Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1923. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1923. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 czerwca 2018

Chronometry - nagrody blogowe (lata 1923-1924)

Lata 1923-1924 to czas, kiedy kino nieme osiągnęło już swoją dojrzałość. Uznani ludzie filmu tworzyli kolejne dzieła, pojawiały się jednak i nowe trendy. Centrum filmowego świata, przynajmniej w kategoriach jakościowych, w dalszym ciągu były Niemcy. Pojawiło się też kilka pomysłowych filmów francuskich. Hollywood wypuściło ciekawe dzieła takich twórców jak Chaplin, von Stroheim czy Ford. Rozkwitły gwiazdy późniejszych ikon kina - Lona Chaneya i Adolphe'a Manjou. Victor Sjöström wyemigrował z Szwecji do USA, gdzie zaliczył falstart niezbyt udanym Tym, którego biją po twarzy. Nowo założona wytwórnia Metro-Goldwyn-Mayer rozpoczęła działalność od wypuszczenia kilku dużych produkcji, z których część cechowała się dość wysokim poziomem. Średnia ocen z omawianego okresu wyniosła 7,1 - nieco mniej niż w poprzedniej edycji Chronometrów. Przejdźmy do nagród.

Najlepsza kinematografia
(kategoria obejmuje zdjęcia, montaż i efekty specjalne)
Nominowani: 
Cienie - za pomysłową zabawę światłem, cieniami i lustrami w celu otrzymania nieoczywistych rezultatów.
The Great White Silence - za piękne zdjęcia wykonane w ekstremalnych warunkach i pomysłowe przedstawienie miejsc, do których autor filmu nie dotarł.
Koło udręki - za montaże z udziałem pociągów jako metaforę wydarzeń z życia bohaterów.
Młody Sherlock Holmes - za pionierskie efekty specjalne i emocjonujące ujęcia numerów kaskaderskich Bustera Keatona.
Portier z hotelu Atlantic - za ożywienie kamery filmowej, oryginalne pomysły na zdjęcia i liczne udane eksperymenty narracyjne.
Wierne serce - za niesamowity montaż sceny na karuzeli i pionierskie wykorzystanie nowych rodzajów ujęć.


Bardzo różnorodna kategoria. Każdy z nominatów wniósł do kinematografii coś nowego i ciekawego. Bardzo interesującą pozycją jest Wierne serce, proponujące zupełnie nową technikę narracyjną. Już niebawem zostanie ona rozwinięta w Związku Radzieckim przez Sergieja Eisensteina. O pierwsze miejsce walczyły dwa filmy niemieckie, jedne ze szczytowych produkcji ekspresjonistycznych. Srebrny Chronometr otrzymuje Portier z hotelu Atlantic, który chyba na dobre wprawił w ruch kamerę. Takie osiągnięcie godne jest nagrody.

Najlepsza scenografia
(kategoria obejmuje również kostiumy)

Nominowani:
Dzwonnik z Notre Dame - za gotycką atmosferę Paryża sprzed pięciu wieków. 
Nibelungi - za genialną kompozycję wizualną niemal każdej sceny w filmie.
Rozkosze gościnności - za interesujące ukazanie początków kolejnictwa.
Salome - za niezwykle oryginalne kostiumy i dekoracje w konwencji teatralnej. 
Złodziej z Bagdadu - za bajkowy Bagdad prosto z Opowieści Tysiąca i Jednej Nocy. 
Żelazny koń - za mrówczą pracę przy odtwarzaniu przeróżnych aspektów budowy Pierwszej Kolei Transkontynentalnej.


Z wielu ciekawych scenografii najbardziej wyróżniły się te o największym rozmachu. Dzwonnik z Notre Dame i Złodziej z Bagdadu zaprezentowały niezwykle rozbudowane konstrukcje zbudowane w studiach filmowych. Żelazny koń imponuje realistycznymi plenerami. Jednak w kategorii scenografii Srebrny Chronometr otrzymuje film Nibelungi, bezkonkurencyjny jeżeli chodzi o precyzyjną i dbającą o geometryczne proporcje kompozycję planu.

Najlepszy scenariusz


Nominowani:
Carl Mayer - Portier z hotelu Atlantic - za wnikliwe spojrzenie na znaczenie, jakie ma dla człowieka  jego status społeczny.
Herbert Ponting - The Great White Silence - za świetnie napisane plansze tekstowe, pomysłowe, wciągające i niepozbawione humoru. 
Sam Taylor, Tim Whelan i Ted Wilde - Ach te dziewczęta - za ciekawą historię płynnie łączącą elementy komediowe, romantyczne i akcji.
Thea von Harbou - Nibelungi - za adaptację eposu rycerskiego zabierającą nas najpierw w świat bohaterskich czynów, później zaś w objęcia ponurej zemsty.
Erich von Stroheim - Chciwość -
za wolną od sentymentalizmu historię autodestrukcji trójki ludzi.

Kino nieme stawia raczej na proste historie. Rozbudowane fabuły to pewna rzadkość. Dlatego należy wyróżnić długi i spójny psychologicznie scenariusz do Chciwości. Oryginalnością wyróżnia się napisana przez Carla Mayera fabuła Portiera z hotelu Atlantic, filmu, który mógł powstać tylko w Niemczech. Srebrny Chronometr otrzymuje jednak inna Niemka Thea von Harbou za film Nibelungi. Dwuczęściowe dzieło jest oryginalne, wciągające, a każda z części cechuje się inną atmosferą i wątkiem przewodnim.

Najlepsza aktorka

Nominowane:
Gerda Lundequist - Gdy zmysły grają - za oryginalną kreację postaci pełnej życia i dominującej w każdej scenie, w której bierze udział.
Gina Manes - Wierne serce - za powściągliwą rolę kobiety ciężko doświadczonej przez życie.
ZaSu Pitts - Chciwość - za zapadającą w pamięć kreację kobiety z wolna popadającej w obłęd.
Edna Purviance - Paryżanka - za rolę odważną i pozbawioną pruderii w czasach, kiedy rzeczywiście wymagało to odwagi.
Ruth Weyher - Cienie -
za wdzięczne uwodzenie swoich gości podczas niezwykłego przyjęcia.  

Tym razem było w kim wybierać. Edna Purviance imponuje rolą łamiącą konwenanse obyczajowe. ZaSu Pitts jest genialna jako wariatka śpiąca na pieniądzach. Srebrny Chronometr otrzymuje jednak jeszcze lepsza Gerda Lundequist za film Gdy zmysły grają. Szwedka okazała w swojej roli niezwykłą dojrzałość, będąc najjaśniejszym punktem raczej przeciętnego filmu.

Najlepszy aktor

Nominowani:
Lon Chaney - Dzwonnik z Notre Dame - za targanego wieloma emocjami, niezwykle ludzkiego Quasimodo.
Gibson Gowland - Chciwość - za niesamowicie wszechstronny warsztat wykorzystany do stworzenia bohatera o wielu obliczach.
Emil Jannings - Portier z hotelu Atlantic - za niepowtarzalną rolę człowieka bez właściwości.
Harold Lloyd - Ach te dziewczęta -
za zabawnego everymana, któremu łatwo kibicować w jego perypetiach.
Adolphe Manoju - Paryżanka - za zapadającą w pamięć rolę cynika i sybaryty.
Conrad Veidt - Gabinet figur woskowych - za straszliwego cara szaleńca o wężowych ruchach.

Każdy z nominatów stworzył postać niezwykłą i godną zapamiętania. Rola Conrada Veidta była zbyt mała, żeby zaskarbić mu tytuł najlepszego aktora. Bardzo bliski zwycięstwa był Emil Jannings - rzadki przypadek aktora charakterystycznego znakomicie radzącego sobie jako postać pierwszoplanowa. Srebrny Chronometr otrzymuje jednak inny aktor charakterystyczny - Gibson Gowland za Chciwość. W pierwszej połowie filmu pokorny półgłówek, w drugiej ziejący nienawiścią do świata alkoholik. Dużo emocji włożył w rolę McTeague'a. Niechaj mu to będzie zapamiętane.

