotochwilne rozmowy pomiędzy rodzeństwem Barretów mają stanowić kontrast dla surowej relacji z autorytarnym ojcem. Nie bardzo się to udało. Pustosłowie pozostaje pustosłowiem, nawet gdy ma służyć celom wyższym. W rezultacie pierwsza połowa filmu męczy swa monotonią. Na szczęście w dużym stopniu rekompensuje to fascynująca końcówka.

Charles Laughton, grający rolę właściwie drugoplanową, po prostu wgniata w fotel. Sama jego postawa i wzrok powodują, że milkną śmiechy, a niesforne dzieci spuszczają wzrok. Papa jest surowy i nie toleruje u swego potomstwa najmniejszego przejawu egoizmu. Najważniejsze są wszak właściwe zasady moralne. Na przykład czcić Boga. I ojca swego. Czasem nawet wymienionych w jednym zdaniu. Trudno postać narcystycznego tyrana określić jako wspaniałą, Laughton zagrał go jednak doskonale. Od początku można podejrzewać, że ten dżentelmen z zaburzoną osobowością skrywa jakąś mroczną tajemnicę. Rozwiązanie zagadki, chociaż nie ukazane wprost, jest dzięki grze aktorskiej całkowicie czytelne. Jak komentował to sam artysta "nie mogą ocenzurować mojego spojrzenia". Partnerująca Laughtonowi Norma Shearer nie jest tak dobra, ale stara się wyciągnąć możliwie wiele z roli stłamszonej ale nie złamanej Elizabeth. Trochę ogranicza ją niesprawność ruchowa bohaterki, która większość filmu spędza w obrębie czterech ścian swojego pokoju. Fredric March jako Browning jest bezbarwny, całkiem jakby starał się nie zawadzać relacji ojciec-córka, która jest istotniejsza od jego poetyckiej miłości. I tak go trochę za dużo, chociaż pojawia się dopiero po półgodzinnej scenie ekspozycji.

Barretowie z ulicy Wimpole to przyzwoity film, wyróżniający się spośród melodramatycznej sztampy lat trzydziestych oryginalnym rozwojem fabuły. Mimo to daleki jestem od zachwytów. Zbyt dużo tu romantycznego wypełniacza, który spokojnie można by ograniczyć, zamiast rozwijać go do znużenia. Z drugiej strony wbijający w ziemię Laughton i trzymające w napięciu zakończenie sprawiają, że warto było przebić się przez mniej emocjonujące momenty. Ostatecznie daje to ocenę na poziomie 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Wyspa skarbów/Treasure Island (1934)

Film o piratach, skarbie i takich tam

Reżyseria: Victor Fleming
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 42 min.

Występują: Wallace Beery, Jackie Cooper, Lionel Barrymore, Otto Kruger, Lewis Stone, Nigel Bruce, Charles Sale

W roku 1934 Victor Fleming nakręcił adaptację Wyspy skarbów Roberta Louisa Stevensona. Wcześniej zrealizowano co najmniej dwie nieme ekranizacje tej książki, a później jeszcze kilkadziesiąt dźwiękowych, zarówno na potrzeby kina jak i telewizji. Z jednej strony nie ma się co dziwić, gdyż jest to wzorzec awanturniczej opowieści o piratach. Z drugiej strony szkoda, gdyż Wyspa zdominowała istniejące w masowej świadomości stereotypy piractwa do tego stopnia, że zatraciła swoją odkrywczość i atrakcyjność. W efekcie trudno było mi podejść na świeżo o filmu opowiadającego historię, z którą spotkałem się wcześniej mnóstwo razy w najrozmaitszych wariantach. Wyparcie pewnych faktów ze świadomości było trudne, dlatego momentami przysypiałem podczas absolutnie niezaskakującego seansu. Mimo wszystko spróbuję wskazać na kilka atutów, które posiada akurat ta wersja Wyspy, bo nie można powiedzieć, żebyśmy mieli do czynienia z filmem złym.

Dla krótkiego przypomnienia, Wyspa skarbów opowiada o przygodach Jima Hawkinsa, nastoletniego syna właścicielki gospody, który przypadkiem wchodzi w posiadanie mapy prowadzącej do pirackiego skarbu. Po ucieczce przed zbirami pragnącymi wejść w posiadanie mapy, Jim przy pomocy zaprzyjaźnionego lekarza i arystokraty organizuje wyprawę w celu odnalezienia skarbu. W skład załogi wchodzi jednonogi kucharz Długi John Silver, który zaprzyjaźnia się z młodym Hawkinsem. Chłopak nie ma pojęcia, że w rzeczywistości Silver jest hersztem załogi pirackiej, która podstępem wkradła się w szeregi marynarzy, żeby zdobyć skarb dla siebie.

Wyspa skarbów była reklamowana jako kolejny występ zgranego duetu aktorskiego złożonego z rubasznego Wallace'a Beery'ego i młodego Jackiego Coopera, znanych między innymi ze świetnego występu w Mistrzu. Popularna para wcieliła się w dwóch najważniejszych bohaterów opowieści. Beery wydaje się wprost stworzony do roli Długiego Johna Silvera. Jego umiejętność łączenia dosadnego humoru i złowrogości dała efekt niemal równie dobry jak w kręconym w tym samym okresie Viva Villa! Mimo posiadania drewnianej nogi i gadającej papugi Silver jest najbardziej pełnokrwista postacią w całym filmie. Jackie Cooper, który zazwyczaj prezentował podziwu godną naturalność, tym razem zawodzi. Młody aktor wcielił się w Jima Hawkinsa z nieznośną pewnością siebie i arogancją, które są częstą przywarą dziecięcych aktorów. Momentami wprost nie da się słuchać jego zarozumiałego głosiku. Nieźle wypada natomiast w scenach akcji. Spośród innych członków obsady wyróżnia się jeszcze Lionel Barrymore w absolutnie nietypowej dla siebie roli zapijaczonego, zawszonego pirata. To miła odmiana u aktora najczęściej obsadzanego w rolach dobrotliwych dziadków.

