Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Borzage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Borzage. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lipca 2019

Historia jednej nocy/History Is Made at Night (1937)

Film o idealnej randce i jej konsekwencjach

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 37 min.

Występują: Charles Boyer, Jean Arthur, Colin Clive, Leo Carrillo

Charles Boyer, popularny francuski aktor (wystąpił na przykład w Liliomie Fritza Langa), regularnie pojawiał się także w produkcjach Hollywood. Początkowo grywał w USA role drugoplanowe w mniej przebojowych filmach. Sytuacja uległa zmianie, kiedy w Stanach olbrzymią popularność zdobył sobie Mayerling. Boyer dzięki swej roli nieszczęśliwie zakochanego następcy tronu stał się nagle archetypem europejskiego romantycznego kochanka. Konsekwencją były propozycje ról takich jak ta w Historii jednej nocy. Obraz, będący kolejną produkcją weterana melodramatu Franka Borzage, eksploatuje klasyczne archetypy gatunku, ocierając się momentami o kicz. Aktorstwo Boyera okazuje się jednym z kluczowych elementów, które nadają filmowi wiarygodności i ratują go przed artystyczną klapą. W tym sensie trzeba uznać jego międzynarodową karierę za pożyteczny nabytek dla Hollywood.

Wbrew tytułowi tylko pierwszy akt filmu rozgrywa się w czasie jednej nocy. Irene Veil, żona amerykańskiego armatora, porzuca chorobliwie zazdrosnego męża i wyjeżdża do Paryża. Mężczyzna ukuwa plan mający skompromitować żonę przed procesem rozwodowym. Nastąpi to poprzez zaaranżowanie kompromitującej sytuacji z szoferem. Irene zostaje uratowana z opresji przez przypadkowego nieznajomego, który nokautuje natręta. Wybawiciel, imieniem Paul, zabiera kobietę na romantyczną randkę w wykwintnym lokalu. Zataja przed nią, że pracuje tam jako szef obsługi. Rano kochankowie obiecują sobie kolejne spotkanie. Tymczasem mąż knuje jeszcze bardziej złowieszczy plan zemsty.

Najlepszym i najbardziej rzucającym się w oczy elementem filmu jest postać Paula brawurowo zagrana przez Charlesa Boyera. To jest prawdziwy facet pozbawiony słabych punktów. Podczas pamiętnej nocy najpierw ratuje Irene z opałów, zachowując zimną krew i aranżując sytuację tak, żeby mogła wybrnąć z niej z twarzą. Później zaś zapewnia jej romantyczną przygodę życia. Jest homar, tango, są intrygujące rozmowy i pocałunki. Po takiej dawce emocji nietrudno uwierzyć, że kobieta zakochuje się w nim bez pamięci. Również w dalszej części filmu, kiedy kochankowie zostają rozdzieleni wskutek intryg męża, Paul okazuje godny podziwu hart ducha, do samego końca wykazując się klasą, inteligencją i honorem. Jego przeciwieństwem jest grany przez Colina Clive'a zazdrosny mąż - przypadek psychopaty ogarniętego obsesją na punkcie własnego wizerunku. Jego intrygi momentami ocierają się o diabolizm, a duże pieniądze i wpływy ułatwiają mu realizację obłędnych planów zemsty. Niezła rola.

Mniej imponująca jest niestety Jean Arthur w głównej roli żeńskiej. W dużej mierze winny jest temu seksistowski scenariusz, który nie daje bohaterce okazji do pokazania własnych atutów. Irene przez większość czasu ulega męskim urokom kochanka lub pada ofiarą podstępów męża. Praktycznie wcale nie funkcjonuje jako autonomiczna osobowość, będąc całkowicie uzależniona od wpływu facetów. Nie pomaga niezbyt wyrafinowane aktorstwo Arthur, która nie poradziła sobie między innymi w wyjątkowo sztucznej scenie rozpaczy odegranej przed mężem. W efekcie ciężko polubić tę postać. Irene pozostaje ozdobnikiem - pięknym obiektem pożądania, o który walczy dwóch samców.

Film jest wypełniony licznymi zwrotami akcji związanymi z intrygami psychopatycznego męża. Dzięki temu zaskakuje, chociaż nie zawsze na plus. Niektóre działania związane z wrobieniem Paula w poważne przestępstwo, czy też wysłania statku na kurs kolizyjny z górą lodową, nie wytrzymują zawieszenia niewiary. Zbyt łatwo można było ich uniknąć, gdyby ktoś ruszył głową. Za to jest na co popatrzeć. Na przykład zakończenie filmu wyraźnie nawiązuje do katastrofy pewnego słynnego okrętu, co zostało nader profesjonalnie przedstawione. Bohaterowie planują też podróż słynnym sterowcem Hindenburg, do której niestety nie dochodzi. Słynny statek powietrzny uległ spektakularnej katastrofie już po zakończeniu zdjęć, lecz jeszcze przed premierą Historii jednej nocy. Jest to przypadkowy, lecz jakże interesujący zbieg okoliczności.

Historia jednej nocy to konwencjonalny melodramat Franka Borzage'a wykorzystujący wielokrotnie sprawdzone przez reżysera rozwiązania. Jego główną zaletą jest aktorstwo męskiej części obsady (także Leo Carrillo jako szefa kuchni i przyjaciela Paula), a także wykreowanie autentycznie szampańskiego nastroju podczas tytułowej nocy. Główne słabości to niedopracowany scenariusz, któremu przydałoby się kilka krytycznych ingerencji, oraz niezbyt wysokich lotów aktorstwo Jean Arthur. Koniec końców, film okazał się atrakcyjnie opakowanym produkcyjniakiem, który obejrzałem z dużą przyjemnością. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 12 lipca 2019

Pokusa/Desire (1936)

Film o przemianie kobiety fatalnej

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 29 min.