Najlepszy reżyser

Nominowani:
Charlie Chaplin - Paryżanka - za wyjście poza standardowe ramy komedii i sprawne przedstawienie problematycznego tematu.
Jean Epstein - Wierne serce -
za efektywne przeniesienie swoich impresjonistycznych koncepcji na ekran kinowy. 
John Ford - Żelazny koń - za umiejętne tchnięcie w film amerykańskiego pionierskiego ducha.
Fritz Lang - Nibelungi - za perfekcyjne mise-en-scène i film dopracowany w najdrobniejszym szczególe.
F.W. Murnau - Portier z hotelu Atlantic - za zupełnie nową jakość w opowiadaniu o życiu wewnętrznym przeciętnego człowieka.
Arthur Robison - Cienie - za stworzenie wzorca filmowego suspensu.  

Brak niespodzianek. Ewentualnie można za taką uznać obecność wśród nominatów młodego Johna Forda. Zapewne jeszcze nie raz zagości w tych podsumowaniach. Ścisłą czołówkę kategorii stanowi trójka reżyserów kina niemieckiego. Na trzecim stopniu podium Arthur Robison z Cieniami. O pierwsze miejsce tak samo jak w poprzedniej edycji Chronometrów walczyli Fritz Lang i F.W. Murnau. Trudna decyzja, gdyż obaj zaprezentowali filmy najwyższych lotów. Srebrny Chronometr otrzymuje Friedrich Wilhelm Murnau za Portiera z hotelu Atlantic. O zwycięstwie zaważył fakt, że Portier jest dziełem lepiej zapamiętanym i częściej wskazywanym dziś jako źródło inspiracji.

Najlepszy film

Nominowani:
Chciwość - za przerażającą opowieść o ludziach będących niewolnikami własnych żądz.
Cienie - za wciągające widowisko obywające się całkowicie bez tekstu.
The Great White Silence - za możliwość towarzyszenia Robertowi Scottowi w jego pamiętnej ekspedycji.
Nibelungi - za bycie pierwszym epickim filmem fantastycznym w historii. I za to, że do dziś się nie zestarzał. 
Portier z hotelu Atlantic - za pobudzające wyobraźnię, prowokujące dzieło o człowieku i jego mundurze. 
Wierne serce - za bycie rzadkim przykładem udanego eksperymentu filmowego teoretyka. Również za prostą lecz poruszającą historię.

Wybór najlepszego filmu był łatwiejszy od wyboru reżysera. Cienie są świetnym filmem psychologicznym, ale nieco brak im głębi. The Great White Silence ma kilka przestojów w swojej części przyrodniczej. Portier z hotelu Atlantic i Wierne serce są znakomite, ale mimo wszystko bardziej wyróżnia je warstwa techniczna niż to, co mają do przekazania. Chciwość była blisko, jednak trzeba mieć świadomość, że jest to film pocięty i nie przedstawia pełnej wizji jego twórcy. Złoty Chronometr bez żadnych wątpliwości otrzymuje film Nibelungi - piękny artystycznie, doskonały technicznie, epicki, wciągający. Fritz Lang ponownie górą.

poniedziałek, 7 maja 2018

Dusze na sprzedaż/Souls for Sale (1923)

Film o kulisach Hollywood.

Reżyser: Rupert Hughes
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 30 min.

Występują: Eleanor Boardman, Lew Cody, Richard Dix, Frank Mayo

Filmy o przemyśle filmowym mają długą tradycję. Nie wiem, czy Dusze na sprzedaż są pierwszym w historii, ale niewątpliwie przypada im zaszczytna pozycja pierwszego obrazu tego typu w Chronofilmotece. Okazja do zajrzenia za kulisy Hollywood to niezła gratka dla każdego fana kinematografii. Pytanie tylko, jak wiele twórcy odważyli się pokazać.

Naszą przewodniczką po świecie filmu jest Mem, młoda mężatka, która podczas podróży poślubnej pod wpływem impulsu porzuca męża, wyskakując z pociągu. Przypadek sprawia, że ma to miejsce pośrodku kalifornijskiej pustyni. Przed śmiercią z pragnienia ratuje ją szejk na wielbłądzie. To Tom Holby, gwiazda filmu, będąca akurat w trakcie zdjęć plenerowych. Nie mając lepszego pomysłu na życie, dziewczyna dołącza do ekipy filmowej, początkowo imając się drobnych, pomocniczych zajęć. Mem zamieszkuje w Los Angeles i stopniowo, poprzez ciężką pracę i wykorzystywanie nadarzających się okazji, zaczyna wspinać się po szczeblach kariery. Pomagają jej w tym zabiegający o jej względy Holby oraz reżyser Frank Claymore. Film ma również wątek poboczny traktujący o losach męża dziewczyny, który okazuje się oszustem matrymonialnym i mordercą kobiet [sic!]. Mężczyzna próbuje odszukać Mem, po drodze wyczyniając przeróżne łajdactwa.

Tym, co jest w Duszach na sprzedaż ciekawe, są obrazki dotyczące pracy przy filmie. Mamy okazję przyjrzeć się wykorzystywanym ówcześnie kamerom, urządzeniom do oświetlenia i innego rodzaju wyposażeniu planu. Absolutnym hitem jest maszyna do wytwarzania sztucznego wiatru. Jest to śmiertelnie niebezpieczny samochód zaopatrzony z przodu w gigantyczne śmigło. Jeśli komuś kojarzy się z wynalazkami kojota polującego na Strusia Pędziwiatra, to dokładnie tak to urządzenie wygląda. W Duszach na sprzedaż możemy także zobaczyć, na czym polega praca reżysera i to na kilku przykładach - obok fikcyjnego Franka Claymore gościnnie pojawiają się Charlie Chaplin i Erich von Stroheim nadzorujący swoich aktorów i załogę. Krótkie migawki zaliczają w filmie liczni hollywoodzcy aktorzy (pod własnymi nazwiskami), a postać Toma Holby'ego to dość oczywisty klon Rudolpha Valentino. Bardzo dużo w filmie takich smaczków, a jestem pewien, że w powodu mojej cokolwiek fragmentarycznej wiedzy o przemyśle filmowym nie wyłapałem wszystkiego. Tak na marginesie, film zwraca uwagę na kiepski poziom BHP w studiach filmowych. Obserwujemy kilka wypadków na planie. Wszystkie spowodowane są niewłaściwym zabezpieczeniem rekwizytów lub nierozwagą personelu.

Oprócz obrazów z pracy na planie filmowym Rupert Hughes zawarł w swoim dziele pewnego rodzaju manifest będący najwyraźniej odpowiedzią na panujący już w latach dwudziestych pogląd o Hollywood jako siedlisku moralnej zgnilizny. Krytyka przemysłu filmowego została włożona w usta rodziców Mem, prostych ludzi z prowincji, którzy mają problemy z odróżnieniem filmu od rzeczywistości. Drugim antagonistą kinematografii, dość kuriozalnym, jest mąż Mem, który zarzuca jej tytułową sprzedaż duszy, upadek moralny i inne bezeceństwa. Tego typu krytyce przeciwstawiona jest rzeczywistość planu filmowego - ciężka praca wymagająca wysiłku fizycznego i wyrzeczeń, męczące dla aktorów aspekty popularności, konieczność odgrywania nawet poza planem filmowym roli wyidealizowanej gwiazdy. Mam do tego dyskursu dwa zastrzeżenia - po pierwsze, zbyt porządni i szlachetni są ci aktorzy i reżyserzy. Wszyscy ciężko pracują, nawzajem się wspierają, nawet imprezy jakieś takie ugrzecznione. Istna sielanka na obozie ministrantów. Wierzycie w to? Bo ja nie. O ile powściągliwość w ukazywaniu słabości branży jeszcze można zrozumieć, zupełnie żenujące jest włożenie argumentów krytycznych w usta "prostaczków z prowincji" oraz oszusta i mordercy. Niestety reżyserowi nie udało się w sposób uczciwy zmierzyć z postawionym przez siebie problemem.

Drugim minusem filmu jest scenariusz. Historia Mem jest obficie polukrowana i nie wzbudziła mojego zainteresowania. Co prawda widać zamiar nadania bohaterce silnej osobowości, ale... Chyba problem w tym, że wszystko jakoś za łatwo jej przychodzi. Napotyka co prawda na rozmaite trudności, ale nie ponosi żadnej porażki, która dałaby jej okazję okazać siłę charakteru. Sytuacji nie poprawia fakt, że Eleanor Boardman gra ją co najwyżej poprawnie. Mem jest po prostu postacią zbyt płaską, żeby być interesująca. Natomiast wątek z jej mężem i jego zbrodniczymi eskapadami nie dość, że jest doklejony na siłę, to w dodatku kończy się wspomnianym wyżej skrajnie idiotycznym manifestem moralnym. Słaby po prostu jest ten scenariusz i tyle.