Zdecydowanym atutem filmu jest scenografia przygotowana pod nadzorem niezawodnego Cedrica Gibbonsa. Dekoracje opracowane zostały z wyczuciem i zawierają kilka perełek. Na przykład na wyspie piratów znajdziemy otoczoną palisadą chatę, która w pewnym momencie zmienia się zostaje zmieniona w oblężoną twierdzę. Absolutnie wspaniały jest galeon Hispaniola, na którym wesoła załoga żegluje w poszukiwaniu wyspy. Ogromny statek stworzono niemałym nakładem sił. Jest on naturalnej wielkości i zawiera bogate oprzyrządowanie, ożaglowanie oraz olinowanie. Aż czuć morską bryzę, nawet jeżeli zbudowano go w studio.

Jak wypada sama przygoda? Po odsunięciu na bok uprzedzeń opisanych we wstępie muszę przyznać, że było całkiem nieźle. W filmie znalazło się kilka sprawnie wyreżyserowanych scen trzymających w napięciu (między innymi efektowny szturm piratów na bronioną przez bohaterów chatę albo popisowa akcja dywersyjna Hawkinsa na statku). Mimo irytującego momentami Coopera przekonująco wypada przyjaźń pomiędzy jego bohaterem a Johnem Silverem. Jest na czym oko zawiesić, znajdziemy także niemało okazji do docenienia reżyserskiego wyczucia Victora Fleminga. Mimo to nie potrafiłem uwolnić się od uczucia niedosytu wywołanego faktem, że wszystko to już kiedyś widziałem. Z tego powodu Wyspa skarbów otrzymuje ode mnie 7 gwiazdek. Gdyby było to dla mnie pierwsze zetknięcie się z historią o piratach, ocena niewątpliwie byłaby wyższa.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 7 kwietnia 2019

Imitacja życia/Imitation of Life (1934)

Film o rzeczach, których nie ma

Reżyseria: John M. Stahl
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 50 min.

Występują: Claudette Colbert, Louise Beavers, Warren William, Rochelle Hudson, Fredie Washington, Ned Sparks

Francuska maksyma głosi, że hipokryzja to hołd, który występek składa cnocie, ale nie zawsze tak jest. Oblicza hipokryzji Hollywood były rozmaite, w latach trzydziestych związane przede wszystkim z wejściem w życie Kodeksu Haysa - zasad cenzury prewencyjnej, które objęły produkcje wszystkich głównych wytwórni filmowych. Cenzorzy pilnowali, żeby filmy nie zawierały zbyt dużo seksu i przemocy, zapobiegali ostatecznemu triumfowi zła i bronili wartości religijnych. Najbardziej kontrowersyjnym elementem Kodeksu były jednak reguły dotyczące relacji międzyrasowych, a przede wszystkim tak zwanej miscegenacji czyli "krzyżowania ras". W żadnym z dotychczas oglądanych przeze mnie filmów absurdalność reguł Haysa nie była tak bardzo widoczna jak w Imitacji życia. Ambitna, wielowątkowa opowieść poruszająca między innymi problem emancypacji Afroamerykanów została wskutek cenzorskiej interwencji doprowadzona do postaci karykatury. Która i tak w ówczesnych wyższych sferach zyskała sobie opinię filmu postępowego społecznie. Przejdźmy jednak do konkretów.

Imitacja życia, stworzona na podstawie powieści Fannie Hurst, opowiada o długoletniej przyjaźni dwóch kobiet samotnie wychowujących córki. Bea Pullman jest białą wdową, która próbuje jakoś związać koniec z końcem po niedawnej śmierci męża. Delilah Johnson to jej czarnoskóra gosposia mająca na utrzymaniu nieślubną córkę Peolę. Film nie wchodzi w szczegóły, ale jasna karnacja dziecka wskazuje na to, że jej ojcem był jakiś biały mężczyzna. Kobiety otwierają wspólnie naleśnikarnię, która dzięki przedsiębiorczości Bei i talentowi kulinarnemu Delilah szybko zaczyna przynosić zyski. Po kilku latach kobiety nawiązują współpracę z menadżerem Elmerem Smithem, który pomaga im przemienić jadłodajnię w dużą firmę spożywczą. Tymczasem podrastająca Peola zaczyna sprawiać poważne problemy związane z kompleksami na temat swego pochodzenia.

Muszę zaznaczyć, że fabuła tego niesłusznie nominowanego do Oscara filmu miała spory potencjał. Pierwsze sceny obrazujące rozwój spółki prowadzonej przez dwie kobiety wzbudziły mój entuzjazm. Co prawda łatwość, z jaką Bea i Delilah osiągają sukces, wygląda nieco bajkowo, ale ich pomysłowość i pracowitość to bardzo ładna ilustracja idei amerykańskiego snu. Zwłaszcza, że dotyczy duetu kobiet, samotnych matek, z których jedna jest czarna. Widzę oczami wyobraźni laurki wystawiane przez wolnorynkowców. Później wątek przedsiębiorczości odchodzi na drugi plan, ustępując miejsca problemom miłosnym i wychowawczym. Sporo miejsca poświęcono rywalizacji białej bohaterki i jej córki o względy jednego mężczyzny (który na dokładkę jest ichtiologiem, co jest źródłem nieco nużących żartów). Wątek ten jest mocno rozwinięty i w miarę sensownie rozwiązany, należy jednak do mniej interesujących elementów filmu. Nawet niezłe aktorstwo Claudette Colbert i Warrena Williama nie zdołało ukryć jego banalności. Największe zainteresowanie wzbudzają kwestie związane z postaciami czarnoskórymi. I tutaj robi się ciekawie.

