Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2019

Tajny agent/Sabotage (1936)

Film o fajtłapowatych szpiegach

Reżyseria: Alfred Hitchcock
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1 h 16 min.

Występują: Sylvia Sidney, Oskar Homolka, Desmond Tester, John Loder

Zachęcony popularnością 39 kroków Alfred Hitchcock kontynuował "szpiegowsko-dywersyjny" etap swojej kariery. Materiał na kolejny film odnalazł w Tajnym agencie, powieści Josepha Conrada opowiadającej o działaniach komórki anarchistycznych terrorystów. Opowieść została przez scenarzystę nieco uwspółcześniona i "ufilmowiona", tym niemniej zasadnicze zręby fabuły pozostały takie jak w oryginale. Jednocześnie Hitchcock poddał w Tajnym agencie testom nowy rodzaj suspensu. Od samego początku filmu znamy tożsamość konspiratorów oraz ich plany. Główną zagadką pozostaje kwestia, czy się powiodą i jakie będą ich konsekwencje.

Akcja filmu toczy się w Londynie. W mieście ma miejsce niespodziewana awaria elektrowni wywołana aktem sabotażu. Dywersant, Karl Verloc, wkrada się tylnym wejściem do swego domu i kładzie do łóżka, aby udawać przed żoną, że nigdzie nie wychodził. Kobieta nie ma za bardzo czasu się nad tym zastanawiać, ponieważ jest zajęta reklamacjami rozczarowanych klientów. Verlokowie prowadzą bowiem niewielkie, połączone z mieszkaniem kino, które wskutek braku prądu było zmuszone odwołać seans. Z małżeństwem mieszka jeszcze nastoletni brat pani Verloc, wesoły i pełen energii dzieciak. Ani on, ani jego siostra nie mają pojęcia o przestępczej działalności pana domu. Następnego dnia po awarii pan Verloc spotyka się ze swoim kontaktem z organizacji terrorystycznej. Wspólnie planują krwawy zamach bombowy. Verloc nie wie jednak, że tropi go agent Scotland Yardu działający pod przykrywką ulicznego sprzedawcy warzyw.

Tajny agent trzyma w napięciu od początku do końca, a jego katalizatorem pozostają dwie niezwykle niepokojące kwestie. Pierwszą jest zamach bombowy planowany do przeprowadzenia za pomocą bomby z zapalnikiem czasowym. Hitchcock niespiesznie popycha fabułę do przodu, ukazując pozyskanie niebezpiecznego pakunku, a później przygotowania i działania w celu podrzucenia go na miejsce zamachu. Wykorzystano tu technikę budowania napięcia poprzez stopniowanie tempa montażu. Im bliżej punktu docelowego, tym szybciej zmieniają się i migają kolejne kadry, na których często pojawiają się mijane po drodze zegary. Burza emocji zostaje rozpętana w sposób prostyl lecz skuteczny. Przeciwieństwem tej sekwencji jest miażdżąca scena konfrontacji pani Verloc ze swoim mężem. Rozegrana powoli, w całkowitym milczeniu, wykorzystuje wyłącznie o mimikę aktorów i wymowne ujęcia na pewne istotne dla sceny rekwizyty. W obu przypadkach oddziaływanie na emocje jest piorunujące, choć zostaje osiągnięte przy użyciu całkowicie innych środków. Miło obserwować, jak mistrz suspensu rozwija swój warsztat.

W tym miejscu warto wspomnieć o zastosowanym przez Hitchcocka oryginalnym zabiegu "metanarracji". Umiejscowienie mieszkania Verloców na tyłach kina pozwoliło wpleść w film kilka niby przypadkowych dialogów i scen filmowych, które stanowią swego rodzaju komentarz do głównej linii fabuły. Najważniejszą z dygresji jest kreskówka Walta Disneya parodiująca gwiazdy Hollywood, a fabułą nawiązująca do wydarzeń z finału filmu.
 
Jeżeli chodzi o inne wyróżniające się elementy Tajnego agenta, wskazałbym przede wszystkim na humor. Głównym jego obiektem są agenci Scotland Yardu - nieporadni, momentami błądzący jak dzieci we mgle i wyraźnie pozbawieni pomysłu na poradzenie sobie z terrorystami. Już sama przykrywka sprzedawcy warzyw wydaje się paradna, a dalej nie jest lepiej. Kiedy jeden z tajniaków podsłuchuje zza okna naradę spiskowców, jest na tyle gapowaty, że wystawia na widok swoją dłoń, głupio się dekonspirując. Tak naprawdę największym zagrożeniem dla szajki pozostaje pani Verloc, która powoli uświadamia sobie, w co wplątał się jej mąż i staje przed poważnym dylematem. Postać ta przedstawiona została jako cicha, osamotniona osóbka, która jednak broni się, by nie zostać ofiarą. Jest taka już od pierwszych scen, kiedy pozbawiona pomocy męża usiłuje okiełznać tłum rozzłoszczonych klientów. Sylvia Sidney włożyła w swoją rolę dużo dyskretnych środków wyrazu, bazując na spojrzeniu i mowie ciała, aby stworzyć postać cichą, ale o pewnej wewnętrznej sile.

Tajny agent to tak naprawdę film o przeciętniakach. Zaprezentowani na ekranie terroryści i agenci Scotland Yardu są ludźmi bardzo pospolitymi, popełniającymi błędy i niepewnymi swoich celów. Właściwie u każdej z postaci następuje w pewnym momencie załamanie wywołane własnymi potknięciami lub działaniami innych. Nie ma tutaj herosów, nie ma złoczyńców, są tylko pogubieni ludzie, którzy nie potrafią się wyplątać z fatalnej sytuacji, w którą zostali uwikłani. Co więcej, kiedy mają okazję, brną jeszcze głębiej. To bardzo zaskakujące podejście, które początkowo może wywołać nawet uczucie zagubienia. Mam wrażenie, że Hitchcock nie chciał, żebyśmy komukolwiek w Tajnym agencie kibicowali. Bo też odczucia po seansie mogą być tylko ponure i pesymistyczne. Nie powinno to jednak rzutować na ocenę tego przygotowanego z wielkim profesjonalizmem obrazu. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 17 maja 2019

39 kroków/The 39 Steps (1935)

Film o zwykłym facecie wplątanym w niezwykłą intrygę

Reżyseria: Alfred Hitchcock
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1 h 26 min.