Na koniec jeszcze o finałowej scenie filmu, która przedstawia wyjątkowo piękną katastrofę. Podczas kręcenia scen do filmu o cyrkowcach zrywa się potężna burza. Błyskawice uszkadzają zasilanie i podpalają namiot cyrkowy. Obserwujemy paniczną ewakuację dziesiątek aktorów, statystów i zwierząt, do tego straszliwy wicher i szalejący pożar, a w środku tego wszystkiego reżyser Claymore z zimną krwią nadzorujący kamerzystów, aby uchwycili jak najwięcej z panującego chaosu do późniejszego wykorzystania w filmie. Muszę przyznać, że ten obrazek był imponujący zarówno od strony realizacyjnej, jak i poprzez ukazanie bezlitosnego oblicza filmowego biznesu.

Końcowa ocena Dusz na sprzedaż jest trudna. Z jednej strony film ten jest okienkiem pozwalającym spojrzeć na stare Hollywood. Choć bez wątpienia nie pokazuje wszystkiego, i tak jest z tej perspektywy niezmiernie interesujący. Z drugiej strony fabuła filmu jest mierna, a jego próba dyskusji ze stereotypami nieszczera i nieudana. Mimo wszystko wystawiam 6 gwiazdek. Polecam jedynie osobom zainteresowanym tematyką.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 6 maja 2018

Cienie/Schatten – Eine nächtliche Halluzination (1923)

Film o pozorach.

Reżyseria: Arthur Robison
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1h 24 min.

Występują: Alexander Granach, Fritz Kortner, Ruth Weyher, Gustav von Wangenhei, Fritz Rasp

Cienie, kolejny wytwór niemieckiego ekspresjonizmu, to film, który wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Występują w nim elementy fantastyczne ocierające się o horror, można go również postrzegać jako prekursora thrillera erotycznego.

Akcja Cieni rozgrywa się podczas nocnego przyjęcia. Gospodarze, baron i jego żona, zapraszają na popijawę czterech przyjaciół domu. Atmosfera jest napięta, ponieważ baronowa przez cały wieczór ignoruje męża, zupełnie otwarcie zaś flirtuje z gośćmi i zachowuje się wobec nich bardzo prowokacyjnie. Wszyscy z wyjątkiem barona wiedzą, że jeden z biesiadników jest kochankiem jego żony. Na przyjęcie wprasza się mężczyzna z obwoźnym teatrem cieni, który proponuje zabawić gości swoim przedstawieniem. Z pozoru niewinna rozrywka prowadzi do ujawnienia tajemnic i popycha barona na ścieżkę ponurej zemsty.

Cienie są filmem wymagającym od widza uwagi i spostrzegawczości. Twórcy podjęli odważną decyzję o całkowitej rezygnacji z plansz tekstowych. Tekst występuje jedynie podczas początkowego przedstawienia postaci; później widz ma pełną swobodę interpretacji zachowań bohaterów, nie otrzymując niczego na talerzu. Takie podejście było dużym wyzwaniem dla aktorów. Wszyscy wywiązali się z niego co najmniej poprawnie. Na największe wyróżnienie zasługują w moim odczuciu Ruth Weyher jako zmysłowa baronowa oraz Fritz Rasp jako bezczelny, cyniczny lokaj gospodarzy.

Dużym atutem filmu jest umiejętnie budowana atmosfera napięcia, które eksploduje w końcowej części filmu. Coraz bardziej pijana baronowa nieustannie poprawia zsuwające się ramiączko sukni, tańczy dla gości i z nimi, mając wyraźnie ochotę posunąć się dalej. Cieniomistrz, człowiek spostrzegawczy, za pomocą kilku sztuczek zwraca uwagę męża na to, co się dzieje. Konsekwencje są opłakane dla wszystkich aktorów tego dramatu. Rozgrywana przy hipnotycznym, fioletowym oświetleniu sekwencja metodycznej zemsty przykuwa wręcz do fotela. Widz zmuszony jest zadać sobie pytanie, czy to się dzieje naprawdę?

Jak zwykle w kinie Republiki Weimarskiej na uwagę zasługują zdjęcia. Zgodnie z tytułem filmu cienie bohaterów i przedmiotów są chętnie wykorzystywanym instrumentem narracji. Do oświetlenia planu filmowego wykorzystano światło rekwizytów, wśród których pełno jest świec, lichtarzy i kandelabrów. Wiele wydarzeń obserwujemy z perspektywy ich odbić na ścianach. Jesteśmy również raczeni umiejętną grą pozorów, kiedy cienie ukazują coś zupełnie innego, niż dzieje się naprawdę. Do ciekawszych pomysłów kinematograficznych zaliczyć też trzeba wykorzystanie lustra w celu zajrzenia do sypialni baronostwa oraz projekcję "filmu w filmie" autorstwa Cieniomistrza.

Cienie to bardzo oryginalne dzieło, pomysłowo wykorzystujące proste techniki operowania światłem i cieniem do zbudowania atmosfery napięcia i grozy. Również sama psychologiczna intryga pomiędzy bohaterami przedstawiona jest interesująco i podejrzewam, że początkujący reżyser nazwiskiem Hitchcock obejrzał ją z uwagą. Wszystko to podane zostało z zachowaniem dobrego smaku. W rezultacie otrzymaliśmy znakomity, artystyczny film. Wystawiam 9 gwiazdek i polecam.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 4 maja 2018

Dzwonnik z Notre Dame/The Hunchback of Notre Dame (1923)

Film o rewolucji ludowej w renesansowym Paryżu. I o dzwonniku też.

Reżyseria: Wallace Worsley
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 49 min.

Występują: Lon Chaney, Patsy Ruth Miller, Norman Kerry, Nigel de Brulier, Brandon Hurst, Ernst Torrence

Historia Dzwonnika z Notre Dame była przenoszona na duży ekran wielokrotnie. Pierwszą z bardziej pamiętnych ekranizacji powieści Victora Hugo jest amerykański film z 1923 roku. Nie jest to wierna adaptacja, scenarzysta pozwolił sobie na dość duże odstępstwa od fabuły książki. Prawdopodobnie uznał pewne rozwiązania za bardziej adekwatne dla świata filmu, zwłaszcza amerykańskiego. Rezultat jest całkiem niezły.

Punktem skupiającym wszystkie wątki Dzwonnika jest Katedra Marii Panny w Paryżu, monumentalna gotycka budowla pełna korytarzy, stylowych posągów i gargulców. Jest też wyposażona w potężne dzwony, którymi opiekuje się zdeformowany garbus Quasimodo. Katedra, jak na budynek wzniesiony na planie filmowym, została przygotowana doprawdy imponująco. Wrażenie robi zarówno monumentalny profil budowli, jak i dopracowane szczegóły. To we wnętrzu Katedry lub w jej okolicy dzieją się wszelkie istotne wydarzenia filmu, często oglądane z jej murów. Jeżeli chodzi o scenografię, na uwagę zasługują również takie (dość ponure) lokacje jak pręgierz i miejska sala tortur. Twórcy zdecydowanie mieli oko do zapadających w pamięć miejsc.

Obsada Dzwonnika jest dość rozbudowana. Najważniejszą postacią jest Cyganka Esmeralda, młoda, zmysłowa tancerka, w której zakochuje się kapitan straży miejskiej Febus, a posiąść ją pragnie Jehan, były ksiądz i brat archidiakona Katedry. Ważną postacią jest tez Clopin, przybrany ojciec Esmeraldy i przywódca paryskiej biedoty. No i sam Quasimodo, zdeformowany garbus, brawurowo zagrany przez Lona Chaneya, któremu udało się połączyć w tej postaci dzikość, zgorzknienie i ukrytą szlachetność. Pomimo tytułu filmu garbus wcale nie występuje na ekranie szczególnie często, jednak każde jego pojawienie się jest godne zapamiętania. Szczególnie dobre są początkowe sceny, kiedy skacze po okalających dach Katedry gargulcach, pokpiwając i wymyślając świętującym u jej bram mieszczanom. No i końcowe minuty filmu, kiedy samodzielnie broni kościoła przed napastnikami, zrzucając na nich kamienne bloki i stosując mniej lub bardziej sprytne sztuczki.

