Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1925. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1925. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 czerwca 2018

Chronometry - nagrody blogowe (rok 1925)

Rok 1925 był dobrym rokiem dla kina amerykańskiego. Duża w tym zasługa bardzo aktywnej wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer, która wypuściła kilka kasowych hitów. Na wielką gwiazdę Hollywood wyrósł Lon Chaney - aktor w średnim wieku specjalizujący się w rolach bohaterów zdeformowanych fizycznie i psychicznie. W Europie Zachodniej nie działo się zbyt wiele ciekawego, przycichła zwłaszcza aktywność kina niemieckiego. Za to w Związku Radzieckim byliśmy świadkami narodzin nowego geniusza filmu w osobie młodego Sergieja Eisensteina. Średnia ocen za ten rok wyniosła 7,6 - bardzo dobry wynik.

Najlepsza kinematografia
(kategoria obejmuje zdjęcia, montaż i efekty specjalne)
Nominowani: 
Ben-Hur - za trzymający w napięciu montaż bitwy morskiej i absolutnie genialny wyścig rydwanów. I jeszcze za fragmenty w Technicolorze.
Pancernik Potiomkin - za rozkładającą na emocjonalne łopatki kompozycję masakry na gigantycznych portowych schodach.
Strajk - za nowatorską technikę montażu z wykorzystaniem zbliżeń na twarze i wszędobylską kamerę zabierającą widza za kulisy małej rewolucji.
Szczęśliwa siódemka - za efektowną realizację scen pościgu sfory panien młodych za niefortunnym narzeczonym.
Varieté - za ciekawe zdjęcia z perspektywy cyrkowych akrobatów.
Zaginiony świat - za pomysłowe sceny z dinozaurami.


O zwycięstwo w tej kategorii rywalizowały głównie dwa filmy radzieckie oraz Ben-Hur. Każdy z nich cechuje się najwyższej klasy montażem. Filmy Eisensteina reprezentują teorię tak zwanego montażu intelektualnego, natomiast obraz amerykański to kapitalne sekwencje akcji. Wybór był trudny. Ostatecznie Srebrny Chronometr otrzymuje Pancernik Potiomkin za maskarę na odeskich schodach - scenę kojarzoną chyba przez każdego miłośnika kina.

Najlepsza scenografia
(kategoria obejmuje również kostiumy)

Nominowani:
Ben-Hur - za oddane z niesamowitym rozmachem realia starożytnej Jerozolimy i Antiochii. 
Gorączka złota - za stworzenie przekonującej atmosfery światka alaskańskich poszukiwaczy złota.
Pancernik Potiomkin - za połączenie realizmu i symbolizmu w przygotowaniu do zdjęć tytułowego statku oraz plenerów w Odessie.
Upiór w operze - za imponujący wystrój gmachu Opery Paryskiej i nie mniej pompatyczne kostiumy. 
Wielka parada - za ponure obrazy pól bitwy w wojnie pozycyjnej. 


Każda z nominacji za scenografię znalazła się w tym gronie z odmiennego powodu. Upiór w operze zbudował w studio pełen przepychu plan zdjęciowy. Wielka parada to przykład umiejętnej aranżacji dość prozaicznych plenerów. Gorączka złota i Potiomkin wykorzystały scenografię do stworzenia scen-symboli. Nic jednak nie przebije rozmachu laureata. Srebrny Chronometr otrzymuje film Ben-Hur, który wykorzystuje tysiące kostiumów, rekwizytów, budowli i pojazdów, aby stworzyć wiarygodne otoczenie imitujące Antyk.

Najlepszy scenariusz


Nominowani:
Harry Behn - Wielka parada - za oryginalne podejście do antywojennego przekazu.
Elliott J. Clawson i Raymond L. Schrock - Upiór w operze - za pomysłową fabułę łączącą melodramat z filmem grozy. 
Carl Theodor Dreyer i Svend Rindom - Będziesz szanował żonę swoją - za wrażliwe i bezstronne podejście do tematu kryzysu rodzinnego.
Julien Josephson - Wachlarz Lady Windermere - za przełożenie dramatu Oscara Wilde'a na język kina niemego.
Erich von Stroheim i Benjamin Glazer - Wesoła wdówka -
za napisanie operetki Lehara od nowa przy wykorzystaniu pokładów smakowitej ironii.

Wspólną cechą wyróżnionych scenariuszy jest niestandardowe podejście do poruszanych w nich problemów. Na przykład Wielka parada posługuje się kontrastem pomiędzy wiejską sielanką a brutalnością frontu, a Będziesz szanował żonę swoją głęboko humanizuje postać, która początkowo wydaje się niepoprawnym draniem. Natomiast Srebrny Chronometr otrzymują Erich von Stroheim i Benjamin Glazer za scenariusz do Wesołej wdówki przedstawiający operetkowy klasyk w mocno spersonalizowanym, satyrycznym ujęciu.

Najlepsza aktorka

Nominowane:
Renée Adorée - Wielka parada - za słodycz i urok prostej francuskiej wieśniaczki.
Lya de Putti Varieté - za jedną z pierwszych femme fatale w historii kina.
Mae McAvoy - Wachlarz Lady Windermere - za kobiecą wrażliwość wyrażoną wyjątkowo subtelnymi środkami artystycznymi.
Mae Murray - Wesoła wdówka - za postać cechującą się godną pochwały asertywnością.
Mathilde Nielsen - Będziesz szanował żonę swoją -
za oryginalną rolę mądrej staruszki.  
Irene Rich - Wachlarz Lady Windermere - za przekonującą kreację wyjątkowo złożonej bohaterki.

Sporo było w roku 1925 wyróżniających się ról kobiecych. Subtelnością zaskoczyły obie odtwórczynie głównych ról w Wachlarzu Lady Windermere. Bardzo dobrą kreację o wydźwięku feministycznym stworzyła Mae Murray. Srebrny Chronometr otrzymuje jednak Renée Adorée za bardziej klasyczną rolę w Wielkiej paradzie. Francuzka wykazała się niezwykłym wdziękiem w tej zapadającej w pamięć romantycznej kreacji.

Najlepszy aktor

Nominowani:
Francis X. Bushman - Ben-Hur - za rolę zimnego jak lód centuriona w charakterystycznym hełmie.
Lon Chaney - Niesamowita trójka - za kreację nękanego wyrzutami sumienia przywódcy gangu (i brzuchomówcy).
Lon Chaney - Upiór w operze - za całkowite zdominowanie filmu za pomocą pantomimy i upiornej charakteryzacji.
John Gilbert - Wesoła wdówka -
za wybicie się na czoło rankingu hollywoodzkich dandysów przy pomocy całkiem zniuansowanej roli.
Emil Jannings - Varieté - za przekonujące przedstawienie dylematów człowieka nękanego konsekwencjami własnych wyborów.
Johannes Mayer - Będziesz szanował żonę swoją - za ciekawą kreację domowego tyrana, który w głębi zachował pozytywne cechy.

W tej kategorii rywalizacja rozgrywała się tak naprawdę pomiędzy trzema aktorami. Emil Jannings ponownie wcielił się w postać zwykłego człowieka tracącego kontrolę nad własnym życiem. Brzmi podobnie do jego roli w Portierze, a jednak postać w Varieté jest zupełnie inna. John Gilbert wyrasta na gwiazdora specjalizującego się w rolach kobiecych bożyszcz. Nie zmienia to faktu, iż jest aktorem bardzo utalentowanym. Srebrny Chronometr otrzymuje jednak człowiek, który wyróżnił się aż w dwóch obrazach - Lon Chaney. Nagroda zostaje przyznana za film Niesamowita trójka, w którym kreacja Chaneya jako targanego skrupułami gangstera jest subtelniejsza od krzykliwego, choć równie ciekawego psychologicznie Upiora w operze.

Najlepszy reżyser

Nominowani:
Charlie Chaplin - Gorączka złota - za genialne w swym tragikomizmie obrazy głodujących poszukiwaczy złota.
Carl Theodor Dreyer -
Będziesz szanował żonę swoją - za interesujące przedstawienie kryzysu małżeńskiego za pomocą nieskomplikowanych środków przekazu. 
Sergiej Eisenstein - Pancernik Potiomkin - za umiejętność tworzenia zapadających w pamięć scen-symboli.
Sergiej Eisenstein - Strajk - za pionierską technikę manipulacji emocjami widza przy wykorzystaniu montażu i aktorów charakterystycznych.
Ernst Lubitsch - Wachlarz Lady Windermere - za delikatność, ulotność i subtelność nie mającą sobie równych.
Erich von Stroheim - Wesoła wdówka - za wyśmiewanie ludzkich przywar w niepowtarzalnym, cynicznym stylu.  

Nominacje w kategorii reżyserów to połączenie starego z nowym. Bardzo dobre filmy nakręcili tacy weterani kina jak Charlie Chaplin i Erich von Stroheim. Coraz jaśniej świeci gwiazda Ernsta Lubitscha, który udowodnił, że filmy nieme mogą być niezwykle wyrafinowanym środkiem przekazu. Najwyższe laury zgarnia jednak młody debiutant ze Związku Radzieckiego, który wkroczył na scenę światowego kina aż dwoma filmami. Srebrny Chronometr otrzymuje zatem Sergiej Eisenstein za Strajk. Pierwszy film i od razu przełomowe rozwiązania kinematograficzne, które odmienią kino. Aż trudno w to uwierzyć.

Najlepszy film

Nominowani:
Ben-Hur - za epickie widowisko przybliżające nam czasy Jezusa i Cesarstwa Rzymskiego.
Gorączka złota - za prawdziwy klejnot w historii kina, w krzywym zwierciadle przedstawiający trudy życia w ekstremalnych warunkach.
Strajk - za poruszenie widza brutalnymi warunkami życia w carskiej Rosji.
Wesoła wdówka - za zapadające w pamięć satyryczne ukazanie świata wyższych sfer. 
Wielka parada - za niezwykłą koncepcję skontrastowania sielanki z grozą frontu. 


Było w czym wybierać i dlatego nominowane filmy są bardzo różnorodne. Mamy wśród nich znakomite kino rozrywkowe w postaci Ben-Hura i Wesołej wdówki. Mamy dzieła propagandowe - Strajk oraz Wielką paradę. Rywalizacja była wyrównana i każdy z nich równie dobrze mógł otrzymać główny laur. Wszystkich pogodził jednak Charlie Chaplin. Złoty Chronometr otrzymuje film Gorączka złota - legendarne dzieło niemej komedii. Zwyciężył, gdyż pomimo mroźnej scenerii wniósł do kinematografii najwięcej ciepła i po prostu oglądało się go najprzyjemniej spośród nominatów.

niedziela, 17 czerwca 2018

Varieté (1925)

Film o poważnym kryzysie wieku średniego 

Reżyseria: Ewald Andre Dupont
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1h 42 min.