Występują: Robert Donat, Madeleine Carroll, Lucie Mannheim, Godfrey Tearle, Peggy Ashcroft, John Laurie

Alfred Hitchcock powiedział o Człowieku, który wiedział za dużo, że był dziełem utalentowanego amatora.  Może nieco przesadził ze skromnością, ale rzeczywiście jego specyficzny styl reżyserski dopiero się kształtował. Ewolucja ta jest dobrze widoczna przy porównaniu Człowieka z jego następnym dziełem - 39 krokami. Ten drugi wolny jest od błędów poprzednika, zachowując przy tym jego zalety. Przede wszystkim nastąpiła duża poprawa jakości scenariusza, nad którym Hitchcock pracował wspólnie z Charlesem Bennettem i Ianem Hayem. Fabuła jest spójna, pozbawiona większych nielogiczności i zbędnych wątków. Poza tym reżyser coraz odważniej wprowadzał do filmu elementy, które są dziś kojarzone z jego dziełami - czarny humor i niejednoznaczne postacie kobiece. Efektem pracy rozkręcającego się Hitchcocka był wartki thriller będący wzorem dla przyszłych filmów akcji.

Bohaterem filmu jest londyńczyk Richard Hannay, który zostaje przypadkowo wplątany w intrygę szpiegowską. Richard uczestniczy w występie mentalisty, w czasie którego ma miejsce dziwna strzelanina. Podczas ewakuacji widzów w ramionach mężczyzny chroni się przerażona kobieta - Annabella Smith, która prosi, żeby udzielił jej schronienia w swoim mieszkaniu. Tam wyjaśnia Hannayowi, że jest szpiegiem i odkryła spisek mający na celu wykradzenie ważnych brytyjskich tajemnic wojskowych. W nocy Annabella zostaje zamordowana, a podejrzenie pada na Richarda. Dysponując tylko mglistymi wskazówkami pozostawionymi przez kobietę, Hannay wyrusza do Szkocji, gdzie ma nadzieję znaleźć wyjaśnienie zagadki  i oczyścić się z zarzutów. Po piętach depczą mu zarówno policja, jak i przestępcy.
Tym, co najbardziej zwraca w 39 krokach uwagę, jest niesamowite tempo akcji. Film rozpoczyna strzelanina, chwilę później następuje morderstwo i już do samego końca trwa ucieczka głównego bohatera, urozmaicona rozmaitymi zwrotami akcji. Jeśli fabuła przystaje na krótką chwilę dla nabrania oddechu, to tylko po to, żeby za moment uderzyć ze zdwojoną siłą. Jednocześnie nie ma mowy o monotonii. Hitchcock przygotował wiele cieszących oko scen, w tle których mamy okazję oglądać nocne ulice Londynu, słynny Most Forth, a także malownicze plenery szkockich Highlands. Na ich tle główny bohater wymyśla kolejne sposoby na zmylenie pościgu, wpada w pułapki i odkrywa kolejne sekrety. Nie brak także specyficznego humoru, którego dobrym przykładem jest próba przekonania mleczarza, żeby pomógł Richardowi w wymknięciu się zabójcom. Mężczyzna nie chce uwierzyć w historię o morderstwie, ale chętnie wyciąga pomocną dłoń, kiedy bohater zmyśla, że musi się ukryć przed mężem fikcyjnej kochanki.

39 kroków jest filmem skupionym na rozwoju fabuły i trochę po macoszemu traktuje bohaterów. Richard Hannay jest właściwie czystą kartą. Nie wiemy o nim nic poza tym, że jest zwykłym facetem wplątanym wbrew własnej woli w szpiegowską intrygę. Jednocześnie jest to człowiek zdeterminowany i przedsiębiorczy. Przy braku cech charakterystycznych przeciętnemu widzowi łatwo się z nim identyfikować, co zapewne było zamysłem twórców. Podczas swej przygody Richard spotyka sporo oryginalnych postaci drugoplanowych. Najbardziej wyraziste są chłodne blondynki - przebiegła Annabella, która jednak ginie już na początku filmu oraz Pamela, którą bohater spotyka podczas podroży pociągiem i zupełnie przypadkowo wciąga w swoje kłopoty. Grana przez Madeleine Carroll Pamela jest żeńskim odpowiednikiem Richarda - atrakcyjna (niezła scena z suszeniem rajstop), sceptyczna (oryginalna scena wprowadzająca w pociągu), przedsiębiorcza (bardzo dobra scena z uwalnianiem się z kajdanek), a resztę każdy może sobie wypełnić wedle gustu. Na drugim planie mamy głównego złoczyńcę granego przez Godfreya Tearle, który nie jest tak ciekawy, jak Peter Lorre - jasny punkt poprzedniego filmu Hitchcocka. Wyróżnia się za to łasy na pieniądze, nieufny szkocki wieśniak fenomenalnie zagrany przez Johna Laurie.

Hitchcock nie osiągnął jeszcze w 39 krokach poziomu filmowej ekstraklasy. Nakręcił bardzo dobry film akcji, który nie przynosi żadnych przełomów narracyjnych czy fabularnych. Tym niemniej Kroki wciągają, bawią i momentami zaskakują również współczesnego, obznajomionego z rozmaitymi ekranowymi trikami widza. Wystawiam 8 gwiazdek i polecam.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 15 marca 2019

Człowiek, który wiedział za dużo/The Man Who Knew Too Much (1934)

Film o spisku ludzi mówiących z niemieckim akcentem

Reżyseria: Alfred Hitchcock
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1 h 16 min.