O głównym wątku miłosnym filmu nie będę się rozpisywał, gdyż jest on dość powszechnie znany i nie niesie ze sobą niczego zaskakującego. Ot, zgorzkniały Quasimodo bierze udział w nieudanym porwaniu Cyganki, zostaje schwytany i postawiony pod pręgierzem, niedoszła ofiara okazuje mu współczucie, dzwonnik czuje do niej miętę, ale wie, że nie ma żadnych szans. Tymczasem złowrogi Jehan dybie na cnotę Esmeraldy, a Febus próbuje zdobyć jej serce po rycersku. Wszystko to poprawnie przedstawione, chociaż Esmeralda jako postać nie powala na kolana. Najbardziej zaciekawił mnie w Dzwonniku wątek poboczny dotyczący Clopina i skupionego wokół niego paryskiego podziemia. Jego "poddanymi" są Cyganie, biedacy, żebracy i uliczni opryszkowie. Ten brudny, ukryty świat przeciwstawiony jest "widzialnemu" światowi arystokratów i bogaczy na czele z królem Ludwikiem XI. Jedni i drudzy mają swoje prawa, zwyczaje i święta, jedni i drudzy są przeciwni mieszaniu się tych światów ze sobą. Wynikają z tego kłopoty dla łamiących niepisaną zasadę Febusa i Esmeraldy. Konfrontacja biedoty z arystokracją wyraźnie inspirowana jest ideą marksistowskiej walki klas. Niektóre sceny wydają się wręcz ukazywać przebudzenie świadomości klasowej wśród uciemiężonych biedaków, a zakończenie filmu to prawdziwy zryw rewolucyjny Paryżan. Rewolucja trzysta lat przed tym, zanim nastąpiła naprawdę. Ciekaw jestem inspiracji, która skłoniła twórców do wprowadzenia do filmu tych wątków. Czyżby Hollywood komunizowało już w latach dwudziestych?

Na wyróżnienie zasługują w Dzwonniku świetnie zrealizowane sceny grupowe. Jest ich wiele, od otwierającego film festynu poczynając, poprzez bal biedoty, próbę linczu arystokraty, aż po oblężenie Katedry. Wiele z nich kręconych było w ujęciu panoramicznym, dając wrażenie widoku ze szczytu świątyni. Reżyser obficie korzysta ze statystów, umiejętnie kierując ich ruchem i gestykulacją, dzięki czemu łatwo wczuć się w nastroje tłumu. Wszyscy (setki osób) wyposażeni zostali w kostiumy z epoki, co pochłonęło dużą część budżetu filmu. Moim zdaniem warto było. Można powiedzieć, że paryski lud jest zbiorowym bohaterem filmu, co zresztą wpisuje się w jego "klasową" symbolikę. 

Pochwalić muszę jeszcze świetną muzykę nagraną przez orkiestrę symfoniczną (nie udało mi się ustalić, jaką konkretnie). Muzyka została dobrze dobrana do klimatu poszczególnych scen, wyróżniają się zwłaszcza partie organowe towarzyszące gotyckim korytarzom Katedry oraz smyczki włączające się w momentach romantycznych.

Dzwonnik z Notre Dame to ciekawa i dość udana hollywoodzka produkcja. Film ma kilka minusów wynikających ze skierowania go do masowego odbiorcy. Mam na myśli przesadny momentami melodramatyzm oraz mocno stereotypowe role walczących o względy Esmeraldy Febusa i Jehana. Jest to jednak kawał solidnie zrealizowanego kina ze znakomita scenografią i reżyserią oraz zapadającą w pamięć postacią Quasimodo. Warto. Dzwonnikowi przyznaję 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 3 maja 2018

Salomé (1923)

Film o głęboko teatralnej inspiracji.

Reżyseria: Charles Bryant
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 13 min.

Występują: Ałła Nazimowa, Mitchell Lewis, Rose Dione, Earl Schenck, Nigel De Brulier 

Salomé była jednoaktowym dramatem Oscara Wilde'a opartym na motywach biblijnych. Reżyser Charles Bryant przeniósł go na ekran we współpracy ze scenarzystką i scenografką Natachą Rambową oraz podupadającą gwiazdą Ałłą Nazimową. Teatralny rodowód tego filmu jest widoczny na pierwszy rzut oka. Można powiedzieć, że Salomé jest filmowym przedstawieniem teatralnym.

Fabuła jest kameralna nawet jak na film trwający 73 minuty. Herod, namiestnik Judei, więzi w swym pałacu Jana Chrzciciela. Władca pała niezdrowym uczuciem do Salomé, swojej przybranej córki. Z kolei ta, zepsuta i przyzwyczajona do spełniania każdej jej zachcianki, pragnie uwięzionego proroka. Jan odrzuca jej awanse. Kiedy nękany pożądaniem Herod błaga Salomé, aby ta zatańczyła dla niego, dziewczyna zgadza się pod jednym warunkiem - chce otrzymać głowę człowieka, którego pożąda, na srebrnej tacy.

Fabularne Salomé traktuje o niemożliwym do zrealizowania pożądaniu. Żądza Heroda wobec córki jest równoległa podobnemu uczuciu, jakim ta darzy uwięzionego proroka. Mamy okazję przyjrzeć się desperacji ludzi apodyktycznych, którzy napotykają na przeszkody niemożliwe do ominięcia. Uszminkowany Herod jest wręcz obrzydliwy, kiedy wygina się z wywieszonym jęzorem, oglądając taniec Salomé. Ona za to, gibka, zgrabna, kapryśna i zimna jak lód, jest przerażająca. W tle tych dwóch postaci oglądamy jeszcze ogarnięty zepsuciem dwór namiestnika oraz jedynego sprawiedliwego - niezłomnego Jana Chrzciciela. Fabuła nie jest jednak najmocniejszym punktem filmu. Brak jej głębi, a emocje wzbudza jedynie negatywne. Na dodatek akcja jest niezwykle powolna i przesadnie celebrowana.

Aktorzy nie dają nam zapomnieć, że oglądamy teatr. Robią dziwne miny, nader chętnie posługują się pantomimą, a w momentach, kiedy nie uczestniczą w akcji, zamierają w bezruchu niczym rekwizyty. Salomé, grana przez Nazimową, porusza się jak baletnica, a jej "Taniec Siedmiu Welonów" to prawdziwy popis ulotności i gracji. Rzekomo cała obsada wywodziła się z ówczesnego odpowiednika środowisk LGBT, co miało być hołdem złożonym Oscarowi Wilde'owi.

Tym, co najciekawsze w Salomé, są dekoracje i stroje. Również w tym aspekcie film stawia na ekspresję i sztuczność. Cała akcja rozgrywa się na dwóch planach filmowych, które bardziej przypominają deski teatru niż imitację królewskiego pałacu. Umieszczono na nich tylko te rekwizyty, które są istotne dla akcji - klatkę chroniącą wejście do lochu Jana Chrzciciela, stoły, przy których ucztuje Herod z rodziną i dworzanami, kurtyny. Oświetlenie skupia się na tych postaciach, które akurat biorą udział w scenie, pozostawiając inne w mroku do czasu, aż następuje ich pora na wejście do akcji. Na uwagę zasługują wielce oryginalne kostiumy, będące artystyczną wariacją na temat strojów z epoki. Uwagę zwracają ozdoby noszone przez mężczyzn na sutkach [sic!]. Salomé kilkakrotnie w czasie filmu zmienia peruki, z których najzabawniejsza jest ta wyposażona w dziesiątki małych świecących kulek, dzięki którym postać wygląda jak choinka.

Salomé to ciekawy eksperyment - próba przeniesienia do świata filmu przedstawienia teatralnego w całej jego okazałości i ze wszystkimi ograniczeniami. Nie jest to próba do końca udana - twórcy skupili się na formie, natomiast odniosłem wrażenie, że fabuła nie była dla nich szczególnie ważna. Nie jest chyba przypadkiem, że film nie odniósł sukcesu kasowego, a rozwój kina poszedł w zupełnie innym kierunku, niż ten wybrany przez Charlesa Bryanta i jego zespół. Również mój gust skłania się raczej ku dziełom innego typu. Mimo szacunku dla zaprezentowanej koncepcji wystawiam 6 gwiazdek. Ocena jest mocno podyktowana osobistymi preferencjami i nie wątpię, że znają się osoby, którym Salomé znacznie bardziej się spodoba.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 2 maja 2018

Wierne serce/Coeur fidèle (1923)

Film o kobiecie wplątanej w trudne związki.

