Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F.W. Murnau. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F.W. Murnau. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 listopada 2018

Tabu/Tabu: A Story of the South Seas (1931)

Film o tabu

Reżyseria: F.W. Murnau
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 25 min.

Występują: Matahi, Anne Chevalier, Bill Bambridge, Hitu

Podczas gdy wokół niego wykwitały kolejne filmy dźwiękowe, dobrze już zaaklimatyzowanemu w Hollywood Friedrichowi Wilhelmowi Murnauowi nie spieszyło się do ich realizacji. Przyczajony gdzieś na uboczu, zamiast podążyć za nowym trendem, szukał czegoś innego. Konsekwencją tych poszukiwań było nawiązanie współpracy z twórcą paradokumentów Robertem J. Flahertym. Panowie postanowili nakręcić film według wspólnego pomysłu. Flaherty oferował doświadczenia zebrane na wyspach Polinezji podczas kręcenia Moany, Murnau - swój talent reżyserski i uznane nazwisko. Podczas zdjęć na Bora Bora dwaj indywidualiści szybko popadli w konflikt, który zaowocował przejęciem przez Murnaua całego projektu. Tym niemniej wkład Flaherty'ego w produkcję i przygotowanie zdjęć pozostaje nieoceniony. Rezultatem jest Tabu - melodramat osadzony w niecodziennym otoczeniu rajskich wysp. Niestety Friedrich Wilhelm Murnau nie dożył premiery swego ostatniego dzieła. Tydzień wcześniej zmarł od obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym.

Film opowiada o parze polinezyjskich kochanków, którzy buntują się przeciw całemu światu. Matahi i Reri prowadzą beztroskie życie w polinezyjskiej osadzie i myślą o wspólnej przyszłości. Ich szczęście przerywa przybycie sędziwego kapłana Hitu, który oznajmia, że dziewczyna została naznaczona na nową oblubienicę bogów. Oznacza to, że resztę życia będzie musiała wieść w celibacie i odosobnieniu od mężczyzn. Matahi zabiera ją nocą z łodzi kapłana i oboje uciekają na wyspę opanowaną przez Europejczyków. Tutaj usiłują dostosować się do reguł obcej sobie społeczności. Ich przeszłość nie daje jednak za wygraną. Hitu nie zamierza odpuścić zdrajcom, którzy złamali tabu - zakaz bogów.

Tabu jest filmem czerpiącym bardzo dużo z fabularyzowanych dokumentów Roberta Flaherty'ego. Wiele miejsca poświęcono polinezyjskim obyczajom, obrzędom i tańcom. Film wzbudził nawet w niektórych kręgach oburzenie z powodu występujących topless Polinezyjek i "nieprzyzwoitych" ruchów tancerzy. Można w nim również podziwiać mężczyzn polujących na ryby za pomocą tradycyjnych trójzębów i nurkujących w poszukiwaniu pereł. Zdjęcia są niezwykle urokliwe i przywołują specyficzny klimat rajskich wysp. Pod względem etnograficznym Tabu stanowi ciekawy obrazek, chociaż podobne widoki można już było podziwiać choćby w Moanie.

Jeżeli chodzi o fabułę, nietypowe otoczenie jest tylko otoczką, pod którą kryje się klasyczna historia o kochankach zbuntowanych przeciwko normom społecznym. Surowy kapłan i święte tabu są odpowiednikiem purytańskich osadników czy niemieckich mieszczan reprezentujących w innych melodramatach bezwzględne siły kontroli obyczajowej. Muszę powiedzieć, że historia Matahi i Reri niezbyt mnie zaciekawiła, a bardzo powolna narracja sprawiła, że film był męczący. Nie zostałem niczym zaskoczony ani zmuszony do refleksji. W dodatku relacja pomiędzy głównymi postaciami nie została zarysowana jakoś szczególnie głęboko. Przynajmniej grze aktorskiej trudno coś zarzucić, bo też zwerbowani przez Murnaua naturszczycy zagrali samych siebie. Ciekawostką jest, że wcielająca się w Reri Anne Chevalier przybyła kilka lat później do Polski i była przez jakiś czas partnerką Eugeniusza Bodo.

Tabu ogólnie rzecz biorąc zawodzi. Nie jest to może film zły, ale nie wciąga, nie zaskakuje i nie ma w nim nic fascynującego. F.W. Murnau postanowił po raz kolejny pójść własną drogą i tym razem zakończyło się to niepowodzeniem. Szkoda, że przedwczesna śmierć odebrała mu możliwość kolejnych prób. Tabu otrzymuje ode mnie 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 11 października 2018

Miejska dziewczyna/City Girl (1930)

Film o żniwach w Minnesocie

Reżyseria: F.W. Murnau
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 26 min.