Występują: Leslie Banks, Edna Best, Peter Lorre, Frank Vosper, Nova Pilbeam

Przed swoim reżyserskim debiutem w latach 20. Alfred Hitchcock spędził nieco czasu w Niemczech, gdzie podpatrywał pracę tamtejszych filmowców. Wpływ ekspresjonizmu jest mocno widoczny w jego wczesnych filmach (na przykład Lokator czy Szantaż), głównie poprzez charakterystyczną grę światłem i rozmaite techniki zdjęciowe. Również Człowiek, który widział za dużo czerpie z dorobku niemieckich mistrzów, będąc w szczególności hołdem dla kryminałów Fritza Langa. Dodatkowo w filmie wystąpił znany z kontrowersyjnej tytułowej roli w Mordercy Peter Lorre, który właśnie wyemigrował z opanowanych przez nazistów Niemiec. Co ciekawe, mówiący z zachwycającym niemieckim akcentem aktor nie znał wówczas angielskiego i wszystkie swoje kwestie opanował fonetycznie. Wracając do Hitchcocka, chociaż nie wahał się on czerpać ze sprawdzonych wzorców, w Człowieku można już dostrzec zalążki jego własnego stylu, który nabierze wyraźnego kształtu w ciągu kilku następnych lat.

Film przedstawia historię angielskiej rodziny, która zostaje przypadkiem wplątana w intrygę szpiegowską. Bob i Jill Lawrence podczas pobytu w szwajcarskim kurorcie są świadkami zamachu na agenta brytyjskiego wywiadu. Przed śmiercią szpieg przekazuje małżonkom sekretną wiadomość dotyczącą planów szajki terrorystów. Aby zmusić Lawrenców do milczenia, przestępcy porywają ich córkę. Bob i Jill wracają do Londynu, gdzie z pomocą agenta Secret Service rozpoczynają prywatne śledztwo w celu rozpracowania terrorystów i uwolnienia dziewczyny.

Człowiek, który wiedział za dużo jest filmem barwnym i pełnym oryginalnych pomysłów. Takie sceny jak zamach podczas potańcówki w pensjonacie czy bijatyka na krzesła w świątyni jakiegoś dziwnego kultu, a z miejsc - kryjówka przestępców na zapleczu gabinetu dentystycznego - od razu zapadają w pamięć i zaskakują swoją oryginalnością. Hitchcock stara się budować atmosferę zagrożenia, a jednocześnie ucieka od śmiertelnej powagi, pokazując na przykład przestępców częstujących swego więźnia obfitym obiadem. Sprytnie korzysta także ze sztuczek z oświetleniem (lampa mająca oślepić nadchodzących przeciwników) czy dźwiękiem (odgłosy bijatyki celowo zagłuszone dźwiękami organów). Wzorując się na dziełach Langa, film sporo miejsca poświęca antagonistom. Bandyci otrzymują dużo czasu ekranowego i są bardziej charakterystyczni od postaci pozytywnych. Rozkoszny jest zwłaszcza niezwykle uprzejmy, uśmiechnięty, odpalający jednego papierosa od drugiego przywódca szajki grany przez Petera Lorre. Postać ta niemal wprost puszcza oko do widowni.

Mimo licznych zalet, nie mamy do czynienia z filmowym ideałem. Scenariuszowi przydałoby się więcej szlifu, bo nieefektywność przestępców i niechęć do realizacji przez nich swoich gróźb w pewnym momencie zaczyna razić. Trudno do końca filmu tkwić w napięciu, kiedy złoczyńcy popełniają szkolne błędy. Słabo wypada także końcowa konfrontacja, wzorowana na finałowej strzelaninie z Doktora Mabuse, która została przeciągnięta w czasie i pozbawiona dynamizmu. Skoro się czepiam, to wspomnę jeszcze o tekturowych Alpach w tle "szwajcarskiego kurortu", które rażą sztucznością na kilometr.

Mimo powyższych zastrzeżeń Człowiek, który wiedział za dużo jest przyjemnym w odbiorze dreszczowcem ze sporą liczbą ciekawych rozwiązań. Hitchcock dopiero rozpoczynał wypracowywanie swego autorskiego stylu, ale wiele jego elementów (w tym humor) jest już widocznych. Co ciekawe, ponad dwadzieścia lat później reżyser nakręcił remake tego filmu. Poproszony o porównanie ze sobą obu wersji, tę z roku 1934 nazwał "produkcją utalentowanego amatora". I to chyba jest najlepsze podsumowanie Człowieka, który wiedział za dużo, któremu wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 29 stycznia 2019

Hrabia Zarow/The Most Dangerous Game (1932)

Film o ekstraordynaryjnym myśliwym

Reżyseria: Irving Pichel i Ernest Schoedsack
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 2 min.

Występują: Joel McCrea, Fay Wray, Leslie Banks, Robert Armstrong, Noble Johnson

Kiedy ekipa filmowa pod przewodnictwem Ernesta Schoedsacka (reżyser) i Meriana Coopera (producent) pracowała nad superprodukcją, która w 1933 roku miała wejść do kin jako King Kong, na planie filmowym powstawał równocześnie drugi film. Scheodsack i Cooper postanowili wykorzystać kosztowne dekoracje, żeby nakręcić pewien poboczny projekt. Dla wygody zaangażowali do niego nawet część obsady aktorskiej z King Konga. Zdjęcia trwały głównie w nocy. Fabułę zaczerpnięto z opowiadania Richarda Connella zatytułowanego The Most Dangerous Game. Na polski tytuł filmu przetłumaczono jako Hrabia Zarow, rezygnując z próby przełożenia interesującej gry słów. Oryginalny można bowiem rozumieć jako "najbardziej niebezpieczną z gier", ale także "najgroźniejszą zwierzynę". Z racji braku skomplikowanych efektów specjalnych, Hrabiego Zarowa ukończono i wyemitowano w kinach na kilka miesięcy przed jego słynniejszym bratem bliźniakiem. Dlatego w pewnym sensie można ten obraz traktować jako przystawkę przed daniem głównym o nazwie King Kong.

Bohaterem filmu jest słynny myśliwy Bob Rainsford, który wskutek zatonięcia statku ląduje na małej tropikalnej wysepce u wybrzeży Ameryki Południowej. Zostaje tam ugoszczony przez jej właściciela, zbiegłego z bolszewickiej Rosji hrabiego Zarowa. Arystokrata podobnie jak Rainsford jest zapalonym myśliwym i pragnie połączyć ze swym gościem siły w ulubionym sporcie. Jednocześnie okazuje się, że w posiadłości Zarowa znaleźli schronienie także inni rozbitkowie z rozmaitych statków, w tym rodzeństwo Eve i Martin Trowbridge'owie. Owi goście jednak systematycznie znikają. W końcu wychodzi na jaw sekret hrabiego. Wyspa jest jego prywatnym terenem łowieckim. Obiektem polowań są ludzie, których wysyła do dżungli, aby następnie tropić ich i zabijać. Ponieważ Bob odmawia udziału w tym procederze, zostaje przez gospodarza wyznaczony na następny obiekt polowania.

