Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dokumentalny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dokumentalny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Triumf woli/Triumph des Willens (1935)

Film o rozkwicie zła

Reżyseria: Lenie Riefenstahl
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1 h 50 min.

Występują: Adolf Hitler, Rudolf Hess, Viktor Lutze, Baldur Von Schirach, Heinrich Himmler

Gdyby kogoś interesowało, w jaki sposób postrzegali samych siebie ci, których historia osądziła później jako złoczyńców,  Triumf woli będzie doskonałym przykładem takiego właśnie spojrzenia. Nakręcony w 1934 roku podczas hucznego kongresu NSDAP w Norymberdze, przedstawia całą galerię nazistowskich osobistości niedługo po tym, jak dorwali się do władzy. "Bohaterowie" dokumentu w momencie jego powstawania nie byli jeszcze zbrodniarzami. Film pokazuje początek drogi, która dwanaście lat później doprowadziła większość z nich na szubienicę.  Ciekawy to zbieg okoliczności, że zawiśli na niej również w Norymberdze. Triumf woli to także najsłynniejsze dzieło niemieckiej reżyserki Leni Riefenstahl. Chociaż sama nie należała do partii nazistowskiej, a w latach powojennych wypierała się prohitlerowskich sympatii, film jasno zdradza, jakie były jej prawdziwe zapatrywania. Riefenstahl została wskazana do nakręcenia relacji z partyjnego kongresu osobiście przez Adolfa Hitlera. Celowo wybrał osobę niezaangażowaną politycznie, za to znaną już wówczas ze swego talentu. Fuhrerowi zależało na spojrzeniu kogoś z zewnątrz, kto nada właściwy wydźwięk skomplikowanym partyjnym rytuałom i przedstawi je w formie atrakcyjnej dla widza. Film pozbawiony jest jakiegokolwiek komentarza. Jesteśmy świadkami wydarzeń z takiej samej perspektywy, jaką miał w latach trzydziestych zwykły Niemiec. Z tego względu jest cennym źródłem historycznym.

Dokument przybliża kilkudniowy zjazd partyjny, w którym uczestniczy Hitler i całe jego otoczenie. Początek uroczystości oglądamy z perspektywy samego wodza, który obserwuje oczekujące go miasto z okien samolotu, a następnie wita tłumy zgromadzone na lotnisku. Kolejne sceny wypełniają defilady, przemówienia i ceremonie przypominające obrzędy religijne. Jest masa pochodni, sztandarów i wielka pompa. Przybywający "z nieba" Hitler nosi znamiona co najmniej mesjasza. Dobrotliwy ale wymagający, dogląda swoich wyznawców, pokazuje im właściwa drogę, wynagradza wiernych i przebacza tym, którzy zbłądzili.

Z ciekawszych postaci pojawiających się u boku Fuhrera trzeba wymienić jego "zastępcę" Rudolfa Hessa, który przypomina raczej arcykapłana absurdalnej religii, wygłaszającego peany na temat swego wodza w niemal seksualnym podnieceniu. Inną, dzisiaj całkiem zapomnianą postacią jest Viktor Lutze, dowódca SA, który właśnie awansował na to stanowisko w nagrodę za pomoc w wykończeniu swego poprzednika Ernsta Rohma. Ukazany jest równorzędnie do wchodzącego właśnie na szczyty władzy Heinricha Himmlera, dowódcy konkurencyjnego SS. W jednej ze scen obaj stoją na ogromnym podium po prawicy i lewicy Hitlera, przyjmując defiladę SA- i SS-manów. Sam Hitler odnosi się pośrednio do niedawnej Nocy Długich Noży, wspaniałomyślnie komunikując SA-manom, że nie żywi do nich pretensji "za cudze błędy".

Z obrazu Partii i Rzeszy przedstawionego w filmie wyłania się totalitarny od samego początku charakter hitleryzmu. Partia zaangażowana jest we wszystkie szczeble życia społecznego. W uroczystościach uczestniczą przedstawiciele Wehrmachtu, więcej jest jednak organizacji cywilnych. Obok bojówek SS i SA mamy młodzież skupioną w ramach Hitlerjugend, którą Fuhrer czule pozdrawia. Dziwnie się patrzy na pełnych entuzjazmu młodych chłopaków, przypominających w swoim wesołym współzawodnictwie harcerzy, wiedząc, że za kilka lat staną się mordercami. Najbardziej absurdalną z defilujących przed Hitlerem organizacji jest jednak Front Pracy. Adolf zapewnia w swej przemowie, że nadszedł koniec niesłusznego stawiania pracy umysłowej ponad fizyczną. I rzeczywiście, ci zmilitaryzowani robotnicy maszerują ze szpadlami zarzuconymi na ramiona niczym karabiny!

Jak podsumowuje całą uroczystość podniecony Rudolf Hess, Hitler to Niemcy, a Niemcy to Hitler. Zjazd zgromadził w Norymberdze dziesiątki tysięcy aktywistów partyjnych, ale nie tylko oni przywitali z entuzjazmem swego przywódcę. Wiwatujący z okien mieszkańcy miasta są nim autentycznie zachwyceni. Najwyraźniej Niemcy rzeczywiście kochali Hitlera. A jak prezentuje się on sam? Podczas swoich przemów krzyczy i gestykuluje. Poza tym wydaje się raczej dobrotliwym bóstwem. Nietrudno uwierzyć, że kochał zwierzęta. Uśmiecha się, poklepuje ludzi po plecach, podniosłą powagę zachowując tylko na rytualne obrzędy i kazania. Riefenstahl zaprezentowała w Triumfie woli jego dopracowany wizerunek. Można powiedzieć, że przygotowała produkt do masowego rozpowszechniania.

Wizualna otoczka Fuhrera i jego wojowników została starannie przemyślana. Dekoracje i wystrój przygotowano specjalnie na potrzeby nakręcenia filmu. Zaprojektowano odpowiednie podwyższenia dla przywódców, starannie rozmieszczono poszczególne grupy ludzkie (ach te marsze, które tak harmonijnie wyglądają z dalekich ujęć) i rekwizyty takie jak gigantyczne posągi orłów czy ogromne znicze. Jako symbol szacunku dla starych nazistów są nawet relikwie w postaci pamiątkowych sztandarów z Puczu Monachijskiego, które Hitler "błogosławi". Z filmu wycięto wszelki przekaz negatywny. Fuhrer i jego podwładni mówią o wielkości Niemiec i świetlanej przyszłości, natomiast bardzo oszczędnie wypowiadają się o wrogach. Adolf wspomina wprawdzie, że w narodzie niemieckim nie ma miejsca dla słabych, a Julius Streicher czyni jakieś niejasne aluzje do wpływów innych nacji, na tym jednak koniec. Żadnego antysemityzmu, żadnego agresywnego militaryzmu. Wszystko zostało starannie wyczyszczone. Współczesnemu widzowi nie potrzeba jednak słów, żeby połączyć obrazy Triumfu woli z tym, co miało wkrótce nadejść. Ziarna zbrodni zostały zasiane i, starannie pielęgnowane, rozwijały się.