Występują: Emil Jannings, Maly Delschaft, Lya De Putti, Warwick Ward

Po pamiętnej roli w Portierze z hotelu Atlantic Emil Jannings zyskał w Niemczech status gwiazdy. Jego nazwisko było gwarantem przyciągnięcia do kin publiczności. To częściowo wyjaśnia mocno nietypową rolę, w jakiej został obsadzony w Varieté. Otóż ten ważący co najmniej sto kilogramów, masywnie zbudowany facet wciela się tu w cyrkowego linoskoczka. Na szczęście reżyser nie próbował zmusić Janningsa do rzeczywistych akrobacji, co musiałoby się skończyć tragicznie. W harcach na trapezie aktor został zastąpiony przez kaskadera, sam natomiast wniósł do filmu bardzo dobre aktorstwo.

Varieté opowiada o miłosnych perypetiach Bossa Hullera (Jannings). Kiedyś wybitny artysta cyrkowy, po ciężkiej kontuzji prowadzi z żoną w Hamburgu podrzędny jarmark osobliwości. Kiedy do cyrku przybywa młoda, piękna tancerka Bertha-Marie, w dawnym artyście odzywają się tłumione pragnienia. Boss porzuca żonę i małego synka i wraz z Berthą-Marie przenoszą się do Berlina, gdzie zaczynają występować na trapezie. Wkrótce dołączają do zespołu Artinellego, światowej gwiazdy akrobatyki. Młodszy i sprawniejszy od Hullera artysta szybko zwraca na siebie uwagę Berthy-Marie, która wdaje się z nim romans. Niebawem Boss dowiaduje się o zdradzie, co prowadzi do tragedii.

Fabuła Varieté nie jest specjalnie oryginalna i przedstawia raczej prozę życia - desperacką pogoń mężczyzny za utraconą młodością i ponure konsekwencje, kiedy okazuje się, że nowa miłość jest niewiele warta. O wartości filmu stanowi przede wszystkim bardzo dobra gra aktorska. Jannings przekonująco wciela się w zagubionego człowieka, który dał się ponieść niemądremu uczuciu. Boss Huller jest człowiekiem gwałtownym i brutalnym, ale niepozbawionym delikatności. Ta przejawia się szczególnie w początkowych scenach, gdy czule pielęgnuje małego synka, a także w znakomicie oddanych intymnych momentach pomiędzy nim a młodą kochanką. Lya De Putti jako ponętna kusicielka dorównuje Janningsowi kunsztem. Bertha-Marie łączy w sobie dziecięcą naiwność i bezwstydną lubieżność. Jest to postać całkowicie wyrachowana, a jednak sceny, kiedy dwukrotnie od niej starszy Boss ceruje jej pończochy, przepełnione są niesamowitą chemią. Jednocześnie ani przez moment nie ma wątpliwości, że to niezdrowy związek, który nie może skończyć się dobrze. Brawa dla obojga aktorów, że tak sprawnie poradzili sobie z rolami będącymi dużym wyzwaniem.

Film jest jak na swoje czasy bardzo odważny. Pomijając tematykę porzucenia przez bohatera rodziny i romansu z młodszą od siebie kobietą, zawiera także mnóstwo zmysłowości i nieco nagości. Wszystko to spowodowało poważne jego okrojenie, kiedy był wyświetlany w pruderyjnej Ameryce. Na wyróżnienie zasługują zdjęcia - nakręcone w ruchu popisy linoskoczków ogląda się z zapartym tchem. Interesujące jest również oświetlenie nocnych scen, w tym wykorzystanie świateł wesołego miasteczka do oddania emocji bohaterów. Spośród ciekawych sekwencji filmowych w pamięć zapada szczególnie chwila, kiedy Boss rozważa zemstę na Artinellim poprzez sprokurowanie wypadku na trapezie. Kiedy nadchodzi czas na prawdziwe akrobacje, do końca nie ma pewności, czy bohater zrealizuje swój zamiar.

Varieté jest przyzwoitym melodramatem z dobrą obsadą aktorską, ciekawymi rozwiązaniami kinematograficznymi i poprawną fabułą. Nie jest tak innowacyjny jak produkcje niemieckie z lat wcześniejszych, jednak oglądało się go bardzo przyjemnie. Wystawiam mu 8 gwiazdek. Dla fanów melodramatów - pozycja obowiązkowa.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 16 czerwca 2018

Pancernik Potiomkin/Bronienosiec Potiomkin (1925)

Film o barszczu na robakach

Reżyseria: Sergiej Eisenstein
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 13 min.

Występują: Aleksandr Antonow, Władimir Barski, Grigorij Aleksandrow

Najsłynniejszy film Sergieja Eisensteina pierwotnie miał wyglądać zupełnie inaczej. Pomyślany został jako antologia przybliżająca kilka epizodów rosyjskiej Rewolucji 1905 roku. Ponieważ jednak reżyser otrzymał scenariusz w lipcu 1925 roku, a film miał być gotowy do końca roku, Eisenstein postanowił ograniczyć się do jednego z ośmiu epizodów przybliżającego bunt marynarzy na tytułowym pancerniku i związane z nim wydarzenia w portowym mieście Odessa.

Film składa się z pięciu części. Pierwsza z nich opisuje prowadzącą do buntu sytuację na Potiomkinie - marynarze, traktowani przez oficerów jak tępa hołota, otrzymują na obiad barszcz ugotowany na robaczywym mięsie. Lekarz pokładowy bezczelnie twierdzi, że mięso jest jadalne. Od załogi oczekuje się, że pokornie zjedzą obrzydliwy posiłek i wrócą do swoich obowiązków. Część z nich, pod przewodnictwem marynarza nazwiskiem Wakalinczuk, odmawia. 

Drugi epizod to bunt załogi. Kapitan Potiomkina rozkazuje rozstrzelać tych, którzy odmówili zjedzenia barszczu. Podburzeni przez Wakalinczuka członkowie plutonu egzekucyjnego odmawiają i razem z marynarzami wypowiadają posłuszeństwo oficerom. Wybucha walka, w trakcie której ginie Wakalinczuk. Statek zostaje opanowany przez zbuntowaną załogę. Władzę nad nim obejmuje rada delegatów.

Trzeci epizod obejmuje przybycie Potiomkina do Odessy. Mieszkańcy miasta składają buntownikom wyrazy solidarności i żegnają z honorami poległego przywódcę rebelii. To nieuchronnie prowadzi do epizodu czwartego, czyli reakcji wojsk carskich. Pacyfikacja Odessy jest niezwykle brutalna i obejmuje między innymi słynną masakrę cywilów na odeskich schodach. Film kończy wypłynięcie Potiomkina w morze i konfrontacja statku z carską flotą.

Eisenstein po raz kolejny dowodzi swych zdolności reżyserskich. Potiomkin pełen jest scen-symboli czyniących z niego nad wyraz umiejętną antyagitkę skierowaną przeciw carskiej autokracji. Pancernik można traktować jako paralelę Rosji trzymanej w ryzach za pomocą drakońskiego przymusu. Oficerowie traktujący marynarzy jak swołocz, która ma pokornie jeść gówno i jeszcze za to dziękować, to była przecież sytuacja zupełnie dla tych ludzi normalna. Dodatkowo zmiana pozycji społecznej była niezwykle trudna. Dlatego 12 lat po wydarzeniach ukazanych w filmie mało kto płakał po upadłym systemie. Sprawdzając prawdziwą historię buntu na Potiomkinie przekonałem się, że Eisenstein nawet niespecjalnie przerysował to, co tam zaszło. Rzecz tylko w ukazaniu winnych we właściwym świetle i zbudowaniu odpowiedniego nastroju, który ma udzielać się widowni. Podobnie jak w Strajku osiągnięto to dzięki odpowiedniemu doborowi aktorów. Lud, czyli marynarze i cywile, są wyglądającymi zwyczajnie, przeciętnymi ludźmi walczącymi o godność. Złoczyńcy - kadra oficerska Potiomkina, są grupą brutalnych oprychów i durniów. Nieco inaczej potraktował Eisentein żołnierzy i Kozaków pacyfikujących Odessę - to już tylko pozbawiona twarzy, bezosobowa, brutalna siła.

Pancernik Potiomkin zawiera kilka zapadających w pamięć scen - symboli. Jedną z nich jest obraz pustej okrętowej jadalni, w której dyndają kociołki z parującym jeszcze barszczem ze zgnilizny. Paradoksalnie najważniejszym elementem tej sceny jest to, czego brakuje - załogi, która jest już gotowa do rezygnacji z paternalistycznej opieki swych przełożonych. Innym mocnym symbolem jest poturbowanie podczas zamieszek okrętowego popa, któremu zostaje wytrącony z ręki krzyż - symbol Cerkwi, wiernej sojuszniczki caratu, której czas także mija. Zamiast przyjąć z rąk duchowego ostatnie namaszczenie i podążyć do świata pozagrobowego, lud jest gotów do walki o świat doczesny.

Na osobne omówienie zasługuje ciesząca się zasłużona sławą scena masakry na gigantycznych schodach prowadzących do odeskiego portu. Na jej niezwykłość składa się kilka czynników. Po pierwsze zastosowano tu sprawdzony już w Strajku niezwykle dynamiczny montaż, nakładający obok siebie twarze przerażonych ludzi, lufy karabinów i kolejne sceny masakry. Wojsko, jak już wspomniałem, jest bezosobową machiną śmierci, natomiast wśród ofiar poznajemy bliżej grupkę indywidualności - reprezentantów tych, którzy poniosą śmierć. Jest wśród nich kobieta w binoklach, mały chłopczyk i jego matka, beznogi inwalida. Jest też kobieta z niemowlęciem w wózku, który, wypuszczony przez zabitą matkę, zjeżdża po gigantycznych schodach. O ile oprawcy pozostają anonimowi, tragedia ofiar została spersonalizowana i zidentyfikowana z najbardziej bezbronnymi członkami społeczeństwa - kobietami, dziećmi, niepełnosprawnymi. Niesłychana jest brutalność tej masakry - Eisenstein nie oszczędza widoku krwi i śmierci na skalę we współczesnym mu kinie dotąd niespotykaną. Efekt jest trudny do zapomnienia.