Hrabia Zarow jest filmem krótkim, ale bardzo długo się rozkręca. Pierwszą jego połowę zajmują dość nużące dialogi przybliżające głównych bohaterów filmu i niejako rozstawiające postacie na szachownicy. Twórcy starają się przeciągnąć ujawnienie sekretu hrabiego, ma to jednak niepożądany efekt. Ponieważ nie można zbyt wiele pokazać, postacie nieustannie gadają. Akcja rozkręca się dopiero po wizycie w sali trofeów udekorowanej ludzkimi głowami. Ta przerażająca lokacja to jedyny pozostawiony w filmie element galerii grozy. Podobno były jeszcze wypchane ludzkie trofea, które wycięto z filmu z powodu negatywnych reakcji publiczności podczas próbnych pokazów. Obejmujące drugą połówkę obrazu polowanie z licznymi zasadzkami, zwrotami akcji i ciekawymi manewrami jest dynamiczne i trzyma w napięciu. Dżungla została wzbogacona o kilka charakterystycznych zakątków, w tym przepaście i malowniczy wodospad. Wszystko tu jest na swoim miejscu i zapewnia wciągającą rozrywkę.

Jeżeli chodzi o bohaterów, niestety brak rewelacji. Bob Reinford jest postacią niezbyt wyrazistą. Ma za zadanie przede wszystkim błyszczeć w scenach akcji, a jako osobowość nie ma wiele do zaoferowania. Eve, grana przez Fay Wray, to klasyczna damulka w opałach - głównie krzyczy, ucieka i atrakcyjnie się prezentuje w coraz bardziej podartym stroju. O jej bracie, który przez cały czas ekranowy jest pijany i bełkocze, lepiej nie wspominać. No i w końcu hrabia Zarow grany przez Lesliego Banksa. Ta postać jest bardzo charakterystyczna i wzbudza szacunek swoją dystyngowaną prezencją oraz twardością charakteru. Jego obłąkańcze monologi są rozwlekłe, lecz spójne i, jak na przemowy szaleńca, ciekawe. Ale jest Banks trochę zbyt sztywny i powolny w ruchach. Kroczy przez dżunglę, jakby szedł po dywanie, co wygląda co najmniej dziwnie. Mimo wszystko zaliczę tę kreację do pozytywnych elementów filmu.

Hrabia Zarow to niezły dreszczowiec z ciekawym pomysłem i wartkimi, wciągającymi scenami akcji. Gdyby nadać pierwszej połowie filmu większy dynamizm, byłoby naprawdę dobrze. Bez tego jest tylko przyzwoicie. Jak na aperitif przed King Kongiem to i tak nie najgorzej. Film otrzymuje ode mnie 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 21 listopada 2018

Morderca/M (1931)

Film o dualizmach

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1 h 48 min.

Występują: Peter Lorre, Otto Wernicke, Gustaf Gründgens

Fritz Lang zdążył nas już przyzwyczaić do tego, że jego filmy wyprzedzają swoją epokę. Takie dzieła jak Nibelungi czy Metropolis położyły fundamenty pod całe gatunki filmowe. Nakręcony w roku 1931 Morderca nie jest może aż tak przełomowy. Pierwsze thrillery kręcili już wcześniej Alfred Hitchcock czy Josef von Sternberg. A jednak i tym razem Lang nie zawiódł, tworząc dzieło jedyne w swoim rodzaju. Innowacji wprowadzonych przez ten obraz jest tyle, że trudno ocenić, która z nich jest najistotniejsza.

Film rozgrywa się w ogarniętym paranoicznym strachem Berlinie. W mieście grasuje tajemniczy morderca dzieci. Kolejne ofiary znikają i są znajdywane w strasznym stanie. Policja jest bezradna. Mimo wielkiej liczby funkcjonariuszy oddelegowanych do polowania na zabójcę i drobiazgowo prowadzonego śledztwa, sprawca pozostaje nieuchwytny. Czarę goryczy przepełnia przesłany przez mordercę do gazety kpiący list. Odpowiedzią władz jest wprowadzenie drakońskich kontroli i przeszukań u wszystkich mieszkańców mających na bakier z prawem. W końcu własną obławę na mordercę rozpoczynają zmęczeni ciągłymi szykanami członkowie miejskiego półświatka. Mają zamiar dopaść i rozprawić się z nim po swojemu.

Przegląd ciekawych rozwiązań zastosowanych w Mordercy rozpocznijmy od scenariusza. Film dwukrotnie w trakcie seansu zmienia formułę opowieści. Początkowo jest kryminałem przybliżającym w drobiazgowy sposób prowadzone śledztwo. Lang i scenarzystka Thea Von Harbou nie szczędzą nam jego szczegółów, przybliżając trudności stojące przed policją, paranoiczne nastroje wśród mieszkańców oraz dywagacje na temat natury mordercy. Jedynie detale zbrodni pozostają w sferze ogólników, pozostawiając pole do popisu wyobraźni widza. Drugi akt filmu to klasyczny thriller, w którym podejrzany usiłuje uciec przed obławą przestępców. Z jednej strony możemy podziwiać metodyczną organizację polowania, z drugiej mamy osaczonego niczym zwierzę w pułapce człowieka, dla którego pomimo jego ohydnych czynów trudno nie poczuć pewnego rodzaju współczucia. Wszystko wieńczy rozdział trzeci będący czymś w rodzaju próby osądu osoby i czynów domniemanego sprawcy. Abstrahując od samej treści, tego rodzaju zwroty stylistyczne są bardzo interesującym i rzadko spotykanym rozwiązaniem, zrealizowanym w Mordercy wyjątkowo udanie.