Leni Riefenstahl stworzyła doskonały film propagandowy. Ponieważ nie zawarła w nim komentarza, bohaterowie Triumfu woli świadczą sami o sobie. Ich gigantomania i krok defiladowy bez zginania kolan mogą się wydawać groteskowe. A jednak hitlerowski magnetyzm jest w filmie obecny i dla podatnych umysłów był on niewątpliwie skuteczną trucizną. Nieskazitelny w formie i złowieszczy w treści, Trium woli zmusza do zadania sobie pytania, czy zło może być dziełem sztuki? Każdy musi sobie sam na nie odpowiedzieć. Dlatego tez pozostawiam film bez oceny.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 18 września 2018

Człowiek z kamerą/Czełowiek s kinoapparatom (1929)

Film o języku filmowym

Reżyseria: Dziga Wiertow
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 8 min.

Reżyser Dziga Wiertow, jego brat Michaił Kaufman i żona Elizawieta Swiłowa stanowili trzon eksperymentalnej grupy filmowej o nazwie "Kino-Oko". Wedle manifestu ideowego grupy, ich celem było "uchwycenie w filmie prawdy" - odkrycie na taśmie filmowej pokładów rzeczywistości głębszej od tego, co widoczne gołym okiem. Pełną realizację tej doktryny stanowić miał Człowiek z kamerą - próba stworzenia języka filmowego zdolnego opowiadać o świecie bez środków pomocniczych, wyłącznie obrazem. Tego, co powstało, nie sposób nazwać słownikiem nowego języka, ale śmiało może uchodzić za atlas. Kinematograficzny album przybliżający gamę rozwiązań służących opowiadaniu rzeczywistości za pomocą ruchomych obrazów.

W Człowieku z kamerą wyodrębnić można cztery warstwy znaczeniowe. W uproszczeniu skupiają się one na tym, co można filmować, jak można filmować, co można przekazywać i kim jest w tym wszystkim autor - tytułowy człowiek z kamerą. Jeżeli chodzi o kwestię pierwszą, film sprawia wrażenie dokumentu przybliżającego życie codzienne rosyjskich miast. Obserwujemy ludzi przy pracy i w odpoczynku, ruch uliczny, pracujące maszyny. Wszędzie w tle lub na pierwszym planie przewija się symboliczny kamerzysta - ciekawski mężczyzna filmujący wszystko, co wpadnie mu w oko i z determinacją wyszukujący najlepsze pozycje do ciekawych ujęć. Czasem zastępowany jest przez jeszcze bardziej rudymentarne oko obiektywu. Gdyby tylko na tym poprzestać, film byłby zaledwie interesującym dokumentem. Pójdźmy o krok dalej.

Tworząc atlas filmowych narzędzi narracyjnych, Wiertow i jego współpracownicy wpletli w film ogromną liczbę technik zdjęciowych i montażowych. Pierwsze sceny filmu ukazujące uśpione miasto są statyczne, nieruchome. Śpiący ludzie. Puste balkony. Nieruchoma winda. Stojące auto. Komin, który nie dymi.  Z chwilą przebudzenia metropolii kamera ożywa. Zaczyna się poruszać. Przyglądać się miastu z góry. Z oddali. Po chwili z bliska. Pod kątem. W ruchu. Kamerzysta filmuje, jadąc na motorze. Wspina się z kamerą na komin. Jedzie kolejką linową. Podkopuje się pod nasyp kolejowy, żeby uchwycić podwozie jadącej lokomotywy. To zaledwie początek. Czas na efekty specjalne. Zaciemnienia. Prześwietlenia. Migotanie. Przyspieszenie filmu. Spowolnienie. A przecież możemy jeszcze montować. Zestawiać różne obrazy. Tworzyć złudzenia optyczne. Mozaiki. Wirować wokół własnej osi i tworzyć płynący prędko nurt obrazów. Możemy wywoływać emocje. Możemy powtarzać te same obrazy w różnych kontekstach. Możemy filmować człowieka filmującego filmowanie kamery. To tylko część tego, co prezentuje Wiertow, ale daje pojęcie o rozmachu jego warsztatu.

Pokaz techniczny połączony został z prezentacją treści. Ma ona formę wyrywkową, poszczególne tematy są sygnalizowane bez głębszego rozwijania. Mamy więc mechanizację symbolizowaną przez rozmaite maszyny, zębatki i przekładnie. Miasto funkcjonuje jak organizm - kłębiący się ludzie w zgodzie pracują, robią zakupy, odpoczywają. Wszystko wspomaga sprawna komunikacja miejska. Jest (bo musiał być) nieodzowny Lenin, zza grobu patronujący samodoskonalącym się obywatelom. Sceny z miejskiej plaży demonstrują lekkość bytu, a jednocześnie zwracają uwagę na fizyczne piękno. Filmowiec może jednak pokazywać również to, co ważne. Wszędobylski kamerzysta dociera na salę porodową i jest przy narodzinach niemowlęcia. Przybywa też na pogrzeb człowieka, którego czas dobiegł końca. Pojawia się na miejscu wypadku. Wsiada do ambulansu. Nie boi się zejść nawet do szybu kopalni i towarzyszyć górnikom na przodku. Cokolwiek jest warte obejrzenia, film może to pokazać i dzięki narzędziom swego języka wyłapać to, co istotne.

Kim zatem jest nasz człowiek z kamerą, gotów na każde ryzyko, by zdobyć dobry materiał? Wizja Wiertowa tchnie optymizmem i entuzjazmem. Jego kamerzysta (czyli brat - Michaił Kaufman) jest niestrudzonym dostarczycielem informacji, poszukiwaczem prawdy. Jego żona w montażowni kataloguje obrazy, będąc swoistą bibliotekarką dzieł napisanych w nowym języku. Taka była wizja autorów. U dzisiejszego widza wszechobecne oko kamery wzbudza pewien niepokój, zwłaszcza że film powstał w kraju totalitarnym. A jednak zaproponowany przez twórców język ma charakter uniwersalny. Stosowane przez nich rozwiązania mogą być użyte wszędzie, zaprezentować każdą sytuację. Poza dobrem i złem, kamerzysta i jego urządzenie mogą być obiektywnym obserwatorem, stronniczym narratorem, czujnym Wielkim Bratem lub usłużnym przyjacielem. W pewnym sensie przerastają wizję "Kina-Oka", stając się czymś znacznie więcej. Dlatego warto Człowieka z kamerą oglądać również dziś i warto będzie za sto lat. Wiertow zdołał ukazać w nim prawdę, której sam nie potrafił uchwycić gołym okiem i opisać w swym manifeście. Prawdę o możliwościach kina i tkwiącym w nim potencjale.

Film otrzymuje ode mnie 10 gwiazdek. To chyba najlepsza pozycja, jaka do tej pory zagościła na Chronofilmotece.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 9 września 2018

Turksib (1929)

Film o budowie linii kolejowej z Syberii do Turkiestanu.

Reżyseria: Wiktor Turin
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 14 min.