Reżyseria: Jean Epstein
Kraj: Francja
Czas trwania: 1h 27 min.

Występują: Gina Manès, Léon Mathot, Edmond Van Daële, Marie Epstein

Eksperymenty mają to do siebie, że zdecydowana ich większość jest nieudana. Jaki może być efekt, kiedy eksperyment filmowy przeprowadzany jest przez teoretyka kina, w dodatku będąc jednym z jego pierwszych projektów? Wierne serce, impresjonistyczne dzieło Jeana Epsteina, okazuje się w tym względzie miłym zaskoczeniem. Film sprawdza się zarówno jako fabuła, jak i demonstracja innowacyjnych technik filmowych.

Scenariusz Wiernego serca jest dobry dzięki swej prostocie. Marie, kelnerka w barze w Marsylii, planuje wspólną przyszłość z Jeanem, robotnikiem portowym. Rodzice (przybrani) zmuszają ją jednak do ślubu z Paulem Petit, miejscowym opryszkiem. Jean bezskutecznie usiłuje przeszkodzić małżeństwu. W końcu wdaje się z Paulem w bójkę, w wyniku której ranny zostaje próbujący interweniować policjant. Jean trafia do więzienia, Paul natomiast wychodzi ze starcia bez szwanku. Rok później, po wyjściu na wolność, Jean odnajduje Marie, żyjącą w okropnych warunkach. Kobieta opiekuje się chorującym niemowlakiem wspomagana przez chromą sąsiadkę. Paul rzadko bywa w domu i jeszcze rzadziej trzeźwieje. Ponieważ Jean nie ma zamiaru pozostawić ukochanej własnemu losowi, ponowna konfrontacja pomiędzy mężczyznami wydaje się nieunikniona.

Wierne serce porusza ważne problemy społeczne, ukazując warunki życia marsylskiej biedoty. Duży nacisk położony jest na scenografię. Obserwujemy ponure, odrapane wnętrze rudery, w której gnieździ się Marie z mężem-pijakiem; bohaterowie noszą skromne, nieraz podarte ubrania. Jest też kilka ujęć na portową spelunkę i składy węgla, w których pracuje Jean. Nie trzeba sobie wyobrażać ciężkich warunków życia bohaterów, bo widzimy je doskonale. Mimo paskudnego otoczenia miłość Jeana i Marie pozwala im przetrwać. Wierne serce dalekie jest od idealizowania uczucia. Zamiast tego pokazuje, jak dzięki niemu bohaterowie zachowują człowieczeństwo. Jednak to nie treść jest w dziele Epsteina najciekawsza, lecz forma.

Film bardzo mocno eksperymentuje z montażem i pracą kamery. Po pierwsze oko obiektywu nie zawsze jest zainteresowane twarzami bohaterów, bardzo odważnie krążąc i pokazując wydarzenia z nietypowych ujęć i perspektyw. Kiedy obserwujemy Paula alkoholika, widzimy jego rękę sięgającą po butelkę, a symbolem ciężko pracującego Jeana jest łopata nabierająca węgiel. Montaż jest dynamiczny, obrazy chętnie przeskakują po różnych punktach widzenia. Momentami przypomina to nawet stylistykę teledysku - absolutne novum w świecie raczej statycznych i powolnych filmów niemych.

W kluczowych scenach filmu bardzo dopracowano choreografię. Przykładowo kiedy na początku filmu Marie próbuje odmówić narzuconego jej przez rodziców małżeństwa, ojciec, matka i "narzeczony" osaczają ją, tworząc widziany z góry równoboczny trójkąt. W niezwykły sposób przedstawiono ślub Marie i Paula, będący dla dziewczyny prawdziwie traumatycznym przeżyciem. Scena rozgrywa się w wesołym miasteczku. Ujęcia na skuloną i przerażoną Marie przeplatane są wstawkami kręcącej się karuzeli, bawiących się dzieci i innych kojarzonych z radością scenek. W końcu nowożeńcy odbywają na wspomnianej karuzeli ślubną przejażdżkę, kręceni z sąsiedniego wagonika. Wirujący i przeplatany coraz szybszymi wstawkami obraz daje wrażenie mętliku panującego w głowie bohaterki. Druga tego typu scena towarzyszy olśnieniu Paula, kiedy dowiaduje się, że Jean składa wizyty jego żonie. Tym razem rolę kontrastu dla nienaturalnie spokojnej twarzy mężczyzny odgrywa uliczna orkiestra. Zastosowana technika montażu sprawia, że film właściwie nie potrzebuje plansz tekstowych (są, ale niewiele). Wymowa scen jest zupełnie czytelna dzięki montażowi, choreografii i grze aktorskiej.

Właśnie, parę słów o aktorach. Styl gry w Wiernym sercu jest na szczęście powściągliwy i wolny od kiczu. Co prawda bohaterowie często patrzą prosto w kamerę, ale spoglądamy na nich oczami drugiej postaci, nie z perspektywy "chóru", co było nadużywane w Kole udręki. Bardzo dobre role odnotowali zarówno odtwórcy trójki głównych bohaterów, jak i siostra reżysera. Marie Epstein, grająca niepełnosprawną sąsiadkę.

Wierne serce to dobry film i udany pokaz impresjonistycznych rozwiązań kinematograficznych. Reżyser-teoretyk miał bardzo precyzyjną wizję tego, co chce pokazać na ekranie i, co najważniejsze, udało mu się to zrealizować. Przyszli mistrzowie kina mieli się od kogo uczyć. Wystawiam 9 gwiazdek. Warto dać dziełu Epsteina szansę.

I jeszcze ciekawostka. Jean Epstein to pierwszy polski reżyser na tym blogu. Naprawdę nazywał się Jan Epstein i pochodził z Warszawy, z mieszanej rodziny polsko-żydowskiej. W planach są jeszcze recenzje dwóch filmów tego pana.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 1 maja 2018

Pielgrzym/The Pilgrim (1923)

Film o facecie przebranym za księdza.

Reżyseria: Charlie Chaplin
Kraj: USA
Czas trwania: 41 min.

Występują: Charlie Chaplin, Edna Purviance

Tramp, mężczyzna z charakterystycznym wąsikiem, powraca w drugiej po Brzdącu krótkiej komedii Charliego Chaplina. Pomimo podobnego wyglądu i zachowania, jest to nieco inna postać. Tym razem Tramp jest uciekinierem z amerykańskiego więzienia. Nie dowiadujemy się, za co siedział, ani w jaki sposób uciekł. Film opowiada o jego wysiłkach w celu uniknięcia ponownego pójścia za kratki. Tramp przypadkowo wchodzi w posiadanie sutanny i w stroju księdza wsiada do losowo wybranego pociągu. Dociera do teksańskiego miasteczka, którego mieszkańcy zbiegiem okoliczności oczekiwali właśnie na przybycie kapłana. Ponieważ w okolicy wiszą plakaty ze zdjęciem zbiega, Tramp zmuszony jest na dobre wejść w rolę dobrotliwego ojczulka, aby uniknąć rozpoznania. Tymczasem po miasteczku kręci się jego znajomy z więzienia, przebiegły złodziejaszek, który ma własne plany.

Fabuła odgrywa w Pielgrzymie rolę pomocniczą, łącząc luźną nicią poszczególne skecze. Humor polega przede wszystkim na komedii omyłek. Bohater w stroju księdza traktowany jest przez napotkanych ludzi z nietypową dla niego atencją. W najzabawniejszej scenie filmu zmuszony jest do odprawienia nabożeństwa, jednak z powodu słabej znajomości rytuału wszystko idzie nie tak. Po wygłoszeniu zaimprowizowanego kazania o walce Dawida z Goliatem Tramp otrzymuje owacje od małego chłopca. Przyjmuje je niczym gwiazda estrady, co wywołuje ostateczną konsternację pobożnych obywateli. Wąsate alter ego Chaplina jest pełne wdzięku i trudno nie czuć do niego sympatii, zwłaszcza że jego pokazana na migi przypowieść jest właściwie parafrazą jego własnej sytuacji.