Pancernik Potiomkin zawiera elementy propagandy komunistycznej, momentami nawet dość nachalne (szczególnie zakończenie). Mimo to można go potraktować bardziej jako film antyrosyjski niż prokomunistyczny. Carat był systemem chorym i właściwie nieuchronnym było, żeby wybuchł przeciwko niemu bunt. Reżyser bardzo jasno wskazał na te jego cechy, które doprowadziły do katastrofy - paternalizm, tępy przymus, głupota. Eisenstein (tak samo jak w Strajku) nie kłamie, bo nie ma takiej potrzeby. Wystarczyło pokazać prawdę, przy tym nieco przerysować "ciemną" stronę mocy, pominąć wady i przywary tej "jasnej" i voila - mamy idealny film propagandowy, dodatkowo będący dziełem sztuki.

Porównując Potiomkina ze Strajkiem stwierdzam, że bardziej podobał mi się ten drugi. Strajk jest filmem bardziej uniwersalnym i mimo wszystko mocniejszym. Pancernik Potiomkin był robiony na partyjne zamówienie i jest to widoczne w nieco sztucznych scenach pokazujących solidarność mieszkańców Odessy z marynarzami oraz w przepełnionym optymizmem zakończeniu. Te słabsze momenty sprawiają wrażenie obowiązkowej agitki, która po prostu musiała się w filmie znaleźć. Kontrastuje to z genialnymi scenami buntu marynarzy i masakry na schodach. Mimo tego dzieło Eisensteina zasłużenie zajmuje miejsce wśród absolutnych klasyków kina. Jego atuty to potężny ładunek emocjonalny, maestria techniczna i niesamowita ręka reżysera do zapadających w pamięć scen. Wystawiam mu 9 gwiazdek i zdecydowanie polecam.

źródło grafiki: www.imdb.com

piątek, 15 czerwca 2018

Szczęśliwa siódemka/Seven Chances (1925)

Film o desperackim poszukiwaniu żony

Reżyseria: Buster Keaton
Kraj: USA
Czas trwania: 56 min.

Występują: Buster Keaton, T. Roy Barnes, Snitz Edwards, Ruth Dwyer

Buster Keaton w swojej kolejnej niedługiej komedii sięga po formułę wypróbowaną już w Rozkoszach gościnności - postawmy bohatera w absurdalnej sytuacji, wyeksploatujmy ją do skrajności i sprawdźmy, co z tego wyjdzie. Efekty takiego podejścia mogą być bardzo zabawne, ale łatwo przesadzić. Jak to wygląda w Szczęśliwej siódemce?
 
Keaton wciela się w tym filmie w postać Jimmy'ego Shannona, partnera w spółce prawniczej prowadzonej wspólnie z Billym Meekinem. Z powodu kilku niefortunnych decyzji firmie grozi bankructwo. Na horyzoncie pojawia się jednak niespodziewany ratunek. Okazuje się, że zmarły dziadek Jimmy'ego pozostawił mu w spadku siedem milionów dolarów. Jest jednak pewien warunek - ma się ożenić się do dnia określonego w testamencie. Niefortunnie okazuje się, że termin upływa tego wieczora. Jimmy próbuje namówić na szybki ślub swoją sympatię Mary Jones, robi to jednak tak niezręcznie, że ta z nim zrywa. Bohater staje przed wyzwaniem błyskawicznego znalezienia innej panny młodej.

Od momentu zawiązania akcji Siódemkę można podzielić na dwie części. W pierwszej bohater Keatona desperacko oświadcza się każdej napotkanej kobiecie, za każdym razem z opłakanymi rezultatami. Do zabawniejszych momentów należą oświadczyny manekinowi fryzjerskiemu oraz dziewoi, która mimo dojrzałego wyglądu okazuje się niepełnoletnią. Z drugiej strony pojawia się żenująca dzisiejszego widza scenka, w której bohater daje drapaka, gdy inna wybranka okazuje się starszą od niego Murzynką. Mimo tej wpadki trzeba Keatonowi przyznać, że wymyślenie kilkunastu sposobów dostania kosza wymagało dużej kreatywności.
 
Końcowa część filmu to rozbudowana sekwencja akcji. A konkretnie jest ucieczki Jimmy'ego przed tłumem kobiet w sukniach ślubnych - szczyt absurdu i typowy przykład komizmu a la Keaton. Aktor po raz kolejny daje dowody dużej sprawności fizycznej i ryzykanctwa, gdyż pogoń obejmuje między innymi atak na niego przy pomocy maszyn budowlanych czy miniaturową lawinę, podczas której stacza się po zboczu razem z głazami.

Bardzo dobra jest w Szczęśliwej siódemce praca kamery - wszędobylskiej, ruchliwej, pokazującej akcję z niespodziewanych pozycji. Kręcenie z pojazdu bądź ujęcia z wysokości to w filmach Keatona już właściwie standard. Sporej sprawności technicznej wymagało też od reżysera kierowanie liczącym koło setki tłumem panien młodych. Widać, że z każdym kolejnym filmem Keaton rozwija się jako reżyser. Co prawda obszar jego zainteresowań jest dość specyficzny, ale nie sposób odmówić mu talentu.
 
Jaki jest końcowy efekt? Absurdalny humor zawsze w cenie. Keatonowi udało się przy tym (z jednym przytoczonym powyżej wyjątkiem) zachować granice dobrego smaku. Szczęśliwa siódemka często bawi, pomimo pewnej monotonii akcji. Brakuje je natomiast jakiejś głębszej myśli stojącej za śmieszną fabułą. Dobra zabawa i sprawność techniczna to mimo wszystko odrobinę za mało. Dlatego też wystawiam 7 gwiazdek.
 
źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 13 czerwca 2018

Wachlarz Lady Windermere/Lady Windermere's Fan (1925)

Film o obłudnikach

Reżyseria: Ernst Lubitsch
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 26 min.

Występują: Ronald Colman, May McAvoy, Bert Lytell, Irene Rich

Oscar Wilde lubił w swojej twórczości piętnować ludzką dwulicowość. Podobne skłonności miał Ernst Lubitsch, sądząc po jego filmografii. Kiedy więc ten drugi postanowił nakręcić adaptację sztuki pierwszego, w rezultacie otrzymaliśmy film pełen wszelkiej maści hipokrytów, kłamców i pozorantów w swym żywiole. Wilde'owski pierwowzór Wachlarza Lady Windermere określany jest jako cięta satyra. Wersja Lubitscha jest natomiast subtelna, nasycona lekką ironią, raczej jednak zasmucająca.

Tytułowa Lady Margaret Windermere oraz jej mąż to londyńscy arystokraci, których życie polega głównie na wydawaniu przyjęć, bywaniu w modnych miejscach i plotkowaniu. Jak każde szanujące się małżeństwo z wyższych sfer, małżonkowie mają przed sobą wstydliwe tajemnice. Ona niezbyt zdecydowanie odrzuca awanse próbującego ją uwieść Lorda Darlingtona. On w tajemnicy sponsoruje usiłującą wywalczyć sobie miejsce wśród londyńskiej śmietanki panią Erlynne. Kobieta ta nie jest jednak jego kochanką, ale szantażującą go matką Margaret, która niedawno powróciła do kraju. Uznana za zmarłą i wielbiona przez Lady Windermere, w rzeczywistości okazuje się kobietą o marnej reputacji. Windermere opłaca ją, żeby "uchronić" żonę przed poznaniem przykrej prawdy, choć można podejrzewać, że bardziej zależy mu na rodzinnej reputacji. Kiedy do Margaret docierają podsycane przez "życzliwego" Darlingtona pogłoski o romansie męża, w małżeństwie szybko zaczyna się psuć. Tymczasem Erlynne po części ze złośliwości, po części z ciekawości, szuka okazji spotkania z córką. Wszystkie kłamstwa, półprawdy i intrygi bohaterów prowadzą do kulminacji podczas przyjęcia urodzinowego Lady Windermere, kiedy przynajmniej niektóre tajemnice zostaną ujawnione, aby skryć w swym cieniu największe kłamstwa.

Podkreślę to ponownie - Lubitsch uwielbia subtelność. Upodobanie to przejawia się zarówno w prowadzeniu akcji, jak i w doborze aktorów. Fabuła filmu rozwija się niezwykle powoli, a śledzenie jej wymaga dużego skupienia, gdyż większość scen to po prostu rozmowy bohaterów. W dodatku postacie rzadko mówią otwarcie o swoich intencjach, większość uwagi poświęcając autokreacji. Zawiązanie akcji zajmuje sporo czasu, kto jednak sprostał tej dość wymagającej próbie cierpliwości, zostanie wynagrodzony intrygującym finałem filmu. Wówczas bohaterowie w końcu zaczynają działać, z każdym kolejnym krokiem wplątując się w coraz większe kłopoty. Bardzo podobała mi się w Wachlarzu gra aktorska, oszczędna, powściągliwa, a jednak wiele przekazująca. Lubitsch niechętnie korzysta z plansz tekstowych i nie przepada za ekspresyjnym stylem gry. Stawia to przed obsadą duże wyzwanie przekazania treści filmu i emocji bohaterów niemal wyłącznie za pomocą oszczędnej mimiki i gestów. Na szczęście aktorzy w Wachlarzu doskonale rozumieją intencje reżysera. Szczególnie żeńska część. May McAvoy jako tytułowa Lady Windermere może służyć za wzór wysublimowanej kobiecości. Uwagę przyciąga także Irene Rich jako enigmatyczna Erlynne. Aktorstwo jest zdecydowanie godne zapamiętania.

Przesłanie filmu podane jest w sposób zawoalowany. Brak tu jakiegokolwiek moralizatorstwa. Skutki kłamstw i nierozwagi bohaterów poznajemy, śledząc konsekwencje ich działań. Żadne z nich nie jest bez skazy, żadne nie wychodzi z konfrontacji bez szwanku. Można się dopatrzyć w Wachlarzu elementów satyry, ale również ona jest ulotna i do jej uchwycenia potrzeba czujności. Gdy poznajemy Lady Windermere, rozważa ona jakże żywotny problem sposobu usadzenia gości przy stole. Na wyścigach konnych szacowne panie z towarzystwa zajmują się głównie obgadywaniem swoich konkurentek. Obłudna "ochrona" żony przed prawdą o jej matce doprowadza małżeństwo Windermere'ów na skraj przepaści. Światek londyńskich bogaczy jest dość paskudny, choć z wierzchu wydaje się niezwykle szacownym. 