Występują: Charles Farrell, Mary Duncan, David Torrence, Edith Yorke, Tom McGuire

Podczas gdy większość głośnych nazwisk amerykańskiego kina była w roku 1930 zajęta kręceniem pierwszych w karierze dźwiękówek, Friedrich Wilhelm Murnau przyczaił się w kąciku i postanowił stworzyć niepozorny niemy melodramat. No, może nie aż tak bardzo niepozorny, bo do głównej roli zaangażowano Charlesa Farrella, jednego z najpopularniejszych wówczas hollywoodzkich aktorów. Przede wszystkim jednak Miejską dziewczynę cechuje fabularna zachowawczość. Zupełnie jakby Murnau potrzebował chwili oddechu po swoich głośniejszych produkcjach.

Film opowiada o romansie dwojga ludzi, którzy z pozoru wydają się dla siebie stworzeni. Lem jest synem oszczędnego farmera z Minnesoty. Przybywa do Chicago w celu sprzedaży pszenicy na giełdzie. Ma to być jego pierwsze wyznaczone przez ojca poważne zadanie. Kate jest kelnerką w taniej jadłodajni. Mieszka samotnie i jest zmęczona życiem w wielkim mieście pełnym wulgarnych, płytkich mężczyzn. Przystojny, dobrze ułożony chłopak z prowincji wydaje się jej darem niebios. Para flirtuje ze sobą podczas kilkukrotnych wizyt Lema w jadłodajni. W dniu jego wyjazdu oboje podejmują błyskawiczną decyzję o ślubie. Wymarzone życie na wsi okazuje się jednak dla Kate trudniejsze, niż sądziła. Teść, wściekły na syna z powodu niekorzystnej ceny uzyskanej za zboże, obwinia kobietę, która zakręciła mu w głowie. Pierwsza rozmowa z synową kończy się brutalną kłótnią, która nie zwiastuje niczego dobrego. Na domiar złego okazuje się, że Lem nie potrafi stawić czoła apodyktycznemu ojcu.

Miejska dziewczyna porusza problem brutalnej weryfikacji marzeń przez rzeczywistość. Sielska Minnesota z jej pracowitymi mieszkańcami okazuje się dla Kate równie nieprzyjazna jak bezduszne Chicago. Tam opędzała się od natrętnych klientów, tutaj ich odpowiednikiem okazują się prostaccy robotnicy najęci do pomocy przy żniwach. Największym problemem są jednak uprzedzony do niej teść i mąż, który mentalnie pozostaje małym chłopcem. Murnau odważnie eksploruje trudną tematykę... aż do zakończenia filmu. Finał zawodzi z powodu typowego dla Hollywood rozwiązania wszelkich problemów metodą czarodziejskiej różdżki. Szkoda, że nie zdecydowano się doprowadzić wydarzeń do bardziej realistycznego końca.

Pomimo poważnych zastrzeżeń jest w Miejskiej dziewczynie sporo dobrego. Kreacja Charlesa Farrella jako chłopaka mającego problem z przekroczeniem progu męskości jest bardzo realistyczna. Łatwo byłoby tego typu postacią wzgardzić, ale aktorowi udało się wydobyć na wierzch jego tragizm. Wiarygodny jest również David Torrence jako apodyktyczny papa żałujący każdego zmarnowanego kłosa pszenicy. Niestety mężczyznom nie dorównuje Mary Duncan w roli Kate. Dziewczyna przez większość czasu snuje się po ekranie i robi wrażenie, jakby nie wiedziała, o co jej chodzi. 

Dużą zaletą filmu są starannie przygotowane przez Murnaua i Ernesta Palmera kompozycje zdjęciowe. Nakręcone w studio sceny miejskie skupiają się na problemie samotności w tłumie. Jadłodajnia, w której pracuje Kate, roi się od ludzi. Na każde zwolnione miejsce błyskawicznie siada kolejny klient, który domaga się natychmiastowej uwagi. Relacja z każdym z nich jest równie krótka i nieistotna. Z tym rwetesem kontrastuje puste mieszkanko Kate, którego jedyną ozdobą jest nakręcany ptaszek w klatce. Sceny wiejskie wykorzystują plenery pokrytych zbożem Wielkich Równin. Miejska brzydota zostaje zastąpiona urokami prowincjonalnej przyrody. Oto młodzi, piękni i zakochani biegną przez urodzajne pola na spotkanie brutalnej prozy życia. Tutaj dziewczyna uciekająca przed pracą kelnerki podaje posiłki świntuszącym na jej temat robotnikom rolnym. Ale przynajmniej czyni to w pięknych okolicznościach przyrody.