Występują: Gary Cooper, Marlene Dietrich, John Halliday, Ernest Cossart, Alan Mowbray, Zeffe Tilbury

Marlene Dietrich i Gary Cooper spotkali się na planie Pokusy sześć lat po premierze ich poprzedniego wspólnego filmu - Maroka. W roku 1930 oboje byli obiecującymi aktorami na początku kariery. Sześć lat później znajdowali się na szczycie. Dietrich szukała nowego otwarcia po rozstaniu ze swoim mentorem Josefem von Sternbergiem. Cooper po kilku głośnych rolach w filmach przygodowych powracał jako amant, co w przeszłości niekoniecznie mu wychodziło. Na planie filmowym gwiazdorski duet wziął pod swoje skrzydła Frank Borzage, weteran filmowego melodramatu. Jako producent nad całością czuwał zaś Ernst Lubitsch, który dołożył do filmu swoją cegiełkę w postaci kpiarskiego, szelmowskiego humoru. Końcowy efekt współpracy tych głośnych nazwisk nie rości sobie pretensji do bycia czymś więcej niż hollywoodzkim produkcyjniakiem, zachowuje jednak przy tym dobry smak.

Film opowiada o romansie amerykańskiego inżyniera z francuską oszustką i złodziejką. Używająca fałszywego tytułu hrabiny Madeleine dzięki sprytnemu podstępowi wyłudza od paryskiego jubilera perłowy naszyjnik wart miliony franków. Uciekając ku hiszpańskiej granicy, kobieta wpada przypadkiem na Toma, który przebywa w Europie na wakacjach. Ona ochlapuje go błotem, on pomaga jej naprawić zepsuty klakson. Razem podróżują do granicy, od czasu do czasu wymieniając docinki. Później Madeleine wykorzystuje Toma do przemycenia do Hiszpanii naszyjnika, następnie kradnie mu samochód i odjeżdża w siną dal. Po kilku dniach Amerykanin odnajduje Madeleine w posiadłości jej wspólnika. Tom ma zamiar uzyskać odszkodowanie za wóz, fałszywa hrabina chce się natomiast pozbyć natręta. Sytuacja nabiera rumieńców, kiedy oboje uświadamiają sobie, że są w sobie zakochani.

Pokusa czerpie garściami z ugruntowanego wizerunku obojga aktorów. Madeleine to pozbawiona moralności femme fatale. Fortel zastosowany przez nią przy kradzieży naszyjnika to prawdziwy majstersztyk wykorzystujący naiwność jubilera oraz jej własny urok osobisty. Tych samych sztuczek próbuje później z Amerykaninem, na przeszkodzie staje jednak miłość. W środkowym punkcie Borzage przełamuje sceniczny wizerunek Dietrich. Fatalna kobieta ulega przemianie. Nie potrafi już być bezwzględna i egoistyczna. Wpływ Amerykanina uwalnia ją od zgubnych nawyków nabytych, gdy byłą kochanką Europejczyka. Aluzja do zerwania aktorki z von Sternbergiem jest niezwykle czytelna. Dietrich nie była już w rękach germańskiego obrazoburcy. Wymieniła go na porządnych Amerykanów z zasadami, takich jak postać Gary'ego Coopera.

Cooper gra w swoim zwyczajowym stylu, to znaczy sztywno jakby kij połknął. Zdobywa się jednak na duży dystans do siebie. Jego bohater cechuje się swego rodzaju niezdarnym urokiem. Bierze serio niektóre żarty z siebie, nie wychwytuje rozmaitych aluzji i chętnie podśpiewuje niedorzeczne piosenki. Pod tą powłoką jest jednak uczciwym, porządnym jankesem, który potrafi przywalić komu trzeba, przyznać się do błędu i zawalczyć o właśnie odkrytą miłość życia. Romans tej dwójki nie jest szczególnie ognisty. Nie ma w nim buzującej chemii, jest jednak nieukrywana sympatia. Pragnąca się poprawić złodziejka i gamoniowaty inżynier razem stają się lepszymi ludźmi, niż byli osobno. Na tym poziomie ich relacja okazuje się wiarygodna. Nie daje to może romansu stulecia, ale takie przyziemne podejście też jest jak najbardziej do przyjęcia.

W Maroku Gary Cooper był żołnierzem niedbającym o własne życie i zakochanym w kobiecie z problemami. Żeby być ze swoim ukochanym, Marlene Dietrich ruszyła za nim boso przez pustynię. W Pokusie nie muszą się posuwać do takich poświęceń. Wystarczy powrót na ciepłą posadkę do fabryki samochodów w Detroit oraz skrucha wynagrodzona aktem ułaskawienia. Nic więcej nie stoi na przeszkodzie wielkiej miłości. Również droga stojąca otworem przed aktorami wydawała się mniej wyboista, niż na początku lat trzydziestych. Udowodnili już swoją wartość i mogli spokojnie odcinać kupony, grając w bezpiecznych i unikających skrajności filmach takich jak Pokusa. Miało to swój urok, ale było też osiądnięciem na laurach. Wycenionym przeze mnie na 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 30 marca 2019

Promenada miłości/Flirtation Walk (1934)

Film o defiladach

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 37 min.

Występują: Dick Powell, Ruby Keeler, Pat O'Brien

Witajcie w Akademii West Point, najlepszej wojskowej szkole w Ameryce! Jesteśmy prawdziwą kuźnią kadr! Nasze mury opuścili tacy bohaterowie jak generał Pershing i generał MacArthur. Z was także zrobimy wzorowych oficerów. Będziecie defilować, defilować i jeszcze raz defilować. A kiedy nie będziecie defilować, będziecie przygotowywać doroczne uroczyste przedstawienie dla Dowództwa. Dla złaknionych rozrywki mamy Promenadę Miłości, historyczny szlak, którym kadeci chadzają na spacery z córkami generałów. A córki generałów chcą albo nie chcą z nimi chodzić. Albo jedno i drugie. Spokojnie, nie ma się czego obawiać. W razie nieporozumienia wszystko zamieciemy pod dywan. Najlepsza wojskowa szkoła w Ameryce nie może sobie pozwolić na skandale. 

