Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1916. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1916. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 kwietnia 2018

Chronometry - nagrody blogowe (lata 1914-1919)

W ciągu pierwszego miesiąca pisania tego bloga obejrzałem i zrecenzowałem dwadzieścia jeden filmów stworzonych przed rokiem 1920. Z takiej puli można wybrać i wyróżnić pozycje z różnych  powodów wartościowe. To dobra okazja, żeby podsumować osiągnięcia wczesnego okresu kina. Stąd pomysł swego rodzaju nagród, które z racji nazwy bloga nazwałem Chronometrami.

Pierwsza edycja Chronometrów obejmuje siedem kategorii. Ponieważ filmów nie jest zbyt wiele, na razie nie będę oddzielał anglojęzycznych od pozostałych, chociaż w przyszłości pewnie to nastąpi. Również wyróżniających się kreacji aktorskich nie było na tyle dużo, aby wyodrębniać aktorów pierwszo- i drugoplanowych. Natomiast nagroda muzyczna będzie musiała poczekać do chwili, kiedy za kilka miesięcy na blogu pojawią się filmy gadane. Co prawda większość filmów niemych ma oprawę muzyczną, nie potrafię jednak sprawdzić, czy jest to muzyka oryginalna, czy też została dodana podczas rekonstrukcji lub publikacji aktualnej wersji filmu.

W ramach każdej z kategorii wskazałem kilka nominacji oraz wyróżniłem jednego laureata według mnie najlepszego/najlepszą w swojej dziedzinie. Przejdźmy zatem do nagród.

Najlepsza kinematografia
(kategoria obejmuje zdjęcia, montaż i efekty specjalne)

Nominowani:
Banici - za efektywne i efektowne wykorzystanie przyrody i pogody w budowie nastroju filmu
Bramy piekła - za umiejętne wykorzystanie technik barwienia kliszy oraz za przekonujące przedstawienie scen pożaru
Narodziny narodu - za nowatorskie techniki montażu równoległego i efektowne sceny bitew
Skarb rodu Arne - za piękne przedstawienie skandynawskiej zimy
Wild and Woolly - za profesjonalny montaż scen strzelanin i pościgów konnych

Srebrny Chronometr otrzymuje film Narodziny narodu.

Najlepsza scenografia
(kategoria obejmuje również kostiumy)

Nominowani:
Cabiria - za rewelacyjny plan kartagińskiej świątyni Molocha z przerażającym posągiem-paleniskiem
Malarz smoków - za klimatyczne odtworzenie japońskiej rezydencji i ogrodu oraz wykorzystanie doskonałego pleneru w Parku Narodowym Yosemite
Niebieski ptak - za niezwykłe przedstawienie fantastycznych krain ze świata snów
Nietolerancja - za przeprowadzoną z epickim rozmachem rekonstrukcję na planie filmowym starożytnego Babilonu
Skarb rodu Arne - za przekonujące odwzorowanie szesnastowiecznej Szwecji, w szczególności twierdzy więziennej i miasteczka portowego
Złamana lilia - za stylową rekonstrukcję mrocznych londyńskich slumsów

Srebrny Chronometr otrzymuje film Nietolerancja.

Najlepszy scenariusz

Nominowani:
Victor Sjöström i Sam Ask - Banici - za przedstawienie bez upiększeń relacji łączących człowieka  z naturą
Hector Turnbull i Jeannie Macpherson - Oszustka - za dyskretne budowanie napięcia pomiędzy trójką bohaterów
Maurice Stiller i Gustaf Molander - Skarb rodu Arne - za tchnięcie w film szekspirowskiego ducha
Louis Feuillade - Wampiry - za zawiłą acz porywającą intrygę z wieloma zwrotami akcji
D.W. Griffith - Złamana lilia - za smutną opowieść czerpiącą z prozy życia
 
Srebrny Chronometr otrzymują Maurice Stiller i Gustaf Molander.

Najlepsza aktorka

Nominowane:
Lillian Gish - Prawdziwe serce Susie - za kreację postaci kompletnej, z wiarygodnym charakterem i rozkosznymi manieryzmami
Lillian Gish - Złamana lilia - za złamanie widzowi serca
Mary Johnson - Skarb rodu Arne - za kreację dziewczyny rozdartej pomiędzy miłością a pragnieniem zemsty
Mae Marsh - Nietolerancja - za hart ducha i porywającą walkę z przeciwnościami losu
Musidora - Wampiry - za wzbudzenie niepokoju i fascynacji
Mary Pickford - Małe bogate biedactwo - za wdzięczne wcielenie się w rolę zagubionego dziecka

Srebrny Chronometr otrzymuje Lillian Gish za film Prawdziwe serce Susie.
 
Najlepszy aktor

Nominowani:
Rockliffe Fellowes - Regeneration - za resocjalizację młodego Owena
Robert Harron - Nietolerancja - za szorstki, chłopięcy urok ulicznika
Robert Harron - Prawdziwe serce Susie - za ukazanie metamorfozy chłopca w mężczyznę
William S. Hart - Bramy piekła - za odegranie przemiany religijnej bez popadnięcia w kicz
Richard Lund - Skarb rodu Arne - za rolę wielowymiarowego antybohatera wymykającego się schematom
Victor Sjöström - Banici - za stworzenie postaci człowieka skonfliktowanego ze społeczeństwem, ale pogodzonego ze sobą
 
Srebrny Chronometr otrzymuje Robert Harron za film Prawdziwe serce Susie.