Miejska dziewczyna to obraz o dużym potencjale, który nie został w pełni wykorzystany. Trudno powiedzieć, czy Murnaua opuściła odwaga, czy też miejsce miała interwencja producentów. Nawet ugrzeczniony, film zachowuje przebłyski niezwykłego talentu reżysera i zdecydowanie wybija się ponad przeciętność. Ale niedosyt pozostaje, bo przecież mogło to być kolejne dzieło na miarę Wschodu słońca. A tak otrzymuje zaledwie 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 24 lipca 2018

Wschód słonca/Sunrise: A Song of Two Humans (1927)

Film o kryzysie i pojednaniu

Reżyseria: F.W. Murnau
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 34 min.

Występują: George O'Brien, Janet Gaynor, Margaret Livingston

Friedrich Wilhelm Murnau przybył do Hollywood! Bardzo byłem ciekaw, jak twórca Nosferatu i Portiera z hotelu Atlantic poradzi sobie w amerykańskiej Fabryce Snów. Nie było się czego obawiać. Niemiec zabrał do USA swój charakterystyczny liryczny styl, dodatkowo wspomagając się scenariuszem innego weterana ekspresjonizmu Carla Mayera. Aktorzy nie mieli wyjścia i musieli dostosować się do ich artystycznego poziomu. Efektem jest Wschód słońca, dzieło w pełni demonstrujące możliwości drzemiące w medium, jakim był film niemy.

Opowieść Murnaua i Mayera jest bardzo prosta i odwołuje się do uniwersalnych archetypów. Młode małżeństwo mieszkające na wsi przechodzi kryzys. Mąż wdaje się w romans z wyuzdaną "turystką z wielkiego miasta". Kochanka namawia mężczyznę, żeby zaaranżował wypadek podczas wycieczki łódką po jeziorze i pozbył się stojącej im na drodze żony. Kiedy jednak przychodzi co do czego, męża dopadają skrupuły. Żona domyśla się jego intencji i przerażona ucieka. Targany wyrzutami sumienia mężczyzna podąża jej śladem, zdecydowany błagać o przebaczenie. Małżonkowie docierają do miasta, gdzie powoli próbują poukładać uczucia i dojść ze sobą do ładu.

Wschód słońca w założeniu ma być historią uniwersalną, stąd rezygnacja z nadania bohaterom imion i rozpoczęcie historii nieco od środka, kiedy kryzys małżeństwa i romans męża trwają już w najlepsze. To dlatego, że nie szczegóły historii są ważne, lecz przepełniające bohaterów emocje. Kolejne sceny przedstawiają eskalację kryzysu małżeńskiego, która niemal doprowadza do rozpadu związku. Niedoszłe morderstwo można odczytywać jako symbol ich potencjalnego rozstania. Druga połowa filmu przedstawia natomiast powolny proces odzyskiwania zaufania i naprawy małżeństwa zakończony ostateczną próbą zaufania podczas burzy na jeziorze.

Aktorski duet Janet Gaynor i George'a O'Briena świetnie realizuje reżyserskie założenia. Gaynor wyrasta na specjalistkę od delikatnych lecz wyrazistych kobiet, w czym duża zasługa jej dziewczęcej aparycji i niesamowitej gry spojrzeniem. O'Brien miał przed sobą trudniejsze zadanie, gdyż przyszło mu odgrywać mężowską psychozę i wyrzuty sumienia. Wyszło bardzo przekonująco. Dwie symboliczne sceny pomiędzy Gaynor i O'Brienem to niedoszły mord na łódce oraz pojednanie w kościele. Pierwsza jest poruszająca z uwagi na rosnące przerażenie żony i złowieszcze, drapieżne ruchy noszącego się z morderczymi zamiarami męża, druga natomiast stanowi swoiste katharsis. Bohaterowie nie tyle przeżywają emocje, co są ich ucieleśnieniem. Gniew, pożądanie, żal, pokora, strach, miłość - są w nich tak autentyczni, że uczucia te mimowolnie udzielają się widzowi.

W budowaniu nastroju pomagają sprawdzone w kinie niemieckim zabiegi kinematograficzne i reżyserskie. Murnau stawia na minimum plansz tekstowych i grę głównie za pomocą obrazu. Rozwój akcji jest powolny, a działania bohaterów drobiazgowo przedstawione, co ułatwia wczucie się w ich sytuację. W pamięć zapadają dopracowane kluczowe lokacje, takie jak oświetlone światłem księżyca jezioro czy tętniąca życiem miejska dżungla. Murnau wykorzystuje też zjawisko symetrii - łódka, na której w pierwszej części filmu niemal dochodzi do tragedii, odgrywa przeciwstawną rolę w scenach końcowych. Podobnie podróż do miasta i z powrotem bohaterowie odbywają tą samą kolejką, co pozwala wyeksponować zmiany zachodzące w ich relacji.