Delilah przedstawiona została jako prosta gospodyni o mentalności służalczo-niewolniczej. Chociaż Bea pragnie traktować ją jak wspólniczkę, kobieta dobrowolnie rezygnuje z własnej części zysku i nawet jako osoba zamożna zamieszkuje w "niskim parterze" wspólnej rezydencji, nie uczestniczy w wydawanych przez Beę bankietach i z radością masuje jej stopy. Tak jakby była jej panią, a nie partnerką. Jest to traktowane przez całe otoczenie jako zupełnie naturalne i sympatyczne. Aż prosiłoby się pokazać negatywne reakcje córek czy wyrzuty sumienia prezentowanej jako dobra osoba Bei. Nic z tych rzeczy. Film niby sygnalizuje, że taka sytuacja nie jest w porządku, ale jednocześnie odnosimy wrażenie, że to wyłącznie wina nieskomplikowanej osobowości Murzynki. Jeszcze gorzej zaprezentowano konflikt Delilah z Paolą. Jasnoskóra córka jest posyłana do szkoły dla białych, gdzie nie przyznaje się nikomu, że jest Mulatką. Kiedy jej sekret wychodzi na jaw, wypiera się matki i traktuje ją okropnie. I znowu, sytuacja jak najbardziej możliwa w ówczesnej rzeczywistości społecznej została przedstawiona jako kuriozum. Film w żadnej scenie nie zająkuje się na temat przyczyn wstydu i kompleksów Paoli. W rezultacie bohaterka ta prezentuje się jako wyrodna egoistka, samolubne monstrum zainteresowane wyłącznie sobą. Ten jednowymiarowy wizerunek (dodatkowo wzmocniony przez fatalną grę aktorską Fredie Washington) jest konsekwencją ucieczki od prawdziwych źródeł problemu. 

Raczej nie istnieje możliwość sprawdzenia, jak wyglądał oryginalny scenariusz filmu. Zasadne wydaje się jednak założenie, że wymienione problemy wynikają z cenzorskich interwencji, o których informacje można znaleźć w artykułach na temat Imitacji życia. Obrońcy moralności publicznej pozwolili na prezentację konsekwencji rasizmu, jednocześnie nie dopuszczając do pokazania na ekranie jego przejawów. W rezultacie otrzymaliśmy niemalże kabaretowe postacie układnej niewolnicy masującej stopy swojej wspólniczki i jej jasnoskórej córki, która wstydzi się matki z powodu wewnętrznego rozchwiania osobowości. Nikogo z jej otoczenia w najmniejszym stopniu to nie interesuje. Nie ma również przyzwolenia, żeby wspomnieć cokolwiek na temat ojca Paoli. Zapewne był białym dżentelmenem i nie mógł sobie pozwolić na skazę na reputacji. Wszystkie te wstydliwie zamiecione pod dywan sekrety wskazują na głęboko osadzone w amerykańskiej kulturze rasistowskie stereotypy. Mimo że Hollywood było środowiskiem postępowym, dystrybutorzy nie odważyli się nawet na umieszczenie czarnoskórych aktorów na plakacie filmowym. Najwyraźniej obawiano się, że odstraszy to potencjalnych widzów.

Nie trzeba było wiele, żeby uczynić z Imitacji życia dobry dramat społeczny. Wystarczyłyby dwie lub trzy sceny ukazujące kontekst problemów Delilah i Paoli, kilka dodatkowych dialogów pogłębiających ich motywacje. Widz z lat trzydziestych, dobrze znający tło społeczne, w pełni rozumiał sytuację. Widz współczesny musi poszukiwać odpowiedzi, których w samym filmie nie odnajdzie. Widz całkowicie niezaznajomiony z kontekstem otrzyma niezrozumiały galimatias, w którym początkowo rozsądnie zachowujące się bohaterki nagle tracą rozum. Nie powinno tak być. Wykastrowana Imitacja życia otrzymuje ode mnie 6 gwiazdek. Miało być pięć, ale dodałem jedną ze względu na bardzo dobry występ Louise Beavers w roli Delilah. Szkoda tej dobrej aktorki, która dała z siebie wszystko w upokarzającej ją roli.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 6 kwietnia 2019

Szkarłatny kwiat/The Scarlet Pimpernel (1934)

Film o zawadiakach w cieniu gilotyn

Reżyseria: Harold Young
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1 h 33 min.

Występują: Leslie Howard, Merle Oberon, Raymond Massey, Nigel Bruce

Brytyjczycy potrafią podchodzić z przymrużeniem oka nawet do spraw najpoważniejszych. W Prywatnym życiu Henryka VIII reżyser Alexander Korda przedstawił kontrowersyjnego króla-tyrana jako postać tragikomiczną. Rok później poszedł za ciosem, produkując dla wytwórni London Films Szkarłatny kwiat, dowcipny film przygodowy osadzony w realiach Rewolucji Francuskiej, a dokładniej jej etapu zwanego Wielkim Terrorem. Na fotelu reżyserskim zasiadł Harold Young intensywnie wspomagany przed producenta. W rolach głównych obsadzono znanego z występów w filmach amerykańskich Lesliego Howarda oraz Merle Oberon, która odznaczyła się niewielką ale świetną rolą Anny Boleyn w filmie o Henryku VIII. Wspólnie przyczynili się do powstania nietypowego obrazu, w którym patos zastąpiony został humorem, a masakra przygodą.