Wachlarz Lady Windermere jest filmem wymagającym dużego zaangażowania. Podobnie jak w przypadku Karuzeli małżeńskiej ulotność stylu Lubitscha cierpi nieco z powodu ograniczonych możliwości prezentowania dialogów. Wielu rzeczy trzeba się dopatrywać, odczytywać z gestów i zachowań postaci. To bardzo nietypowe doświadczenie jak na film niemy i bardzo ciekawe. Ale z pewnością nie każdemu będzie odpowiadać. Osobiście wystawiam Wachlarzowi 7 gwiazdek i mimo niewątpliwej satysfakcji z obejrzenia tego filmu, niecierpliwie czekam na dźwiękowe dzieła Ernsta Lubitscha.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 12 czerwca 2018

Upiór w operze/The Phantom of the Opera (1925)

Film o nawiedzonej operze

Reżyseria: Rupert Julian
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 43 min.

Występują: Lon Chaney, Mary Philbin, Norman Kerry, Arthur Edmund Carewe

Lon Chaney zdobył w latach 20. dużą popularność jako aktor wyspecjalizowany w filmach grozy. Oglądaliśmy go już jako Dzwonnika z Notre Dame oraz brzuchomówcę - lidera Niesamowitej Trójki. Tym razem wciela się w tytułowego Upiora w operze. Chaney był osobistością o tyle niezwykłą, że specjalizował się w kreacjach bohaterów zdeformowanych wewnętrznie i zewnętrznie, a dodatkowo miał w zwyczaju samodzielnie tworzyć charakteryzacje dla swoich postaci. Wielka szkoda, że zmarł na początku epoki filmu dźwiękowego. Upiór w operze jest jednym z bardziej znanych w karierze Chaneya. Co zatem oferuje?

Mamy do czynienia z barokową opowieścią rozgrywającą się w ogromnym gmachu Opery Paryskiej. Film jest w pewnym sensie podobny do Dzwonnika z Notre Dame. Podobnie jak tam, budynek i jego otoczenie są sercem akcji i motorem kolejnych wydarzeń. Bohaterami filmu są artyści, pracownicy i stali bywalcy opery. W centrum wydarzeń znajduje się ambitna śpiewaczka Christine Daaé, która pnie się po szczeblach kariery dzięki pomocy tajemniczej, działającej z ukrycia postaci. Upiór, bo o niego chodzi, jest istotą złowieszczą i niebezpieczną. Początkowo ogranicza się do pogróżek, nie waha się jednak przed szantażem, skrytobójstwem, a nawet zamachem na publiczność przeprowadzonym za pomocą ogromnego żyrandola. Zagraża również samej śpiewaczce, usiłując przymusem zaskarbić sobie jej miłość. Po kolejnych niepokojących wypadkach w operze na trop upiora wpadają niezależnie od siebie: zabiegający o względy Christine wicehrabia Raoul de Chagny i tajemniczy Ledoux. Konfrontacja będzie niebezpieczna, gdyż mają do czynienia z przeciwnikiem podstępnym i pozbawionym skrupułów

Połączenie w jednym filmie stylistyki opery i scenerii baroku musi oznaczać przepych dekoracji i artystyczną przesadę. Wnętrza tytułowego gmachu zapierają dech w piersiach. Składają się na nie nie tylko ogromna scena z widownią, lożami, rozmaitymi urządzeniami i dekoracjami, ale również garderoby artystów, kulisy oraz złożone z krętych korytarzy i piwnic podziemia. Do tego dołożyć należy ukrytą pod budynkiem kryjówkę upiora udekorowaną rzeźbami, instrumentami muzycznymi i innymi cennymi przedmiotami. Są w niej również dwie sypialnie - iście królewska dla wybranki upiora oraz mniejsza, wyposażona w nietypowe łoże dla niego samego. Atrakcyjnie przygotowano kostiumy dopasowane do wystawianych przez operę przedstawień, nie mówiąc już o wampirycznym przyodziewku upiora wraz z charakterystyczną maską. Oprawa filmu jest doprawdy znakomita.

Artystyczna przesada przejawia się w mocno ekspresyjnej grze aktorskiej. Silna gestykulacja i afektowane miny pojawiają się na ekranie nad wyraz często, choć na szczęście grająca rolę Christine Mary Philbin w nich nie przoduje. Bardzo wyrazista jest natomiast gra Chaneya jako upiora. Aktor obficie posługuje się pantomimą, często odwołując się także do gry cieni. Jego złowieszcze gesty dodatkowo wspomaga wyrazista charakteryzacja upodabniająca twarz Chaneya do czaszki. Według związanych z Upiorem anegdot przerażenie Philbin, kiedy po raz pierwszy spogląda na jego oblicze, było prawdziwe.

Film ogląda się całkiem przyjemnie. Przez długi czas towarzyszy nam klimat powoli odsłanianej tajemnicy. O upiorze najpierw słyszymy tylko z opowieści, później widzimy go jako cień na ścianie, przemykającą chyłkiem postać lub "słyszymy" (w postaci planszy tekstowej) jego głos zza ściany. Później przez pewien czas jego twarz ukryta jest za maską, a przeszłość tej postaci poznajemy dopiero w końcowej części filmu. Stopniowanie napięcia i informacji zostało przeprowadzone nader umiejętnie, tworząc złowieszczy nastrój. Również sama osobowość upiora i jego motywacje są ciekawe. Chaney bardzo umiejętnie oddał tę targaną szaleństwem postać, choć jego rola w Niesamowitej trójce była w moim odczuciu lepsza. Mary Philbin jako Christine prezentuje się poprawnie, choć postać ta cechuje się biernością - przekleństwem wielu ról kobiecych. Nieco gorzej jest z Raoulem, który nie wychodzi poza ramy bohaterskiego lowelasa. Oboje są zdecydowanie przyćmieni przez chaneyowego złoczyńcę. Poza nimi pojawia się w Upiorze wiele postaci drugoplanowych odgrywających drobne lecz pamiętne role - obsługa techniczna opery, jej dyrekcja, czy też noszące krzykliwie białe kostiumy baletnice. Są to wszystko niezwykle klimatyczne epizody grane przez charakterystycznych aktorów - rzecz rzadko spotykana w kinie niemym, gdzie obsada ograniczona jest zwykle do kilku głównych postaci .

Głównym minusem Upiora w operze jest pewna sztuczność fabuły. Towarzyszący akcji od początku do końca blichtr i przesada nie pozwalają zapomnieć, że oglądamy tylko przedstawienie. Gdyby udało się przemycić w filmie szczyptę realizmu, choćby poprzez pogłębienie psychologiczne takich postaci jak Christine i Raoul, otrzymalibyśmy prawdziwe dzieło. Niestety Mary Philbin i Norman Kerry nie zdołali dorównać górującemu nad nimi aktorsko Chaneyowi. Było nieźle, lecz mogło być lepiej. Wystawiam Upiorowi mocne 7 gwiazdek. Mimo wszystkich zastrzeżeń przyjemnie się go oglądało.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Zaginiony świat/The Lost World (1925)

Film o gumowych dinozaurach

Reżyseria: Harry O. Hoyt
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 32 min.

Występują: Bessie Love, Lewis Stone, Lloyd Hughes, Wallace Beery, Arthur Hoyt

Dinozaury obecne są w popkulturze od dawna i trudno zidentyfikować konkretny moment, kiedy zaczęła się na nie moda. Co do wkroczenia wielkich gadów do świata filmu, sytuacja jest łatwiejsza. Nastąpiło to (pomijając krótkometrażowe próby) w roku 1925 za sprawą filmu Zaginiony świat. Potraktowane przez Willisa O'Briena techniką animacji poklatkowej, rozmaite gatunki dinozaurów wkroczyły na ekran, budząc zachwyt publiki. Co do samej techniki animacji, była stosowana od dawna, ale Zaginiony świat był bodaj pierwszym filmem pełnometrażowym, który z niej skorzystał i odniósł sukces na dużą skalę. Wszystkie te zasługi są niewątpliwie imponujące, jak jednak film prezentuje się dzisiaj, w dobie animacji i efektów specjalnych generowanych komputerowo?

Poklatkowo animowane dinozaury jakie są, każdy może sprawdzić. Dynamika ruchu nie powala na kolana, natomiast na uznanie zasługuje różnorodność wprowadzonych do filmu stworzeń - jest to około dziesięciu gatunków dinozaurów uzupełnianych przez małpoluda, kilka rodzajów małp i innych przedstawicieli fauny Amazonii. Zwierzęta odgrywają rozmaite ciekawe scenki. Żerują, walczą ze sobą, polują na ludzi, uciekają przed wybuchającym wulkanem. Najważniejszym z nich jest piękny okaz brontozaura, który w końcówce filmu demoluje Londyn. Ten element filmu jest rzeczywiście atrakcyjny i ogląda się go z uśmiechem na twarzy.

Dużo słabiej jest w Zaginionym świecie z fabułą i postaciami ludzkimi. Scenariusz jest dość miałki. Traktuje o podróży grupy badaczy do płaskowyżu w głębi Amazonii, gdzie według wiadomości przesłanej przez zaginionego podróżnika żyją dinozaury. Wyprawa ma za zadanie potwierdzić prawdziwość tej informacji. Bohaterowie nie są zbyt interesujący i, prawdę mówiąc, niecierpliwie czekałem, kiedy w końcu dotrą na miejsce, ponieważ ich osobiste problemy i konflikty są dość sztampowe. Mamy więc dziennikarza, który chce udowodnić narzeczonej swoje męstwo, dziewczynę poszukującą zaginionego ojca, dwóch profesorów, z których jeden jest krewkim entuzjastą, a drugi stoickim sceptykiem i na dokładkę zaprawionego myśliwego. Cała ta grupa przez długi czas usiłuje dojść do ładu z celami wyprawy i wewnętrznymi konfliktami. Niezbyt to ciekawe, szczerze mówiąc, i nie budzi jakichkolwiek emocji. Później następuje krótka (w czasie ekranowym) podróż przez dżunglę. Niestety po przybyciu na ukryty płaskowyż wcale nie jest lepiej. Ludzie głównie kręcą się w kółko, obserwują dinozaury i usiłują uchronić się przed pożarciem lub zdeptaniem. Dziwne, że taki miałki scenariusz powstał na podstawie powieści Arthura Conana Doyle'a. Na marginesie wspomnę, że twórca Sherlocka Holmesa pojawia się na chwilę na ekranie, zapraszając nas na film.