Powyższy akapit mniej więcej oddaje ducha Promenady miłości. Film ten został nakręcony na zlecenie wytwórni Warner Bros i przy udziale jej gwiazd. Różni się jednak od typowych musicali Warnerów. Na liście płac brak specjalisty od tanecznej ekstrawagancji Busby'ego Berkeleya. Choreografią najwyraźniej zajął się osobiście reżyser Frank Borzage. Ponieważ znaczna część filmu toczy się w Akademii West Point, a pozostałe sceny na Hawajach, twórcy skorzystali z masy interesujących plenerów oraz z udostępnionego im nowoczesnego sprzętu wojskowego. Także tradycyjna fabuła oparta na przygotowywaniu muzycznego przedstawienia uległa modyfikacjom. Zamiast musicalu, bohaterowie pracują nad teatrzykiem dla zblazowanych generałów.

Fabularnie Promenada miłości jest mocno pretensjonalnym melodramatem. Młody szeregowiec zostaje oddelegowany jako szofer córki generała. Ponieważ nakazano mu spełniać jej zachcianki, wywozi ją na jakieś hawajskie plaże i srogo podpada zwierzchnikom. Para rozstaje się w dość nieprzyjemnym nastroju. Ich drogi krzyżują się ponownie kilka lat później w West Point, gdzie mają wspólnie wystąpić w przedstawieniu o zakochanym żołnierzu. Dalszy rozwój wydarzeń jest do bólu przewidywalny. Wszystko to w otoczce opisanej w pierwszej części tekstu. Ugh.

Aktorsko w Promenadzie rej wodzi stały duet Warnerów w osobach Dicka Powella i Ruby Keeler. Ten pierwszy zaskakuje pozytywnie, chyba po raz pierwszy nie prezentując na ekranie ciepłych klusek. Przeciwnie, Powell wyciska ze swojej marnej postaci wszystko, co było możliwe. Usilnie stara się przedstawić wplątanego w niefortunny romans kadeta jako postać dramatyczną i nękaną rzeczywistymi problemami. Ba, jego bohater kilkakrotnie pokazuje, że ma cojones. Do tego nieźle śpiewa. Powell zdecydowanie jest najjaśniejszą częścią filmu. W przeciwieństwie do niego Ruby Keeler udowodniła, że aktorsko nie ma do zaprezentowania niczego poza cielęcym uśmiechem. Jest nieznośna, nudna, pozbawiona energii. W poprzednich filmach ratowały ją umiejętności taneczne, tym razem poprzestaje na wygłaszaniu drętwych dialogów i przymilnym uśmiechaniu się do wszystkich. Promenada cierpi także na deficyt ciekawych postaci na drugim planie. Poza prostackim sierżantem - kumplem głównego bohatera nie zapamiętałem nawet żadnej twarzy. Trzeba jasno powiedzieć, że jeśli chodzi  o aspekty fabularne, jest to produkcja kiepska.

Strona muzyczna filmu to przede wszystkim defilady i inne układy związane z marszami wojskowymi. Są ładnie wyreżyserowane, nieraz odgrywane z dużą liczbą statystów. Zadbano także o kostiumy - okazuje się, że kadeci West Point ubierali się w latach trzydziestych w mundury przywodzące raczej na myśl XVIII wiek. Najlepszą sceną filmu pozostaje jednak jego otwarcie prezentujące ćwiczebny ostrzał samolotów z jakiejś machiny artyleryjskiej. To smutne, że żaden człowiek nie zdołał w Promenadzie miłości przebić maszyny.

Moje ostateczne wnioski nie są pozytywne. Powiedzmy, że można na ten ostrzał, marsze i defilady popatrzeć z pewnym uznaniem. Nie sposób jednak opędzić się od złośliwej myśli. Życie kadetów West Point musiało być doprawdy bajkowe. Ich głowy zaprzątały wyłącznie miłość i defilady. Nie wiem, jakim cudem ci wszyscy oficerowie mieliby dziesięć lat później zwyciężać na frontach II Wojny Światowej. Ja nie powierzyłbym im nawet obrony supermarketu. Z uwagi na niezłego Powella i machiny wojenne wystawiam 6 gwiazdek. Mimo to wątpię, żebym za miesiąc pamiętał cokolwiek z tego filmu..

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 4 lutego 2019

Jak w siódmym niebie/Man's Castle (1933)

Film o wegetacji

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 6 min.

Występują: Spencer Tracy, Loretta Young, Marjorie Rambeau, Glenda Farrell, Walter Connolly, Arthur Hohl

Po zrealizowanym z dużym rozmachem Pożegnaniu z bronią Frank Borzage postanowił nakręcić bardziej kameralny film. Akcję Jak w siódmym niebie osadził wśród nowojorskich bezdomnych wypchniętych na ulice w efekcie zapaści gospodarczej. W związku z tematyką film budzi pewne skojarzenia z niemym Siódmym niebem, co pewnie zainspirowało pomysłodawcę polskiego tytułu. W odróżnieniu od tamtego obrazu, Jak w siódmym niebie skrywa w sobie niewiele optymizmu. Zamiast działać na rzecz poprawy swego losu, bohaterowie filmu żyją z dnia na dzień, podkreślając wagę cieszenia się tym, co mają. Jest to istotny znak czasów. Amerykę w erze Wielkiego Kryzysu ogarnął ponury mrok.