Najlepszy reżyser

Nominowani:
Cecil B. DeMille - Oszustka - za umiejętność wzburzenia krwi widza
D.W. Griffith - Narodziny narodu - za doskonały warsztat, choć wykorzystany w niewłaściwej sprawie
D.W. Griffith - Złamana lilia - za doskonały warsztat wykorzystany we właściwej sprawie
Mauritz Stiller - Skarb rodu Arne - za wzorową realizację bardzo dobrego scenariusza, świetne poprowadzenie znakomitych aktorów i umiejętne wykorzystanie kinematografii, by osiągnąć zachwycający efekt finalny
Charles Swickard - Bramy piekła - za ujęcie niełatwego tematu w sposób budzący szacunek
Maurice Tourneur - Małe bogate biedactwo - za zabranie widza na wycieczkę w świat swoich fantazji, przy sprawnym wykorzystaniu tego, co umożliwiała ówczesna technika filmowa

Srebrny Chronometr otrzymuje Mauritz Stiller.
 
Najlepszy film

Nominowani:
Bitwa nad Sommą - za wolne od stronniczości ukazanie oblicza I Wojny Światowej
Bramy piekła - za western, który oprócz akcji ma coś do przekazania
Nietolerancja - za ambitną próbę ukazania, co jest ponadczasowe w ludzkiej cywilizacji
Skarb rodu Arne - za klasyczną tragedię w najlepszym tego słowa znaczeniu
Wampiry - za zawiłą lecz zapewniającą nieustanną rozrywkę historię w klimacie pulpy
Złamana lilia - za odwagę w poruszaniu ważkich problemów społecznych

Złoty Chronometr otrzymuje film Skarb rodu Arne.

Średnia moich ocen z omawianego okresu wyniosła 6,71.

środa, 21 marca 2018

Civilization (1916)


Film o tym, że wszelka wojna to ZŁO.
Reżyser: Reginald Barker, Thomas H. Ince, Raymond B. West
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 28 min.
Występują: Howard C. Hickman, Hershell Mayall, George Fisher

Jakoś tak się złożyło, że wśród wyróżniających się filmów z początków kina zachowało się kilka dzieł propagandowych. Opisywany przeze mnie wczoraj Where Are My Children? był kinem propagandowym odwołującym się w dużej mierze do argumentów racjonalnych. Civilization to pamflet antywojenny oddziałujący wyłącznie na emocje widza. Czegoż tutaj nie ma. Płaczące dzieci, żony i matki. Chłopi odrywaniu od pługów i wysyłani na front. Dobrotliwi jak gołąbki zwolennicy pokoju zakrzyczani i zastraszeni przez podżegaczy wojennych. Są również przygotowane z wielkim rozmachem sceny batalistyczne z udziałem masy statystów i koni, jest artyleria, są wybuchy i pożary. Całe okrucieństwo wojny ukazane w swym przerażającym majestacie. A kiedy wydaje nam się, że nic mocniejszego twórcy filmu już nie wymyślą, Jezus zstępuje na ziemię, by przekonać króla fikcyjnego kraju do zakończenia wojny.

Fabuła Civilization jest cienka jak papier. Mieszkańcy fikcyjnego państwa dowiadują się o wybuchu wojny, co spotyka się ze zdumieniem i paniką. Decyzję podejmują politycy, którym ochoczo przyklaskuje król (cała grupa dziwnie przypomina pruskich junkrów i cesarza Wilhelma II). Nie poznajemy żadnych racjonalnych przyczyn konfliktu, nie dowiadujemy się również absolutnie niczego o przeciwnikach. Poszczególne sceny ukazują strach i cierpienie zwykłych ludzi, lecz niestety twórcy nie mają zamiaru przybliżyć nam konkretnych postaci. Lepiej poznajemy jedynie dumnego króla oraz jednego z arystokratów, dowódcę łodzi podwodnej. Na okręcie podwodnym rozgrywa się najlepsza scena Civilization, kiedy załoga otrzymuje rozkaz zatopienia statku pasażerskiego przewożącego pod osłoną cywilów zaopatrzenie dla wroga. Następuje świetnie zmontowana sekwencja, podczas której dowódca wyobraża sobie skutki takiego działania - śmierć niewinnych pasażerów. Olśniony, zwraca się przeciwko swojej załodze i zatapia własny okręt.

Civilization powstało w szczególnym okresie historycznym. W Europie toczyła się I Wojna Światowa, natomiast w USA trwała kampania prezydencka. Od wyniku wyborów mogło zależeć przystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny. Osadzony w tym kontekście, film stanowi prezentację stanowiska środowisk pacyfistycznych. Wojna jest ukazana jako zło absolutne, sprzeczne z prawem boskim, które ma być ważniejsze od jakiegokolwiek prawa ludzkiego. Pokój natomiast jest wartością bezwzględną i należy do niego dążyć za wszelką cenę. Nie uznano za istotne przedstawić widzowi warunków i skutków zaprzestania konfliktu, tak samo jak pominięto przyczyny wojny. Zrozumiałe jest, że scenariusz czerpie obficie z aktualnej filmowi sytuacji, w końcu I Wojna Światowa uważana była za rozpętaną bez sensownego powodu. Mimo to uważam, że brak choćby próby wyjaśnienia genezy konfliktu spłyca pacyfistyczną tematykę do granic tolerancji. Argumentację panów reżyserów Ince'a, Barkera i Westa (ludzkość osiągnie prawdziwą cywilizację dopiero po całkowitym wyrzeczeniu się jakiejkolwiek wojny) odbieram jako szalenie infantylną. Zgodnie z ich retoryką wojny obronne są równie złe, co napastnicze. Również zaangażowanie Jezusa (który rzekł przecież Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz) w roli czołowego pacyfisty wydaje mi się mocno nietrafione. Nie mówiąc już o tym, że sceny z jego udziałem (na przykład czyściec pełen kulących się, nagich mężczyzn) są szczytem absurdu. Civilization oczekuje od widza jedynie zaangażowania emocjonalnego, nie oczekując, a nawet sprzeciwiając się analizie racjonalnej. Bo przecież nie będziemy polemizować z Jezusem, a raczej jego karykaturą. Dla mnie filmem prezentującym o wiele bardziej przekonującą wymowę antywojenną jest Bitwa nad Sommą, która ocenę sytuacji pozostawia całkowicie w gestii widza.