Zaginiony świat nie zachwyca. To typowy przykład filmu, w którym postawiono na nowinki techniczne, natomiast zaniedbano fabułę. Bohaterom poświęcono sporo miejsca, ale co z tego, skoro są płytcy i nieciekawi. W dodatku postawiono ich naprzeciw istot tak potężnych, że właściwie nie mają innego wyjścia, jak kryć się i uciekać. W rezultacie otrzymujemy nudny film z dość fajnymi wstawkami z udziałem potworów. Niestety jest to o wiele za mało, żeby Zaginiony świat komukolwiek polecić. Niech sobie zasłużenie zbiera laury za swoje pionierstwo, ale oglądać go trzeba raczej... niekoniecznie. Wystawiam 5 gwiazdek.

Źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 10 czerwca 2018

Ben-Hur/Ben-Hur: A Tale of the Christ (1925)

Film o dzielnym księciu żydowskim i złym centurionie

Reżyseria: Fred Niblo
Kraj: USA
Czas trwania: 2h 24 min.

Występują: Ramon Novarro, Francis X. Bushman, Mary McAvoy, Claire McDowell, Kathleen Key, Nigel de Brulier

Wyświetlany na ekranach kin od grudnia 1925 roku Ben-Hur był prawdziwą superprodukcją wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer. I niezwykle burzliwą. Podczas prac nad filmem doszło do zmian na stanowisku reżysera oraz w obsadzie głównych ról. Trwające dwa lata zdjęcia na włoskich plenerach wskutek nieustannych problemów logistycznych dokończono ostatecznie w Kalifornii. Koszty produkcji osiągnęły prawie 4 miliony dolarów, kwotę jak na owe czasy astronomiczną. Ostateczny produkt zdobył niesamowitą popularność zarówno w USA jak i zagranicą, jednak MGM nie zdołał w pełni zrekompensować sobie gigantycznych kosztów produkcji i dystrybucji. Mimo to pierwszy Ben-Hur (w 1959 roku powstanie jego jeszcze słynniejszy remake) zapisał się na stałe w historii kina z co najmniej kilku powodów.

Film rozgrywa się w czasach Chrystusa w okupowanej przez Rzymian Palestynie. Główny bohater, żydowski książę Juda Ben-Hur, w następstwie nieszczęśliwego wypadku zostaje oskarżony o zamach na rzymskiego namiestnika. Skutkiem intrygi swego dawnego przyjaciela, centuriona Messali, Juda zostaje skazany i wysłany jako niewolnik na galery. Jego matka i siostra również trafiają do więzienia. Rzymianom nie udaje się jednak przejąć majątku Hurów, który został przez zaufanego niewolnika Simonidesa wywieziony do Antiochii. Po kilku latach katorgi na galerze Juda zdobywa sobie przychylność admirała Kwintusa Arriusa. Kiedy podczas bitwy z piratami Żyd ratuje Kwintusowi życie, zostaje przez niego wyzwolony i adoptowany. W Rzymie zdobywa sobie sławę niezrównanego woźnicy. Po jakimś czasie Ben-Hur przybywa do Antiochii w poszukiwaniu Simonidesa i wieści o losie rodziny. W mieście rezyduje też Messala. Losy dawnych przyjaciół, a teraz śmiertelnych wrogów, krzyżują się ponownie, kiedy Juda wyzywa Rzymianina na pojedynek w wyścigu rydwanów.

Scenariusz Ben-Hura jest dopracowany i ciekawy, można nawet dopatrywać się w nim pewnej głębi. Bohater przebywa drogę od upadku, poprzez niewolę, nowe życie jako obywatel Rzymu i zemstę, aż do poszukiwania ostatecznego sensu życia. W tle przewija się Jezus, który podaje pomocną dłoń pędzonemu na galery głównemu bohaterowi oraz odgrywa ważną rolę w zakończeniu filmu. Narodziny chrześcijaństwa są jednak wątkiem zdecydowanie pobocznym - Chrystus jest przez Judę i innych Żydów postrzegany jako obiecany przez proroków wyzwoliciel z rzymskich okowów, nie jako założyciel nowej religii. Sami Rzymianie przedstawieni zostali w mocno negatywnym świetle - jako szowiniści i brutalni okupanci. Nie ma jednak co ukrywać, cała ta fabularna otoczka ma na celu przede wszystkim zapewnić widzowi dobrą zabawę. W centrum filmu znajdują się przygody Judy Ben-Hura, a w pamięć zapadają jego odważne wyczyny, w tym przede wszystkim dwie niezwykle atrakcyjne sceny - bitwa morska i wyścig rydwanów.

Ben-Hur był dla Hollywood filmem przełomowym jeśli chodzi o poziom techniczny. Rozmach realizacyjny jest niesamowity. Zaangażowano tysiące statystów napełniających życiem ulice Jerozolimy i Antiochii. Dla wszystkich przygotowano różnorodne, dopracowane kostiumy, dzięki którym możemy podziwiać wiarygodnych legionistów, patrycjuszy, mieszczan, kupców, niewolników, żydowskich kapłanów i wielu innych. Z rekwizytów w pamięć zapadają szczególnie wymyślne hełmy noszone przez Messalę. Gigantyczną pracę włożono także w dekoracje obejmujące dwa wspomniane miasta, różnorodne modele statków (żaglowców i galer) oraz wielki amfiteatr z hipodromem. Na szczególne wyróżnienie zasługuje montaż, zwłaszcza w dwóch wspomnianych punktach kulminacyjnych filmu. Kinematografowie zadbali, abyśmy się ani przez chwilę nie nudzili. Bitwa morska została zaprezentowana zarówno z perspektywy pokładów statków, jak i kwater niewolniczych, do tego oddalone ujęcia z morza, z bocianiego gniazda i jeszcze paru innych miejsc. Dodatkowo kamera nie stoi w miejscu, dynamicznie podążając za walczącymi. Walki są brutalne i realistyczne, a osiągnięte wrażenia - znakomite.

Jeszcze lepiej jest podczas dwudziestominutowego wyścigu - sekwencji noszącej znamiona prawdziwego geniuszu. Autorzy zdjęć puścili wodze wyobraźni, pokazując zawody naprzemiennie z perspektywy siedzącego na trybunach widza, z kamer zamontowanych na poszczególnych rydwanach, z których patrzymy a to na woźnicę, a to na pędzących za lub przed nim konkurentów, a to z ziemi. Gonitwa jest niesamowicie wciągająca i złożona z wielu atrakcyjnych manewrów i katastrof. Przy tym zadbano o przejrzystość - Ben-Hur jako jedyny dysponuje białymi końmi i rydwanem, dzięki czemu możemy cały czas śledzić jego sytuację. Naprawdę warto ten wyścig obejrzeć. Jest to zresztą scena na tyle znakomita, że doczekała się wielu nawiązań, nie tylko w remake'u z 1959 roku, ale na przykład w Gwiezdnych wojnach: Mrocznym widmie.

Skoro już jesteśmy przy nowinkach technicznych, warto wspomnieć, że niektóre sceny (te związane z życiem Chrystusa) nakręcono w Technicolorze. Tym samym jest to pierwszy recenzowany przeze mnie film, który miałem okazję obejrzeć częściowo w kolorze. Co prawda podobne wstawki miała pierwotnie Wielka parada, jednak wszystkie zachowane do dziś kopie tego filmu są czarno-białe.

Wypadałoby dwa słowa napisać o aktorstwie, chociaż na tym polu Ben-Hur jest po prostu poprawny. Ramon Novarro w tytułowej roli prezentuje się przede wszystkim jako twardy gość. Francis X. Bushman jako Messala jest wyniosłym, brutalnym draniem, niepozbawionym pewnej charyzmy. I w sumie tyle. Reszta postaci jest głównie uzupełnieniem dla antagonistycznej dwójki. Dodam, że drugoplanowy Jezus ani razu nie pokazuje na ekranie swej twarzy, co wydaje mi się rozwiązaniem pomysłowym i udanym. Mimo tytułu raczej nie jest to opowieść o Nim.

Ben-Hur to magnum opus hollywoodzkiego kina rozrywkowego lat 20.. Poziom oprawy i kinematografii w tym filmie jest bliski ideału. Fabularnie trudno mu coś zarzucić, chociaż nie jest oczywiście dziełem skłaniającym do jakichś głębokich refleksji. Mimo to uważam, że zdecydowanie warto się z nim zapoznać. A wyścig rydwanów to wręcz scena obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się kinem. Ben-Hur otrzymuje w pełni zasłużone 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 8 czerwca 2018

Niech żyje sport!/The Freshman (1925)

Film o intelektualnej nędzy amerykańskiego uniwersytetu

Reżyseria: Sam Taylor i Fred C. Newmeyer
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 16 min.

Występują: Harold Lloyd, Jobyna Ralston

Trzecia (po Jeszcze wyżej! i Ach te dziewczęta) z komedii Sama Taylora i Freda Newmeyera z Haroldem Lloydem w roli głównej przybliża nam amerykańskie środowisko "uniwersyteckie". Piszę to w cudzysłowie, ponieważ sami autorzy określają fikcyjny Uniwersytet Tate jako "wielki stadion z doczepioną z boku uczelnią". Niech żyje sport! jest dość kąśliwą satyrą na amerykańską kulturę studencką lat dwudziestych, pełną próżności, pozerstwa i plebejskości. W wielu aspektach jest w tym podobna do dzisiejszej.

Lloyd tym razem wciela się w Harolda Lamba, młodzieńca który po wielu wyrzeczeniach dostaje się do wymarzonego college'u. Chłopakowi bardzo zależy na zdobyciu popularności wśród braci studenckiej, co planuje osiągnąć dzięki naśladowaniu zachowania Speedy'ego - bohatera swojego ulubionego filmu o studentach. Harold powtarza jego powiedzonka i charakterystyczne gesty, a dodatkowo lekką ręką szasta pieniędzmi, z pozoru zyskując sympatię nowych znajomych. Nie zdaje sobie sprawy, że za plecami jest obiektem drwin. Jedyną osobą, która naprawdę go lubi, jest Peggy, pełna ciepła córka jego gospodyni. W pogodni za popularnością Harold zapisuje się do drużyny futbolowej. Brak mu umiejętności, lecz trener docenia jego waleczność, kiedy chłopak przez kilka godzin dzielnie zastępuje manekina treningowego. Oficjalnie zostaje przyjęty do zespołu, choć ma nigdy nie wybiec na boisko podczas meczu. Kiedy Harold dowiaduje się w końcu, że jego "przyjaciele" wyśmiewają go za plecami, postanawia za wszelką cenę wywalczyć sobie szacunek dzięki sukcesowi na boisku futbolowym.