Film opowiada o romansie Billa i Triny. On jest przebojowym, zaradnym królem życia uwielbiającym spanie pod gołym niebem i parającym się każdym zajęciem, które przyniesie mu trochę grosza. Ona to bezradna sierotka snująca się bez celu po ulicach wielkiego miasta. Bill przyuważa Trinę, kiedy ta karmi gołębie w parku i bierze ją pod swoje skrzydła. Razem zamieszkują w prowizorycznej chacie w "śmieciowym miasteczku", gdzie znalazła schronienie większa grupa bezdomnych. Ich wspólne życie dalekie jest od sielanki nie tylko z powodu nędzy. Billowi trudno się odnaleźć w sytuacji, kiedy ktoś jest od niego zależny. Trina natomiast żyje w ciągłej obawie, że kochanek poczuje w końcu zew nieskrępowanej wolności i ją porzuci.

Jak w siódmym niebie z dzisiejszej perspektywy jest przede wszystkim interesującym obrazkiem rodzajowym. Nowojorczycy wyrzuceni na bruk podczas Wielkiego Kryzysu różnią mocno od dzisiejszego stereotypu bezdomnego. Większość ukazanych w filmie postaci żyje schludnie, czysto, ich nędza jest jeszcze dość świeża. Wystarczy powiedzieć, że pewny siebie Bill skutecznie udaje bogatego dżentelmena, robiąc w konia nawet kierownika luksusowej restauracji. Wśród drugoplanowych bohaterów filmu są wprawdzie postacie o aparycji mętów, ale jest również bardzo porządny bezdomny pastor. O tym, jak rozpaczliwa jest sytuacja tych ludzi, świadczą dopiero ich warunki bytowe. Scenografię miasteczka wysiedlonych przygotowano ze specyficznym rozmachem. Podobnie jak dzisiejsze dzielnice nędzy w  krajach Trzeciego Świata, domostwa nędzarzy skonstruowane są ze wszelkiego rodzaju odpadów i przedmiotów wyrzuconych przez majętniejszych obywateli. Widok takiego squatu w Nowym Jorku jest doprawdy niecodzienny. Jego mieszkańcy, noszący ślady całkiem jeszcze niedawnego dobrostanu, nadają filmowi nastrój niepokoju i niemal beznadziei. Nie sposób w takim świecie planować przyszłości. Można co najwyżej chwytać się prac dorywczych albo wejść na drogę przestępstwa. Co prawda Bill i Trina nie poddają się tak łatwo, ale rozciągające się przed nimi perspektywy są dość wąskie.

Sam romans pomiędzy dwójką głównych bohaterów jest kontrowersyjny jak na standardy moralne lat trzydziestych. Żyją ze sobą bez ślubu, w dodatku Bill przed długi czas traktuje ten związek jako wybitnie przygodny. Trina stosuje sprytny zabieg psychologiczny, zapewniając partnera, że absolutnie nie zamierza go ograniczać, co ma poskromić jego pęd ku wolności. Tutaj przechodzimy do najmocniejszego punktu filmu - bardzo dobrej roli Spencera Tracy. Jego Bill - cwany ulicznik pod maską brutalności ukrywający miękkie serce - jest po prostu świetny. Bill jest rozdarty pomiędzy żyłką awanturnictwa a poczuciem lojalności. Jego odzywki do Triny wskazują na lekko patologiczny charakter ich relacji, nie ulega jednak wątpliwości, że stanowią pewien rodzaj szorstkiej czułości. Jej symbolem staje się przyniesiony kochance kwiat, który zamiast jej wręczyć, wrzuca do talerza z zupą. Najlepszy jest jednak Tracy w scenach, w których jego bohater dowodzi swej zaradności, na przykład wyłudzając posiłek w restauracji lub w niezwykle nietypowy sposób doręczając pewnej pani wezwanie sądowe. To rzeczywiście jest gość, w obecności którego można się czuć bezpiecznym. I choć robi w filmie wiele głupstw, nie ulega wątpliwości, że w głębi skrywa pokłady dobroci. Loretta Young w roli Triny jest od Tracy'ego wyraźnie słabsza. Zarówno fabularnie jak i aktorsko pozostaje w cieniu swego starszego partnera, momentami bezradna i odrobinę bezbarwna.

Jak w siódmym niebie jest przyzwoitym melodramatem przybliżającym ludzkie oblicze Wielkiego Kryzysu. Brakuje mu trochę rozwinięcia wątków pobocznych. Postacie drugoplanowe są ciekawie zarysowane, ale cała akcja skupiona jest na parze głównych bohaterów. Wydaje mi się, że film zyskałby na wydłużeniu go i rozwinięciu pobocza. Co do poziomu filmu, ujmę to tak: Frank Borzage jest reżyserem nierównym, a Jak w siódmym niebie to film oscylujący w okolicach jego średniego poziomu. Jednym słowem do obejrzenia głównie dla fanów melodramatów. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 17 stycznia 2019

Pożegnanie z bronią/A Farewell to Arms (1932)

Film o miłości na przekór wszystkiemu

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 28 min.

Występują: Helen Hayes, Gary Cooper, Adolphe Menjou, Mary Phillips

Ernest Hemingway miał zareagować na filmowe Pożegnanie z bronią skrajnie negatywnie. Uznał film za nadmiernie sentymentalny i niezgodny z duchem jego powieści. Nie czytałem książkowego pierwowzoru, trudno mi się więc wypowiadać na temat różnic. Przyczyny niesmaku pisarza są jednak dla mnie zrozumiałe. Reżyserią adaptacji zajął się Frank Borzage, jeden z czołowych hollywoodzkich ekspertów od wyciskania łez. Jak można się było spodziewać, filmowe Pożegnanie z bronią jest melodramatem stawiającym na manipulację emocjami widza. Swoim afektowanym podejściem obraz balansuje na granicy kiczu. Moim zdaniem jej nie przekracza.