Podsumowując, Civilization to zrealizowane z rozmachem i dużą sprawnością kinematograficzną dziełko propagandowe. Jego walory fabularne oceniam nisko, sposób prezentacji argumentów jeszcze niżej. Otrzymuje 4 gwiazdki.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 20 marca 2018

Where Are My Children? (1916)


Film o aborcji i jej szkodliwości.

Reżyser: Phillips Smalley i Lois Weber
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 5 min.
Występują: Tyrone Power Sr., Helen Riaume


Where Are My Children? to film będący przykładem kina społecznie zaangażowanego z początku XX wieku. Jego głównymi bohaterami są państwo Walton, bezdzietne małżeństwo z amerykańskich wyższych sfer. Mąż, prokurator okręgowy, jest oskarżycielem w kontrowersyjnej sprawie lekarza propagującego "kontrolę urodzeń". Pan Walton nie jest świadomy, że jego żona jest aktywnie zaangażowana w "kontrolę urodzeń", pośrednicząc w organizacji zabiegów przerywania ciąży dla swoich przyjaciółek.

Temat aborcji budzi dziś niezwykłe kontrowersje. Where Are My Children? daje okazję do przekonania się, jak ten temat był społecznie odbierany w przeszłości. Film zajmuje jasne stanowisko antyaborcyjne, motywując to przede wszystkim pobudkami religijnymi, ale również krytyką postaw ludzkich oraz konsekwencjami dla zdrowia kobiety, które w tamtych czasach bywały drastyczne. Pojawiają się argumenty za "kontrolą urodzeń" w biednych, patologicznych środowiskach. Oglądamy przykłady tragedii, chorób i przemocy spotykającej niechciane dzieci, jednakże sugerowanym (poprzez plansze tekstowe) rozwiązaniem jest sterylizacja osób z nizin społecznych. Z dzisiejszego punktu widzenia niezwykle kontrowersyjnie wyglądają pojawiające się kilkukrotnie wątki eugeniczne - prokurator zachwyca się "eugenicznym małżeństwem" swojej krewnej, jest też mowa o działaniu na rzecz dobra rasy. Białej, rzecz jasna.

Krytyka przerywania ciąży ukazana jest za pomocą dwóch historii ze środowiska bohaterów filmu. W pierwszej z nich dobrze sytuowana przyjaciółka pani Walton zachodzi w ciążę, której beztrosko pozbywa się dzięki pomocy prokuratorowej i poleconego przez nią lekarza. Jako powód tej decyzji wskazane jest pragnienie beztroskiego życia. Bohaterką drugiej historii jest młoda dziewczyna wykorzystana przez brata pani Walton. Kiedy zachodzi w ciążę, kochanek namawia ją na zabieg, żeby uniknąć infamii.

Where Are My Children? stosuje kilka zabiegów stylistycznych w celu przekonania widza o szkodliwości aborcji. Silnie zaakcentowana jest symbolika religijna. Co jakiś czas pojawia się motyw otwierającej się i zamykającej bramy na tle kłębiącego się dymu, który ma symbolizować dusze nienarodzonych dzieci. Z dzisiejszej perspektywy jest to dość kiczowate, jednak w początkach kinematografii uchodziło być może za rozwiązanie efektowne. Jeżeli chodzi o występujące w filmie postacie, trzeba przyznać, że autorzy starali się przedstawić różnorodne sytuacje i postawy. Obok wygodnych panienek z towarzystwa oglądamy również ludzi borykających się z prawdziwymi życiowymi problemami oraz zaangażowanych działaczy społecznych. Nikt nie został ukazany jako nieskazitelny. Nawet główna opoka moralna w osobie prokuratora Waltona, pomimo nieskrywanej odrazy do osób zaangażowanych w potępiany przez siebie proceder, ostatecznie zmuszona jest pójść na pewne kompromisy. Właściwie odebrałem tę postać jako hipokrytę, ciekaw jednak jestem, czy taki był zamysł twórców filmu.

Czas na ocenę. Where Are My Children? jest filmem zaangażowanym społecznie i promującym określone poglądy. Wydaje się być, jak na swoje czasy, dziełem odważnym, gdyż ukazuje tematy zazwyczaj wstydliwie skrywane. Bez wątpienia w czasach powstania budził kontrowersje. Budzi je i dzisiaj, choć już z innych pozycji. Od strony technicznej i fabularnej przygotowany jest bardzo starannie. Twórcy nie szczędzili również wysiłku, by poruszane problemy przedstawić w sposób wielowymiarowy, choć nie bezstronny. Ostatecznie przyznaję mu 7 gwiazdek jako ciekawemu obrazowi poglądów społecznych swojej epoki. Przestrzegam jednak, że jak rzadko odbiór filmu uzależniony będzie od poglądów własnych widza.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 18 marca 2018

20 000 mil podmorskiej żeglugi/20,000 Leagues Under the Sea (1916)


Film o podwodnej wyprawie na tajemniczą wyspę.