Z pozoru Niech żyje sport! jest lekką komedią obyczajową traktującą o akceptacji i dojrzewaniu. Przy bliższym przyjrzeniu się dostrzegamy jednak ciętą satyrę na środowisko pseudoakademickie. Chociaż miejscem akcji jest uniwersytet, żaden z bohaterów filmu nie przejawia najmniejszego zainteresowania nauką, ani nie wykonuje żadnych działań w tym kierunku. Miasteczko akademickie jest centrum życia towarzyskiego, a jedynym, co wydaje się określać pozycję jego mieszkańców, jest nieoficjalny ranking popularności. O pozycji w nim decyduje hojność wobec studenckiej braci (a więc zamożność), intensywność imprezowania oraz osiągnięcia sportowe. Dzięki temu trzeciemu czynnikowi możemy przyjrzeć się środowisku związanemu z najważniejszym uniwersyteckim sportem - futbolem amerykańskim. Został on ukazany (zgodnie z prawdą) jako dyscyplina prymitywna, polegająca głównie na brutalnych przepychankach, wymagająca od zawodników głównie siły i sprawności fizycznej. Intelekt nie ma żadnego znaczenia. Zaiste sport godny uczelni.

Główny bohater filmu to postać dość kontrowersyjna. Nie sposób odmówić mu hartu ducha i wytrwałości (tak samo jak poprzednim bohaterom Lloyda), cechuje go jednak znaczna niedojrzałość. Nie tylko naśladuje niedorzeczną postać z filmu, ale bez oporów trwoni ciężko zarobione oszczędności, wyprawiając potańcówki i fundując żerującym na nim studenciakom "lody". Brać studencka ukazana jest jako grono kłamliwych, szyderczych pasożytów. Normalnie rozumującą postacią jest tylko Peggy, która zresztą wykonuje w tym "akademickim" filmie jedyną czynność wymagającą jakiegokolwiek wysiłku umysłowego - rozwiązuje krzyżówkę. Nie ma jednak pewności, czy dziewczyna jest studentką, wygląda raczej na osobę z "obsługi administracyjnej".

Jeśli chodzi o humor i walory rozrywkowe Niech żyje sport!, nie jest z tym najgorzej, chociaż jakoś wybitnie również nie. Gagi mają charakter slapstickowy - w przypadku wyczynów Lloyda i satyryczny - w przypadku całej reszty. Dwie wyróżniające się sceny komediowe to przemówienie Harolda do studentów, które wygłasza on z nader niewygodnej pozycji, będąc napastowanym przez ukrytego pod swetrem kota, oraz dość rozbudowana scena balu, w którym bohater bierze udział przywdziany w rozpadający się garnitur. Tradycyjnie wieńcząca filmy Lloyda sekwencja akcji obejmuje tym razem mecz futbolowy, podczas którego Harold zostaje straszliwie poturbowany, popełnia koszmarne pomyłki wynikające z dezorientacji i braku umiejętności, jednak cały czas mężnie walczy o zwycięstwo. Nie do końca mi się to podobało, głównie dlatego, że nie znoszę futbolu amerykańskiego.

Jeżeli chodzi o poziom rozrywki, Niech żyje sport! wypada słabiej zarówno od atrakcyjnego wizualnie Jeszcze wyżej! jak i niezłego fabularnie Ach te dziewczęta. Jego atutem jest wyeksponowanie absurdów amerykańskiej kultury studenckiej. Ciekawie było zobaczyć, że już przed stu laty tamtejsze uczelnie mniejszego kalibru trapiły problemy, które dzisiaj występują chyba w jeszcze większym stopniu. W gruncie rzeczy obraz Uniwersytetu Tate i jego studentów o wątpliwej moralności i inteligencji jest przygnębiający. Ale cieszę się, że mogłem się o tym przekonać. Niech żyje sport! otrzymuje ode mnie 7 gwiazdek. Nie jest to idealna komedia, ale całkiem ciekawe przeżycie filmowe.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 7 czerwca 2018

Będziesz szanował żonę swoją/Du skal are din hustru (1925)

Film o nietypowej terapii małżeńskiej

Reżyseria: Carl Theodor Dreyer
Kraj: Dania
Czas trwania: 1h 32 min.

Występują: Johannes Mayer, Astrid Holm, Karin Nellemose, Mathilde Nielsen

Duński dramat małżeński to dość nieoczekiwana pozycja wśród filmów lat dwudziestych. Jeszcze bardzie zaskakujące jest, że ten film, którego większa część rozgrywa się w jednym pokoiku, i którego bohaterami są mieszczanie wykonujący codzienne domowe obowiązki, jest tak wciągający i ciekawy.

Bohaterami są członkowie rodziny Fradsenów. Pan domu Viktor to człowiek zgorzkniały, złośliwy i antypatyczny nieustannie pod byle pretekstem krytykujący żonę i dzieci. Sam nie fatyguje się nawet, by odstawić gwiżdżący czajnik. Jedyną okolicznością łagodzącą charakterystykę tego pana jest fakt, że nie ucieka się do przemocy fizycznej. Jego żona Ida pełni funkcję gosposi, służącej, opiekunki do dzieci, praczki i tak dalej. Skrupulatnie bez słowa sprzeciwu wykonuje wszystkie polecenia męża i realizuje każdą jego zachciankę. Wspomaga ją tylko nastoletnia córka. Synowie są zbyt mali, żeby w pełni zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje Chorą sytuację postanawia przerwać Mads, sędziwa przyjaciółka domu i dawna piastunka Viktora. Wspomaga ją w tym matka Idy. Kiedy zwracanie Viktorowi uwagi nie przynosi rezultatu, Mads zmusza oporną Idę do wyjazdu na wieś i sama przejmuje rolę gospodyni w celu nauczenia jej męża moresu.

Powiem otwarcie, z dzisiejszej perspektywy Będziesz szanował żonę swoją może niezamierzenie śmieszyć. Postawa pana domu, który z kamienną twarzą każe żonie wiązać sobie buty i stawia syna w kącie za to, że się bawił na dworze, jest tak wyniosła, że aż absurdalna. Śmiech jednak szybko gaśnie, kiedy uświadomić sobie, że i dzisiaj spotyka się takie rodziny - z apodyktycznym władcą i jego poddanymi. Film Dreyera z zaskakującą delikatnością przybliża nam sytuację Fradsenów. Każdemu z członków rodziny poświęcono sporo miejsca, starając się nikogo nie dehumanizować, nawet domowego tyrana. Fabuła skupia się początkowo na drobiazgowym przybliżeniu rodzinnego problemu, następnie analizuje jego przyczyny, w końcu pokazując, jak można z niego wyjść. Chociaż głównym winnym jest niewątpliwie Viktor, można dostrzec również błędy Idy, która przez swą uległość i brak krytycyzmu przyczyniła się do pogłębienia chorej sytuacji. Żeby ją uzdrowić, potrzeba zmiany z obu stron. Domyślam się, że terapie rodzinne nie są tak szybkie i skuteczne, jak ukazano to w filmie, niemniej jednak głębią psychologiczną wyprzedza on zdecydowanie swoje czasy. W przesłaniu Dreyer staje wyraźnie po stronie wartości rodzinnych - chociaż rozwód i rozpad rodziny są jedną z rozważanych opcji, małżonkowie i ich bliscy postanawiają naprawiać to, co jest.

Film jest sprawnie wyreżyserowany. Wiele rodzinnych scenek zapada w pamięć, w tym jedzony w grobowej atmosferze obiad czy pełne namaszczenia wyjście pana domu do pracy. Takie zakątki domu jak piec z czajnikiem, klatki z papugami czy sznury z praniem pełnią rolę symboli sygnalizujących zmianę domowej sytuacji (poprzez różnorodne interakcje z nimi bohaterów filmu). Pomysłowy to i stosunkowo dyskretny zabieg narracyjny. Spośród aktorów zdecydowanie wyróżnia się Johannes Mayer w roli Viktora, początkowo lodowaty i wyniosły, później nabierający nieco ludzkich cech. Z kobiet najlepsza jest wiekowa Mathilde Nielsen jako stoicka Maud należąca do gatunku babć o wielkiej życiowej mądrości. Jej kamienny spokój w obliczu gniewu i złośliwości dawnego wychowanka zdecydowanie imponuje.

Będziesz szanował żonę swoją jest filmem, który nie zestarzał się ani trochę. Poruszane w nim problemy są aktualne do dzisiaj, przedstawiono je inteligentnie i bez niepotrzebnego moralizatorstwa. Choć nie zawiera żadnych fajerwerków, czas leci przy nim szybko. Dodatkowym atutem jest możliwość przyjrzenia się codziennemu życiu i obyczajom Duńczyków takim, jakie były przed stu laty. Wartościowy to film i godny obejrzenia. Przyznaję mu 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 6 czerwca 2018

Orzeł/The Eagle (1925)

Film o rosyjskim Zorro

Reżyseria: Clarence Brown
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 30 min.

Występują: Rudolph Valentino, Vilma Banky, Louise Dresser, Albert Conti, James A. Marcus

Dawno nie było na blogu Rudolpha Valentino. Po ciekawym Szejku hollywoodzki symbol seksu zaliczył kilka słabszych filmów. Orzeł był powrotem Rudolpha do wysokiej formy. Nie jest to może film najwyższych lotów, ale ma w miarę sensowną fabułę (na podstawie niedokończonej powieści Aleksandra Puszkina), miłą dla oka scenografię, a rola kozackiego pułkownika Dubrowskiego dała Valentino okazję do zademonstrowania wszechstronnych umiejętności aktorskich.

Akcja filmu rozgrywa się w Rosji za panowania Katarzyny Wielkiej. Caryca (wyróżniająca się rola Louise Dresser) włada krajem żelazną ręką, jednocześnie bez oporów folgując swoim żądzom. Pułkownik Władimir Dubrowski, pełen werwy oficer kawalerii, otrzymuje od władczyni propozycję nie do odrzucenia - mundur generalski w zamian za zostanie jej kochankiem. Mężczyzna odrzuca awanse i dezerteruje. Katarzyna wydaje za nim list gończy. Dubrowski wraca w rodzinne strony akurat na czas, by pochować zmarłego ojca. Dowiaduje się też, że jego rodzinne włości zostały zagrabione przez lokalnego władykę Cyryla Trojekurowa. Wyjęty spod prawa i pozbawiony dziedzictwa Dubrowski przybiera pseudonim Czarnego Orła i wraz z grupą stronników wypowiada wojnę wielmoży. Sprawę komplikuje fakt, że Władimir zakochuje się w pięknej córce wroga, Maszy.