Szkarłatny kwiat jest adaptacją powieści węgierskiej pisarki Baronowej Orczy i opowiada o poczynaniach grupy mężnych Anglików, którzy infiltrują ogarniętą rewolucją Francję i ratują francuskich arystokratów przed śmiercią na gilotynie. Na czele grupy stoi tajemniczy Szkarłatny Kwiat, mistrz kamuflażu i podstępów, którego tożsamości nie zna nikt. Nie bez przyczyny, gdyż człowiek ten, sir Percy Blakeney, ukrywa sekret nawet przed własną żoną. Maksymilian Robespierre wysyła tropem Szkarłatnego Kwiatu własnego tajnego agenta, przebiegłego Obywatela Chauvelina. Mężczyźni rozpoczynają niebezpieczną grę pełną wzajemnych podchodów i forteli.

Mimo poważnej otoczki, Szkarłatny kwiat jest filmem czysto rozrywkowym, łączącym w sobie humor, akcję i wątki szpiegowskie. Jeżeli chodzi o te ostatnie, film proponuje kilka sprawnie zrealizowanych scen opartych na suspensie. Jest wśród nich długa sekwencja otwierająca film, skupiająca się na ewakuacji kilku Francuzów z rewolucyjnych lochów. Jej elementami są przebieranki, pościgi oraz nieustanne wątpliwości co do tożsamości i intencji poszczególnych osób. Co ważne, dzięki sprawnemu montażowi udało się zachować przejrzystość narracji i uniknąć popadnięcia w chaos. Inne trzymające w napięciu sceny to nocny pojedynek nerwów pomiędzy Percy'm a Chauvelinem toczony w bibliotece oraz pełen niedopowiedzeń finał filmu. 

Wątki humorystyczne kręcą się wokół głównego bohatera opowieści. Choć Percy jest człowiekiem odważnym i zdeterminowanym, dla utrzymania swojej tajemnicy udaje zniewieściałego bawidamka. Z upodobaniem nadskakuje swojemu przyjacielowi księciu Jerzemu i opowiada niedorzeczne wierszyki. Leslie Howard, za którym raczej nie przepadam, dobrze oddał komiczną stronę swojej kreacji, odrobinę słabiej prezentując jej prawdziwą, bohaterską twarz. Inną ważną postacią jest żona Percy'ego, Marguerite, której ten z pewnych powodów nie darzy zaufaniem. Merle Oberon stworzyła wyrazistą kreację kobiety rozdartej lecz pełnej determinacji. Trzecia z głównych postaci, Chauvlin grany przez Raymonda Masseya, został wykreowany na złowieszcze przeciwieństwo głównego bohatera, dopełniając sensacyjnego, nieco pulpowego charakteru filmu.

Szkarłatny kwiat wyróżnia się stroną kompozycyjną. Kamera Harolda Rossona nie boi się nietypowych ujęć, chętnie spogląda na wydarzenia z góry lub podąża za bohaterami. Na oklaski zasługuje świetnie wykorzystany do budowania napięcia montaż równoległy Williama Hornbecka, zwłaszcza w długiej, wciągającej sekwencji początkowej. Scenografia to przede wszystkim nadające filmowi złowieszczą atmosferę wszechobecne gilotyny. Choć trzeba przyznać, że brutalność tego narzędzia śmierci została zaprezentowana raczej umownie. W części filmu rozgrywającej się w Anglii główną cechą charakterystyczną są XVIII-wieczne fikuśne kostiumy. Szkarłatny kwiat to prawdziwa rewia mody - każda z postaci ma okazję zademonstrować po kilka wysmakowanych, oryginalnych kreacji w niepowtarzalnym stylu epoki. Spece od kostiumów zdecydowanie puścili wodze fantazji.

Szkarłatny kwiat prezentuje nad wyraz nietypowe podejście do Rewolucji Francuskiej. Zgodnie z brytyjską tradycją historyczną rządy jakobinów przedstawione zostały jako krwawa jatka. Brutalność i przemoc mają jednak miejsce głównie poza kadrem. Jednocześnie twórcy całkowicie zrezygnowali z rozwijania wątków politycznych rewolucji. Co prawda grupa specjalna zajmująca się ewakuacją skazanych na śmierć arystokratów ma w pewnym sensie charakter klasowy, ale nie ma to specjalnego znaczenia. Paskudna rewolucja jest u Younga i Kordy okazją do niezłej przygody. Wyszedł z tego oryginalny, wciągający film rozrywkowy. Wystawiam mu 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 2 kwietnia 2019

Rodzina Rotszyldów/The House of Rotschild (1934)

Film o żydowskich spekulantach

Reżyseria: Alfred L. Werker
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 27 min.

Występują: George Arliss, Boris Karloff, Loretta Young, Robert Young, C. Aubrey Smith, Helen Westley

Podczas gdy w Niemczech świeżo usadowieni u władzy naziści rozpoczynali rozsiewanie antysemickiej propagandy, w USA szefostwo wytwórni Twentieth Century Pictures zainspirowane przez aktora George'a Arlissa wyprodukowało niezwykle przychylny Żydom film o bankierskiej rodzinie Rotszyldów. Rozbudowane dzieło porusza w przystępnej (można też rzec uproszczonej) formie tematy związane z polityką wielkich mocarstw, rozwojem giełdy, prześladowaniami Żydów oraz wartościami rodzinnymi. Tak złożona fabuła jest jednocześnie podana w sposób elegancki, przystępny i przyciągający uwagę. Starania twórców zostały wynagrodzone nominacją do Oscara dla najlepszego filmu, nagrodą jak najbardziej zasłużoną.