Jeżeli chodzi o treść, twórcy stawiają kilka odważnych pytań. Przede wszystkim o naturę winy i kary, która ma spotkać mordercę - człowieka najpewniej chorego psychicznie. Lang i Von Harbou nie boją się poruszyć aktualnego i dziś dylematu, czy kara ma być przede wszystkim formą zemsty, czy też pełnić funkcję prewencyjną? O resocjalizacji naturalnie nie ma mowy, mamy wszak do czynienia z kimś nieodwracalne zaburzonym. W cieniu tego dylematu kryje się jednak inny. Siły państwowe sportretowane w filmie zawodzą, zmuszając przestępców do wzięcia sprawiedliwości w swoje ręce. Opryszki mają swój honor i wyrażają chęć odcięcia się od moralnego potwora i przywrócenia ładu społecznego. Czyżby był to dowód na indolencję państwa i argument za oddaniem pola prywatnej inicjatywie? W dzisiejszych czasach taka postawa budzi skojarzenia z obywatelskością lub ewentualnie libertarianizmem, jednak w latach trzydziestych, kiedy po ulicach biegały rozmaite paramilitarne bojówki, miała ona dużo mroczniejszy wymiar. Sprawiedliwość ludowa mogła przybierać bardzo radykalne oblicze. Film nie daje gotowej odpowiedzi na te wątpliwości, a nadchodzący rozpad duetu Lang-Von Harbou (on wyemigruje z Niemiec, ona wstąpi na służbę nazizmu) świadczy o tym, że sami twórcy mieli nierozstrzygalne wątpliwości.

Obok nowinek fabularnych, Lang i jego zespół proponują także interesujące rozwiązania realizacyjne. Najważniejszym jest odważne wykorzystanie dźwięku. Narracja w dużym stopniu korzysta z odgłosów otoczenia, w tym z filmowego leitmotivu - melodyjki wygwizdywanej mimowolnie przez mordercę. Równie ważną rolę pełni zapadająca w istotnych momentach cisza, która zwiastuje nadchodzące ważne wydarzenie. Oba te instrumenty będą z powodzeniem naśladowane przez całe pokolenia twórców. Znakomite są również zdjęcia nadzorowane przez niezrównanego Fritza Arno Wagnera. Kamera przybliża historię mordercy przy wykorzystaniu niepozornych rekwizytów, takich jak szybujący na wietrze balonik czy słup ogłoszeniowy, na którym widać cień skradającego się zabójcy. Mistrzostwem filmowego suspensu są natomiast sceny w opuszczonym biurowcu, w którym podejrzany desperacko usiłuje ukryć się przed poszukującą go ekipą opryszków. 

Spośród kreacji aktorskich w Mordercy wyróżniają się dwie role. Pierwszą jest tytułowy zbrodniarz grany przez nieznanego wcześniej Petera Lorre. Jest to postać wyraźnie zwichrowana, świadoma własnej odmienności i dysponująca piekielnym wręcz sprytem. A jednak najbardziej pamiętne ujęcia pokazują złowrogiego mordercę jako człowieka śmiertelnie przerażonego, nadając mu tym samym dwoistą naturę kata i ofiary. Oto kolejny nowatorski element filmu. Odwrócenie ról następuje niemal niezauważalnie i jest całkowicie naturalne, wskazując na niejednoznaczność naszej percepcji. Wszystko to prowadzi do wielowymiarowego finału filmu, w którym ów "antyzłoczyńca" zostaje poddany swoistej lustracji, prezentując się jako niewolnik własnych popędów. Czy jest tak naprawdę, do końca nie wiadomo, w końcu jest to jego punkt widzenia. Peter Lorre zdecydowanie stanął na wysokości zadania. Jego kreacja pozostanie na długo w mej pamięci. Drugą wyróżniającą się postacią jest odtwarzany przez Gustafa Gründgensa "Der Schränker" - charyzmatyczny przywódca organizacji przestępczej i koordynator polowania. Oprócz niezwykle sprawnego zarządzania postać ta demonstruje talenty przywódcze. Rzadkie połączenie cech wodza i menadżera czynią z niego doprawdy imponującą osobistość. Dzięki dobrej grze aktorskiej w pełni wiarygodną.

Morderca jest kolejnym znaczącym elementem filmografii Fritza Langa. Niezwykły talent tego reżysera, wspomagany przez takich współpracowników jak Thea Von Harbou i Fritz Arno Wagner, pozwolił stworzyć film nietuzinkowy, tym razem nie prekursorski lecz niepowtarzalny. Stawiane przez Mordercę pytania otrzymują kilka propozycji odpowiedzi. Można sobie wybrać w zależności od własnych przekonań. A przynajmniej tę sprawę przemyśleć. Pewne jest jedno. Żaden szanujący się kinoman nie powinien przejść obok Mordercy obojętnie. Ja oceniam go na maksymalne w mojej skali 10 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 5 października 2018

Szantaż/Blackmail (1929)

Film o insynuacjach

Reżyser: Alfred Hitchcock
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1 h 24 min.

Występują: Anny Ondra, John Longden, Donald Calthrop, Cyril Ritchard

Większość filmowców miała poważnie problemy z przejściem od filmu niemego do dźwiękowego. Dowodem niech będą moje narzekania na poziom Hollywood w przejściowym roku 1929. Były jednak chlubne wyjątki. Młody angielski reżyser Alfred Hitchcock został rzucony na głęboką wodę. Kiedy przystępował do kręcenia Szantażu, miał to być film niemy. Już w trakcie zdjęć producenci oznajmili mu o zmianie koncepcji. Hitchcock nie okazał strachu. Wręcz przeciwnie, w świecie dźwięku poczuł się jak ryba w wodzie. W efekcie powstał obraz łączący najlepsze cechy filmu niemego z efektywnym, przemyślanym wykorzystaniem dźwięku. Nazwanie Szantażu pierwszym brytyjskim talkie nie jest do końca precyzyjne, ale z pewnością jest to jeden z pierwszych jasnych punktów w nowym etapie historii medium.

Szantaż opowiada historię Alice White, młodej londynki spotykającej się z detektywem Scotland Yardu Frankiem Webberem. Po nieudanej randce z Frankiem Alice przyjmuje towarzystwo pana Crewe, pozornie sympatycznego, choć bliżej jej nieznanego artysty malarza. Spędzają wieczór na mieście, po czym Crewe namawia Alice na wizytę w jego mieszkaniu. Tam podejmuje próbę zaciągnięcia jej do łóżka. Próba gwałtu kończy się dla niego tragicznie. Zszokowanej niespodziewanym rozwojem wypadków Alice udaje się zatrzeć większość śladów swej bytności i niepostrzeżenie opuścić mieszkanie. Następnego ranka okazuje się jednak, że na jej trop wpadł oddelegowany do śledztwa Frank oraz tajemniczy mężczyzna nazwiskiem Tracy.