Wschód słońca to także spora dawka innowacji technicznych. Odważne eksperymenty z oświetleniem i ruchem kamery były już stosowane przez Murnaua w Portierze z hotelu Atlantic. Do tego dochodzą efekty specjalne związane z nakładaniem na siebie obrazów, dzięki czemu pierwotny realizm niektórych scen płynnie przechodzi w retrospekcje bądź sceny rozgrywające się w wyobraźni bohaterów. Dodatkowym cymesem jest ścieżka dźwiękowa. Wschód słońca jest jednym z pierwszych filmów, na potrzeby którego nagrano w pełni zintegrowany podkład muzyczny oraz (dla niektórych scen) efekty dźwiękowe. Jest to znacząca zmiana w porównaniu z dotychczasowymi produkcjami i mocno uatrakcyjnia seans.

Wschód słońca powstał w końcówce ery kina niemego i stanowi jedno z jego największych osiągnięć artystycznych. Za pomocą wyrafinowanych środków wyrazu oddaje to, z czym film niemy radził sobie najlepiej - pierwotne emocje bohaterów. Murnau postawił na fuzję swoich ekspresjonistycznych wizji z odrobiną hollywoodzkiego blichtru, tworząc prawdziwe dzieło sztuki. Z przyjemnością włączam ten film do mojej osobistej listy najlepszych produkcji filmowych wszech czasów i wystawiam 10 gwiazdek. To dopiero trzeci raz na tym blogu, za to drugi raz takie wyróżnienie spotyka film Friedricha Wilhelma Murnaua.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 24 czerwca 2018

Faust (1926)

Film o diable, który chciał wygrać zakład.

Reżyseria: F.W. Murnau
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1h 46 min.

Występują: Gösta Ekman, Emil Jannings, Camilla Horn, Frida Richard, Wilhelm Dieterle, Yvette Guilbert

Kiedy Fritz Lang wziął na warsztat klasyk germańskiej literatury, efektem były genialne Nibelungi. Friderich Wilhelm Murnau postanowił pójść w jego ślady i w roku 1926 nakręcił adaptację Fausta. Efekt nie jest tak piorunujący, jak w przypadku dzieła Langa. Być może ma tu coś do rzeczy fakt, że podczas postprodukcji filmu Murnau jedną nogą był już w Hollywood (wyjechał jeszcze przed premierą). Nie znaczy to, że film jest zły. Po prostu daleko mu do ekspresjonistycznej pierwszej ligi.

Fabuła Fausta czerpie zarówno z legendy ludowej o tym bohaterze, jak i z dramatu Goethego. Tytułowa postać, sędziwy alchemik, staje się obiektem zakładu pomiędzy pewnym archaniołem a Mefistofelesem. Diabeł utrzymuje, że jest w stanie sprowadzić mężczyznę na złą drogę, a w razie zwycięstwa ma otrzymać władzę nad światem. Sprowadzenie Fausta na manowce wydaje się niezbyt trudne. Diabeł najpierw mydli mu oczy niedoskonałym darem uzdrawiania, później zaś kusi przywróceniem młodości i wdziękami kobiet. Ostatecznym wyzwaniem jest zdobycie dla Fausta miłości niewinnej Gretchen, co ściąga na nią i jej rodzinę lawinę nieszczęść.

Faustowi do zarzucenia mam dwie rzeczy. Pierwszą jest pewna niejasność fabuły. Warunki zwycięstwa Mefistofelesa w zakładzie są nieczytelne. Kilkakrotnie zdaje się oczywiste, że wygrał, a jednak historia alchemika i diable zabiegi wokół niego toczą się dalej. W dodatku Mefistofeles ma osobowość mitologicznego trickstera, któremu bardziej zależy na płataniu okrutnych figli, niż na zdobywaniu dusz grzeszników. Na to przynajmniej wskazują jego działania, często destrukcyjne dla sprawy wielkiego zakładu. Ostateczne rozwiązanie tej kwestii również mocno mnie zawiodło.