Film otwiera scena rozgrywająca się we Frankfurcie w połowie XVIII wieku. Rotszyldowie - głowa rodziny Mayer, jego żona i piątka synów - prowadzą w getcie coś w rodzaju domu kredytowego. Są nękani przez poborców podatków, którzy nakładają na Żydów znacznie wyższe stawki niż na Niemców, oraz przez niemieckich sąsiadów, którzy prześladują wyznawców obcej religii. Mayer obmyśla plan, który pozwoli zabezpieczyć przyszłość rodziny - wysyła synów do pięciu europejskich stolic, w których mają otworzyć filie międzynarodowego banku. Mija kilkadziesiąt lat. Stare imperia szykują się do ostatecznej rozprawy z Napoleonem. Aby sfinansować przygotowania do wojny muszą pozyskać pieniądze. Hojny kredyt ma do zaoferowania największy bank w Europie, kierowany przez Natana Rotszylda i jego braci. Konkurencja nie ma jednak zamiaru dopuścić do tak ważnego interesu żydowskiej firmy.

Najbardziej podoba mi się w Rodzinie Rotszyldów rozmach fabularny. Akcja rozgrywa się w kilku krajach i obejmuje wiele wątków. Chociaż większość scen to rozmowy, zarówno dialogi jak i aranżacja wizualna są urozmaicone i pomysłowe. Szczególnie udana jest długa scena ekspozycji, w której Rotszyldowie ukrywają dowody swego bogactwa przed poborcą podatkowym, a następnie zwodzą go, żeby zapłacić jak najmniej. Postawa rodziny, na pozór kojarząca się ze stereotypem chciwego Żyda, po przemyśleniu wzbudza podziw. Mayer i jego bliscy ukazani są bowiem jako zgrany kolektyw, który znakomicie współdziała, żeby bronić własnego interesu. A otoczenie jest im wyjątkowo mało przyjazne. Ta solidarność jest najbardziej wyrazistą cechą rodu szybko budującego niewyobrażalne bogactwo. Rotszyldowie nie wahają się przy tym sięgać po nieczyste chwyty, na przykład manipulowanie kursem akcji lub szantaż finansowy. Za każdym razem jest to usprawiedliwiane nieprzyjazną postawą gojów (jeden z pruskich ministrów posuwa się nawet do wywołania antysemickich zamieszek). Trzeba przyznać, że film jest nieco stronniczy w stosunku do Rotszyldów, bardzo łatwo ich rozgrzeszając i pomijając na przykład konsekwencje giełdowych operacji dla zwykłych zjadaczy chleba.

Od strony politycznej Natan Rotszyld i jego bracia ukazani są za to jako wizjonerzy i innowatorzy, nie tylko zręcznymi ruchami kreujący przyszłość Europy, ale również obmyślający nowe sposoby zarządzania i przekazywania informacji. Współpracują przy tym z politykami najwyższego kalibru, takimi jak Wellington, Metternich, Talleyrand czy fikcyjny pruski minister Ledrantz. Tutaj ponownie wychodzi na jaw tendencyjność filmu - jako dobrzy i szlachetni ukazani są wyłącznie ci, którzy sprzymierzają się z tytułowymi bohaterami. Najsłabszym elementem Rodziny Rotszyldów jest wątek miłosny - romans pomiędzy córką Natana a brytyjskim arystokratą Fitzroyem. Ma to być przykład nękanego problemami związku mieszanego. Sam w sobie pomysł był dobry, ale młodzi zakochani nie są dostatecznie interesujący. To postacie mało istotne w obliczu dziejącej się obok nich wielkiej polityki.

Z aktorów na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim George Arliss, który oprócz zagrania dwóch ról - Mayera Rotszylda w pierwszej części filmu i jego dorosłego syna Natana w drugiej - był jednym z pomysłodawców i motorem napędowym produkcji. Oba wcielenia Arlissa są dopracowane, przyciągające uwagę i mocno od siebie odmienne. Jako Mayer jest klasycznym brodato-pejsatym spryciarzem, który dopiero buduje potęgę rodziny. Natan to już gruba ryba rozmawiająca jak równy z równymi z możnymi tego świata. Trudno nie docenić talentu Arlissa, który twórczo wykorzystał istniejące stereotypy, tworząc na ich bazie bohaterów z krwi i kości. Z postaci drugoplanowych in minus wyróżnia się Boris Karloff grający nienawidzącego Żydów hrabiego Ledrantza. Nadęty i pełen nienawiści Prusak miał być najwyraźniej karykaturą współczesnego niemieckiego polityka, wyszła z niego natomiast postać antypatyczna i płaska. Dobrze spisał się za to mistrz drugiego planu C. Aubrey Smith, który wcielił się w przychylnego Rotszyldom Wellingtona. Brytyjski dowódca i polityk w jego wykonaniu Smitha jest jednocześnie wytrawnym graczem i swojskim bratem-łatą.