Gagi w Pielgrzymie przygotowane są z typową dla Chaplina pomysłowością. Tramp między innymi przyrządza tort z nietypowego surowca, usiłuje się opędzić od dziecka mającego zwyczaj policzkowania dorosłych oraz w komiczny sposób próbuje powstrzymać swego znajomka od kradzieży oszczędności gosposi. Na uwagę zasługuje też zakończenie rozgrywające się na linii granicznej pomiędzy USA a Meksykiem. O aspektach technicznych filmu mogę powiedzieć tyle, że jest wykonany solidnie i nie ma się do czego przyczepić, ale też nic szczególnie nie utkwiło mi w pamięci.

Pielgrzym nie jest filmem przełomowym. Jeżeli ktoś lubi humor Chaplina, na pewno będzie się przy nim dobrze bawił. Brak mu natomiast jakichś większych innowacji czy też szczególnej głębi. Oceniam go na 7 gwiazdek. Fajnie, ale bez fajerwerków.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Koło udręki/La Roue (1923)

Film o wyjątkowo niezdrowym pożądaniu.

Reżyser: Abel Gance
Kraj: Francja
Czas trwania: 4h 23 min.

Występują: Séverin-Mars, Ivy Close, Gabriel de Gravone, Pierre Magnier, Georges Térof

Pociągi mają w sobie coś, co sprawia, że świetnie się prezentują na ekranie. Koło udręki, straszliwie nużący i mocno pretensjonalny melodramat, zyskuje w każdej scenie, w której pojawiają się żelazne machiny. A jest tych scen dość sporo, ponieważ bohaterami filmu są kolejarze.

Koło udręki opowiada historię Sisifa, francuskiego inżyniera, który ratuje z katastrofy kolejowej dwuletnią dziewczynkę. Ponieważ matka małej Normy zginęła, Sisif przygarnia ją i wychowuje jak własną córkę. Towarzyszem zabaw Normy zostaje Elie, bliski jej wiekiem syn kolejarza. Mija kilkanaście lat. Norma i Elie dorastają, natomiast z umysłem Sisifa zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Mężczyzna tęgo pije, przepuszcza pieniądze na hazard i paskudnie traktuje wesołą i pracowitą przybraną córkę. Wszystko dlatego, że skrywa okropny sekret - zaczął darzyć rozkwitającą Normę miłością wcale nie ojcowską. Tymczasem Elie, domorosły konstruktor skrzypiec, również zaczyna spoglądać na siostrę maślanym wzrokiem. O takim to dziwacznym trójkącie miłosnym opowiada Koło udręki.

Fabuła Koła nie jest moim zdaniem zbyt udana. Ocierające się o kazirodztwo dylematy uczuciowe starego, pijącego jak smok kolejarza nie są tematem, który przeciętny widz może identyfikować z własnymi problemami. Podobnie incestualna miłość brata do siostry. To, że Norma była adoptowana, nie ma tu moim zdaniem nic do rzeczy. Czy naprawdę praca na kolei i dłubanie przy skrzypcach to tak wymagające zajęcia, że panowie nie mogą sobie poszukać kobiet poza własnym domem? Zresztą ich miłość jest chora nie tylko z powodu zaburzenia normalnych relacji rodzinnych. Sisif jest wobec Normy zaborczy, wydaje jej kategoryczne zakazy dotyczące ubioru i kontaktów z mężczyznami. W późniejszej części filmu, kiedy dziewczyna wychodzi za mąż, niezdolny do pogodzenia się z tym ojciec próbuje doprowadzić do wykolejenia pociągu, aby zabić córkę i siebie (i przy okazji innych pasażerów). Później on i Elie zrywają z Normą wszelkie kontakty, wszystko po to, aby trzymać na wodzy własne żądze. Jakby tego było mało, to ją obwiniają za wszelkie nieszczęścia, wywołane w rzeczywistości ich popędami. Tymczasem dziewczyna przez cały czas nie jest świadoma, co się dzieje. Do końca traktuje ojca i brata z normalną serdecznością, nie zrażając się ich obcesowym postępowaniem. Autentycznie było mi jej żal, bo niczym sobie nie zasłużyła na poniżenia z rąk najbliższych.

Koło udręki ciągnie się niemiłosiernie z powodu powolnego tempa narracji. Każde wydarzenie przedstawione jest bardzo dokładnie z kilku ujęć, każdą emocję bohaterów oglądamy przedstawioną na kilka sposobów. Ma to swoje plusy, bo podczas filmu można swobodnie ścierać kurze, prasować, myć zęby i wykonywać inne tego typu czynności, nie tracąc wątku. Aktorstwo jest pełne patosu w niedobrym tego słowa znaczeniu. Séverin-Mars w roli Sisifa chodzi wiecznie umorusany sadzą, na której tle upiornie wyglądają jego wielkie, ruchliwe oczy. Aktor uwielbia przybierać pozę cierpiętnika, wywracać powieki i robić tragikomiczne miny. Sekunduje mu Gabriel de Gravone jako jego pełen afektu synalek, który użala się nad sobą tak, jakby cierpiał co najmniej za miliony. Nie dość, że oglądanie grymasów tej dwójki jest męczące, to jeszcze żenuje w kontekście ich dylematu wywołanego niezdrowym pożądaniem. Ivy Close jako Norma jest zdecydowanie bardziej znośna, chociaż i w jej przypadku można zaobserwować nadmiar gestykulacji i mimiki.

Abel Gance prawdopodobnie uważał swoje dzieło za niebywale ambitne. Gęsto w nim od obrazowych metafor i nawiązań do mitów. Sisif tak jak grecki Syzyf nie może się uwolnić od brzemienia, którym w jego wypadku jest niemożliwa do spełnienia, grzeszna miłość. Tyle tylko, że symbolika ta jest chybiona. Pośmiertny los Syzyfa był karą za sprzeniewierzenie się woli bogów. Udręka filmowego Sisifa jest natomiast owocem jego własnej niedojrzałości i nieumiejętności panowania nad żądzami. Mamy też ślepotę i kazirodztwo - elementy mitu o Edypie, które jednak zostały pozmieniane nie do poznania. W końcowej części filmu Sisif w wyniku wypadku traci wzrok i jest potajemnie pielęgnowany przez córkę, co ostatecznie prowadzi do ich pojednania. Ogólnie rzecz biorąc, trudno mówić o jakimś sensownym przesłaniu tego filmu, chyba że jest nim "ojcowie, nie patrzcie pożądliwie na córki swoje..." Jakoś wydaje mi się, że stopień dotarcia do targetu nie był zbyt duży.

Mimo potężnych zastrzeżeń, znalazłem w filmie Abela Gance'a kilka rzeczy wartościowych. Po pierwsze, wspomniane na początku wpisu pociągi. O ile nawiązania do mitów są niewypałem, dymiące i sapiące lokomotywy jako symbol ludzkiego znoju to pomysł oryginalny i ciekawy. Na przykład rozpad filmowej rodziny połączony został z rozbiciem przez Sisifa ukochanej lokomotywy, a wejście tego ostatniego w etap starości symbolizuje zamiana wielkiego parowozu na skromną kolejkę kursującą z pasażerskim wagonikiem na Mont Blanc. Sceny kolejowe wplecione zostały w film z wielkim wyczuciem. Są pełne dynamizmu, gdy zapowiadają coś wstrząsającego w życiu bohaterów i odwrotnie, powolne i nastrojowe, gdy oglądamy spokojniejszy fragment. Umiejętnie wykorzystane są w tych ujęciach takie elementy jak dym z komina parowozu, łączące się ze sobą i rozdzielające tory, czy też tłoki i koła zamachowe lokomotywy. Trzeba też wspomnieć o oryginalnym wkładzie Gance'a w sztukę montażu, polegającym na składaniu punktów kulminacyjnych filmu ze zmieniających się coraz szybciej, sekundowych lub nawet milisekundowych ujęć.

No i jeszcze wspomnę o miłym akcencie związanym ze zwierzęcymi aktorami. Sisif i jego rodzina trzymają w domu kozę i psa. Zwierzaki są traktowane jak członkowie rodziny i niejednokrotnie odgrywają ważną rolę w budowaniu nastroju lub rozwoju akcji. Sportretowano je z dużym wdziękiem, nadając im indywidualne cechy charakteru i wskazując, że pełnią ważną funkcję w życiu swoich opiekunów. Właściwie można te zwierzaki uznać za pełnoprawnych członków obsady.