Drugi problem to kiepska obsada głównej roli. Gösta Ekman jest drewnianym i nieciekawym Faustem, bardziej kukiełką realizującą kolejne punkty scenariusza niż człowiekiem z krwi i kości. Jego bohater przez cały film niczego nie osiąga własnymi siłami. Albo ponosi porażki, albo dostaje wszystko podane na diablej tacy. Ekman nie zdołał wyciągnąć niczego z tej niewątpliwie trudnej roli. Szkoda, że Murnau nie dał szansy komuś pokroju Conrada Veidta. Na szczęście inni aktorzy lepiej wywiązali się ze swoich zadań. W kolejnym już filmie znakomitą rolę odnotowuje Emil Jannings, tym razem jako Mefistofeles. Niemiec jest aktorem wszechstronnym, pomysłowym i dysponującym magnetyczną osobowością. Jego diabeł jest zarazem śmieszny, pociągający i niebezpieczny. W trakcie filmu kilkakrotnie zmienia kostiumy, ale humorystycznym znakiem rozpoznawczym jest wystający spod szat ogon. Dobrze spisuje się także Camilla Horn jako Gretchen, bardzo wiarygodna w końcowych, mocno nieprzyjemnych scenach filmu.

Scenografia i zdjęcia oferują to, co ekspresjonizm miał najlepszego do zaproponowania. Murnau i odpowiedzialny za zdjęcia Carl Hoffmann umiejętnie grają światłem, budując atmosferę niesamowitości i grozy. Film chętnie korzysta także z efektów specjalnych obejmujących przede wszystkim rozmaite sztuczki z ogniem oraz animowane wstawki. Wszystko to uzupełniają utrzymane w średniowiecznym klimacie dekoracje. Dzięki połączeniu tych elementów otrzymaliśmy tak pamiętne sceny jak sędziwego Fausta wrzucającego do ognia swój alchemiczny księgozbiór, czy też przyzwanie (w otoczce rodem z horroru) po raz pierwszy Mefistofelesa. 

Faust mimo swych zalet nie jest najlepszym z dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. Robi wrażenie nieco martwej inscenizacji, a nie opowieści o prawdziwych ludziach i ich dylematach. Jednym słowem zabrakło mu duszy. Z drugiej strony warto go zobaczyć dla kreacji Janningsa, a także dla bardzo nowatorskich jak na te czasy efektów specjalnych. Jest ciekawym przeżyciem intelektualnym, jednak nie udało mu się wzbudzić we mnie emocji. Dlatego Faust otrzymuje 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 17 maja 2018

Portier z hotelu Atlantic/Der letzte Mann (1924)

Film o znaczeniu munduru.

Reżyser: F. W. Murnau
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1h 28 min.

Występują: Emil Jannings, Maly Delschaft, Max Hiller

Miałem już okazję oglądać różne rodzaje filmów z nurtu niemieckiego ekspresjonizmu, ale Portier z hotelu Atlantic jest pierwszym z nich, który określić można jako typowy dramat. Na tym jednak kończy się jego typowość. Mamy do czynienia z dziełem niezwykle oryginalnym zarówno pod względem treści, jak i formy.

Tytułowy bohater filmu to starzejący się, otyły mężczyzna pracujący jako portier w luksusowym hotelu. Źródłem dumy i prestiżu mężczyzny jest jego piękny służbowy mundur, w którym paraduje również po pracy, budząc szacunek i skrywaną zawiść sąsiadów. Pewnego dnia portiera spotyka katastrofa - menadżer hotelu uznaje, że jest już za słaby i zbyt niedołężny, żeby nosić walizy gości i przenosi go na stanowisko podawacza ręczników w hotelowej toalecie. Największym ciosem jest jednak konieczność zdania munduru, który bohater zamienia na białą kamizelę posługacza. Portier jest zdruzgotany; obawia się ośmieszenia w oczach sąsiadów i bliskich. To popycha go do desperackiego kroku, który pozwoli mu nadal zachowywać pozory - kradzieży munduru z hotelowego magazynu.

Istnieje kilka możliwości interpretacji fabuły filmu. Napiszę o dwóch z nich. Interpretacja "empatyczna" odnosi się do losu starego człowieka, który powoli przestaje być potrzebny. Portier nie jest przez postronnych traktowany jak osoba. Nikt nie patrzy mu w oczy, nikogo nie interesuje jego osobista tragedia. Pracownicy hotelu traktują go jak przedmiot, który zostaje przesunięty z miejsca na miejsce. Z kolei dla sąsiadów najpierw jest obiektem podziwu i zazdrości, zaś w obliczu słabości staje się ofiarą bezlitosnych drwin. Najsmutniejsze, że sam bohater również postrzega samego siebie przez pryzmat swego stroju i funkcji, jaką ten symbolizuje. Przejawia się to w mowie ciała portiera. W mundurze jego ruchy są szybkie, pewne siebie, głowa uniesiona do góry, sylwetka wyprostowana. Bez symbolu swej pozycji błyskawicznie staje się przygarbionym, wystraszonym wrakiem człowieka. Odzyskanie choć cząstki siebie umożliwia mu dopiero kradzież munduru. Odtwórca głównej roli Emil Jannings z niezwykłym wyczuciem ukazał tę przemianę - sprzężenie zwrotne człowieka z jego rolą społeczną. Na tym polega druga, "socjologiczna" interpretacja fabuły. Film Murnaua przedstawia panujący w niemieckim społeczeństwie swoisty kult munduru. Strój i idąca za nim przynależność są wyznacznikiem statusu społecznego. Są to elementy powiązane tak ściśle, że utrata jednego pociąga za sobą błyskawiczną utratę drugiego. Szczególnie bolesna jest w tym wypadku wyjątkowo złośliwa satysfakcja sąsiadów oraz pogarda i przerażenie rodziny. W społeczeństwie przedstawionym przez Murnaua nie ma miejsca na litość czy współczucie. Liczy się tylko status. Słabi nie są godni nawet splunięcia.