Rodzina Rotszyldów to bardzo dobry film historyczny, który nie jest może przesadnie wierny faktom, ale w interesujący sposób przybliża problemy stojące przed społecznością żydowską. Wyraźnie filosemicki, skutecznie pozyskuje przychylność widza dla swoich błyskotliwych bohaterów. Czyni to zarówno poprzez kompleksowe przedstawienie ich sytuacji społecznej, jak również sprytne triki manipulujące emocjami. Czy to źle? Absolutnie nie, takie przecież jest kino. Choć nie wszystkie wątki są jednakowo dobre, zachowam z dzieła Alfreda Werkera bardzo dobre wspomnienia. W sam raz na 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

It's a Gift (1934)

Film o złośliwości rzeczy martwych

Reżyseria: Norman Z. McLeod
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 8 min.

Występują: W.C. Fields, Jean Rouverol, Kathleen Howard, Tom Bupp, Baby LeRoy

W.C. Fields to kolejny z grupy filmowych komików, którzy zdobyli sobie dużą popularność w latach trzydziestych. Zaczynał od występów w przedstawieniach wodewilowych, później pojawił się na scenach Broadwayu. Pierwsze role filmowe zaliczył jeszcze w filmach niemych, a gwiazdą komedii stał się po podpisaniu kontraktu z wytwórnią Paramount w roku 1932. Cechami rozpoznawczymi jego komediowego alter ego był charakterystyczny czerwony nos i mizantropijny stosunek do życia. It's a Gift jest jednym z  najpopularniejszych filmów w dorobku Fieldsa i podobno stanowi dobrą próbkę jego komediowego stylu. 

Bohaterami It's a Gift są członkowie mieszkającej w New Jersey rodziny Bissonette. Pan domu Harold (w tej roli W.C. Fields) prowadzi sklep z artykułami gospodarstwa domowego, skrycie marzy jednak o przeprowadzce do Kalifornii i założeniu tam plantacji pomarańczy. Jego żona Amelia ma wysokie aspiracje (przejawiają się w wymawianiu rodzinnego nazwiska z francuskim akcentem), a poza tym zajmuje się głównie gderaniem i strofowaniem wszystkich wokoło. Jest jeszcze dwójka dzieci - córka zainteresowana spędzaniem czasu ze swoim chłopakiem i syn jeżdżący wszędzie na wrotkach. Film przedstawia ich codzienne perypetie oraz starania w kierunku przeprowadzki do Kalifornii.

Humor It's a Gift ma dwa źródła - rodzinne sprzeczki Bissonettów oraz slapstickowe gagi. Ten pierwszy aspekt obejmuje przede wszystkim popisy Amelii, która nieustannie poucza męża i ustawia do pionu dzieci. Nie jest to szczególnie śmieszne, ale przynajmniej nie zrobiono z tej postaci karykatury. Jest marudna, surowa i dokuczliwa, ale mimo wszystko w granicach rozsądku - sfrustrowana gospodyni domowa, a nie tyran z wałkiem. A może właśnie dlatego, że nie poszła a całość, nie jest zabawna? W każdym razie do atutów filmu tej postaci nie zaliczam. Kilka gderliwych scen zalicza także Fields, między innymi stawiający do pionu swojego pracownika, ale w jego wypadku są to sprawy poboczne. Ważne jest zupełnie co innego.

Slapstick Fieldsa jest bardzo dobry, śmiem nawet twierdzić, że porównywalny z mistrzami tego nurtu z lat dwudziestych. Groteskowe potyczki głównego bohatera i jego znajomych z przedmiotami martwymi są bardzo rozbudowane i pomysłowe. Jest więc golenie się Fieldsa brzytwą przy użyciu dyndającego na sznurku lusterka. Jest niewidomy, któremu protagonista bezskutecznie usiłuje przeszkodzić w zdemolowaniu stosu żarówek. Później Fields odbywa pościg po swoim sklepie za niesfornym bobasem, który sprowadza nań prawdziwy kataklizm. Jest wreszcie długa scena, w której główny bohater próbuje zdrzemnąć się na balkonie, ale nieustannie coś mu w tym przeszkadza. Wszystkie te sekwencje są przemyślane, ciekawe technicznie i choć balansują momentami na granicy dobrego smaku, nie przekraczają jej. Zdecydowanie wysoka klasa humoru. A jak na tle tego wszystkiego wypada główna gwiazda filmu? Fields prezentuje typ flegmatycznego marudy nieustannie przyciągającego różne przeciwności losu. Na wzór mistrzów slapsticku znosi je z ledwie widocznym grymasem znużenia, trwając niczym brzuchaty heros w obliczu niedoskonałości świata. Polubiłem go.

It's a Gift to klasyk w filmografii W.C. Fieldsa, ale nie klasyk filmowy w ogóle. O ile dopracowane slapstickowe gagi są wysokiej próby, otoczka fabularna nie jest tak dobra. Film jako całość nie stanowi spójnej opowieści i nie ma niczego szczególnego do przekazania. To niestety częsta cecha starych groteskowych komedii. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 31 marca 2019

Liliom (1934)

Film o cnocie i występku

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Francja
Czas trwania: 1 h 56 min.

Występują: Charles Boyer, Madeleine Ozerai, Pierre Alcover, Florelle

Francja była dla Fritza Langa krótkim przystankiem pomiędzy imigracją z nazistowskich Niemiec a rozpoczęciem kariery w Hollywood. Nakręcił tam tylko jeden film, melodramat z elementami fantastyki będący adaptacją sztuki teatralnej Ferenca Molnara. Chociaż sam reżyser wskazywał Liliom jako jedno ze swoich ulubionych dzieł, dziś jest to film raczej zapomniany. Trudno powiedzieć, czy przyczyną było niepochlebne przyjęcie Lilioma przez publiczność, czy może jakieś inne powody. Co zabawne, film Langa wzbudził negatywne reakcje duchowieństwa, jakoby poruszonego frywolnym obrazem zaprezentowanych w nim zaświatów. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to zdumiewające, ponieważ dowcipne sceny "w Niebie" nie miały na celu żadnego obrazoburstwa, będąc jedynie specyficznym sposobem przedstawienia moralnych rozterek bohatera.