Koło udręki to męczący film. Nie sposób odmówić reżyserowi pomysłowości i w pewnych elementach filmu nawet wyrafinowania. Szkoda tylko, że wszystko to kręci się wokół tematyki, która jest po prostu obleśna. Merytorycznie Koło nie wniosło do mojej świadomości absolutnie nic wartościowego, natomiast wrażenia estetyczne były całkiem całkiem. Rzadko kiedy mam tak mieszane uczucia. Może wynika to z jakiejś wewnętrznej potrzeby racjonalizacji, w końcu poświęciłem cztery i pół godziny na obejrzenie filmu o paskudnych ludziach. Polecam wyłącznie pasjonatom historii kina i życzę dużo cierpliwości. Po raz pierwszy moja skala ocen okazuje się niedopasowana do tego, co napotkałem. Koło udręki otrzymuje ode mnie 5 gwiazdek. Nie dlatego, że jest ono filmem przeciętnym. Jest pełnym sprzeczności kuriozum.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 28 kwietnia 2018

Rozkosze gościnności/Our Hospitality (1923)

Film o świętej powinności gospodarza.

Reżyser: Buster Keaton, John G. Blystone
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 16 min.

Występują: Buster Keaton, Joe Roberts, Natalie Talmadge, Ralph Bushman, Craig Ward

Na scenę wkracza Buster Keaton, trzeci obok Chaplina i Lloyda z wielkich komików filmu niemego. Wkracza z przytupem, prezentując w Rozkoszach gościnności nie tylko świetne gagi, ale również zapierające dech w piersiach sceny kaskaderskie. Okazuje się, że zawód aktora komediowego wymagał kiedyś nie tylko talentu, ale również niezwykłej sprawności fizycznej.

Rozkosze gościnności przedstawiają w satyrycznym ujęciu historię waśni rodzin Canfieldów i McKayów. W początkowych minutach filmu, podczas burzliwej nocy, John McKay i James Canfield zabijają się nawzajem. Ten pierwszy pozostawia żonę i małego synka, drugiego opłakuje brat Joseph wychowujący trójkę dzieci. Pani McKay wyjeżdża z synem do Nowego Jorku, postanawiając uciec jak najdalej od bezsensownego konfliktu. Dwadzieścia lat później, w okolicach roku 1830, młody Willie McKay otrzymuje list wzywający go w rodzinne strony w celu przejęcia majątku po ojcu. Podróż koleją odbywa w towarzystwie sympatycznej Virginii. Oczarowana dziewczyna zaprasza go do swego domu na obiad. Młody McKay nie ma pojęcia, że wchodzi do jaskini lwa, ponieważ Virginia okazuje się córką Josepha Canfielda, a w domu czekają ojciec i dwaj bracia pałający żądzą zemsty na przeklętym McKayu.

Historia rodowej waśni wydaje się ciężkim materiałem na komedię, Buster Keaton i spółka poradzili sobie jednak z tym tematem z dużym wdziękiem. Co prawda początkowe sceny filmu, przedstawiające strzelaninę w strugach deszczu, budzą prawdziwą grozę, później jest jednak zdecydowanie luźniej. Keaton był znany jako miłośnik kolejnictwa i sporo miejsca poświęcił w Rozkoszach gościnności podróży bohatera. McKay jedzie pociągiem bardzo wczesnego typu. Tabor kolejowy przypomina raczej zaprzęg, ciągnięty jest przez prymitywny parowóz; również tory są dość zabawnej konstrukcji. Całość posuwa się tak wolno, że pies głównego bohatera może spokojnie truchtać pod wagonem, a obsługa ma czas przesuwać tory [sic!], żeby lokomotywa mogła ominąć osła stojącego na trasie przejazdu. Co ciekawe, na potrzeby filmu zbudowano dokładną replikę Rakiety Stehpensonów, jednego z pierwszych w historii parowozów. Początki kolejnictwa musiały być bardzo zabawne.

Konfrontacja Williego z Canfieldami zajmuje drugą część filmu i składa się z różnorodnych scenek, w których ojciec i synowie próbuje bezskutecznie dopaść swą ofiarę. Trzech dryblasów, każdy mierzący ponad metr dziewięćdziesiąt, wręcz przytłaczają swą obecnością mizernej postury Keatona. McKay dość szybko orientuje się, co mu grozi i wymyśla rozmaite fortele, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Wśród nich jest między innymi przywdzianie kobiecego stroju oraz wykorzystanie świętego prawa gościnności, które nie pozwala nieprzyjaciołom na zaatakowanie go, póki przebywa w ich domu. Keaton odgrywa swego bohatera z kamienną twarzą (jego znak rozpoznawczy), wykazując za to dużą sprawność fizyczną. Dość powiedzieć, że im bliżej finału, tym bardziej desperackich i niebezpiecznych wyczynów dokonuje, aby uniknąć śmierci. Buster Keaton, nie korzystający z pomocy kaskaderów, omal nie przypłacił życiem jednej ze scen nagrywanych w rwącej rzece.

Z aspektów technicznych filmu, obok fascynujących reliktów kolejnictwa oraz przezabawnego roweru bez pedałów, na którym w jednej ze scen porusza się główny bohater, na wyróżnienie zasługują także atrakcyjne plenery. Keaton starannie wybrał idylliczne otoczenie, na tle którego jego bohaterowi przyszło walczyć o życie.

Rozkosze gościnności są zabawną, dynamiczną komedią z pomysłowymi gagami i niegłupią fabułą. Stanowiły świetną rozrywkę dla kinomana lat dwudziestych, a dziś również niczego im nie brakuje. Zdecydowanie warto obejrzeć ten film. Przyznaję mu 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 27 kwietnia 2018

Paryżanka/A Woman of Paris (1923)

Film o kobiecie autonomicznej.

Reżyser: Charlie Chaplin
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 21 min.

Występują: Edna Purviance, Carl Miller, Lydia Knott, Adolphe Menjou

Paryżanka jest nietypowym filmem Charliego Chaplina. Po pierwsze, jest melodramatem, nie komedią. Po drugie, reżyser w tym filmie nie występuje. Charlie potraktował Paryżankę po trosze jako eksperyment testujący odmienne od obowiązujących konwencje narracyjne i fabularne, po trosze jako trampolinę do kariery dla swojej ówczesnej partnerki Edny Purviance, która zagrała główną rolę.

Film opowiada historię Marie St. Clair, młodej kobiety z francuskiej prowincji, która wraz z kochankiem Jeanem planuje wyjechać do Paryża. Tam para ma się pobrać i razem szukać szczęścia. W noc poprzedzającą wyjazd Marie zostaje przez swojego ojczyma wyrzucona na bruk za kontakty z mężczyzną. Narzeczony proponuje jej nocleg w swoim rodzinnym domu, co skutkuje kłótnią z jego rodzicami. Marie udaje się na dworzec, gdzie Jean ma za chwilę do niej dołączyć. Tymczasem ojciec mężczyzny niespodziewanie umiera. Nieświadoma tego faktu Marie sama wsiada do pociągu i wyjeżdża do Paryża. Dalsze jej losy poznajemy rok później. Marie jest opływającą w luksusy utrzymanką bogatego biznesmena Pierre'a Revela. Kochanek, mężczyzna o wyrafinowanym guście, otwarcie utrzymuje związki z innymi kobietami i również jej nie stawia w temacie wierności żadnych ograniczeń. Pewnego dnia Marie przypadkowo spotyka niewidzianego od roku Jeana. Chociaż jest teraz mieszkającym z matką, klepiącym biedę artystą malarzem, stara miłość nie rdzewieje. Tymczasem Pierre planuje ożenek z inną kobietą, proponując jednocześnie bohaterce kontynuację opartej na sponsoringu relacji. Marie zmuszona jest do rozważenia, czego tak naprawdę oczekuje od życia.

Już w tym pobieżnym opisie fabuły można dostrzec, że Chaplin ucieka od schematów swojej epoki. Paryżanka wolna jest od męczącej obłudy, która była wszechobecna na przykład w dramatach społecznych D. W. Griffitha. Główna bohaterka z własnego wyboru żyje z mężczyznami bez ślubu, korzysta z luksusów zapewnianych przez sponsora i do pewnego momentu jest z takiego życia zadowolona. Ani przez chwilę nikt nie próbuje widzowi mydlić oczu i stwarzać pozorów, które miałyby wybielić jej postępowanie. Dziś nie wydaje się to niczym szczególnym, ale jak na swoje czasy Chaplin wykazał się dużą odwagą, otwarcie pokazując niemoralny tryb życia głównej bohaterki i nie potępiając jej w czambuł.