Reżyser: Stuart Paton
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 38 min.
Występują: Allen Holubar, Jane Gail, Matt Moore, William Welsh

Piątka amerykańskich żołnierzy rozbija się balonem na bezludnej wyspie, stając się obiektem zainteresowania tajemniczego kapitana Nemo dowodzącego niezwykłym okrętem podwodnym. Jak wskazuje powyższy opis, film Stuarta Patona nie jest właściwie adaptacją słynnej powieści Juliusza Verne'a, tylko historią na motywach dwóch książek tego pisarza - 20 000 mil podmorskiej żeglugi oraz Tajemniczej wyspy. Oprócz ukrywającego się przed światem dowódcy futurystycznej łodzi podwodnej, śledzimy także losy rozbitków próbujących urządzić sobie życie na nienaniesionym na mapy skrawku lądu. Reżyser połączył i zmodyfikował te historie, dodając jeszcze elementy niewystępujące w książkach, i w rezultacie otrzymaliśmy zupełnie nową jakość. Niestety jest ona niezbyt wysoka. Fabuła 20 000 mil podmorskiej żeglugi jest zawiła, chaotyczna, niespójna i opowiedziana zdawkowo. Główna intryga dotyczy zemsty Nemo na człowieku, za sprawą którego musiał udać się na wygnanie. Niestety widzowi trudno zrozumieć dylematy Nemo. Chociaż jest on postacią napędzającą fabułę, cała otaczająca go tajemnica robi wrażenie dodanej na siłę. I ginie w nawale wątków związanych z rozbitkami z wyspy, wewnętrznymi konfliktami pomiędzy nimi, odnalezioną na wyspie dziką dziewczyną, poszukującymi jej podróżnikami, przyrodnikiem i marynarzem uwięzionymi przez Nemo na jego okręcie... Naprawdę masa historii. Problem w tym, że liczni poboczni bohaterowie filmu, z wyjątkiem wspomnianej dzikiej dziewczyny, są trudni do odróżnienia. Ich motywacje i charaktery są ledwie zarysowane, a niechęć kamerzysty do zbliżeń na twarze kogokolwiek poza kapitanem i wspomnianą żeńską postacią sprawia, że nie zapamiętałem nawet, jak wyglądali. Twarz Nemo natomiast kojarzyć mi się będzie głównie z okropną charakteryzacją, wskutek której postać ta przypomina karykaturę. Aktorstwo również pozostawia wiele do życzenia, będąc albo przerysowane (Nemo, dzika dziewczyna) albo mdłe (cała reszta).

Mam wrażenie, że wszystkie dotyczące fabuły elementy filmu twórcy potraktowali po macoszemu, skupiając się na nowinkach technicznych. Przyjrzyjmy się im zatem. 20 000 mil podmorskiej żeglugi to pierwszy film wykorzystujący zdjęcia podwodne. Odpowiedzialni za kinematografię braci George i Ernest Williamsonowie zastosowali w nim stworzony przez siebie sprzęt do filmowania pod wodą. Wykorzystywał on skomplikowany system rurek, lusterek i innych rozwiązań, które nie wymagały zanurzenia samej kamery. Zdjęcia kręcono na Bahamach. Na potrzeby filmu zaangażowano również prawdziwe statki i zbudowano wielką makietę Nautiliusa, okrętu podwodnego Nemo. Podobno budżet 20 000 mil podmorskiej żeglugi był jak na ówczesne realia astronomiczny. Jaki jest efekt? Niestety od technicznej strony film się mocno zestarzał. O ile nie mam nic do zarzucenia scenografii i kostiumom, zdjęcia podwodne nie są najlepszej jakości. To rzeczywiście pionierska technika i do pięknych filmów przyrodniczych Jacquesa Cousteau jeszcze daleka droga. W dodatku reżyser, zachłyśnięty nowymi możliwościami, korzysta z nich bez umiaru, serwując nam długie minuty obserwacji podwodnego życia i marszu odzianych w podwodne kombinezony marynarzy. Być może sto lat temu robiło to wrażenie, ale ja przy tych fragmentach przysypiałem. Jedynym wyjątkiem jest zaczerpnięta z książki scena podwodnego pogrzebu, ładnie zaaranżowana i właśnie nie przydługa. 

Podsumowując, film 20 000 mil podmorskiej żeglugi stanowi przykład przerostu formy nad treścią. Gdyby twórcy z większym umiarem korzystali z nowinek technicznych, skupili się natomiast na dopracowaniu scenariusza i lepszym aktorstwie, efekt mógłby być niezły. A tak niestety obraz otrzymuje liche 5 gwiazdek. Jeżeli ktoś jest ciekawy twórczości Verne'a, ten film nie jest odpowiednim medium, żeby ją sobie przybliżyć. Lepiej sięgnąć po książki.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 17 marca 2018

Bramy piekła/Hell's Hinges (1916)


 Film o przemianie religijnej.


Reżyser: Charles Swickard, William S. Hart i Clifford Smith
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 4 min.
Występują: William S. Hart, Clara Williams, Jack Standing, Alfred Hollingsworth

Po niemiłym zaskoczeniu poziomem The Italian, tym razem spotkała mnie sytuacja odwrotna, ponieważ western Bramy piekła zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Osią fabuły tego stosunkowo krótkiego filmu jest rozgrywający się w noszącym wdzięczny przydomek Bram Piekła miasteczku konflikt pomiędzy siłami chaosu a zwolennikami ładu. Chaos reprezentowany jest przez oślizgłego właściciela miejscowego saloonu i burdelu, pracujące tam prostytutki oraz klientów tego przybytku. Nadejście ładu symbolizuje przyjazd księdza i budowa przez pobożną część mieszkańców miasta kościoła.

Ksiądz Henley od początku przedstawiony jest jako postać dość zblazowana, rozpieszczona i wymagająca solidnej szkoły charakteru. Jego przeciwieństwem jest miejscowy zabijaka Blaze Tracy, niebezpieczny i z pozoru cyniczny człowiek, którego pozostali mieszkańcy wręcz panicznie się boją. Gdy jednak Blaze poznaje Faith, odważną i ofiarną siostrę Henleya, jego postawa zaczyna się zmieniać. Wydarzenia związane z budową kościoła wywołują wewnętrzną przemianę Henleya i Blaze'a, wydobywając na powierzchnię ich najlepsze i najgorsze cechy. Ukazanie ewolucji bohatera jest zawsze ambitnym zadaniem i twórcy filmu wywiązali się z niego, przynajmniej w moim odczuciu, bardzo przekonująco. Kreacje aktorskie w Bramach piekła nie są może wybitne, jednak wypadają zdecydowanie przekonująco, szczególnie William S. Hart jako złowieszczy, siejący postrach kowboj i Jack Standing jako pogubiony ksiądz. Sprawdza się również Alfred Hollingsworth w roli głównego czarnego charakteru.