Akcja filmu rozgrywa się we Włoszech podczas I Wojny Światowej i opowiada o związku amerykańskiego kierowcy ambulansu i brytyjskiej pielęgniarki. Porucznik Frederic Henry zajmuje się dostarczaniem rannych żołnierzy do wojskowego szpitala, którym kieruje jego stary przyjaciel, major (i chirurg) Rinaldi. W wolnych chwilach przebywający na tyłach frontu oficerowie randkują z pielęgniarkami Czerwonego Krzyża. Tak Frederic poznaje Catherine Barkley, poważną ale kochającą życie kobietę, która niedawno straciła na froncie narzeczonego. W efekcie spędzonej wspólnie nocy para rozpoczyna związek, któremu na drodze staje wojenna zawierucha, wojskowe restrykcje oraz zazdrośni przełożeni.

Chociaż Pożegnanie z bronią rozgrywa się w trakcie wojny, jest ona tylko tłem dla wielkiej miłości bohaterów. Od pierwszego spotkania wszelkie ich myśli i działania są skierowane wyłącznie na bycie razem. Na podobieństwo klasycznych tragedii los staje jednak na drodze zakazanego związku, stawiając przed Frederikiem i Catherine coraz to nowe przeszkody. Mimo górnolotności i pewnej jednostronności historia ich miłości jest ciekawa ze względu na swą prowokacyjność. Nietrudno zrozumieć ludzi, którzy wśród bezsensu wojny postanowili skupić się na sobie i swoim uczuciu. Choć samolubni, wyróżniają się na tle wszechobecnej destrukcji i nihilizmu, bo pragną od życia czegoś więcej. A jednocześnie ten idealizm wystawia ich na ciężką próbę w środowisku, które sprzyja zupełnie innym postawom. Dodatkowym plusem jest, że Borzage (śladem Hemingwaya) ucieka od łatwych rozwiązań i wieńczy film godnym zakończeniem.

Przekonujący melodramat nie jest możliwy do zrealizowania bez dobrego aktorstwa. Nie jestem wielkim fanem Gary'ego Coopera, ale jego Frederic jest kreacją udaną. Zwłaszcza w końcowych, poruszających scenach filmu Cooper pokazuje, że potrafi stanąć na wysokości zadania. Jego ekranową partnerką jest drobniutka, refleksyjna Helen Hayes, niedawna laureatka Oscara za główną rolę w Grzechu Madelon Claudet. W Pożegnaniu z bronią dokonuje trudnego wyczynu i nadaje swojej bohaterce osobowość głównie poprzez pociągłe spojrzenia wielkich oczu. Piszę to bez ironii, melancholijna zaduma Hayes ciekawie kontrastuje z odważnymi czynami jej bohaterki. Dobrym uzupełnieniem tej pary jest Adolphe Manjou w roli szujowatego majora Rinaldiego. Również on nadał swojej mało sympatycznej postaci potrzebną wielowymiarowość. Pożegnanie z bronią zostało wyróżnione Oscarem za zdjęcia i rzeczywiście praca kamery jest nader interesująca. W pamięć zapada zwłaszcza sekwencja oglądana oczyma Frederica leżącego na szpitalnym łóżku oraz świetnie zmontowana scena z początku filmu z udziałem głównego bohatera, pantofelka i damskich stóp.

Pożegnanie z bronią jest przykładem udanego melodramatu, w którym dylematy i losy bohaterów są na tyle wiarygodne, żeby wciągnąć widza w ich historię. Pomimo ewidentnego sentymentalizmu film jest interesujący w swej oryginalności. Po trosze opowieść o miłości na przekór wszystkim, po trosze o egoistycznym nonkonformizmie, to jeden z bardziej udanych filmów Borzage'a. Wystawiam mu 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 13 listopada 2018

Bad Girl/Zła dziewczyna (1931)

Film o pięknych, dwudziestoletnich (w latach trzydziestych)

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 30 min.

Występują: James Dunn, Sally Eilers, Minna Gombell

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie padają z mojej strony w kierunku hollywoodzkich scenariuszy, jest tworzenie tak zwanych fałszywych dylematów. Polegają one na budowaniu konfliktów na błahych podstawach. On kocha ją, ale skrywa jakiś wstydliwy sekret i zamiast się przyznać, zgrywa obojętnego albo wymyśla kłamstwa, które pozwolą mu ukryć słabość. Cały konflikt mogłaby zażegnać jedna szczera rozmowa, której bohaterowie jakoś nie potrafią przeprowadzić aż do finału filmu. Tego typu rozwiązania zazwyczaj irytują swym psychologicznym nieprawdopodobieństwem i zwykłą głupotą. Bardzo rzadko zdarza się, że autorzy scenariusza próbują wyjaśnić motywy kłamiącego bohatera i nadać jego postępowaniu jakieś głębsze uzasadnienie. Wtedy może być nawet ciekawie. Z taką sytuacją mamy do czynienia w Złej dziewczynie, filmie wyreżyserowanym przez znanego z rozmaitych niemych melodramatów Franka Borzage. Zasłużenie lub nie, obraz otrzymał Oscary za reżyserię i scenariusz.

Film opowiada o związku Dorothy i Eddiego. Ona jest sierotą na utrzymaniu brata dorabiającą sobie jako modelka. On - sprzedawcą w sklepie z radiami mozolnie odkładającym grosz do grosza na założenie własnego interesu. Poznają się przypadkiem w lunaparku na Coney Island, gdzie Eddie zwraca uwagę Dorothy swoją nonszalancją i brakiem zainteresowania kobietami (jest to zachowanie odróżniające go od większości mężczyzn w tym królestwie uciech). Spędzają wieczór na interesującej rozmowie i umawiają się ponownie. Druga randka kończy się spontanicznymi zaręczynami i bardzo późnym powrotem Dorothy do domu. Oburzony jej niemoralnością brat wyrzuca dziewczynę na bruk. Szybki ślub z Eddiem staje się koniecznością. Czy jednak młodzi zakochani znają się wystarczająco dobrze, aby miłosny czar nie prysł jak banka mydlana?