Drugą odświeżającą cechą filmu jest ponadprzeciętna subtelność przekazu. Plansze tekstowe są nad wyraz oszczędne. Nie przedstawiają myśli ani motywów postępowania bohaterów. Wiemy o nich tylko to, co sami mówią i robią. Pozwala to na sporą swobodę w interpretacji oraz uwalnia widza od przykrego odczucia obrywania w głowie młotkiem moralizatorstwa. Za to wielki plus, panie Chaplin.

Aktorstwo w Paryżance jest stonowane. Kreowana na gwiazdę Edna Purviance nie oszałamia może swoją kreacją (pewnie dlatego, że mało płacze i gestykuluje), jest jednak przekonująca w roli kobiety, która "nie wie, czego chce". Swoją drogą to chyba pierwsza taka postać w dziejach kina. Wyróżnia się także Adolphe Menjou w roli uroczo zblazowanego sponsora Marie, który traktuje życie niczym jeden wielki żart.

Główny minus Paryżanki to fakt, że dla współczesnego widza jej fabuła nie będzie szczególnie ciekawa czy przełomowa. Mamy miłosny trójkąt z jego dylematami, kilka obrazków z życia paryskiej socjety i to właściwie wszystko. Związki pozamałżeńskie nikogo już nie szokują, ani nie stanowią jakiegoś problemu społecznego. Jeżeli chodzi o godne zapamiętania sceny, nic szczególnie nie rzuciło mi się w oczy. No, poza truflami gotowanymi w szampanie, które Maria i Pierre jedzą na kolację. To rzeczywiście uwiarygadnia jej niezdecydowanie. Film będzie za to ciekawy dla osób zainteresowanych motywami feministycznymi w filmie niemym. Nie dość, że kobieta jest główną bohaterką, to jest ona w pełni autonomiczna w swych wyborach, czym różni się zdecydowanie od uprzedmiotowionych kreacji Lillian Gish.

Charlie Chaplin nie zdołał Paryżanką wypromować Edny Purivance na gwiazdę. Aktorka zagrała jeszcze kilka niezbyt głośnych ról i młodo zakończyła karierę. Sam film nie zdobył sobie rozgłosu w latach dwudziestych i również dzisiaj pozostaje jednym z mniej znanych dzieł Chaplina. Zasługuje jednak na uwagę ze względu na nowinki, które wprowadza. Z punktu widzenia atrakcyjności dla widza oceniam go na 7 gwiazdek. Ciekawa rzecz, ale nie każdemu się spodoba.

źródło grafiki - en.wikipedia.org

czwartek, 26 kwietnia 2018

Jeszcze wyżej!/Safety Last! (1923)

Film o wspinaczce na bardzo wysoki budynek.

Reżyser: Fred C. Newmeyer i Sam Taylor
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 14 min.

Występują: Harold Lloyd, Mildred Davis, Bill Strother, Noah Young, Westcott Clarke

Jak dotąd niewiele pisałem o filmach komediowych. Tak jakoś wyszło, że mało ich było wśród wyróżniających się obrazów raczkującego kina. Rok 1923 przynosi odmianę i aż cztery interesujące komedie, w tym trzy z udziałem klasyków kina - Charliego Chaplina, Bustera Keatona i Harolda Lloyda. Na pierwszy ogień wziąłem tego trzeciego, którego kojarzyłem właściwie tylko jako faceta wiszącego na wskazówkach zegara. Jeszcze wyżej! to właśnie film, w którego ten obrazek (jak widać po lewej) pochodzi.

Bohaterem Jeszcze wyżej! jest młody mężczyzna nazwiskiem Harold Lloyd (grany oczywiście przez Harolda Lloyda), który przyjeżdża do wielkiego miasta z zamiarem zrobienia kariery. Na początek zatrudnia się w domu towarowym jako sprzedawca artykułów krawieckich. Ponieważ jest typem mocno roztargnionym, przełożeni nie są zachwyceni jego pracą. Mimo to Harold codziennie wysyła do swojej narzeczonej Mildred listy, w których przechwala się zmyślonymi osiągnięciami. Sytuacja nabiera rumieńców, kiedy Mildred przyjeżdża do niego w odwiedziny. Aby nie stracić przed dziewczyną twarzy, Harold udaje przed nią kierownika sklepu i proponuje błyskawiczny ślub. Ponieważ jest przyparty do muru, w desperackiej próbie szybkiego wzbogacenia się przedstawia szefowi niezwykły pomysł na promocję. Za tysiąc dolarów premii ma zorganizować popisową wspinaczkę na dwunastopiętrowy budynek, w którym mieści się jego dom towarowy. W wyniku zbiegu okoliczności Harold ostatecznie sam podejmuje się tego niebezpiecznego przedsięwzięcia.

Jeszcze wyżej! to całkiem zabawny film. Zawarty w nim humor jest dość inteligentny, napędzany przez postać głównego bohatera. Harold z powodu swego gapiostwa często wpada w kłopoty, ale jest człowiekiem na tyle sprytnym i zaradnym, że w bardzo pomysłowy sposób wychodzi z opresji. Kiedy przez przypadek wsiada do furgonetki rozwożącej towar i zostaje wywieziony na drugi koniec miasta, aby nie spóźnić się do pracy symuluje nieprzytomnego i drogę powrotną odbywa ambulansem. W celu uniknięcia płacenia czynszu chowa się przed gospodynią w obszernym płaszczu wiszącym na wieszaku. Jego fortele często wychodzą jedynie połowicznie, ratując mu skórę, ale przy tym wystawiając jego bądź innych bohaterów na pośmiewisko.

Pewien problem mam z tym, że z charakteru Howard jest bezczelnym cwaniakiem i kłamcą. Scenarzyści zastosowali sprytny trik - lubimy go, ponieważ stawiany jest wciąż jest na pozycji tego słabszego, a jego przebiegłe fortele często mają zabawne skutki. No i Lloyd gra swego bohatera z dużym wdziękiem. Jednak patrząc chłodnym okiem, człowiek to dość paskudny. Kiedy jego przechwałki przed narzeczoną mają w końcu wyjść na jaw, robi wszystko, by utrzymać ją w przekonaniu, że jest kierownikiem sklepu. Udaje, że wydaje kolegom polecenia, budząc ich lekkie zażenowanie. Zakrada się do gabinetu szefa i prezentuje go Mildred jako swój. No i przede wszystkim namawia ją na ślub już następnego dnia, żeby oszustwo nie zdążyło wyjść na jaw. Ten wątek jest najsłabszą stroną filmu, na domiar złego nie został rozwiązany - do samego końca  Mildred najwyraźniej uważa Harolda za wysoko postawionego kierownika.
Teraz parę słów o najmocniejszych momentach filmu, czyli wspinaczce po ścianie budynku. Świetny pomysł, który jest metaforą mozolnego wspinania się głównego bohatera w górę drabiny społecznej. Wykonanie również jest znakomite. Harold napotyka na swej drodze różnorakie przeszkody, jedną z których jest słynny zegar. Ujęcia wspinaczki są na tyle pomysłowe, że na ekranie widzimy przejeżdżające poniżej samochody i drżymy o balansującego na fasadzie budynku bohatera, jest jednak sporo miejsca na ukrytą przed naszym wzrokiem platformę zabezpieczającą. Podobno plan zdjęciowy każdej z pokonywanych przez Lloyda (i jego kaskaderów) kondygnacji znajdował się na szczycie innego budynku, zabezpieczenia były jednak raczej prowizoryczne. Tak czy inaczej wspinaczkę świetnie się ogląda. Wielkie brawa dla twórców za efektowne przygotowanie tak trudnych scen.
Jeszcze wyżej! jest przyjemnym filmem rozrywkowym, który pozostał atrakcyjny i zabawny również dla współczesnego widza. Harold Lloyd to niewątpliwy talent komediowy i chętnie zapoznam się z jego kolejnymi dokonaniami. Moją ocenę filmu obniża jednak mierżące postępowanie głównego bohatera z narzeczoną. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com