Na uwagę zasługują również techniczne aspekty filmu. Portier nie jest co prawda pierwszym dziełem niemal całkowicie rezygnującym z plansz tekstowych, jednak jest to zjawisko na tyle rzadkie, że warto o nim napisać. Gra aktorska i kinematografia całkowicie rekompensują brak tekstu. Bardzo nowatorska jest praca kamery, która chyba po raz pierwszy w kinie niemym jest tak ruchliwa i odważna. Sytuację obserwujemy a to z perspektywy bohatera, ze zjeżdżającej windy, poprzez szyby kręcących się drzwi obrotowych, w lustrach. Niezwykle aktywny jest montaż, chętnie pokazujący dane sceny z różnych perspektyw. Na osobne potraktowanie zasługuje sekwencja kręcona z perspektywy pijanego bohatera - zamglona, trzęsąca się, wypaczająca kształty. Są i inne pomysłowe eksperymenty. Jeden z nich to otwierająca film scena kręcona w czasie deszczu przed wejściem do hotelu. Portier paraduje ubrany w odbijający światło foliowy płaszcz, dzięki czemu widz może od razu rozpoznać w nim głównego bohatera. Inny ciekawy pomysł to ukazanie upływu czasu poprzez statyczne ujęcie na blok mieszkalny - mieszkańcy krzątają się po balkonach, a w nocy zastępują ich światła w oknach - jedne się zapalają, inne gasną w zależności od trybu życia lokatora. Znalazłoby się jeszcze kilka innych tego typu smaczków. Pomysłowość Murnaua i odpowiedzialnego za zdjęcia Karla Freunda nie zna granic.

Portier z hotelu Atlantic nie jest filmem powalającym na kolana, bo też nie takie było założenie twórców. Zamiast tego pobudza wyobraźnię zarówno poprzez prowokującą fabułę, jak i wprowadzające zupełnie nowe możliwości rozwiązania kinematograficzne. Końcowy efekt zasługuje na najwyższe uznanie. To zdecydowanie jeden z kamieni milowych w historii kina. Przyznaję mu 9 gwiazdek i szczerze polecam.
źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 24 kwietnia 2018

Nosferatu - Symfonia grozy/Nosferatu, eine Symphonie des Grauens (1922)

Film o grozie czającej się w cieniu.

Reżyser: F.W. Murnau
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1h 33 min.

Występują: Max Schreck, Gustav von Wangenheim, Greta Schröder, Alexander Granach

Cóż za duszna atmosfera w tej Transylwanii! O ile Doktor Mabuse był filmem przekraczającym granice gatunku, Nosferatu - symfonia grozy jest dziełem ekspresjonistycznym par excellence. Pierwsza, stosunkowo luźna filmowa adaptacja powieści Brama Stokera o transylwańskim krwiopijcy do granic możliwości eksploatuje ekspresjonistyczne instrumentarium.

Nosferatu opowiada historię Huttera, niemieckiego pośrednika nieruchomości, który udaje się w podróż do Rumunii. Ma tam przekazać tajemniczemu hrabiemu Orlokowi akt własności opuszczonego domostwa w nadbałtyckim mieście Wisborg. Domena Orloka owiana jest złą sławą, grasują tam wilkołaki, a ludność w nocy nie opuszcza domów. Nie bez powodu. Hrabia okazuje się łasym na ludzką krew wampirem, który planuje przenieść się do Niemiec w poszukiwaniu nowych terenów łowieckich. Historia Drakuli (z powodu problemów z prawami autorskimi przechrzczonego na Orloka) jest dość dobrze znana i nie widzę potrzeby jej szczegółowo streszczać. Warte podkreślenia jest, że to filmowi Murnaua można przypisać wprowadzenie wielu elementów mitu wampira do kultury masowej. Jak tego dokonał?