Trudno pisać o tym, co ważne w fabule Lilioma, bez zdradzania szczegółów. Tytułowy bohater jest toczącym swobodne życie operatorem karuzeli na miejskim jarmarku. Pewnego dnia staje w obronie dziewcząt wyrzuconych z przybytku przez jego zazdrosną szefową i za karę wylatuje z pracy. W rezultacie żeni się z jedną z nich, fotografką Julie. Ich związek jest burzliwy z powodu liliomowego lenistwa, zamiłowania do hazardu i napadów agresji. Dziewczyna wbrew radom otoczenia postanawia jednak trwać przy mężu. Dalszy rozwój wypadków prowadzi do krytycznego zwrotu w ich związku, jednak protagonista, dzięki ingerencji pewnych nadnaturalnych sił, otrzymuje szansę naprawienia swych błędów.

Francuska przygoda Langa była dla niego powrotem do tematyki, którą interesował się kilkanaście lat wcześniej, na przykład w Zmęczonej śmierci. Liliom nie jest jednak dziełem ekspresjonistycznym. To wytwór całkowicie zindywidualizowanego stylu reżysera. Jak zawsze bardzo istotną rolę odgrywa w nim scenografia, tym razem przygotowana przez Francuza Andre Davena. Wystrój planu filmowego wyraźnie akcentuje różnice nastroju pomiędzy trzema aktami filmu. W pierwszym centralną rolę odgrywa karuzela symbolizująca niezorganizowane, wesołe życie głównego bohatera. Środkowa część filmu rozgrywa się głównie w klaustrofobicznym, nędznym mieszkanku Lilioma i Julie. Duża część umeblowania znajduje się na zewnętrznej werandzie, niejako wskazując na chęć ucieczki Lilioma od zobowiązań. Zaświaty są odbiciem fantazji protagonisty, który w "pracownikach Pana Boga" widzi odbicie przedstawicieli biurokracji i wymiaru sprawiedliwości, w jego świecie będących nieuchronnymi siłami natury. Ponadto noszą oni prześmieszne skrzydła. Fritz Lang nawiązał także we Francji współpracę z operatorem Rudolphem Mate znanym z innowacyjnych zdjęć do Męczeństwa Joanny d'Arc i Wampira. Tym razem Mate nie jest tak pionierski jak w tamtych obrazach, ale stworzył kilka ciekawych ujęć, w szczególności w pierwszym akcie filmu rozgrywającym się wokół "karuzeli życia".

Fritz Lang wykorzystał fantastyczne wątki, żeby uczynić z Lilioma opowieść alegoryczną. Wiele pozornie pozbawionych znaczenia dialogów, spostrzeżeń i interakcji z pierwszej części filmu znajduje swoje odbicie w późniejszych kluczowych wydarzeniach. Najzabawniejszym przykładem jest flegmatyczny policyjny urzędnik, który przetrzymuje głównego bohatera na komisariacie w celu załatwienia jakiejś błahostki, aby później zmaterializować się jako podobnie zbiurokratyzowany funkcjonariusz zaświatów. Również rzucone mimochodem marzenie o wyjeździe "do Ameryki" staje się później motorem zaskakujących wydarzeń. Te stylistyczne powtórzenia nadają Liliomowi strukturę pewnego rodzaju przypowieści. Lang stara się w niej odpowiedzieć na pytanie, czy człowiek występny, będący ciężarem dla swoich bliskich, jest w stanie uczynić dla nich coś dobrego. Końcowa odpowiedź jest kontrowersyjna i niezbyt przypadła mi do gustu. Prowokuje jednak do przemyśleń.

Parę słów wypada napisać o aktorstwie. Bardzo podobał mi się Charles Boyer w roli tytułowej. Zdołał  przekonująco ukazać Lilioma jako człowieka absolutnie wolnego, zarówno z dobrymi jak i złymi konsekwencjami takiego światopoglądu. To postać bardzo nieprzyjemna, ale wielowymiarowa. Boyer świetnie gra ciałem, oddając gestami zmieniające się często nastroje protagonisty. Z kolei Madeleine Ozerai stworzyła wokół Julie aurę tajemniczości, którą tak przyciąga do siebie głównego bohatera. Z pozoru męczennica miłości, dziewczyna imponuje wytrwałością i potrafi czerpać radość z zaskakujących źródeł. Na drugim planie dobrze prezentuje się Pierre Alcover jako koleżka głównego bohatera będący prowodyrem jego złych czynów. Warto też wspomnieć o załodze zaświatów złożonej ze wspomnianego flegmatycznego urzędnika, bezosobowych strażników oraz pociesznego "diabła Boruty" czuwającego przy wadze dobrych i złych uczynków. Wnoszą oni do ponurego filmu sporo humoru.

Liliom jest produktem profesjonalnego warsztatu filmowego Fritza Langa zawierającym kilka oryginalnych pomysłów. Daleki od śmiertelnej powagi, film jest eksperymentem reżysera z dawno niewykorzystywaną tematyką. Wielka sprawność w kreowaniu nastroju oraz manipulacji poszczególnymi niuansami scenariusza budzi szacunek. Jednak, pomimo starań twórców, końcowe przesłanie filmu nie przypadło mi do gustu, a nawet wzbudziło lekki niesmak. Dlatego odmówię temu dziełu rangi wybitności. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 30 marca 2019

Promenada miłości/Flirtation Walk (1934)

Film o defiladach

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 37 min.