Z radzieckim filmem dokumentalnym mieliśmy się okazję zetknąć przy okazji Szóstej części świata. Film ten imponował różnorodnością i pomysłowością w przedstawieniu rozmaitych rzemiosł wykonywanych przez mieszkańców Związku Radzieckiego, choć w założeniu był tylko rozbudowanym klipem reklamowym. Obraz o zagadkowym tytule Turksib to również dokument traktujący o radzieckiej gospodarce. Słowo "Turksib" jest typowym dla radzieckiej nowomowy skrótem oznaczającym linię kolejową pomiędzy Turkiestanem a Syberią. Film poświęcony jest jej budowie.

Turksib ma starannie zaplanowaną strukturę pozwalającą na dokładne wyjaśnienie poruszanych przez film problemów. Najpierw poznajemy bliżej budowę geograficzną Turkiestanu (czyli krainy leżącej pomiędzy Morzem Kaspijskim a Chinami) i południowej Syberii. Pierwszy jest terenem świetnie nadającym się pod uprawę bawełny - rośliny kluczowej dla radzieckiego przemysłu odzieżowego. Aby jednak stworzyć wielkie plantacje bawełny, należy zrezygnować z uprawy zboża. W pustynnym środowisku Azji Środkowej jest zbyt mało wody, żeby wystarczyło na jedno i drugie. Mieszkańcom Turkiestanu brakuje też drewna opałowego. Tymczasem mroźna Syberia dysponuje nadwyżkami zboża i nieskończonymi niemal zasobami drewna. Rozwiązanie jest proste - trzeba zbudować Turksib - półtora tysiąca kilometra torów kolejowych, które przetną pustkowia Kazachstanu i połączą dwie odległe krainy. 

Wielkim atutem filmu jest fakt, że wszystkie niemal informacje przekazuje obrazami, używając minimalnej liczby plansz tekstowych. Problemy opisane w poprzednim akapicie ukazane są za pomocą malowniczych ujęć syberyjskiej tajgi, biegaczy pustynnych gnanych wiatrem, robotników rolnych oczekujących na spękanej ziemi na deszcz, wielbłądów maszerujących przez step z wiązkami chrustu na grzbietach. I z drugiej strony ujęcia obrazujące potencjał zintegrowanej gospodarki - warsztaty tkackie, automatyczne przędzarki, gigantyczne składy drewna i zboża. Oraz pociągi. Narracja jest niezwykle czytelna, związki przyczynowo-skutkowe wyłożone jak na tacy. W mojej opinii Turksib mógłby służyć jako pomoc naukowa na lekcjach geografii ekonomicznej. 

Kolejne rozdziały filmu obejmują pomiary i projektowanie przyszłej linii kolejowej. Sporządzono nawet animowane mapy dokładnie wyjaśniające jej przebieg. No i w końcu budowa, przy której najsilniej zaakcentowano przekaz propagandowy. Twórcy podkreślają rolę kolektywu oraz harmonijnego współdziałania rożnych narodów Związku Radzieckiego. Oglądamy azjatyckich mieszkańców Turkiestanu pracujących ramię w ramię z europejskimi inżynierami. Wielbłąd obok samochodu, łopata przy niwelatorze. Łączy ich wspólny cel - ujarzmić naturę i zaprząc ją do pracy na rzecz człowieka. Dzięki temu do Azji Środkowej ma wkroczyć cywilizacja. Film snuje dalsze wizje, pokazując wjeżdżające na pola Turkiestanu traktory, wspominając o projektach nawodnienia całej krainy. Wizja postępu dziejowego niesionego na sztandarach komunizmu (Turkiestan został włączony do ZSRR zaledwie kilka lat wcześniej) pełna jest entuzjazmu. Ciekawie to wygląda w porównaniu z amerykańską doktryną Objawionego Przeznaczenia zaprezentowaną w Żelaznym koniu. Żeby nieco ostudzić ten zapał, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że ta próba ujarzmienia natury doprowadzi za kilkadziesiąt lat do wyschnięcia Jeziora Aralskiego.

Turksib to znakomity film dokumentalny z interesującymi zdjęciami i modelowym sposobem prowadzenia narracji. Końcówka poświęcona kolektywnemu machaniu łopatami i łyżkami koparek jest odrobinę nużąca, ale nie zmienia ogólnej bardzo pozytywnej oceny filmu. Nieprzypadkowo Brytyjski Instytut Filmowy uznał Turksiba za jeden z bardziej wpływowych obrazów dokumentalnych w historii. Zdecydowanie polecam osobom zainteresowanym tematyką i wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 17 lipca 2018

Berlin: Symfonia wielkiego miasta/Berlin: Die Sinfonie der Grosstadt (1927)

Film o jednym dniu z życia miasta

Reżyseria: Walter Ruttmann
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1h 1 min.

Przedwojenne Niemcy kojarzą się głównie z nędzą i niepokojami Republiki Weimarskiej (lata 20.) oraz budową hitlerowskiej dyktatury (lata 30.). Łatwo zapomnieć, że w tym burzliwym dwudziestoleciu zwykli ludzie prowadzili normalne, nieuwikłane w politykę życie. Berlin: Symfonia wielkiego miasta jest obrazkiem z codzienności mieszkańców Berlina. Jest to dokument opowiadający wyłącznie obrazami pozbawionymi jakiegokolwiek komentarza. O ile w przypadku podobnej tematycznie Szóstej części świata mieliśmy do czynienia z obrazem usiłującym oddziaływać na poglądy i postawy widza, Berlin jest filmem wyłącznie obserwacyjnym, można nawet powiedzieć - socjologicznym. Walther Ruttmann bierze pod lupę organizm, jakim jest miasto, i pokazuje jego funkcjonowanie w czasie jednego dnia.

Film podzielony jest na pięć aktów powiązanych z kolejnymi porami dnia. Pierwszy obejmuje wczesne godziny poranne i przebudzenie się najpierw mieszkańców, później komunikacji miejskiej, w końcu zaś fabryk i zakładów pracy. Dwa kolejne akty to godziny szczytu, podczas których oglądamy ludzi przy pracy i nauce. Akt czwarty poświęcony jest posiłkom i wypoczynkowi, ostatnia natomiast część obejmuje wieczorne rozrywki. Jest trochę ciekawych ujęć, na przykład linie produkcyjne, tętniące ruchem na podobieństwo arterii ulice czy krótkie ujęcie z wsiadającym do samolotu prezydentem Hindenburgiem.

Film jest dynamicznie zmontowany. Ruthmann sprawnie osiąga odpowiednie do każdej z pór dnia wrażenia senności, żywiołowości, energii czy zblazowania. Kamera skupia się na najzwyklejszych codziennych czynnościach, dzięki czemu możemy poznać rozrywki Berlińczyków, przyjrzeć się im przy pracy, jak również podczas udziału w rozmaitych ceremoniach takich jak ślub czy pogrzeb. Twórcy starali się przybliżyć te elementy miejskiego życia, które mają znaczenie w działaniu Berlina jako organizmu - zaopatrzenie, sklepy, transport, wydarzenia o charakterze publicznym. Interesujący jest rzut okiem na tereny kolejowe oraz na w dużej mierze nieistniejącą już architekturę na czele z monumentalną katedrą. Istnieje kilka wersji tego filmu. Wbrew pozorom tylko nieliczne wyposażone są w ścieżkę dźwiękową. Mnie akurat było dane oglądać wersję bez muzyki, czego trochę brakowało filmowi z symfonią w nazwie.