Zła dziewczyna jest całkiem interesującą historią obyczajową poruszającą liczne problemy, które najwyraźniej trapiły młodych ludzi w latach trzydziestych. Jest więc problem kontroli społecznej - do czego wypada się posunąć porządnej kobiecie, do czego nie. Jest kwestia dorabiania się i priorytetów w wydatkowaniu oszczędności. Jest również sprawa podejścia obojga małżonków do rodzicielstwa. I w końcu problem słynnej męskiej dumy i problemów z okazywaniem słabości, które prowadzą do wspomnianych wcześniej fałszywych dylematów. Twórcy filmu nie posunęli się do tak miażdżącej krytyki tego głupiego zachowania, jaka by mnie satysfakcjonowała, ale przynajmniej podjęli dość udaną próbę wyjaśnienia jego źródeł. Dzięki temu cichy konflikt pomiędzy Dorothy a Eddiem jawi się jako zrozumiały, choć łatwy do uniknięcia. Fabuła filmu jest bardzo przyziemna, co osobiście przypadło mi do gustu. Miło było pooglądać sobie zupełnie zwyczajnych ludzi walczących o lepsze jutro i próbujących radzić sobie z problemami wcale nie tak różnymi od tych, które spotykają nas współcześnie. 

Aktorsko Zła dziewczyna prezentuje przyzwoity poziom, chociaż kreacje Jamesa Dunna i Sally Eilers nie należą do wiekopomnych. Przeciętni aktorzy przekonująco zagrali przeciętnych ludzi. Nieco bardziej interesująca jest Minna Gombell jako zadziorna przyjaciółka Dorothy, która kiedy trzeba potrafi doradzić, a innym razem rozładować atmosferę mocnym słowem. Zdjęcia i scenografia również stoją na przyzwoitym poziomie. Jest w filmie kilka ciekawie zaaranżowanych scen, w tym jego zaskakujące otwarcie z modelkami ubranymi w stroje weselne oraz rozmowy Dorothy i Eddiego na schodach kamienicy przeplatane rozmaitymi ekscesami innych lokatorów. Na pochwałę zasługują zgrabnie napisane dialogi zawierające sporą dawkę życiowych mądrości i humoru.

Zła dziewczyna zrobiła na mnie dobre, choć nie rewelacyjne wrażenie. Nagroda za reżyserię dla Borzage wydaje się przyznana na wyrost, natomiast realistyczny scenariusz rzeczywiście zasługuje na uwagę. Film jest wart obejrzenia jako pogłębiony obrazek obyczajowy z lat trzydziestych. Wystawiam mu 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 27 września 2018

Lucky Star (1929)

Film o facecie na wózku i dziewczynie, co się nie myła

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 40 min.

Występują: Charles Farrell, Janet Gaynor, Guinn Williams, Hedwiga Reicher

Duet aktorski Janet Gaynor i Charlesa Farrella w roku 1929, po rolach w genialnym Wschodzie słońca i bardzo dobrych Siódmym niebie oraz Aniele ulicy miał już za sobą szczyt kreatywności. Lucky Star to czwarta próba obsadzenia tej pary jako doświadczanych przez los kochanków. Najwyraźniej formuła zaczęła się wyczerpywać, gdyż jest to najmniej udany z wymienionych filmów - bardzo konwencjonalny pod względem scenariusza i mało interesujący w środkach artystycznego wyrazu. Najgorsze jest to, że okrutnie mnie znudził.

Akcja filmu rozgrywa się na głębokiej amerykańskiej prowincji w czasach I Wojny Światowej. W pierwszych scenach poznajemy Mary Tucker, młodą wiejską dziewuchę żyjącą pod jednym dachem z matką - wdową i grupką nieletniego rodzeństwa. Mary jest rezolutna i zadziorna, ale miejscowi chłopcy nie traktują jej poważnie. W okolicy mieszkają też Tim Osborn i Martin Wrenn, dwóch rywalizujących ze sobą monterów linii elektrycznej. Wkrótce obaj zostają wysłani na wojenny front do Francji, a Mary, jak na porządną Amerykankę przystało, pisze do nich listy. Losy mężczyzn toczą się skrajnie odmiennie. Wrenn jako kombinator i oszust zostaje wydalony z wojska, natomiast Osborn wskutek wybuchu szrapnela odnosi rany i ląduje na wózku inwalidzkim. Obaj powracają do rodzinnej wsi. Mary zaprzyjaźnia się z niepełnosprawnym Timem. Pomaga mu w pracach domowych, sama natomiast uczy się czynności, których nie wyniosła z domu, jak mycie się i czesanie. Tymczasem Wrenn kłamliwie podający się za oficera próbuje zmusić Mary do małżeństwa za wstawiennictwem zapatrzonej w niego matki dziewczyny.

Fabuła może wydawać się interesująca, ale okazała się wyjątkowo nieatrakcyjna. Jej osią uczyniono rywalizację dwóch facetów o względy Mary. Mogło to być ciekawe, gdyby każdy z nich miał dziewczynie coś do zaoferowania. Tymczasem chromy Osborn ma tak oczywistą przewagę nad kłamliwą szują Wrennem, że łatwo domyślić się finału historii. Mary ani przez chwilę nie spogląda przychylnie na drugiego zalotnika. Jej jedynym problemem jest kwestia sprzeciwienia się woli matki. Ta natomiast z jakimś ślepym uporem bierze stronę faceta, o którym wszyscy wokoło wiedzą, że jest oszustem. Za to grany przez Farrella Osborn jest tak szlachetny, że można usnąć. Jego walka o odzyskanie sprawności jest tylko pretekstem do przeciągania wątku melodramatycznego. Na domiar złego utwierdza ukochaną, że zawsze powinna słuchać mamy. I jeszcze wymyśla dla dziewczyny przydomek "Baa Baa", jakby była jakąś owcą. Ta jest oczywiście zachwycona. Przyjmuje nawet od niego pierścionek z wygrawerowanym przezwiskiem. Sceny, kiedy Tim uczy Mary myć włosy i tłumaczy jej, że może rozjaśnić cerę, zmywając przyschnięty do twarzy brud, są może i zabawne, ale niezbyt przekonują, kiedy kocmołucha gra bladolica i piękna Janet Gaynor. Mimo to jej postać jest najjaśniejszym punktem tego całkowicie przeciętnego filmu, wnosząc do niego sporo energii. Niestety to nie wystarcza.