Występują: Dick Powell, Ruby Keeler, Pat O'Brien

Witajcie w Akademii West Point, najlepszej wojskowej szkole w Ameryce! Jesteśmy prawdziwą kuźnią kadr! Nasze mury opuścili tacy bohaterowie jak generał Pershing i generał MacArthur. Z was także zrobimy wzorowych oficerów. Będziecie defilować, defilować i jeszcze raz defilować. A kiedy nie będziecie defilować, będziecie przygotowywać doroczne uroczyste przedstawienie dla Dowództwa. Dla złaknionych rozrywki mamy Promenadę Miłości, historyczny szlak, którym kadeci chadzają na spacery z córkami generałów. A córki generałów chcą albo nie chcą z nimi chodzić. Albo jedno i drugie. Spokojnie, nie ma się czego obawiać. W razie nieporozumienia wszystko zamieciemy pod dywan. Najlepsza wojskowa szkoła w Ameryce nie może sobie pozwolić na skandale. 

Powyższy akapit mniej więcej oddaje ducha Promenady miłości. Film ten został nakręcony na zlecenie wytwórni Warner Bros i przy udziale jej gwiazd. Różni się jednak od typowych musicali Warnerów. Na liście płac brak specjalisty od tanecznej ekstrawagancji Busby'ego Berkeleya. Choreografią najwyraźniej zajął się osobiście reżyser Frank Borzage. Ponieważ znaczna część filmu toczy się w Akademii West Point, a pozostałe sceny na Hawajach, twórcy skorzystali z masy interesujących plenerów oraz z udostępnionego im nowoczesnego sprzętu wojskowego. Także tradycyjna fabuła oparta na przygotowywaniu muzycznego przedstawienia uległa modyfikacjom. Zamiast musicalu, bohaterowie pracują nad teatrzykiem dla zblazowanych generałów.

Fabularnie Promenada miłości jest mocno pretensjonalnym melodramatem. Młody szeregowiec zostaje oddelegowany jako szofer córki generała. Ponieważ nakazano mu spełniać jej zachcianki, wywozi ją na jakieś hawajskie plaże i srogo podpada zwierzchnikom. Para rozstaje się w dość nieprzyjemnym nastroju. Ich drogi krzyżują się ponownie kilka lat później w West Point, gdzie mają wspólnie wystąpić w przedstawieniu o zakochanym żołnierzu. Dalszy rozwój wydarzeń jest do bólu przewidywalny. Wszystko to w otoczce opisanej w pierwszej części tekstu. Ugh.

Aktorsko w Promenadzie rej wodzi stały duet Warnerów w osobach Dicka Powella i Ruby Keeler. Ten pierwszy zaskakuje pozytywnie, chyba po raz pierwszy nie prezentując na ekranie ciepłych klusek. Przeciwnie, Powell wyciska ze swojej marnej postaci wszystko, co było możliwe. Usilnie stara się przedstawić wplątanego w niefortunny romans kadeta jako postać dramatyczną i nękaną rzeczywistymi problemami. Ba, jego bohater kilkakrotnie pokazuje, że ma cojones. Do tego nieźle śpiewa. Powell zdecydowanie jest najjaśniejszą częścią filmu. W przeciwieństwie do niego Ruby Keeler udowodniła, że aktorsko nie ma do zaprezentowania niczego poza cielęcym uśmiechem. Jest nieznośna, nudna, pozbawiona energii. W poprzednich filmach ratowały ją umiejętności taneczne, tym razem poprzestaje na wygłaszaniu drętwych dialogów i przymilnym uśmiechaniu się do wszystkich. Promenada cierpi także na deficyt ciekawych postaci na drugim planie. Poza prostackim sierżantem - kumplem głównego bohatera nie zapamiętałem nawet żadnej twarzy. Trzeba jasno powiedzieć, że jeśli chodzi  o aspekty fabularne, jest to produkcja kiepska.

Strona muzyczna filmu to przede wszystkim defilady i inne układy związane z marszami wojskowymi. Są ładnie wyreżyserowane, nieraz odgrywane z dużą liczbą statystów. Zadbano także o kostiumy - okazuje się, że kadeci West Point ubierali się w latach trzydziestych w mundury przywodzące raczej na myśl XVIII wiek. Najlepszą sceną filmu pozostaje jednak jego otwarcie prezentujące ćwiczebny ostrzał samolotów z jakiejś machiny artyleryjskiej. To smutne, że żaden człowiek nie zdołał w Promenadzie miłości przebić maszyny.

Moje ostateczne wnioski nie są pozytywne. Powiedzmy, że można na ten ostrzał, marsze i defilady popatrzeć z pewnym uznaniem. Nie sposób jednak opędzić się od złośliwej myśli. Życie kadetów West Point musiało być doprawdy bajkowe. Ich głowy zaprzątały wyłącznie miłość i defilady. Nie wiem, jakim cudem ci wszyscy oficerowie mieliby dziesięć lat później zwyciężać na frontach II Wojny Światowej. Ja nie powierzyłbym im nawet obrony supermarketu. Z uwagi na niezłego Powella i machiny wojenne wystawiam 6 gwiazdek. Mimo to wątpię, żebym za miesiąc pamiętał cokolwiek z tego filmu..

źródło grafiki - www.imdb.com