Ogólne wrażenia z seansu są raczej mieszane. Rozumiem zamysł reżysera, który z jednej strony pragnął stworzyć dokument artystyczny, z drugiej przedstawić życie miasta w możliwie czystej formie, bez komentarzy czy ingerencji. Mimo to oglądanie przez godzinę ludzi wykonujących całkiem zwyczajne czynności znużyło mnie i z trudem dotrwałem do końca. O ile z perspektywy portretu swojej epoki Berlin stanowi bardzo ciekawe źródło, nie jest atrakcyjnym materiałem na zwykły wieczorny seans. Wystawiam mu 6 gwiazdek. Polecam tylko osobom zainteresowanym tematyką.

czwartek, 28 czerwca 2018

Moana (1926)

Film o sielskim życiu wyspiarzy.

Reżyseria: Robert J. Flaherty
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 37 min.

Występują: Fa'agase Su'a-Filo, Pe'a, Ta'avale, Tugaita

W dwudziestoleciu międzywojennym wśród antropologów badających zwyczaje tubylczych kultur panowała moda na tak zwaną "obserwację uczestniczącą" - badacz brał czynny udział w życiu obserwowanej społeczności, co dawało mu lepszy wgląd w jej strukturę i obyczaje. Robert J. Flaherty w swoich fabularyzowanych dokumentach etnograficznych poszedł nawet krok dalej. Nie tylko prowadził "obserwacje uczestniczące", ale na potrzeby swych filmów kreował wydarzenia i odtwarzał zwyczaje tubylców, które poszły w zapomnienie po przyjęciu przez nich kultury europejskiej. W ten sposób powstał na przykład wyśmienity Nanuk z Północy opowiadający o życiu kanadyjskich Inuitów. W 1926 roku Flaherty opublikował tworzony przez ponad dwa lata film o życiu Samoańczyków zatytułowany Moana (od imienia jednego z bohaterów). Podczas jego przygotowania twórca z rodziną prawie przez dwa lata mieszkał na wyspie Savai'i.

Dokument przybliża widzowi życie Polinezyjczyków na przykładzie mieszkańców wioski położonej na wybrzeżu wyspy. Obserwujemy ich przy codziennych czynnościach takich jak obróbka korzeni taro, łowienie ryb czy też przygotowanie z roślinnych włókien tkaniny do wyrobu odzieży. Samoańczycy jawią się jako ludzie weseli i dość beztroscy. Żyją w przyjaznym klimacie, nie mają trudności ze zdobyciem pożywienia, a los najwyraźniej nie traktuje ich zbyt surowo. Bohaterowie Moany występują w tradycyjnych samoańskich strojach (kobiety chodzą z odkrytymi piersiami), co jest rezultatem prośby reżysera. W rzeczywistości w latach dwudziestych nosili się już po europejsku.

Widoczne są starania Flaherty'ego, aby zawrzeć w filmie jak najwięcej obrazów unikalnych dla życia na tropikalnej wyspie. Wrażenie robi na przykład scena wspinaczki młodego chłopca na dziesięciometrowy pień plamy, żeby z jej szczytu postrącać kokosy. Inne niezwykłe ujęcie to polowanie grupy Samoańczyków na wielkiego żółwia morskiego, który później posłuży na zupę dla całej osady. Dużo miejsca poświęcono także rytuałowi wejścia młodego Polinezyjczyka w dorosłość, co wiązało się z wykonaniem na jego ciele specjalnego tatuażu oraz odtańczeniu rytualnego tańca. Obserwowanie pracy mistrza tatuażu jest fascynujące, jednak również w tym przypadku Flaherty sięgnął po zarzucony już zwyczaj. Nakłonienie młodego mężczyzny do wytatuowania się kosztowało ponoć reżysera niezła sumkę.

Moana jest dokumentem interesującym, ale momentami zanadto się ciągnie. Reżyserowi brakuje krytycznego oka montażysty. Odnosi się wrażenie, że był zbyt przywiązany do swych zdjęć, żeby odrobinę skrócić co monotonniejsze ujęcia. Druga problematyczna kwestia to sielankowa wizja życia Samoańczyków. Nie oceniam tu jej prawdziwości, ale siłą rzeczy opowieść o Moanie jest mniej intrygująca od relacji z walki człowieka ze srogą naturą, jaką obserwowaliśmy w Nanuku z Północy. Moana przedstawia raczej świat harmonii - Samoańczycy mają pod ręką wszystko, czego im potrzeba do szczęścia, a jednocześnie jawią się jako ludzie o dość nieskomplikowanych potrzebach. Trzeba zaznaczyć, że Flaherty interesuje się głównie kulturą materialną tubylców, natomiast pomija zupełnie kwestię duchowości. Taki już jego urok.

Na marginesie dodam, że było mi dane oglądać odrestaurowaną wersję tego filmu, do której córka reżysera dograła ścieżkę dźwiękową wraz z odgłosami natury i tradycyjną muzyką Samoańczyków. Bardzo wzbogaca i uatrakcyjnia to film. Tym niemniej nie uwzględniam dźwięku przy ocenie filmu, ponieważ nie było go w oryginalnej wersji.

Moanę oglądało się ciężej niż Nanuka, tym niemniej film zawiera wiele interesującego materiału o świecie, który odszedł już w przeszłość. Wystawiam mu 7 gwiazdek. Warto obejrzeć, choć w niektórych momentach trzeba uzbroić się w cierpliwość.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 20 czerwca 2018

Szósta cześć świata/Szestaja czast´ mira (1926)

Film o niezłomnym związku republik swobodnych

Reżyseria: Dziga Wiertow
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 14 min.

Sowiecka kinematografia raz jeszcze zaskoczyła mnie swoją oryginalnością i odmiennością od kina zachodniego. Reżyser Dziga Wiertow, pionier filmu dokumentalnego, zaczynał jako twórca radzieckich kronik filmowych. Szósta część świata jest produktem stworzonym przez niego na zamówienie państwowego przedsiębiorstwa handlowego Gostorg - trwającą ponad godzinę reklamą dóbr wytwarzanych przez sowieckie rolnictwo i przemysł. Jako że Wiertow był reżyserem o ambicjach artystycznych, wplótł w film elementy propagandowe, krajoznawcze i etnograficzne połączone oszczędną lecz doniosłą narracją. Efektem jest coś w rodzaju filmowego poematu sławiącego Związek Radziecki i jego obywateli.