Głównym atutem Nosferatu, jest gęsta, niemal halucynogenna atmosfera obłędu. W wielu momentach filmu miałem wrażenie, że oglądam narkotyczny trip reżysera. Efekt to bez wątpienia zamierzony i osiągnięty za pomocą kilku środków. Po pierwsze tempo filmu. Przez pierwsze pół godziny jest bardzo powolne, niemal senne, aby przyspieszyć w momencie przybycia Huttera do zamku Orloka. Wraz z pojawieniem się hrabiego wydarzenia zaczynają nabierać szybkości, co podkreśla dynamiczny montaż, obficie przeplatający sceny w Transylwanii z obrazkami z udziałem żony i znajomych Huttera, niepokojących się w Wisborgu o jego los. Następnie oglądamy najbardziej w moim odczuciu złowrogą część filmu obejmującą rejs Orloka (skrytego w trumnie z "ziemią na potrzeby eksperymentów botanicznych") statkiem. Podczas żeglugi powoli wymiera cała załoga, dowiadujemy się też, że w portach, do których zawija szkuner, po kolei wybucha epidemia dżumy. Hrabiego obserwujemy dopiero w końcowym etapie rejsu, kiedy dokańcza swego krwawego dzieła. No i finał filmu rozgrywający się w Wisborgu. W końcowych scenach tempo wydarzeń na chwilę zwalnia, aby na koniec uderzyć piorunującym finałem. Podobno reżyser posługiwał się przy kręceniu filmu metronomem, by uzyskać dla każdej sceny harmonijne, odpowiednie dla niej tempo akcji. Nie bez powodu nazwał swój film symfonią.

Drugi budujący klimat element to zdjęcia wykorzystujące bardzo ciekawe plenery, grę cieni oraz efekty specjalne. Rolę transylwańskiego otoczenia pełnią słowackie Tatry oraz gotycki zamek w Orawie, natomiast fikcyjne niemieckie miasto Wisborg imitują budynki rozmaitych miejscowości nad Bałtykiem. Dzięki wykorzystaniu klimatycznej architektury film zyskuje posmak niesamowitości. Posługiwanie się przy opowiadaniu historii cieniami to znak firmowy ekspresjonizmu, w Nosferatu zastosowany szczególnie efektywnie. Murnau nie lubi pokazywać grozy wprost, dlatego rzadko mamy okazję oglądać Orloka w bezpośredniej akcji. Znacznie częściej widzimy złowieszczy cień jego przygarbionej sylwetki i ostrych jak brzytwy pazurów. Uzupełniają to efekty specjalne w rodzaju znikania i przenikania hrabiego przez ściany, czy nawet tak proste zabiegi jak otwierające się bez niczyjej pomocy drzwi.

Trzecim ważnym elementem budującym atmosferę Nosferatu jest sam hrabia Orlok brawurowo zagrany przez Maxa Schrecka. Przed obejrzeniem filmu znane mi były zdjęcia portretujące Schrecka w roli wampira. Miałem w związku z tym pewne obawy, ponieważ wyposażony w szpony i długie kły aktor wygląda na nich dość groteskowo. W filmie absolutnie mi to nie przeszkadzało. Schreck jest przerażający dzięki połączeniu upiornej charakteryzacji z minimalizmem aktorskim. Trzyma się sztywno, prawie nie porusza rękami, chodzi chybotliwie i bardzo oszczędnie korzysta z mimiki, pomijając upiorne spojrzenie i zwierzęcy grymas, gdy zbliża się do ofiary. A w pierwszych swoich scenach, kiedy Orlok stara się zachowywać przed Hutterem pozory, wygląda niemal normalnie. W rezultacie Schreck stworzył niezwykła kreację wpisującą się w nierealny klimat filmu. I to wszystko przez 10 minut łącznego czasu ekranowego. Wystarczyło całkowicie.

W przypadku filmów niemych raczej nie wspominam o muzyce, ponieważ ścieżki dźwiękowe są zazwyczaj dograne po latach i nie stanowią integralnej części filmu. Nie zmienia to faktu, że wersja Nosferatu, którą oglądałem, obdarzona została interesującym, industrialnym soundtrackiem dobrze wpasowującym się w klimat filmu. 

Symfonia grozy wciągnęła mnie w swój nierealny świat. Hipnotyczny nastrój filmu nie budzi może przerażenia, ale generuje wewnętrzny niepokój. Na koniec nie mamy pewności, czy oglądaliśmy prawdziwą opowieść, czy wykwit umysłu szaleńca. Z całą pewnością jest to przepiękny to film, prawdziwe dzieło sztuki. Wystawiam mu 10 gwiazdek. Obejrzyjcie koniecznie.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 19 kwietnia 2018

Fantom/Phantom (1922)


Film o chorobie psychicznej lub społecznej. Można sobie wybrać.