Największą zaletą filmu jest zręczne wytworzenie przez kilka zabiegów reżyserskich atmosfery panującego w miasteczku niepokoju i grozy. Pierwszym z użytych rozwiązań są dobrze przemyślane sceny grupowe. Reżyserzy korzystają obficie ze statystów, miasto roi się od różnorodnych typów ludzkich, prezentujących odpowiednie dla danej sceny nastroje tłumu. Znakomity jest zwłaszcza obrazek, kiedy po raz pierwszy z pewnej odległości oglądamy główną ulicę Bram Piekła. Mieszkańcy uczestniczą w ulicznej strzelaninie, gromadzą się wokół powalonego mężczyzny, po czym rozbiegają w panice, gdy znowu padają strzały. Można by rzec, dzień jak co dzień.  Jest w filmie takich ciekawych dla oka scen więcej, między innymi podczas kościelnej konfrontacji "ludu bożego" z wrogim im tłumem dziwek i bywalców saloonu.

Drugim wykorzystywanym dla stworzenia nastroju instrumentem jest barwienie taśmy filmowej, nadające poszczególnym scenom różne odcienie, od zielonkawego po purpurowy. Zabieg ten zastosowany jest z dużym wyczuciem, zręcznie podkreślając klimat ważnych w filmie wydarzeń, zwłaszcza skupionych na psychice bohaterów. Momenty kulminacyjne rozgrywają się w kolorystyce wręcz krwistoczerwonej.

Trzeci wykorzystany w Bramach piekła zabieg reżyserski to efekty specjalne. Film jest tak bowiem zatytułowany nie bez kozery - występują w nim efektowne sceny pożarów. Szczegółów nie zdradzę, jednak religijne podteksty filmu bardzo ładnie wpisują się w stworzoną piekielną scenerię.

Jeszcze słów kilka o religijnej stronie filmu. Przesłanie chrześcijańskie jest integralną częścią Bram piekła. Widz miał po wyjściu z kina pamiętać, że każdy może zbłądzić i każdy ma możliwość się nawrócić. Istotne jest to, że twórcy filmu przedstawili swoje przekonania w sposób elegancki, twórczy i atrakcyjny dla widza.

Film oceniam na 8 gwiazdek. Od strony technicznej wykonany jest niemal perfekcyjnie, wyróżnia się również fabułą. Do zaliczenia w grono klasyków zabrakło tylko nieco wyrazistszych kreacji aktorskich, choć nie brakowało wiele.


źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 11 marca 2018

Bitwa nad Sommą/The Battle of Somme (1916)


 Film o życiu na froncie wojennym.


Reżyser: Geoffrey H. Mallins
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1h 14 min.

Pierwsza Wojna Światowa była pierwszą wojną dającą możliwość zastosowania nowego typu propagandy - ruchomych obrazów. Bitwa nad Sommą to przykład takiego właśnie filmu propagandowego posiadającego w dodatku walory artystyczne.

Co więc ten propagandowy dokument pokazuje? Przyznam, że byłem zaskoczony ukazanym w nim obrazem wojny, który streszczę w oparciu o sześć haseł.


Mamy wspaniałą artylerię. W Bitwie nad Sommą pokazano chyba kilkanaście różnych rodzajów haubic, moździerzy i innych urządzeń artyleryjskich, za pomocą których Brytyjczycy bombardują pozycje niemieckie przed rozpoczęciem właściwej ofensywy. Nacisk położony jest na zaawansowanie technologiczne armii Zjednoczonego Królestwa, która wysłanie swoich żołnierzy do krwawej walki poprzedza ostrzałem z imponujących niekiedy machin śmierci.

Wojna to nie miejsce dla indywidualistów. W filmie nie ma bohaterów. Nie ma też chyba ani jednego ujęcia pojedynczego żołnierza. Wszystkie sceny ukazują grupy równo maszerujących, współpracujących ze sobą ludzi wykonujących różne zadania. W zasadzie (z jednym wyjątkiem o którym za chwilę) trudno byłoby wskazać jakąkolwiek charakterystyczną postać. Bohater filmu jest grupowy - armia harmonijnie wykonująca swoje zadania niezależnie od sytuacji.

Nawet w wojennym chaosie panuje ład. Bitwa nad Sommą ukazuje dobrą organizację Aliantów. Poczynając od równo maszerujących szeregowców, poprzez wszechobecne na froncie konie pociągowe i kawaleryjskie, wspomniane już cuda techniki wojskowej, aż po francuskie wieśniaczki doglądające upraw tuż za linią frontu. Nawet niemieccy jeńcy wojenni maszerują karnie i posłusznie, eskortowani przez nielicznych alianckich strażników.

Nasi przeciwnicy to też ludzie. Bardzo wyraźne, jakże odmienne od znanych z II Wojny Światowej migawek przesłanie. Właściwie najważniejsza prawda wynikająca z tego filmu. Żołnierze niemieccy ukazani są jako tacy sami ludzie jak ich brytyjscy przeciwnicy. Nie odbiegają od nich wyglądem fizycznym, właściwie momentami trudno jest ich odróżnić, na przykład kiedy jako wymieszana ze sobą grupa rannych z pola bitwy wracają zwycięzcy i ich jeńcy. Podkreślane jest, że Niemcy otrzymują taką samą pomoc medyczną jak Brytyjczycy, widzimy także, że są traktowani w sposób przyzwoity. Niezależnie od tego, jak wiele w tym z propagandy, przesłanie to jest pokrzepiające i jednocześnie przypomina, jak wielka zmiana w świadomości Europejczyków dokona się w ciągu kolejnych dwudziestu-paru lat.