Kinematograficznie Lucky Star jest konwencjonalny do bólu. Królują statyczne ujęcia niczym z filmów D.W. Griffitha. Scenografia jest czysto studyjna i nie kryje swej sztuczności. Nie przypominam sobie w Lucky Star żadnej sceny, która wizualnie zapadłaby mi w pamięć. Jednym słowem jest to film całkowicie przeciętny, wpisujący się świetnie w ramy hollywoodzkiej konwencji. Mało inspiracji, mało emocji. Typowe 5 gwiazdek. Nie polecam.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Anioł ulicy/Street Angel (1928)

Film o dobrej dziewczynie z problemami

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 41 min.

Występują: Janet Gaynor, Charles Farrell, Natalie Kingston, Henry Armetta

Są filmy, o których jakości stanowi ciekawy scenariusz i nieszablonowi bohaterowie wplątani w niezwykłe sytuacje. Są takie, które wyróżniają się sposobem opowiadania historii, przyciągającą oko pracą kamery, oryginalnymi pomysłami reżyserskimi, dopracowaną scenografią. Czasem jednak zdarza się, że film wybija się ponad przeciętność dzięki jednej wybitnej kreacji aktorskiej. Takim przypadkiem jest Anioł ulicy, dość szablonowy melodramat, który wyróżnia głównie jedna rzecz - genialna rola Janet Gaynor.

Akcja Anioła rozgrywa się we Włoszech, w Neapolu i jego okolicach. Dziewczyna o imieniu Angela mieszka w zapadłych slumsach tego miasta. Kiedy ją poznajemy, szuka sposobu na zdobycie pieniędzy na leki dla ciężko chorej matki. Z braku lepszych pomysłów próbuje prostytucji połączonej z okradaniem klientów, zostaje jednak błyskawicznie przyłapana. Matka Angeli umiera, a ona sama zostaje skazana na rok więzienia. Udaje jej się uciec eskortującym ją policjantom i znajduje schronienie w wędrownym cyrku. Tu poznaje Gino, artystę malarza o wielkich aspiracjach. Pomimo przybrania przez dziewczynę maski cyniczki, mężczyzna dostrzega w niej piękno. W końcu Gino kradnie serce Angeli, malując portret ukazujący ją taką, jaka jest w jego wizji - dobrą, świętą, niemal anielską. Para powraca do Neapolu, gdzie malarz zamierza szukać zajęcia godnego artysty. Przeszłość Angeli nie daje jednak o sobie zapomnieć i staje na drodze szczęścia kochanków.

Jak widać, fabuła Anioła ulicy nie grzeszy szczególną oryginalnością czy wyrafinowaniem. Co więcej, są w niej momenty niezwykle naiwne, ledwie wytrzymujące zawieszenie niewiary. A jednak Janet Gaynor winduje film w górę swoją rolą Angeli. Gwiazda daje tak szeroki popis umiejętności aktorskich, jakiego chyba jeszcze w kinie niemym nie było. Weźmy jedną z pierwszych scen filmu, kiedy jako niewinna dziewczyna usiłuje udawać zawodową ulicznicę. W jej ruchach widzimy pewną nieśmiałość, niezdarność świadczącą o braku doświadczenia. Dziewczyna przechadza się po zaułkach, ostrożnie obserwując zachowania innych kobiet. W końcu przybiera bardziej wyzywającą pozę, stając się niemal przekonującą uwodzicielką. A jednak można dostrzec, że cały czas gra, czując się w tej roli niepewnie i nieswojo. Momentów, kiedy Gaynor "gra grę" jest w filmie więcej. Podczas epizodu cyrkowego bawi jej udawany cynizm, który Gino trafnie rozpoznaje jako postawę obronną. Najlepsza jest jednak w długiej scenie zaręczynowo-pożegnalnej kolacji z Ginem, kiedy ukrywa przed narzeczonym własną rozpacz, starając się roztoczyć przed nim wizję świetlanej przyszłości. Oczywiście nie wszystkie sceny z udziałem Angeli polegają na udawaniu kogoś innego, ale na ich przykładzie najlepiej widoczny jest wielki talent aktorki. Gaynor jest w filmie wspomagana przez jej częstego ekranowego partnera Charlesa Farella. Początkowo wydawało mi się, że ten nie będzie miał wiele do zagrania, bowiem jego postać jest prostodusznym marzycielem, który głównie ładnie się uśmiecha do pięknej Angeli. Jednak Farrell pokazuje pazury w końcowych scenach filmu, kiedy osobowość jego bohatera ulega przemianie na znacznie mroczniejszą. Warto to zobaczyć.