W film wprowadza nas kilkuminutowa bezdźwięczna sekwencja przybliżająca pracę detektywów Scotland Yardu. Jest to prawdziwe mistrzostwo opowiadania obrazem. Kamera podąża za plecami detektywów, krąży po pomieszczeniach, zwraca uwagę na istotne szczegóły. Jack E. Cox posługuje się tym urządzeniem z niebywałą zręcznością, zawsze wybierając najbardziej interesującą perspektywę widzenia. To jednak tylko wstęp do ciekawej intrygi.

O sile filmu decydują dwie intensywne i rozbudowane sceny. Pierwszą jest kontynuacja randki Alice i Crewe'a w mieszkaniu tego drugiego. Hitchcock demonstruje tu swoje umiejętności budowania napięcia. Z pozoru oglądamy normalną rozmowę dwojga poznających się ludzi. Crewe pokazuje Alice swoje obrazy, opowiada o technikach malarskich, gra na pianinie. Jednak pewne zachowania sympatycznego mężczyzny wskazują na jego nieczyste intencje. W końcu nie każdy na pierwszej randce prosi kobietę, aby założyła specjalnie przygotowaną suknię modelki. Artysta malarz popisuje się też swoim kunsztem, do niezdarnie namalowanej przez Alice na płótnie twarzy dorysowując smukłe kobiece kształty. Z każdą minutą staje się jaśniejsze, że coś temu facetowi chodzi po głowie, chociaż Alice ma pełne prawo być pod jego urokiem.

O ile scena w mieszkaniu Crewe'a pełna jest sugestii wizualnych, rozmowy z szantażystą stanowią okazję do wykorzystania siły dialogów. Tracy porozumiewa się  bohaterami za pomocą półsłówek, metafor i sugestii, usiłując uchodzić za sprytniejszego, niż jest w istocie. Triumfalny uśmieszek nie schodzi mu z twarzy. Cała ta gra zostaje w odpowiednim momencie zwieńczona satysfakcjonującą konkluzją. Hitchcock zadbał o efektowny finał, który został nakręcony w charakterystycznych budynkach Muzeum Brytyjskiego.

Szantaż nie byłby tak wciągającym thrillerem, gdyby nie dobre aktorstwo. Przede wszystkim błyszczy Anny Ondra, wcielająca się kolejno w cieszącą się życiem dziewczynę, zszokowaną niedoszłą ofiarę gwałtu, a następnie nękana strachem i wyrzutami sumienia podejrzaną. W każdym z tych wcieleń jest odpowiednio subtelna i przekonująca. Świetna jest zwłaszcza jej gra wzrokiem. Co ciekawe, głos Alice został podłożony przez inną aktorkę Joan Barry, ponieważ Ondra nie potrafiła się pozbyć swego czeskiego akcentu. Szkoda, bo chyba tylko z tego powodu nie udało się jej zrobić znaczącej kariery. Ondra jest godnie uzupełniana przez dominującego Cyrila Ritcharda w roli Crewe'a i śliskiego Donalda Calthropa jako Tracy'ego. Najsłabszy w tym gronie jest  odtwarzający Franka Webbera John Longden, którego występ jest nieco drewniany.

Szantaż to dowód na to, że już w młodości Hitchcock potrafił robić bardzo dobre filmy. Ciekawie zbudowany scenariusz (bomba w połowie filmu, a później rozwijanie jej konsekwencji), dobrze dobrani aktorzy, świetny montaż i praca kamery, wszystko to czyni z Szantażu jeden z najlepszych obrazów roku 1929 i chyba najlepszy w tym gronie spośród dźwiękówek. Film broni się również dzisiaj i śmiało można się z nim zapoznać. Otrzymuje 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 29 września 2018

Domek w Dartmoor/A Cottage on Dartmoor (1929)

Film o emocjonalnym facecie

Reżyseria: Anthony Asquith
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1 h 23 min.

Występują: Norah Baring, Uno Henning, Hans Adalbert Schlettow

Pod koniec epoki kina niemego w Wielkiej Brytanii zaczęły się dziać ciekawe rzeczy. Pierwsze kroki w karierze stawiali Alfred Hitchcock oraz mniej od niego znany Anthony Asquith. Hitchcock gościł już na łamach Chronofilmoteki jako twórca Lokatora i pojawi się ponownie za kilka dni. Co do słabo znanego mi wcześniej Asquitha, okazał się on niezwykle utalentowanym twórcą-innowatorem. Jego Domek w Dartmoor to kolejny dowód na to, że film niemy stał się w pełni dojrzałym medium produkującym prawdziwe dzieła sztuki.

Film rozpoczyna się od retrospekcji przedstawiającej nocną ucieczkę pewnego mężczyzny z więzienia. Uciekinier przemierza łąki i wrzosowiska Dartmoor, podążając do położonego na odludziu domku. Wewnątrz młoda kobieta kładzie właśnie spać kilkuletniego syna. Kiedy mężczyzna, wyraźnie w złych zamiarach, zakrada się do środka, przerażona kobieta rozpoznaje go i... cofamy się kilka lat wstecz. Mężczyzna - Joe i kobieta - Sally pracują jako fryzjer i manicurzystka w salonie kosmetycznym. Pewnego dnia Joe zaprasza dziewczynę na randkę. Skutkiem zbiegu okoliczności spotkanie odbywa się w mieszkaniu dziewczyny, pod okiem jej ciekawskich współlokatorek. Joe wraca do domu w szampańskim nastroju, natomiast Sally nie jest zainteresowana kontynuacją znajomości. Kolejne dni w pracy wiążą się dla Joego z bolesnym zawodem - dziewczyna ignoruje go. Gdy na domiar złego Sally zaczyna spotykać się z jednym z klientów, zazdrość Joego stopniowo rośnie do rozmiarów obsesji.