Wojna to nie tylko walka. Widzimy żołnierzy posilających się, wykonujących różne zadania logistyczne, czyszczących broń, odpoczywających. Sam bój, pomijając sceny artyleryjskie, zajmuje nie więcej niż końcową 1/3 filmu.

Wojna to sprawa krwawa i poważna. Choć efekty walki widzimy dopiero pod koniec filmu, twórcy nie próbują niczego lukrować. Najpierw widzimy leje po bombach i rannych wlokących się z pola bitwy. Jedyne charakterystyczne postacie, sportretowani wcześniej oficer i jego pies - maskotka oddziału - leżą bez życia, podobnie jak zmiecione ogniem nieprzyjaciela konie. Najbardziej wstrząsające jest wieńczące film długie, panoramiczne ujęcie zrujnowanej ogniem artyleryjskim wioski - zgliszcza budynków i wypalona ziemia. Nie jest to kojarząca się z amerykańską propagandą wesoła wojenka, nie ma miejsca na bohaterszczyznę. Po przygnębiającym obrazie pobojowiska wracamy do okopów. Alianci odpoczywają, dochodzą o do siebie po pierwszych pięciu dniach ofensywy, podczas których posunęli się naprzód. Rozpoczyna się ostrzał artyleryjski przygotowujący grunt pod kolejny atak za parę dni. Bitwa nad Sommą potrwa jeszcze kilka miesięcy.

Artystyczna propaganda potrafi być bardzo przekonująca. W przypadku Bitwy nad Sommą twórcy postawili na realizm, za pomocą prostych środków ukazując wojenne życie. Co ciekawe, film nie usiłuje wprowadzać żadnej narracji - nie dowiadujemy się niczego o strategicznej otoczce bitwy, nie otrzymujemy również podanego na tacy żadnego wartościowania sytuacji. Odniosłem raczej wrażenie, że wszyscy uczestnicy konfliktu znaleźli się w nim nie do końca z własnej woli i muszą po prostu doprowadzić ten przykry obowiązek do końca. Bitwa nad Sommą nie narzuca jednak żadnych wniosków. Każdy musi je wyciągnąć sam. I za to otrzymuje 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 9 marca 2018

Wampiry/Les Vampires (1916)


Film o bezwzględnych złoczyńcach i niezłomnym dziennikarzu.

Reżyser: Louis Feuillade
Kraj: Francja
Czas trwania: 6h 57min.
Występują: Edouard Mathe, Marcel Levesque, Musidora, Jean Ayme, Fernand Herrmann, Louis Lebas, Frederik Moriss, Delphine Renot, Louise Lagrange, Germaine Rouer

Z USA przenosimy się do Francji, żeby zapoznać się z trwającym prawie siedem godzin, utrzymanym w pulpowej konwencji kinowym serialem. Jest to środkowa część tematycznej trylogii Louisa Feuilladego rozpoczętej Fantomasem a zakończonej Judexem. Tytuł "Wampiry" jest nieco mylący, ponieważ serialowi antagoniści nie przejawiają żadnych cech nadnaturalnych. To zwykli, dziś powiedzielibyśmy że komiksowo przerysowani, złoczyńcy. Całość podzielona jest na dziesięć epizodów, co pozwala na wygodne podzielenie sobie przygody z Wampirami na kilka seansów.

Fabuła Wampirów nie jest zawiła, ale mnóstwo w niej pościgów, zamachów, zwrotów akcji, zaskakujących sytuacji i odważnych posunięć. Główni antagoniści giną, zastępowani przez nowych geniuszy zła, którym dzielny odpór daje duet głównych bohaterów - stateczny i zdeterminowany dziennikarz Phillipe Guerande i jego roztrzepany, hiperaktywny przyjaciel Oscar-Cloud Mazamette. Dzięki pomysłowości reżysera i aktorów (scenariusz był podobno częściowo improwizowany) cztery wieczory spędzone na oglądaniu całości spędziłem z prawdziwą przyjemnością.

Jednym z elementów pulpowej konwencji Wampirów oryginalne rekwizyty, poczynając od obcisłych czarnych kostiumów w stylu ninja, poprzez zatrute długopisy, aż po trzymaną w szafie [sic!] śmiercionośną armatę domową, przy pomocy której jeden ze złoczyńców zatapia statek [sic!]. Tego typu kojarzące się z przygodami Jamesa Bonda gadżety świetnie wpisują się w nie do końca poważną konwencję filmu.

Jeżeli chodzi o kinematografię, na podkreślenie zasługuje specyficzny styl reżysera, który stawia na długie ujęcia i bardzo dokładne przedstawienie działań bohaterów. Jeżeli wchodzą do pomieszczenia, możemy być pewni, że zobaczymy jak zdejmują płaszcze. Przygotowując śmiertelną pułapkę, zademonstrują nam szczegółowo podłączanie poszczególnych części, ich montaż i przygotowanie do uruchomienia. Bardzo częsty jest też motyw wspinaczki po ścianach i dachach budynków (członkowie Wampirów z jakiegoś powodu preferują ten sposób poruszania się), oczywiście ukazany w sposób wręcz drobiazgowy. Muszę podkreślić, że ta powolna atmosfera nie wywoływała u mnie znudzenia, a raczej wzmagała zainteresowanie działaniami bohaterów. No może z wyjątkiem przezabawnej sceny, kiedy jedna z bohaterek strzela do zauważonego w oknie włamywacza, jednak po zerwaniu się z łóżka, przed podejściem by sprawdzić, czy spadł, na koszulę nocną zakłada szlafrok. Zwrócę jeszcze uwagę na bardzo efektywnie zastosowaną w filmie technikę barwienia kliszy filmowej, co pozwoliło nadać poszczególnym scenom odpowiedni nastrój.