Reżyser: F.W. Murnau
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 2h

Występują: Alfred Abel, Grete Berger, Lil Dagover, Lya De Putti, Anton Edthofer, Aud Egede-Nissen, Frida Richard

Fantom jest kolejnym na mojej liście owocem niemieckiego ekspresjonizmu. Przyznam, że mam problem z tym nurtem, bo poza upodobaniem do motywów nadnaturalnych i przygnębiającą atmosferą nie dostrzegam w dziełach wrzucanych do szufladki z napisem "ekspresjonizm" zbyt wielu cech wspólnych. Temat do rozważenia przy kolejnych ekspresjonistycznych dziełach. Co do Fantoma, wbrew swemu tytułowi nie zawiera wątków fantastycznych. Jest to ponure studium człowieka popadającego coraz głębiej w chorobę psychiczną, prawdopodobnie o podłożu depresyjnym. 

Kiedy poznajemy naszego protagonistę, Lorenza Lubotę, jest on prowadzącym nudne życie miejskim urzędnikiem i poetą piszącym do szuflady. Dwa wydarzenia decydują o jego dalszym losie - najpierw w drodze do pracy zostaje potrącony przez bryczkę powożoną przez młodą dziewczynę. Panna przeprasza poturbowanego Lorenza i odjeżdża. Niebawem mężczyzna dowiaduje się, że wydawca nie jest zainteresowany publikacją jego wierszy. Od tej pory wszystko zaczyna się walić. Lorenz jest prześladowany przez wizję dziewczyny na bryczce. Snuje się po mieście, usiłując ją odszukać i nie przejawiając zainteresowania niczym innym. Mężczyzna porzuca pracę, wyłudza pieniądze od prowadzącej lombard ciotki i unika zamartwiającej się o niego matki. W krótkim czasie całkowicie  traci kontrolę nad swoim pozbawionym celu życiem. Jako wątek poboczny ukazane są losy Melanie, siostry Lorenza, która pragnąc luksusu opuszcza rodzinny dom, by zostać prostytutką.

Fantom jest dziwnym filmem, trudnym do jednoznacznej interpretacji. Lorenz to antypatyczny bohater, ciągle ponury, przygarbiony, nie wykazujący żadnej inicjatywy ani podczas swego powolnego upadku, ani podczas nieszczerych prób podniesienia się. Nie znamy jego motywacji, możemy jedynie się domyślać, dlaczego poszukuje kobiety, z którą zetknął się tylko przez chwilę. Nasuwającą się odpowiedzią jest choroba psychiczna, choć i tutaj jasnej odpowiedzi nie otrzymamy. Z reakcji otoczenia Lorenza na jego zachowanie można wnioskować, że przed wypadkiem był on sympatycznym człowiekiem.  Wszyscy są zaskoczeni zmianą, jaka w nim zaszła i bardzo w niego wierzą. Ale i tu widz może polegać tylko na ich relacjach.

Oprócz głównego wątku mamy okazję przyjrzeć się nieciekawym warunkom życia panującym w Republice Weimarskiej. Lorenzo wraz z bratem i siostrą (wszyscy dorośli i samotni) pomieszkują z matką w nędznym mieszkanku. Melanie jako jedyną drogę do wygodnego życia widzi w handlu własnym ciałem. Ze skromnymi warunkami Lubotów kontrastuje luksusowe mieszkanie ciotki, która żyje z lichwy. Smutne to wszystko i przygnębiające. Może właśnie w kondycji społecznej Niemiec tkwi klucz do zrozumienia Fantoma? Los Lorenza jako odpowiednik szamoczącej się w powojennym kryzysie Republiki Weimarskiej? Przyznam, że podoba mi się taka interpretacja.

Jako minusy filmu muszę wskazać wyjątkowo powolne tempo narracji oraz żenujący epilog, w ogóle nie pasujący do reszty fabuły i jakby doklejony na siłę. Do gry aktorskiej nie mam zastrzeżeń, tym razem jest (jak na kino ekspresjonistyczne) stosunkowo oszczędna i naturalna. Tyle że główny bohater ma do zaoferowania głównie spojrzenie męczennika, garbienie się i powłóczenie nogami. Fantom nie zachwycił mnie. Zbyt jest przygnębiający, zbyt monotonny, a jego główny bohater za bardzo bierny i żałosny. Pomimo ciekawych możliwości interpretacji z trudem dobrnąłem do końca. Za przebłyski ciekawych pomysłów przyznaję 6 gwiazdek, uważam jednak, że można było przedstawić je w sposób atrakcyjniejszy dla widza.

źródło grafiki - www.imdb.com