Film rozpoczyna się od wytknięcia palcem kapitalistów. Główne cechy wrogiego Sowietom ustroju według Wiertowa to tańce i rozrywki, wyzysk tubylców w afrykańskich koloniach i mechanizacja. Twórcy zwracają się bezpośrednio do widzów - ludzi sowieckich. Co jakiś czas pojawia się plansza z napisem "wy" i "ty" przeplatana wstawkami z życia mieszkańców ZSRR. Obrazki są bardzo różnorodne i skupiają się głównie na rozmaitych ludach nierosyjskich zamieszkujących Związek. Oglądamy między innymi przedstawicieli Buriatów, Uzbeków, ludu Komi, Kałmuków i innych. Ludzie radzieccy prowadzą skromne życie i głównie pracują - polują, zbierają płody rolne, produkują rożne wyroby. Scenki pokazują mroźną tundrę, lasy Syberii, stepy Azji Środkowej i uprawy Rosji Europejskiej. Nacisk położony jest na kontrast pomiędzy przyzwoitym życiem ludzi radzieckich, a dekadenckim ludów kapitalistycznych. Tam panuje zbytek i wyzysk. Tutaj wszystko jest wspólne. Plansze tekstowe podkreślają, że cały kraj i jego produkty należą do mieszkańców, którzy stanowią sami o sobie. Oczywiście wszystko pod przewodnictwem Partii i jej organów, takich jak Gostorg. Niektórzy co prawda "jeszcze" modlą się do Jezusa, Buddy czy Allaha, ale za to wszyscy łącznie z dziećmi słuchają puszczanych na gramofonie przemówień towarzysza Lenina. Jednocześnie film nie potępia wszystkich osiągnięć kapitalizmu - mechanizacja postawiona jest jako wzór, a Sowieci deklarują, że ich celem jest osiągnięcie poziomu, w którym "maszyny będą budować maszyny". Tyle tylko, że przy społecznej kontroli środków produkcji.

Techniczna strona filmu zasługuje na uznanie. Montaż jest niezwykle płynny. Wiertow z wielkim wyczuciem łączy ze sobą poszczególne obrazy, czyniąc szerszy komentarz właściwie zbędnym. Zdjęcia zostały dobrane interesująco, a że mówimy o kraju stanowiącym "szóstą cześć świata", było w czym wybierać. Niewątpliwie film miał oddziaływać na emocje widzów - przemawiające bezpośrednio do nich napisy i obrazy mogą być postrzegane jako swoista próba programowania umysłu. Nie bez kozery Wiertow uważał, że Szóstą cześć świata powinien obejrzeć każdy obywatel sowiecki.

Jak odbiera ten film współczesny widz? Potępienie kapitalizmu uderzyło mnie swą nieszczerością. Wiertow zdaje się sugerować, że mieszkańcy krajów Zachodu nie muszą pracować i żyją wyłącznie z wyzysku kolonii oraz pracy maszyn. Jest to sugestia tak jawnie nieprawdziwa, że zdumiewa swą naiwnością. Natomiast stanowiące 90% filmu obrazy życia i pracy w Związku Radzieckim są pasjonujące. Na rzekomą harmonię i uspołecznienie należy oczywiście wziąć grubą poprawkę, ale mimo tego Szósta cześć świata zapewnia wgląd w warunki pracy i życia codziennego mieszkańców niedawno założonego ZSRR. Rządy sowietów kojarzą się głównie z represjami i walkami na szczytach władzy, nie można jednak zapominać, że czasy Nowej Ekonomicznej Polityki były okresem rzeczywistego rozwoju gospodarczego i cywilizacyjnego terenów, na których jeszcze niedawno panowały stosunki feudalne. Kraj był nadal silnie zdecentralizowany, Stalin nie rozpoczął jeszcze rządów terroru. Z Szóstej części świata bije optymizm i poczucie budowy czegoś wielkiego. Dzięki talentowi narracyjnemu Wiertowa przesłanie filmu jawi się nad wyraz wiarygodnie. To, że nie do końca zgodne z prawdą, nie zmienia artystycznej wartości tego dzieła, na którym mogą się wzorować twórcy dokumentów przemawiających bardziej obrazem niż słowem. Wystawiam mu 8 gwiazdek. Warto zobaczyć.
źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 30 maja 2018

Grass: A Nation's Battle for Life (1925)

Film o idących ludziach

Reżyseria: Merian C. Cooper i Ernest Schoedsack
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 11 min.

Merian Cooper to barwna postać - lotnik, żołnierz, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, podróżnik, dziennikarz, reżyser i producent filmowy. Nie tylko chętnie imał się różnych zajęć, ale w każdej z wymienionych dziedzin odnotował znaczące osiągnięcia. Nie jest to miejsce na rozpisywanie się na jego temat, ale niewątpliwie był osobą godną zainteresowania. W 1924 roku Cooper wraz z operatorem filmowym Ernestem Schoedsackiem i dziennikarką (oraz agentką amerykańskiego wywiadu) Margueritte Harrison wyruszyli z Ankary na ekspedycję sponsorowaną przez Amerykańskie Towarzystwo Geograficzne. Ich celem było odnalezienie plemienia wiodących pierwotny tryb życia nomadów i udokumentowanie ich kultury. Film Grass: A Nation's Battle for Life jest zapisem tej podróży.

Pierwsza część filmu obejmuje wędrówkę ze stolicy Turcji, poprzez góry Taurus i pustynne równiny dzisiejszego Iraku. Możemy między innymi zobaczyć, jak wyglądał pustynny karawanseraj i poznać patrolujących pustynię Beduinów. W końcu podróżnicy docierają do zachodniej Persji, gdzie rezyduje mityczny Zapomniany Lud - Bachtiarowie wiodący żywot wędrownych pasterzy. Film przybliża obyczaje Bachtiarów: mamy okazję obserwować ich codzienne życie, ujrzeć w działaniu wodza plemienia i jego dziewięcioletniego syna pełniącego rolę zastępcy oraz być świadkami kilku scenek rodzajowych. Później natomiast Grass skupia się na tym, co najwyraźniej najbardziej interesowało jego twórców - migracji wielkiej rzeszy ludności. Bachtiarowie, jak na nomadów przystało, wędrują w poszukiwaniu pastwisk dla swoich niezliczonych stad owiec i kóz. Przenoszą się w nowe miejsce całymi rodzinami i z całym dobytkiem. Trzeba przyznać, że podróż pięćdziesięciotysięcznego plemienia, które nie korzystając z żadnych wytworów techniki pokonuje zaśnieżone przełęcze i rwące rzeki, robi wrażenie. Jest w filmie kilka zapadających w pamięć scen. Najciekawszą jest konstrukcja przez pasterzy prymitywnych tratw z gałęzi i napełnionych powietrzem kozich skór. Nie wszyscy nomadzi korzystają z takich wynalazków. Niektórzy wespół ze swoją trzodą forsują szeroką rzekę Karun wpław. Równie niebezpieczny jest marsz przez pokryte śniegiem Góry Zagros. Bachtiarzy wspinają się po ośnieżonych skałach, niosąc na barkach swoje dzieci i co mniejsze zwierzęta. Twardzi i odważni to ludzie. Cooper i Schoedsack postarali się nawet o certyfikat od amerykańskiego konsula w Persji potwierdzający, że jako pierwsi biali ludzie odbyli wraz z plemieniem taką podróż.