Przejdźmy do gry aktorskiej. Film wypromował kilka przyszłych gwiazd francuskiego filmu niemego: Edouarda Mathego, Marcela Levesque i Musidorę. O ile pierwszy z nich w roli Guerande'a zaprezentował w moim odczuciu jedynie solidność, pozostała dwójka jest rzeczywiście godna zapamiętania. Marcel Levesque w roli Mazamette'a wykreował postać paryskiego cwaniaka, nadpobudliwego, głośnego (chociaż to film niemy, łatwo sobie wyobrazić gadulstwo tej postaci) i niepozbawionego specyficznego uroku. W wielu sytuacjach to on swoim wścibstwem i wszędobylstwem popycha fabułę do przodu, czasem ratując swych przyjaciół z opresji, a czasem ich w nią wpędzając. Musidora jako Irma Vep stworzyła godną zapamiętania postać kobiety fatalnej w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jako jedyna członkini Wampirów jest obecna do samego końca filmu, w trakcie którego ginie czterech jej kolejnych partnerów - przywódców gangu. Choć jej charakterystyczna uroda zapada w pamięć, Irma Vep nie pełni roli uwodzicielki. Jest raczej szpiegiem, zabójczynią i infiltratorką. Obok tej dwójki z aktorów wyróżnię jeszcze Fernanda Hermanna odgrywającego Juana-Josego Moreno, najbardziej złowieszczego z czterech męskich antagonistów. Moreno jest zręcznym kłamcą, w zależności od sytuacji potrafi przekonywać, uwodzić i zastraszać, a w dodatku dysponuje hipnotycznym spojrzeniem. I chyba odnosi najwięcej sukcesów spośród filmowych złoczyńców.

Godne zapamiętania sceny:
Przedstawienie, podczas którego ginie zatruta przez Wampiry odgrywająca nietoperza wampira balerina.
Konfrontacja Gueranda, Wampirów i Juan-Jose Moreno w apartamencie, w którym ukryto zwłoki zamordowanego bogacza.
Ucieczka Moreno z więziennej celi po uprzednim sfingowaniu własnej śmierci.
Scena wysadzenia statku za pomocą niezwykłej armaty. Over the top w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Zatruta kolacja zaręczynowa Gueranda - suspens extraordinare.
Końcowa scena obławy na Wampiry podczas wesela, pięknie zaplanowana i wykonana.

Z recenzji wynika, że wszystko w filmie mi się podobało, i rzeczywiście nie odczuwam specjalnej potrzeby malkontenctwa. Wampiry to profesjonalnie zrealizowany film akcji z godnymi zapamiętania postaciami, mimo swej długości łatwy i przyjemny w odbiorze. W swoim gatunku dzieło absolutnie znakomite. Otrzymuje 9 gwiazdek i rekomendację. Zdecydowanie warto obejrzeć.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 3 marca 2018

Nietolerancja/Intolerance: Love's Struggle Throughout the Ages (1916)


 Film o nietolerancji na przestrzeni wieków.


Reżyser: D.W. Griffith
Kraj: USA
Czas trwania: 2h 57min.
Występują: Mae Marsh, Robert Harron, Walter Long, Margery Wilson, Eugene Pallette, Josephine Crowell, Constance Talmadge, Alfred Paget, Seena Owen, Tully Marshall, George Siegmann, Howard Gaye, Lillian Gish

Kolejny film D.W. Griffitha powstał w pewnym sensie jako odpowiedź na krytykę, która spadła na reżysera za rasizm Narodzin narodu. Jak czytam w niektórych źródłach, Griffith chciał na przykładzie swoich bohaterów ukazać, jaka spotkała go krzywda. Bohaterami filmu są zatem dobre jednostki krzywdzone przez nietolerancyjne społeczeństwa. Trochę to pretensjonalne i moim zdaniem w filmie wyszło nie do końca udanie, o czym więcej za chwilę.

Nietolerancja przedstawia widzowi cztery historie, dynamicznie przeskakując pomiędzy nimi i każdą z nich popychając do tragicznego lub zbawiennego finału. Taka konstrukcja filmu to nowatorski pomysł Griffitha, do którego sięgać będzie wielu późniejszych reżyserów (zresztą w obsadzie jest co najmniej kilka nazwisk, które później same będą odgrywać znaczącą rolę jako twórcy filmów, na  przykład Erich Von Stroheim czy W.S. Van Dyke). Montaż jest ponownie najwyższej klasy, przejścia są płynne, przeplatające się sceny uzupełniają się pod względem tempa i nastroju. Bardzo dobry pomysł i pod względem formalnym wykonany jest znakomicie. Co do samych historii, są nierówne zarówno pod względem długości jak i poziomu i w tym właśnie tkwi słabsza strona filmu. Przyjrzyjmy się im w kolejności od najdłuższej do najkrótszej, ponieważ w przypadku Nietolerancji jakość jest wprost do długości proporcjonalna.