Z innych atutów filmu muszę wspomnieć o oryginalnej ścieżce dźwiękowej, która obok klimatycznej muzyki instrumentalnej zawiera włoskie pieśni ludowe na czele ze słynnym 'O sole mio. Jest również kilka efektów dźwiękowych towarzyszących ważnym momentom, na przykład gwizdy czy stukanie kołatki. Kamera pracuje sprawnie, ochoczo podążając za bohaterami i zaglądając na plan z różnorodnych perspektyw. Widać jednak, że wszystko rozgrywa się w studio, którego ściany skryte są w nieustannie okrywającej Neapol mgle. Wspomnę jeszcze o ciekawym wykorzystaniu rekwizytu, jakim jest namalowany przez Gina portret Angeli. Losy obrazu zestawione są z przeżyciami bohaterki i jej narzeczonego i kilkakrotnie stanowią dla nich punkt odniesienia. Ten instrument narracyjny to chyba jedyny znaczący pomysł reżyserski w Aniele ulicy. Inna sprawa, że Frank Borzage nie musiał tu wiele robić. Trafnie uznał, że wystarczy pozwolić znakomitej Gaynor grać.

Anioł ulicy jest filmem niezwykle przyjemnym w odbiorze i ciekawą pozycją dla osób zainteresowanych oryginalnym aktorstwem. Należy przy tym przymknąć oko na pewne schematy i nieścisłości, ale o dziwo przyszło mi to dość łatwo. Niecierpliwie czekam na następne filmy z Janet Gaynor, która w wieku 22 lat wyrosła na prawdziwą królową Hollywood. Dzięki niej Anioł ulicy otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 22 lipca 2018

Siódme niebo/7th Heaven (1927)

Film o wspinaczce z rynsztoków ku szczytom.

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 58 min.

Występują: Janet Gaynor, Charles Farrell, David Butler, Marie Mosquini, Gladys Brockwell

Bohaterami głośnych hollywoodzkich melodramatów bywały często postacie o znaczącej pozycji społecznej - arystokraci, artyści, kapłani. Reżyser Frank Borzage i scenarzysta Benjamin Glazer zaproponowali w Siódmym niebie coś odmiennego - nękanymi przez kaprysy losu kochankami są paryski kanalarz i prostytutka, którzy siłą własnej determinacji próbują wywalczyć sobie lepsze życie. "By z samego dołu dotrzeć aż do gwiazd", jak mawia tryskający pewnością siebie Chico.

Gdy poznajemy naszych bohaterów, Chico pracuje przy czyszczeniu miejskich kanałów i marzy o awansie na zaszczytne stanowisko sprzątacza ulic. Diane mieszka w melinie, gdzie usługuje Nanie - katującej ją siostrze alkoholiczce. Obie zarabiają na życie prostytucją. Wskutek zbiegu okoliczności Chico staje w obronie Diane podczas jej szczególnie ostrej awantury z siostrą. Kiedy Nana z zemsty nasyła na Dianę policję, Chico oświadcza, że dziewczyna jest jego żoną. Ponieważ policjanci zapowiadają, że zweryfikują jego słowa, kanalarz pozwala Diane zatrzymać się na krótki czas w jego mieszkaniu... i tak już zostaje. Między parą powoli rozkwita uczucie, któremu na drodze stanie dopiero Wojna Światowa.

Siódme niebo jest ciekawe dzięki dwójce głównych bohaterów, mocno nietypowych i brawurowo zagranych przez Janet Gaynor i Charlesa Farrella. Postać Diane przechodzi ewolucję od zamkniętej w sobie, zastraszonej dziewczyny do odważnej i samodzielnej kobiety. Katalizatorem jej przemiany jest Chico - pewny siebie, nieco chełpliwy, pod pozorami obojętności skrywający dobre serce. Para ta świetnie się uzupełnia i rozwija przez cały film, wzajemnie wspomagając się w walce z własnymi słabościami. Aktorzy w pełni podołali trudnemu zadaniu. Zwłaszcza Gaynor świetnie oddaje rozwój swojej bohaterki od milcząco przyjmującej ciosy ofiary do osoby, która sama potrafi się obronić. Nic dziwnego, że otrzymała pierwszego w historii Oscara za rolę żeńską.

Na uwagę zasługuje także scenografia. Film korzysta na ogół z kameralnych lokacji, które są mocno dopracowane i świetnie wykorzystane na potrzeby danej sceny. Tak jest z kanałem i położonym nad nim skrawkiem ulicy w początkowych scenach filmu, a później z ulokowanym na poddaszu mieszkaniem Chico, które jest właściwie malutką izdebką z wyjściem na dach i gzymsy. Wszystko to sfilmowano bardzo ruchliwą i wszędobylską kamerą. Szczególnie udane są dwa charakterystyczne ujęcia, w których umieszczona na jakiejś zewnętrznej windzie kamera wędruje wraz z bohaterami z dołu na szczyt kamienicy, symbolizując ich "wspinaczkę ku gwiazdom". Ostatnie pół godziny filmu skupia się na wydarzeniach wojennych i zawiera kręcone częściowo w plenerach sceny militarystyczne. Tutaj warto obejrzeć szarżę piechoty uzbrojonej w miotacze płomieni. Choć w czerni i bieli, ple bitwy wygląda jak prawdziwe piekło.

Mocną stroną Siódmego nieba są interakcje pomiędzy Diane i Chico i film nieco traci, kiedy w wojennej części filmu zostają rozdzieleni. Twórcom zabrakło też odwagi, by zakończyć swe dzieło równie mocno, jak je rozpoczęli. Szkoda, bo wówczas film mógłby aspirować do wybitności. Na minus zapisuję również wątek religijny - Chico jest ateistą, który porzucił wiarę, ponieważ Bóg nie wysłuchiwał jego modlitw. Strasznie to naiwne i nieprzekonujące. Można było sobie ten wątek podarować.

Siódme niebo to bardzo dobry melodramat z ciekawymi kreacjami aktorskimi i wpadającą w oko kinematografią. Ciekawe, jak potoczy się dalsza kariera Janet Gaynor, dla której była to pierwsza głośna rola. W każdym razie otrzymane przez film Oscary (również za scenariusz i reżyserię) były w dużej mierze zasłużone. W ramach kina amerykańskiego film należy do ścisłej czołówki swojej epoki. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com