Powiedzmy to od razu - Asquith zastosował suspens w czystej postaci. Napięcie zbudowane w pierwszych scenach filmu od razu odpowiednio nastraja widza do pary głównych bohaterów. Kiedy poznajemy ich przeszłość, oczekujemy nieuchronnej eksplozji. Nie zdradzając zbyt wiele, napiszę tylko, że historia Joego i Sally jest napisana ciekawie, z zachowaniem prawdopodobieństwa psychologicznego, a zarówno moment kulminacyjny jak i zakończenie są satysfakcjonujące i pozbawione sztampy. To chyba pierwszy przypadek filmu tak efektywnie wykorzystującego proste narzędzie retrospekcji do zbudowania niepokojącej atmosfery. A to nie koniec zalet Domku w Dartmoor.

Film wyróżnia się znakomitym zastosowaniem światłocienia, który nie tylko buduje nastrój, ale zdradza wiele o charakterach naszych bohaterów. Asquith korzysta z minimalnej liczby plansz tekstowych, skupiając się na opowiadaniu obrazem. Retrospekcje i wstawki pojawiają się w filmie wielokrotnie, ilustrując opowieści lub krótkie wspomnienia bohaterów. Nie brak też ciekawych spojrzeń kamery, na przykład pionierskiego ujęcia, w którym na postać umiejscowioną w środku kadru czai się ukryty w ciemnym kącie napastnik. Brawo. Ale wszystkie te zabiegi byłyby na nic, gdyby nie świetna gra aktorów. Wyróżnia się zwłaszcza Szwed Uno Henning w roli psychotycznego Joego. Aktor umiejętnie łączy głęboką uczuciowość swego bohatera z przyprawiającym o szaleństwo gniewem. Interesująca jest także Norah Barring jako niejednoznaczna, bardzo kobieca Sally. Bohaterka przeżywa podczas filmu wiele rozterek moralnych, a aktorce bardzo ładnie udało się to uchwycić. Ten duet uzupełnia wyraźnie drugoplanowy Hans Adalbert Schlettow jako konkurent Joego o względy Sally. 

Domek w Dartmoor jest filmem nowatorskim, łączącym pełną emocji fabułę z ciekawą kinematografią. Wspomnę także o reżyserskim komentarzu do nadejścia filmów dźwiękowych. Centralną sekwencją filmu jest wizyta bohaterów w kinie. Podczas długiej sceny Asquith uwypuklił istotne w jego opinii różnice w odbiorze przez widownię filmów niemych i dźwiękowych (bohaterowie oglądają najpierw jeden, a później drugi). O ile film niemy wzbudza entuzjazm i żywe emocje, dźwiękówkę wszyscy oglądają w milczeniu. Muszę przyznać, że porównując jakość filmów niemych i dźwiękówek z roku 1929, trudno nie uznać wyższości tych pierwszych. Na szczęście z czasem (i to chyba niedługim) poziom udźwiękowionej odmiany medium wzrośnie. Wracając do meritum, Domek w Dartmoor to jeden z najciekawszych filmów niemych, jakie dane mi było oglądać. Otrzymuje 9 gwiazdek. Polecam. Ciekawe, czy kolejne filmy Anthony'ego Asquitha będą równie dobre?

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 6 lipca 2018

Lokator/Lodger: A Story of the London Fog (1927)

Film o paranoi.

Reżyseria: Alfred Hitchcock
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1h 30 min.

Występują: Ivor Novello, June Tripp, Malcolm Keen, Marie Ault, Arthur Chesney

Pierwszy recenzowany przeze mnie film Alfreda Hitchcocka jest zarazem trzecim przez niego wyreżyserowanym. Hitchcock był jeszcze młodym reżyserem i widać, że dopiero testował rozwiązania, które później staną się jego wizytówką. Lokatorowi przypisuje się, że jest pierwszym dziełem Anglika, w którym widoczne są zalążki jego charakterystycznego stylu opartego na suspensie. Jest też jednym z pierwszych filmów, które można określić mianem thrillera.

Fabuła kręci się wokół tajemniczego mordercy grasującego po ulicach Londynu. Zabójca uderza tylko we wtorkowe noce, morduje blondynki i zostawia na miejscu zbrodni kartki z podpisem "Mściciel". Policja póki co jest bezradna. Tymczasem do kamienicy państwa Buntingów wprowadza się nieco dziwny sublokator nazwiskiem Jonathan Drew. Mężczyzna jest bardzo skryty i powściągliwy. Na dzień dobry prosi gospodynię o zabranie z jego pokoju ozdobnych kobiecych portretów. Wkrótce z Jonathanem zaprzyjaźnia się Daisy, córka państwa Blunting pracująca jako modelka. Zazdrosny o konkurenta do względów dziewczyny policjant Joe Chandler zaczyna podejrzewać, że tajemniczy lokator może mieć związek z morderstwami.

Lokator cechuj się nowatorskimi rozwiązaniami narracyjnymi. Reżyser bardziej niż opowiadaną historią zainteresowany jest zabawą z widzem. Tworzona przez niego intryga od samego początku jest dwuznaczna. Podejrzenia rzucane na Jonathana pochodzą nie tylko od bohaterów filmu, ale dzięki staraniom reżysera narastają również u widza. Trudno nie zastanawiać się nad motywami człowieka, który w samotności spaceruje nerwowo po pokoju i przechowuje w zamkniętej szafie tajemniczą skórzaną torbę. Uczucie nieadekwatności wzmacnia styl gry Ivora Novello, który jako Jonathan jest jakby nieobecny i wyalienowany od otoczenia. Mimo że podglądamy jego prywatne życie, nie jest nam dane poznać, co siedzi w głowie tego człowieka aż do wyjaśniającego zagadkę finału filmu. Jest to oryginalne i wciągające rozwiązanie reżyserskie, jednak Hitchcockowi na tym etapie kariery brakuje nieco subtelności. Od początku jest jasne, że narracja ma na celu przede wszystkim trzymanie widza w niepewności. Cierpią na tym trochę postacie, będące niczym więcej jak pionkami na reżyserskiej szachownicy. Nie do końca mi takie rozwiązanie odpowiada. Na szczęście Hitchcock będzie miał jeszcze wiele lat, żeby się rozwinąć.