Mimo dość ciekawej tematyki Grass: A Nation's Battle for Life ogląda się ciężko. Autorzy niechętnie sięgają po plansze tekstowe, pozwalając mówić ruchomym obrazom. Niestety narracja filmu jest monotonna. Ciekawe ujęcia toną w morzu mniej interesujących. Przez końcowe pół godziny filmu oglądamy właściwie wyłącznie idących ludzi. Oprócz pojawiających się co jakiś czas wodza i jego syna zabrakło bohaterów, którym widz mógłby towarzyszyć w wędrówce, co przyniosło tak znakomity efekt w Nanuku z Północy. Zdjęcia nie powalają też  jakością, choć tutaj trudno mieć pretensje do twórców, pracujących w ekstremalnych warunkach. No i niestety, głupio było mi się do tego przyznać nawet przed samym sobą, ale film mnie znudził. Nie jestem w tym odczuciu odosobniony. Sam Merian Cooper uważał Grass za dzieło ukończone do połowy i planował remake, w którym narracja skupiałaby się na pojedynczej rodzinie Bachtiarów. Niestety nigdy tego pomysłu nie zrealizował.

Mam duży problem z oceną Grass. Rozumiem znaczenie tego filmu jako jednego z pierwszych dokumentów etnograficznych. Zdaję sobie sprawę, że przybliża kulturę, która niedługo później przestała istnieć. Doceniam niezwykłe ujęcia z niepowtarzalnej wędrówki pięćdziesięciu tysięcy ludzi oraz wysiłek, jaki autorzy filmu włożyli w jego powstanie. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że Grass jest cholernie nudne. Z żalem wystawiam marne 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 11 maja 2018

The Great White Silence (1924)

Film o wyprawie na Biegun Południowy.

Reżyser: Herbert Ponting
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1h 48 min.

Występują: Herbert Ponting, Robert Falcon Scott

Jesienią 1910 roku statek Terra Nova opuścił Nową Zelandię, biorąc kurs na południe. Kilkudziesięciu ludzi pod dowództwem kapitana Roberta Falcona Scotta miało przeprowadzić różnego rodzaju badania geograficzne i przyrodnicze na Lodowcu Szelfowym Rossa oraz podjąć próbę zdobycia Bieguna Południowego. Wśród nich był Herbert Ponting, fotograf i filmowiec. W obozie założonym przez ekspedycję na lodowcu Ponting urządził małe studio fotograficzno-filmowe, w którym przez półtora roku pracował nad zdjęciami i filmami przedstawiającymi prawie nieznany wówczas świat Antarktyki oraz życie ludzi, którzy mieli odwagę badać jego tajemnice. Po powrocie z ekspedycji Ponting udostępniał swoje zdjęcia prasie i prezentował je w formie wystawy, dopiero jednak w 1924 roku ukończył i opublikował film The Great White Silence będący filmowo-zdjęciowym reportażem z wyprawy Scotta.

Ponting nadał The Great White Silence postać pamiętnika. Poszczególne segmenty filmu (uzupełnianie zdjęciami) ułożone są w ciągi tematyczne i chronologiczne obficie opatrzone autorskim komentarzem. Oglądamy wypłynięcie Terra Novy z Nowej Zelandii, podróż po oblodzonym oceanie (z fenomenalnymi zdjęciami gór lodowych), organizację obozu na Lodowcu Szelfowym Rossa. Środkową część filmu Ponting poświęca obserwacjom przyrodniczym, jakie prowadziła załoga ekspedycji. Mamy okazję poznać życie fok, pingwinów, wydrzyków i innych mieszkańców Antarktyki, oraz podpatrzeć, jak przystosowują się do skrajnych warunków przywiezione na Terra Novie psy i kuce. Pojawiają się także sympatyczne obrazki z życia codziennego, na przykład mecz piłki nożnej rozegrany na kilkudziesięciostopniowym mrozie. Ogląda się to znakomicie. Ponting jest zręcznym montażystą, z dużym wyczuciem zmieniającym i przeplatającym ze sobą obrazy. Materiał jest obfity i nie ma mowy o monotonii. Twórca dba też, żeby wszystkie szczegóły były zrozumiałe dla laika. Kiedy na przykład pokazuje nakręcone tuż nad taflą wody ujęcie dziobu lodołamacza rozbijającego morski lód, po chwili wyjaśnia, w jaki sposób udało mu się opuścić kamerę na dół.

Plansze tekstowe w filmie Pontinga są jednymi z najlepszych, z jakimi się do tej pory spotkałem. Obszerne, napisane zrozumiałym językiem, momentami poetyckie, nie stroniące od osobistych opinii reżysera. Ponting był pełnoprawnym członkiem ekspedycji i nie próbuje udawać, że było inaczej. Jego emocjonalne zaangażowanie jest oczywiste, a dzięki talentowi narracyjnemu udziela się również widzowi. We fragmentach dotyczących życia zwierząt Ponting nie stroni od dowcipu, trafnie antropomorfizując niektóre zachowania zwierząt i porównując je na przykład do życia małżeńskiego.

Końcowa część filmu opowiada o tragicznie zakończonej wyprawie Scotta z Lodowca Szelfowego Rossa na Biegun Południowy. Ponting nie brał w niej udziału, dlatego fragmenty te złożone zostały z inscenizacji oraz efektów specjalnych obrazujących wędrówkę odkrywców na mapie Antarktydy. Poznajemy szczegóły dotyczące składu ekipy, wyposażenia, prowiantu, sposobu przemieszczania się. Kolejne plansze tekstowe opisują poszczególne etapy wędrówki, korzystając także z fragmentów dziennika Scotta, który odnaleziono przy jego zwłokach. Ponting zaprezentował losy feralnej ekspedycji w sposób fenomenalny. Od siebie przedstawił wyłącznie fakty, Scottowi za pośrednictwem cytowanego dziennika oddając rolę komentatora. Takie rozwiązanie pozwala poczuć więź z odważnymi ludźmi, którzy do ostatniej chwili stawiali czoła bezlitosnej przyrodzie i odeszli z godnością, będąc o krok od ratunku. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie była to misja desperacka czy niedbale przygotowana. Scotta i jego towarzyszy prześladował pech. Nie bez znaczenia było też załamanie psychiczne, kiedy na biegunie przekonali się, że uprzedziła ich ekipa Roalda Amundsena.

The Great White Silence to wzorowy film dokumentalny ukazujący świat ukryty przed wzrokiem przeciętnego człowieka. To niesamowite, móc oglądać ludzi, którzy jako jedni z pierwszych badali wnętrze Antarktyki. Do tego narracja Pontinga może stanowić wzór dla każdego kinematografa tworzącego filmy przyrodnicze i podróżnicze. Absolutnie polecam i wystawiam 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Nanuk z Północy/Nanook of the North (1922)


Film o szlachetnych dzikusach z krainy śniegów

Reżyser: Robert J. Flaherty
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 19 min.

Występują: Allakariallak, Nyla, Cunayou

Idea szlachetnego dzikusa to pogląd popularny w niektórych postępowych kręgach polegający na idealizacji kultury ludów pierwotnych. Wedle niego szlachetne dzikusy żyją w harmonii z naturą, niewinne, nieskażone cywilizacją, z natury dobre i szczęśliwsze od ludów cywilizowanych. Ta dość naiwna filozofia przyświecała Robertowi J. Flaherty'emu, który spędził kilka lat wśród kanadyjskich Inuitów i za pomocą kamery postanowił przybliżyć światu ich warunki życia. A raczej własne wyobrażenie o tym, jak powinny takie wyidealizowane warunki wyglądać.