Orzeł jest dokładnie tym, na co wygląda - przygodowym romansidłem czerpiącym nie tylko z wątków powieści Puszkina, ale również z historii Zorro. Szarmancki szlachcic i jego drużyna rabujący rosyjskich władyków to całkiem zabawny pomysł. Trochę szkoda, że wątki awanturnicze szybko ustępują miejsca miłosnym. Dużo tu sentymentalizmu, lukru, nie ogląda się jednak tego filmidła najgorzej. Valentino jako Dubrowski jest wzorowym romantycznym bohaterem rozdartym pomiędzy pragnieniem zemsty a uczuciem. Rudolph bardzo chciał udowodnić, że jest dobrym aktorem. Nie wspiął się może na wyżyny artyzmu, ale Dubrowski jest jedną z jego lepszych ról - wiarygodną psychologicznie, a jednocześnie wykorzystującą szeroki wachlarz umiejętności - jazdę konną, szermierkę, taniec. Całkiem ciekawą postacią jest też jego przeciwnik Trojekurow grany przez Jamesa A. Marcusa. Wielmoża hojny jest dla swych stronników, natomiast nieprzyjaciół rzuca na pożarcie trzymanemu w piwnicy niedźwiedziowi. Niezbyt przypadła mi za to do gustu postać Maszy, która poza byciem obiektem westchnień Dubrowskiego nie przejawia żadnych cech osobowości.

Orzeł zabiera nas w nieco nostalgicznie zobrazowany świat XVIII-wiecznej Rosji. Ponura w swej wymowie powieść Puszkina została uzupełniona o typowo amerykański motyw zamaskowanego, szlachetnego banity (taki prototyp superbohatera). Pozornie bezwzględna caryca potrafi okazać miękkie serce, natomiast lud jest w świetle rozgrywek arystokracji właściwie niewidoczny. Ot, trochę blichtru na poprawę nastroju i z typowo hollywoodzkim zakończeniem. Fabuła trzyma się kupy, jeżeli się nad nią zbyt mocno nie zastanawiać. Ponieważ film nie usiłuje pretendować do miana dzieła, odpuszczę sobie wyszukiwanie dziur fabularnych. Kto będzie chciał, znajdzie je bez trudu.

Podsumowując, Orzeł jest dość przyzwoitym kinem przygodowym, które można obejrzeć, jeżeli nie oczekuje się niczego poza nieobowiązującą rozrywką. Valentino i spółka postarali się o miłe dla oka widowisko. Niczego wybitnego jednak w Orle nie dostrzegłem. Przyznaję 6 gwiazdek. Można obejrzeć, ale niekoniecznie.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Gorączka złota/The Gold Rush (1925)

Film o poszukiwaniu złota i jedzeniu butów.

Reżyseria: Charlie Chaplin
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 29 min.

Występują: Charlie Chaplin, Mack Swain, Georgia Hale, Tom Murray, Malcolm Waite

Legendarna komedia Chaplina o poszukiwaczach złota to pierwszy film opisywany w ramach tego bloga, który już kiedyś widziałem. Było to jednak na tyle dawno, że zapamiętałem z niego tylko kilka charakterystycznych momentów i ogólne pozytywne wrażenie. Nadeszła okazja, żeby sobie co nieco przypomnieć.

Film zabiera nas w czasy legendarnej gorączki złota nad Klondike, która miała miejsce na przełomie XIX i XX wieku. Wielkie rzesze ludzi ciągną na mroźną Alaskę, skuszone perspektywą bajecznego bogactwa ukrytego pod śniegiem. Wśród nich jest znajomy wąsaty człowieczek o kaczkowatym chodzie - Tramp. Beztroski i optymistyczny, nie jest zbyt dobrze przygotowany do przetrwania wśród śniegów północy. Zagubiony wśród zamieci, chaplinowski bohater trafia do nędznej chatki, w której ukrywa się zbiegły przestępca Czarny Lars. W chacie pojawia się też Duży Jim McKay, poszukiwacz złota, który właśnie dokonał odkrycia obfitego złoża. Trzej wygłodzeni i zziębnięci mężczyźni mimo początkowej wrogości postanawiają wspólnie przeczekać śnieżycę. Wobec kończących się zapasów żywności ich sytuacja staje się jednak coraz bardziej rozpaczliwa.

Pierwsza połówka filmu rozgrywająca się w nękanej zamiecią chacie jest kapitalna. Poszukiwacze złota nie darzą się nawzajem zaufaniem, a ich sytuację pogarsza coraz większy głód. Chaplin stworzył na potrzeby tego wątku dwie wyjątkowe sceny. Pierwszą jest konsumpcja przez głodujących buta Trampa. Potrawa zostaje podzielona na podeszwę, cholewkę i sznurowadła. Po minach bohaterów możemy się tylko domyślać, jak niezwykły smak ma ten rarytas. (Tak naprawdę but wykonany był z lukrecji, a reżyser przypłacił jego zjedzenie szokiem insulinowym). Drugi pamiętny obrazek to halucynacje Jima, który zaczyna widzieć Trampa jako wielkiego kurczaka. W efekcie o mały włos nie dochodzi do aktu kanibalizmu. Sceny te są przykładem tragikomicznego geniuszu Chaplina, a oprócz nich epizod w chacie zawiera też kilka innych atrakcji, które warto zobaczyć.

Druga część filmu rozgrywająca się w miasteczku poszukiwaczy złota jest odrobinę słabsza. Tramp załapuje się na fuchę pilnowania domu pewnego poszukiwacza złota, który wyruszył w teren. Oprócz tego bohater rywalizuje z miejscowym cwaniakiem o względy tancerki z lokalnej tancbudy. Tutaj Gorączka złota traci nieco swój klimat, ponieważ gagi nie są bezpośrednio związane ze środowiskiem poszukiwaczy złota i na dobrą sprawę mogłyby się rozgrywać również w normalnym otoczeniu. Mimo to są i w tej części momenty godne zapamiętania, na przykład szaleńczy wybuch radości Trampa, podczas którego demoluje on zamieszkiwaną przez siebie izdebkę, czy też wzruszająca scena przygotowania przez niego przyjęcia sylwestrowego. Nie są to jednak obrazy, które decydują o jakości Gorączki złota. Film wieńczy godne zapamiętania zakończenie, podczas którego Tramp i Jim wracają do chaty na odludziu i walczą o życie, kiedy domek zostaje przez wiatr zepchnięty na krawędź urwiska.

Realizacyjnie Gorączka złota stoi na wysokim poziomie. Pierwotnie film miał być kręcony w plenerze, ale Chaplin szybko zrezygnował z tego pomysłu i mroźna Alaska została zaimprowizowana w jego studiu filmowym. Nie wyszło to bynajmniej na niekorzyść. Zarówno nękana śnieżycą chata, jak i miasteczko poszukiwaczy złota wyglądają wiarygodnie i mają lubiany przeze mnie pionierski klimat. Do kilku scen zaangażowano tresowanego niedźwiedzia grizzly, który kończy żywot jako pieczeń łapczywie pochłaniana przez poszukiwaczy złota.

Charlie Chaplin powiedział podobno, że Gorączka złota była tym elementem jego filmografii, za który chciałby zostać zapamiętany. Muszę przyznać mu rację. Film w dowcipny sposób przybliża ekstremalne środowisko, jakim była Alaska w czasach eksploracji przez amatorów szybkiego bogactwa. Pełen czarnego humoru portret światka poszukiwaczy złota jednocześnie bawi i trochę przeraża. Pierwsza część filmu to absolutna klasa światowa. Niestety druga połowa nie dorównuje jej. Kiedy jednak połączyć genialne z dobrym, efekt i tak będzie godny uwagi. Gorączka złota otrzymuje ode mnie 9 gwiazdek. Jest to absolutna klasyka kina. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś mógł tego filmu nie polubić.
źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 3 czerwca 2018

Wielka parada/The Big Parade (1925)


Film o młodych amerykańskich chłopakach, młodych francuskich dziewczynach i Niemcach z moździerzami

Reżyseria: King Vidor
Kraj: USA
Czas trwania: 2h

Występują: John Gilbert, Renée Adorée, Tom O'Brien, Karl Dane

Czas na film (anty)wojenny. Wielka parada, jeden z najpopularniejszych filmów niemych wszech czasów, wprowadziła Kinga Vidora do reżyserskiej pierwszej ligi. Odtwórcy głównych ról John Gilbert i Renée Adorée zostali obwołani gwiazdami kina, a zyski z filmu osiągnęły ponoć poziom pobity dopiero czternaście lat później przez Przeminęło z wiatrem. Czy wszystkie te laury są zasłużone? Z pewnością jest Wielka parada produkcją efektowną i oryginalną, dziełem antywojennym, jakiego przed nim nie było.

Jest rok 1917. Jim Apperson, syn bogatego amerykańskiego biznesmena początkowo negatywnie nastawiony do udziału USA w Wielkiej Wojnie, pod wpływem narzeczonej i przyjaciół zaciąga się na ochotnika do wojska i zostaje wysłany do Europy. Podczas szkolenia zaprzyjaźnia się z dwoma innymi rekrutami - nałogowo żującym tytoń Południowcem Slimem i barmanem z Bronxu Bullem. Po przybyciu do Francji kompania naszych bohaterów przez dłuższy czas przebywa za frontem, obozując w urokliwej wiosce Champillon. Żołnierze spędzają czas na zbijaniu bąków, smaleniu cholewek do francuskich wieśniaczek i innych rozrywkach. Jim zakochuje się z wzajemnością w pięknej Melisande, chociaż z powodu wzajemnej nieznajomości francuskiego i angielskiego para może się komunikować tylko na migi. W końcu kompania zostaje wysłana na front. Przygoda Jima, Slima i Bulla z polem bitwy jest bardzo krótka. Już pierwsza bitwa, w której biorą udział, decyduje o dalszych losach każdego z nich.