O ile rozwiązania fabularne pozostawiają nieco do życzenia, Lokator cechuje się bardzo sprawną kinematografią. Hitchcock chętnie gra oświetleniem, szczególnie że większość scen rozgrywa się w nocy. W użyciu są cienie, rozmaite sposoby rozmycia światła oraz charakterystyczne zbliżenia na wykrzywione grozą twarze ofiar mordercy. Widać tu inspirację kinem niemieckim, z którym Hitchcock miał się okazję zapoznać podczas niedawno zakończonego pobytu w Berlinie. W filmie występują też interesujące efekty specjalne związane z wykorzystaniem neonów oraz oryginalne metody wkomponowania w film tekstu (maszynopis).

Lokator to ciekawy protothriller z wciągająca fabułą. Chociaż głębia postaci pozostawia sporo do życzenia, w dużej mierze rekompensuje to ciekawa kinematografia i innowacyjność fabuły. W dzisiejszych czasach tego typu zagadki kryminalne nieco się już przejadły, trzeba jednak pamiętać, że w swoich czasach Hitchcock był niemal zupełnym pionierem. W związku z pewną chropowatością realizacji Lokator otrzymuje 7 gwiazdek. Czekam z zainteresowaniem na następne filmy pana Alfreda.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 10 maja 2018

Ręce Orlaka/Orlacs Hände (1924)

Film o dłoniach mordercy.

Reżyser: Robert Wiene
Kraj: Austria
Czas trwania: 1h 52 min.

Występują: Conrad Veidt, Aleksandra Sorina, Fritz Kortner, Carmen Cartellieri

Robert Wiene ma opinię "reżysera jednego hitu". Po Gabinecie Doktora Caligari nie zasłynął już żadnym dziełem o porównywalnym znaczeniu. Ręce Orlaka z pewnością nie są filmem tak ważnym jak Caligari, jednak również w nich można odnaleźć ciekawe pomysły i inspiracje.

Tytułowy Orlak (na imię mu Paul) jest wybitnym pianistą, który wskutek katastrofy kolejowej traci dłonie. Na prośbę zrozpaczonej żony chirurg przeszczepia mężczyźnie dłonie ściętego na gilotynie złodzieja i zabójcy Vasseura. Paul powoli wraca do zdrowia, jednak w snach prześladuje go wizja przestępcy. Mężczyzna nie chce dotykać "nowymi" dłońmi żony, nie potrafi przełamać się do gry na pianinie, a w końcu z przerażeniem odkrywa, że zmienił się jego charakter pisma. Kiedy znajduje w domu nóż, który wcześniej należał do Vasseura, zaczynają się w nim budzić niebezpieczne instynkty. Pytanie brzmi, czy Orlak samoistnie traci zmysły, czy też coś lub ktoś mu w tym pomaga.

Główną zaletą Rąk Orlaka jest wypełniający film klimat tajemnicy. Prawie do końca widz nie ma pewności, czy przyczyną szaleństwa Orlaka są urojenia, wpływ przeszczepionych rąk, czy też coś jeszcze innego. Scenariusz umiejętnie dawkuje kolejne wskazówki i fałszywe tropy. Widać, że Wiene postanowił skorzystać z rozwiązań, które tak dobrze zadziałały w Caligarim. Niestety końcowe rozwiązanie zagadki nie do końca satysfakcjonuje, a przede wszystkim nie jest atrakcyjnie przedstawione. Po prostu jedna z postaci wyjaśnia wszystko za pośrednictwem kilku obszernych plansz tekstowych. Zdecydowanie można było przedstawić to w jakiejś ciekawszej formie, choćby w retrospekcji. Dla współczesnego widza niedogodnością może być też wyjątkowo niespieszne tempo filmu. Wędrówka Paula ku obłędowi jest bardzo powolna, ujęcia długie i dokładne. Buduje to mocno ponurą atmosferę, ale momentami nuży.

Aktorstwo w Rękach Orlaka jest przeszarżowane, ma to jednak swoje uzasadnienie w sytuacji bohaterów. Conrad Veidt jako Paul najczęściej przyjmuje pozę cierpiętnika, w kluczowych momentach przemieniając się w wymachującego nożem maniaka. Jak można się było spodziewać, ważnym elementem jego roli są dłonie. Żyją one własnym życiem, traktowane przez właściciela jak ciało obce, podświadomie szukając swobody. To ważny element filmu i Veidtowi udało się ukazać go w niemal mistyczny sposób. Dopomogła mu w tym praca kamery, która aktywnie poszukuje dłoni głównego bohatera i podąża za nimi częściej niż za jego twarzą. Dobrą rolę zaliczyła w Rękach Aleksandra Sorina jako emocjonalna żona Paula, w pierwszej części filmu drżąca o zdrowie męża i niecierpliwie wyczekująca jego powrotu do domu, później natomiast desperacko poszukująca jego bliskości.

Jak zwykle w kinie niemieckim na wyróżnienie zasługują zdjęcia. Prawie cały film nakręcony został w nocy, przy sztucznym oświetleniu. Światła kierowane są na istotne elementy planu zdjęciowego, niektóre postacie często pozostają w cieniu, a kamera stopniowo ujawnia istotne elementy scenografii. Bardzo to sprawna i inteligentna narracja. Na duże wyróżnienie zasługuje szczególnie otwierająca film scena katastrofy kolejowej. Latarki i reflektory niespiesznie penetrują rumowisko, ukazując ludzi krążących, przeszukujących wraki wagonów, wynoszących rannych i poszukujących bliskich. Na ich twarzach malują się skrajne emocje. To bardzo sugestywna scena nadająca ton dalszej części opowieści.

Ręce Orlaka nie są filmem wybitnym. Choć zawierają ciekawe elementy, finał nie satysfakcjonuje. Robert Wiene za bardzo liczył na wrażenie wywołane zwrotami akcji, które nie są tak odkrywcze jak w Doktorze Caligarim. Mimo tego film ogląda się dobrze dzięki wysokiemu poziomowi gry aktorskiej, ciekawym zdjęciom i wciągającej tajemnicy. Wystawiam 7 gwiazdek. Ręce są obrazem wartościowym, ale skierowanym raczej do fanów kina niemieckiego.

źródło grafiki - www.imdb.com