Nanuk z Północy przybliża nam codzienne życie rodziny Inuitów, na czele której stoi Nanuk. Życie Nanuka i jego rodziny (żona i trójka dzieci) to ciągła walka z bezlitosną naturą. Inuici zajmują się polowaniem na arktyczne zwierzęta, których mięso chętnie zjadają na surowo, dzieląc się ze swoimi psami pociągowymi. Obserwujemy Nanuka, zręcznego myśliwego, w zapasach z foką, polującego na morsa, wyciągającego z pułapki lisa polarnego, a także łowiącego łososie. Plansze tekstowe wyjaśniają, że Inuici nie robią większych zapasów i tylko nieustanne polowanie chroni ich przed śmiercią głodową. Nanuk jest znakomitym myśliwym posługującym się prostą bronią w rodzaju kościanego harpuna, noża, domowej roboty wędek i sideł. Ponieważ arktyczna zima wymusza częste przemieszczanie się, Inuit i jego rodzina konstruują tymczasowe schronienia w formie igloo. Budowa lodowego domku to jedna z najciekawszych scen filmu, pozwalająca podziwiać zręczność i kunszt tych prostych ludzi. Rodzina Nanuka zaprezentowana jest jako szczęśliwa i dzielna, zgodnie ze sobą współpracująca, by jak najlepiej sobie radzić w trudnych warunkach. Trudno nie odczuwać sympatii do dzielnych Eskimosów, którzy odseparowani od zdobyczy cywilizacji współżyją harmonijnie z naturą tak samo, jak ich przodkowie.

No i tu właśnie zaczynają się kontrowersje. Zgodnie z informacjami na temat produkcji filmu, idylliczny obrazek Flaherty'ego nie jest do końca prawdziwy. Inuici, z którymi współpracował przy tworzeniu filmu, nie byli wcale tak prymitywni, jak przedstawiono ich na ekranie. W codziennych polowaniach używali broni palnej, korzystali też z niektórych zdobyczy techniki. W tym świetle nieco żenuje scena, w której reżyser demonstruje Nanukowi działanie gramofonu. Szlachetny dzikus ze zdumieniem przygląda się magicznemu pudełku i zębami sprawdza, z czego zrobione są płyty winylowe. Jak widać, pokusa ukazania pierwotnej idylli była zbyt silna i kłócił się z nią wizerunek Inuitów jako ludu, który chętnie korzysta z rozwiązań "cywilizacji".

Od strony kinematograficznej Nanuk z Północy jest filmem przepięknym. Kręcone w spartańskich warunkach zdjęcia arktycznej Kanady, w tym śnieżna zamieć czy topniejące lodowe kry, robią niesamowite wrażenie.  Wyreżyserowane sceny z życia Inuitów zostały umiejętnie dobrane pod tezę reżysera. Bohaterowie filmu budzą nieodpartą sympatię i nie sposób nie podziwiać, z jaką sprawnością działają w warunkach, w jakich przyszło im żyć. Bez wątpienia byli to ludzie dzielni i godni szacunku. Tyle tylko, że nie do końca odgrywali swoje prawdziwe życie, raczej życie swoich dziadków. Nie chcę jakoś szczególnie potępiać Flaherty'ego, ale mimo wszystko nie był z widzem do końca uczciwy. Przyjąwszy tę poprawkę, wystawiam Nanukowi z Północy 8 gwiazdek. Będę bardzo miło wspominał ten baśniowy film, który dokumentem jest tylko w teorii.
źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 17 kwietnia 2018

Czarownice/Häxan (1922)


 Film o czarownicach, inkwizycji i Diable.

Reżyser: Benjamin Christensen
Kraj: Szwecja, Dania
Czas trwania: 1h 46 min.
Występują: Benjamin Christensen, Clara Pontoppidan, Oscar Stribolt, Astrid Holm, Maren Pedersen

Wiara w magię towarzyszyła ludzkości przez tysiąclecia. Wyśmiewane i wkładane dziś między bajki gusła i czary, nie tak jeszcze dawno uważane były za jak najbardziej realny owoc konszachtów z Diabłem. Złowrogie wiedźmy za szatańskim podszeptem uwodzące niewinne duszyczki, rzucające uroki i pożerające zwłoki wisielców. I polująca na nie krwiożercza inkwizycja, czyhająca tylko, aby torturować i palić na stosie nieszczęsne kobiety, na które padł chociażby cień podejrzenia. Tak opowiada o tym renesansowym fenomenie niezwykły paradokument Benjamina Christensena Czarownice

Dzieło duńskiego reżysera łączy narrację dokumentalną z fabularnymi scenami przedstawiającymi pełen grozy świat polowań na czarownice. Ponieważ nacisk położony jest bardziej na atmosferę świata wystawionego na łup Szatana, niż na faktografię, jestem skłonny uznać Czarownice raczej za horror niż dokument. Film zaciera granicę pomiędzy światem realnym a wyobrażeniami na temat magii istniejącymi tylko w głowach czarowników i inkwizytorów. Oglądamy sabaty czarownic, wiedźmy latające na miotłach i popełniające plugawe czyny. Bardzo istotnym elementem magii jest jej diabelska inspiracja, a sam diabeł, pod postacią włochatego, rogatego lubieżnika rozbudzającego seksualne żądze młodych kobiet i wstrętnych staruch, jest jednym z głównych bohaterów filmu. Wcielił się w niego zresztą sam reżyser. Jednym z zabawniejszych zaprezentowanych w filmie obrzędów jest oddawanie Diabłu szacunku przez całowanie go w tyłek [sic!]. Niemal całkowita feminizacja czarodziejskiej profesji, jak również liczne seksualne podteksty diabelskich rytuałów nie pozostawiają wątpliwości co do erotycznej genezy powiązania czarów z ciemnymi mocami.

W Czarownicach drobiazgowo zaprezentowano również zwalczającą wiedźmy instytucję Świętej Inkwizycji. Inkwizytorzy stosują absurdalne metody śledztwa takie jak poszukiwanie na ciele kobiet kurzajek czy kłamliwe obietnice łaski w zamian za przyznanie się do winy. Z upodobaniem zadają też podejrzanym tortury aplikowane za pomocą wymyślnych narzędzi. Również w przypadku inkwizytorów silnie zasugerowane są seksualne motywacje popychające ich do "śledztw". 

Szczególnie imponująca w Czarownicach jest kinematografia bardzo umiejętnie wykorzystująca cienie. Większość zdjęć wykonywana była w półmroku lub przy naturalnym, przyciemnionym oświetleniu. Demoniczne postacie pozostają częściowo niewidoczne, skryte pod kapturami lub czające się w ustronnych zakątkach pomieszczeń. Reżyser i operator dobrze wiedzą, że ciekawsze jest to, czego nie pokazują wprost. Jedynie inkwizycja odziana jest w biel, kontrastując z mrocznymi siłami, z którymi walczy. Również scenografia została przygotowana interesująco, czy podziwiamy klasztor, chatynkę czarownicy czy też lochy i salę tortur.