Wielka parada wyróżnia się pomysłowym scenariuszem. Jego autor, Harry Behn, postanowił pokazać wojnę nie z perspektywy starych wiarusów, tylko outsiderów, dla których udział w walkach jest doświadczeniem całkiem nowym. Pierwsza połowa filmu poświęcona jest wyłącznie rozwojowi postaci i ma w dużej mierze charakter komediowy. Perypetie żołnierzy w Champillon mają mało wspólnego z wojną. Trzej przyjaciele rywalizują o względy kobiet, robią sobie nawzajem dobroduszne dowcipy, korespondują z bliskimi. Bardzo ładnie ukazana jest miłość rodząca się pomiędzy Jimem (solidny, ale nie rewelacyjny John Gilbert) a Melisande (przeurocza Renée Adorée). Vidor stworzył pomiędzy nimi kilka zapadających w pamięć scen. Spotykają się, kiedy żołnierz idzie przez wieś schowany w pustej beczce mającej służyć przyjaciołom za zaimprowizowany prysznic. Na pierwszej randce (wzorowy nastrój romantyzmu) Amerykanin uczy Francuzkę żuć gumę do żucia. Kilka dni później następuje wzruszające pożegnanie, kiedy zakochani próbują się nawzajem odnaleźć w tłumie wyruszających na front ciężarówek, żołnierzy i innych dziewczyn żegnających swoich wojennych "narzeczonych". To uświadamia, że historia Jima jest tylko jedną z wielu podobnych, jakie musiały się rozgrywać na francuskiej wsi.

Rozbudowana pierwsza połowa filmu powoduje, że druga jego część, rozgrywająca się na froncie, robi mocne wrażenie. Bitwa rozpoczyna się, gdy żołnierze idą tyralierą, pokonując coraz silniejsze umocnienia niemieckie. Raz po raz któryś z nich pada martwy, reszta jednak prze dalej. Zatrzymują się dopiero pod ostrzałem artyleryjskim. Nie ma czasu na kopanie zasieków. Ich kryjówkami stają się leje po bombach. Przed trójką przyjaciół postawione zostaje zadanie zlikwidowania niemieckiego moździerza. Jest to okazja do konfrontacji ich wyobrażeń o wojennym bohaterstwie z realiami. W tej części filmu wyróżnia się Karl Dane w roli Slima. Wcześniej robiący wrażenie przygłupa, na froncie Południowiec pokazuje, co jest wart.
Słów kilka o scenografii i zdjęciach. Wielka parada korzysta z dużych ilości sprzętu wojskowego wypożyczonego od US Army. Oprócz kilku przemarszów nie ma tu jednak monumentalnych scen bojowych. Akcja jest kameralna i skupia się na tym, czego doświadcza trójka bohaterów. Mimo tego obrazy z frontu przygotowano profesjonalnie i różnorodnie. Początek bitwy rozgrywa się w lesie, następnie zapada noc i przenosimy się na usiane lejami pobojowisko, które tylko od czasu do czasu rozświetla wybuch jakiegoś pocisku. Idealna sceneria do konfrontacji bohaterów z własnym przeznaczeniem. Jest też w filmie kilka nakręconych z powietrza ujęć eskadry samolotów patrolowych - bardzo przyjemny dodatek.

Wielka parada jest ciekawym przykładem kina wojennego nakręconego z pomysłem. Scenariusz, mimo pewnego sentymentalizmu, jest dojrzały i czytelnie przekazuje antywojenne przesłanie twórców. Dobrze się to oglądało, chociaż odbiór nastąpił tylko na poziomie intelektualnym. Emocji we mnie Vidor nie rozpalił. Długo się zastanawiałem nad oceną, bo jednak jest ten cholerny sentymentalizm, ale rekompensuje go dojrzałe spojrzenie na pole bitwy. Dlatego Wielka parada otrzymuje 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 1 czerwca 2018

Strajk/Staczka (1925)

Film o rosnącym gniewie, na razie stłumionym

Reżyseria: Sergiej Eisenstein
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 29 min.

Sergiejowi Eisensteinowi towarzyszy opinia prawdziwego artysty pomiędzy propagandzistami. Jego filmy kręcone były na zlecenie partii bolszewickiej, a ich głównym celem było szerzenie świadomości klasowej wśród radzieckiego proletariatu. Po obejrzeniu Strajku muszę przyznać, że miałem do czynienia z dziełem mistrza. Pod względem pomysłowości kompozycyjnej, sprawności montażu i tworzenia atmosfery Eisenstein wyprzedza swoją epokę o kilka długości.

Jak wskazuje tytuł, film opowiada o strajku robotników bliżej niezidentyfikowanej rosyjskiej fabryki. Czasy mamy carskie, według opisów jest rok 1903, chociaż w samym filmie nie ma takiej informacji. Warunki pracy w fabryce są trudne, jednak największym problemem jest nieludzkie traktowanie robotników przez ich przełożonych. Osoby na stanowiskach kierowniczych przedstawione są jako bezlitośni durnie, natomiast dyrektor fabryki i jej właściciele to palący cygara, tłuści burżuje traktujący proletariuszy z pogardą. Rolę antagonistów pełni też Ochrana, tajna policja posiadająca w fabryce siatkę szpiegów i donosicieli noszących zwierzęce kryptonimy. Z kolei wśród robotników agitację prowadzą działacze partii komunistycznej. Iskrą, która wywołuje strajk, jest samobójstwo jednego z robotników niesłusznie oskarżonego o kradzież manometru. Protest rozpoczyna się od wywiezienia na taczkach znienawidzonych nadzorców. Prowadzeni przez bolszewickich aktywistów proletariusze formułują postulaty, jednak właściciele i wspomagająca ich policja nie mają zamiaru ustąpić. Jak ukazuje jedna z symbolicznych scen, wolą wycisnąć zbuntowaną załogę jak cytrynę. Wszystko zmierza do krwawego finału.

Strajk na każdym kroku podkreśla siłę kolektywu. Choć Eisenstein chętnie pokazuje z bliska twarze robotników, nie poznajemy ich imion, ani żaden z nich nie towarzyszy przez dłuższy czas filmowej narracji. Proletariat walczący o swoje prawa jest bohaterem grupowym. Nawet jego przewodnicy, bolszewicy, nie zasługują na wyróżnienie. Dobrze za to poznajemy wrogów ludu - grubych, szczerbatych, odrażających bogaczy z gębami wykrzywionymi gniewem lub szyderstwem. Z dzisiejszej perspektywy mogą się wydawać przerysowani, ale z propagandowego punktu widzenia świetnie realizują swoją funkcję, budząc obrzydzenie. Indywidualizm zasługiwał na szczególne potępienie.

Wiele jest w filmie scen grupowych pokazujących tłum protestujący, rozganiany przez strażackie sikawki, wreszcie pacyfikowany przez policjantów na koniach. Sceny te są znakomicie wyreżyserowane. Eisenstein sprawnie sobie radzi z dyrygowaniem statystami. Kiedy trzeba, obserwujemy z bliska ich rozemocjonowane twarze, kiedy trzeba, odleglejsze ujęcie ukazuje tłum niczym pojedynczy organizm falujący i rozlewający się po ulicach. Aktorzy są nad wyraz naturalistyczni. Nie brak wśród nich osób brzydkich, zdeformowanych. Nie mają zbyt wiele do zagrania. Ot, skakać, machać rękami, okazywać wzburzenie jako element rozemocjonowanej grupy.

Strajk chętnie korzysta z brudu i błota jako symbolu upokorzenia. Wypędzeni z fabryki nadzorcy nie tylko zostają zrzuceni z zabłoconej skarby, ale lądują w jakiejś cuchnącej zatoczce pełnej butwiejących szuwarów. Kiedy jeden z robotników zostaje aresztowany przez tajne służby, dzieje się to w strumieniach straszliwej ulewy. Mężczyzna zostaje przemoczony do suchej nitki. W końcowej części filmu woda z węży strażaków pacyfikujących strajk nie tylko powala protestujących na ziemię, ale ich w nią wbija, zalewając fontannami szlamu. Zamiast symbolem czystości, woda jest u Eisensteina synonimem brudu i zgnilizny.

Ponury nastrój przypomina widzowi o czasach, kiedy ruch robotniczy dopiero raczkował, a Partia była stosunkowo słaba. Skutkiem doznawanych upokorzeń gniew proletariatu wzrastał. Radzieckie dzieło jest obrazem emocji ludu i potrafi wywoływać podobne odczucia również u widza. Wszystko dzięki nagromadzeniu zapadających w pamięć obrazów i żywiołowemu montażowi. Strajku się nie ogląda, przez Strajk się płynie. Twarze, emocje, spracowane ręce, szyderczy wzrok nadzorcy, krzyk buntu, strumień wody, końskie kopyta... Kamera spogląda z różnych stron, jest wszędzie. Podpatruje naradzających się robotników w odbiciu w kałuży, wchodzi za nimi na żurawia, zagląda nawet do wychodka. Wszystko atakuje zmysł wzroku, sięga do podświadomości. Za tym nie stoi myśl tylko jakiś niesamowity instynkt. Nie ma w Strajku miejsca na chłodną analizę, nie ma na to czasu. Po prostu jest się z robotnikami kiedy szturmują płonący skład wódki, kiedy wywożą na taczkach znienawidzonych nadzorców, kiedy triumfują i kiedy padają. I gdy są masakrowani przez wojsko, co reżyser przeplata obrazami szlachtowania bydła. Bo bydłem byli dla burżujów. Eisenstein jest propagandzistą doskonałym, ponieważ nie ma u niego cienia kłamstwa. Carski lud tak żył, tak pamiętali swoją młodość Rosjanie lat dwudziestych - wychudzeni nędzarze mamieni wódką, szpiegowani i podsłuchiwani. Pozbawieni prawa protestu. Gigantyczna przepaść między posiadającymi i biedotą. Tak przecież było. Wystarczy zagrać odpowiednio na emocjach, pokazać nierówną walkę, postawić z jednej strony ludzi takich jak MY, przeciętni Rosjanie: spracowani ponurzy, w dziurawych butach, jedzący na obiad ziemniaki bez omasty, a z drugiej strony dać ICH - opływających w luksusy, wyniosłych, pogardliwych, rechoczących. Nie sposób ich nie nienawidzić. Nie sposób nie poczuć słusznego gniewu.

Hm.

Swego czasu dość mocno interesowałem się historią ZSRR. Nienawidzę komunizmu. Uważam, że jedyny efekt, jaki może nieść dyktatura proletariatu, to nędza, gułagi i szubienice. A jednak Eisenstein mnie poruszył. Mogę tylko przypuszczać, jaki efekt mógł wywrzeć ten film na prostych radzieckich masach dopiero budujących nowy porządek społeczny. Wystawiam Strajkowi 9 gwiazdek. Przestrzegam przed oglądaniem go bez antykomunistycznej szczepionki. Bo można uwierzyć.

źródło grafiki - www.imdb.com