Pierwsza z naszych opowieści dzieje się w czasach współczesnych filmowi i opowiada o młodym małżeństwie nękanym biedą i żyjącym na pograniczu półświatka. Przyczyną ich kłopotów jest oczywiście nietolerancja obłudnych i świętoszkowatych pań z jakiejś amerykańskiej "ligi przyzwoitości", ale również ich własna nierozwaga i konszachty męża ze światem przestępczym. W rezultacie intryg on trafia do więzienia, najpierw na krótko za pomniejsze przestępstwo, później zaś grozi mu stryczek za (niesłuszny) zarzut zabójstwa, kobiecie natomiast Liga Przyzwoitości odbiera dziecko. Ta opowieść jest całkiem dobrze napisana, rozbudowana, a dwójka głównych bohaterów budzi sympatię, również dlatego że gra ich para najlepszych w filmie aktorów (dziewczynę ponownie kradnąca cały film Mae Marsh, chłopaka również przekonujący Robert Harron). A końcowe sceny wyścigu z czasem, by uzyskać dla męża ułaskawienie, zanim zostanie powieszony, ponownie ukazują umiejętności reżysera w budowaniu filmowego napięcia. Ta historia zdecydowanie na plus.

Druga niezwykle udana opowieść przedstawia podbój Babilonu przez Persów. Zrealizowana została z prawdziwie epickim rozmachem, scenografia jest wręcz niesamowita. Na potrzeby filmu zbudowano imponujące mury miasta, genialne machiny wojenne, przygotowano wspaniałą scenografię pałacu królewskiego i świątyni. Sceny batalistyczne przedstawiające bitwę o miasto należą do najlepszych w filmie. Świadomość, że Griffith robił takie rzeczy ponad sto lat temu, wprost nie mieści mi się w głowie. Jeżeli chodzi o fabułę, mamy tu dwa wątki "nietolerancji". Pierwszy wiąże się z zatargiem kapłanów dwóch bóstw, w rezultacie którego jedni z nich zdradzają króla Babilonu i wydają miasto Persom. Nie jest to przedstawione jakoś szczególnie przekonująco, w dodatku przy świadomości, że perski zdobywca Babilonu, Cyrus, jest postacią zapisaną na kartach historii jako przykład władcy tolerancyjnego. Mniejsza jednak z tym. Drugi babiloński wątek to historia wojowniczej Górskiej Dziewczyny, która zamiast jak typowa Babilonka wyjść za mąż, zostaje wojowniczką i walczy w obronie miasta, a nawet wpada na trop spisku kapłanów. Górska Dziewczyna to trzecia z wyróżniających się kreacji aktorskich w filmie. Constance Talmadge zagrała ją z zacięciem komediowym - dziewczyna skacze, krzyczy, stroi miny, bije się, strzela w łuku, powozi rydwanem, naprawdę wszędzie jej pełno. Również dzięki niej segment babiloński oglądało się z prawdziwą przyjemnością.

Trzecia historia przedstawia francuską Rzeź Hugenotów z XVI wieku. Sceny samej rzezi są poruszające, od znakowania domów Hugenotów, którzy mają zostać zamordowani, po sceny masakry. Wszystko to przedstawione jest niezwykle przejmująco. Historia jednak cierpi na niedostateczne rozwinięcie postaci protagonistów, z którymi moglibyśmy się identyfikować. Jest wprawdzie katolicki żołnierz i hugenocka dziewczyna, w której ten jest zakochany, ale wątkowi temu poświęcono zdecydowanie za mało czasu, żeby widz mógł poznać i polubić postacie. Reżyser zapewne ne chciał wydłużać filmu ponad trzy godziny i ta opowieść ucierpiała na tym najbardziej.

Czwarta opowieść dotyczy życia i śmierci Jezusa, jest najkrótsza i została chyba umieszczona tylko ze względu na symbolizm - Jezus umiera na krzyżu w celu odkupienia nietolerancyjnego świata. Być może reżyser uznał, że widzowie sami z siebie znają życie Jezusa i nie ma potrzeby szczególnie go przybliżać, ale w rezultacie ten segment wydaje się zbędny i osobiście chętnie bym z tych kilku scen zrezygnował na rzecz rozszerzenia i uczłowieczenia opowieści hugenockiej. A tak mamy w filmie dwie historie rozbudowane, jedną wyraźnie pociętą i jedną właściwie tylko zasygnalizowaną. I tutaj dostrzegam jeden z dwóch zasadniczych minusów filmu.

Drugim minusem jest raczej nieprzekonujące przedstawienie nietolerancji jako przyczyny zła na świecie. Jest to niestety zrobione nachalnie, słowo to pada w wielu planszach tekstowych i jest do wielu wątków doklejone dość sztucznie. O ile sama narracja filmowa ukazuje przyczyny problemów naszych bohaterów w sposób głębszy, reżyser, najwyraźniej dotknięty krytyką, która spotkała go za Narodziny narodu, spłyca problemy polityczne i społeczne do jednego hasła, częściowo tylko przystającego nawet nie do rzeczywistości, ale również do sytuacji jego bohaterów. Gdyby zmienić tytuł, przerobić kilka plansz tekstowych, pozbyć się jednej opowieści i rozwinąć inną, mielibyśmy majstersztyk. A tak, wyszedł z tego film jedynie wyróżniający się.

Ku pamięci wymieńmy jeszcze najlepsze sceny filmu.
Babilon - wszystkie sceny w świątyni (uczta/orgia ukazana ze smakiem), obalenie wieży oblężniczej, szarża babilońskiej machiny wojennej - kino najwyższej próby.
Scena tłumienia strajku robotników.
Końcowe sceny opowieści współczesnej - samochodowy pościg za pociągiem, przygotowania do egzekucji. Bardzo dobrze zbudowane napięcie.
Rzeź w Noc Świętego Bartłomieja - to nie są akurat sceny przyjemne do oglądania, ale tak właśnie miało być. Pod rozwagę.

Ocena. Film otrzymuje 8 gwiazdek. Zdecydowanie godny uwagi, tym razem (w przeciwieństwie do Narodzin narodu) przesłanie filmu odbieram jako jak najbardziej słuszne, jednak dwa opisane wyżej poważne minusy nie pozwalają filmu ocenić wyżej.

źródło grafiki - www.imdb.com