Jeżeli chodzi o merytoryczną stronę filmu, jest on moim zdaniem dość tendencyjny. Christensen przecenia powszechność wierzeń w czary, które były raczej odpowiednikiem współczesnej medycyny alternatywnej niż powszechnie przyjętym poglądem na funkcjonowanie rzeczywistości. Również inkwizycja pokazana jest w krzywym zwierciadle. Reżyser oparł scenariusz na traktacie Młot na czarownice napisanym przez seksualnie zaburzonego inkwizytora Heinricha Kramera oraz na dziełach protestanckiego łowcy czarownic Matthew Hopkinsa. Tyle tylko, że inkwizycja z reguły nie działała w sposób przedstawiony przez tych autorów. Młot na czarownice został krótko po publikacji umieszczony na Indeksie ksiąg zakazanych, natomiast Hopkins nie miał z inkwizytorami nic wspólnego. Polowania na czarownice były efektem ludzkiej głupoty i przesądności, a nie zorganizowanego działania instytucji kościelnych. Christensen podaje również liczbę ośmiu milionów czarownic spalonych na stosach. Szybkie rozeznanie wskazuje, że bardzo mocno mija się z prawdą. Współcześnie zakłada się, że ofiar było kilkadziesiąt tysięcy.

Czarownice to znakomity horror, umiejętnie wciągający widza w surrealistyczny świat pomiędzy snem a jawą. Niektóre sceny budzą prawdziwą grozę (szczególnie przesłuchanie staruszki, która pod wpływem tortur zaczyna obciążać wszystkich nielubianych przez siebie ludzi). Na pochwałę zasługuje niezwykle odważne wykorzystanie mrocznej stylistyki i śmiałość w poruszeniu trudnego tematu. Nieco gorzej jest ze zgodnością z faktami, która jest o tyle istotna, że film pretenduje do miana dokumentu. Z tego względu zmuszony jestem obniżyć ocenę, która w innym wypadku byłaby bliska ideału. A tak jest 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 11 marca 2018

Bitwa nad Sommą/The Battle of Somme (1916)


 Film o życiu na froncie wojennym.


Reżyser: Geoffrey H. Mallins
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1h 14 min.

Pierwsza Wojna Światowa była pierwszą wojną dającą możliwość zastosowania nowego typu propagandy - ruchomych obrazów. Bitwa nad Sommą to przykład takiego właśnie filmu propagandowego posiadającego w dodatku walory artystyczne.

Co więc ten propagandowy dokument pokazuje? Przyznam, że byłem zaskoczony ukazanym w nim obrazem wojny, który streszczę w oparciu o sześć haseł.


Mamy wspaniałą artylerię. W Bitwie nad Sommą pokazano chyba kilkanaście różnych rodzajów haubic, moździerzy i innych urządzeń artyleryjskich, za pomocą których Brytyjczycy bombardują pozycje niemieckie przed rozpoczęciem właściwej ofensywy. Nacisk położony jest na zaawansowanie technologiczne armii Zjednoczonego Królestwa, która wysłanie swoich żołnierzy do krwawej walki poprzedza ostrzałem z imponujących niekiedy machin śmierci.

Wojna to nie miejsce dla indywidualistów. W filmie nie ma bohaterów. Nie ma też chyba ani jednego ujęcia pojedynczego żołnierza. Wszystkie sceny ukazują grupy równo maszerujących, współpracujących ze sobą ludzi wykonujących różne zadania. W zasadzie (z jednym wyjątkiem o którym za chwilę) trudno byłoby wskazać jakąkolwiek charakterystyczną postać. Bohater filmu jest grupowy - armia harmonijnie wykonująca swoje zadania niezależnie od sytuacji.

Nawet w wojennym chaosie panuje ład. Bitwa nad Sommą ukazuje dobrą organizację Aliantów. Poczynając od równo maszerujących szeregowców, poprzez wszechobecne na froncie konie pociągowe i kawaleryjskie, wspomniane już cuda techniki wojskowej, aż po francuskie wieśniaczki doglądające upraw tuż za linią frontu. Nawet niemieccy jeńcy wojenni maszerują karnie i posłusznie, eskortowani przez nielicznych alianckich strażników.

Nasi przeciwnicy to też ludzie. Bardzo wyraźne, jakże odmienne od znanych z II Wojny Światowej migawek przesłanie. Właściwie najważniejsza prawda wynikająca z tego filmu. Żołnierze niemieccy ukazani są jako tacy sami ludzie jak ich brytyjscy przeciwnicy. Nie odbiegają od nich wyglądem fizycznym, właściwie momentami trudno jest ich odróżnić, na przykład kiedy jako wymieszana ze sobą grupa rannych z pola bitwy wracają zwycięzcy i ich jeńcy. Podkreślane jest, że Niemcy otrzymują taką samą pomoc medyczną jak Brytyjczycy, widzimy także, że są traktowani w sposób przyzwoity. Niezależnie od tego, jak wiele w tym z propagandy, przesłanie to jest pokrzepiające i jednocześnie przypomina, jak wielka zmiana w świadomości Europejczyków dokona się w ciągu kolejnych dwudziestu-paru lat.

Wojna to nie tylko walka. Widzimy żołnierzy posilających się, wykonujących różne zadania logistyczne, czyszczących broń, odpoczywających. Sam bój, pomijając sceny artyleryjskie, zajmuje nie więcej niż końcową 1/3 filmu.

Wojna to sprawa krwawa i poważna. Choć efekty walki widzimy dopiero pod koniec filmu, twórcy nie próbują niczego lukrować. Najpierw widzimy leje po bombach i rannych wlokących się z pola bitwy. Jedyne charakterystyczne postacie, sportretowani wcześniej oficer i jego pies - maskotka oddziału - leżą bez życia, podobnie jak zmiecione ogniem nieprzyjaciela konie. Najbardziej wstrząsające jest wieńczące film długie, panoramiczne ujęcie zrujnowanej ogniem artyleryjskim wioski - zgliszcza budynków i wypalona ziemia. Nie jest to kojarząca się z amerykańską propagandą wesoła wojenka, nie ma miejsca na bohaterszczyznę. Po przygnębiającym obrazie pobojowiska wracamy do okopów. Alianci odpoczywają, dochodzą o do siebie po pierwszych pięciu dniach ofensywy, podczas których posunęli się naprzód. Rozpoczyna się ostrzał artyleryjski przygotowujący grunt pod kolejny atak za parę dni. Bitwa nad Sommą potrwa jeszcze kilka miesięcy.

Artystyczna propaganda potrafi być bardzo przekonująca. W przypadku Bitwy nad Sommą twórcy postawili na realizm, za pomocą prostych środków ukazując wojenne życie. Co ciekawe, film nie usiłuje wprowadzać żadnej narracji - nie dowiadujemy się niczego o strategicznej otoczce bitwy, nie otrzymujemy również podanego na tacy żadnego wartościowania sytuacji. Odniosłem raczej wrażenie, że wszyscy uczestnicy konfliktu znaleźli się w nim nie do końca z własnej woli i muszą po prostu doprowadzić ten przykry obowiązek do końca. Bitwa nad Sommą nie narzuca jednak żadnych wniosków. Każdy musi je wyciągnąć sam. I za to otrzymuje 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com