Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 marca 2019

Viva Villa! (1934)

Film o złoczyńcy, który próbował zostać zbawcą

Reżyseria: Jack Conway
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 49 min.

Występują: Wallace Beery, Leo Carilla, Fay Wray, Donald Cook, Stuart Erwin, Henry B. Walthall, Joseph Schildkraut

Historia Meksyku i związane z nią mity są, mimo swego bogactwa, praktycznie nieznane w Polsce. Natomiast w Kalifornii z racji bliskości geograficznej i stałej migracji Latynosów, wszyscy ci nieogoleni, noszący sombrera ludowi bohaterowie byli postaciami dość swojskimi. Stąd zapewne pomysł nakręcenia w studiach Hollywood filmu o Poncho Villi, przywódcy chłopskiej partyzantki i jednej z ważniejszych postaci tak zwanej Rewolucji Meksykańskiej. Scenariusz powstał na podstawie książki o życiu Villi, trzeba jednak zaznaczyć, że Viva Villa! fakty historyczne traktuje nadzwyczaj luźno. Nawet pobieżne spojrzenie na biografię pierwowzoru pokazuje, że nie zgadza się prawie nic. Film kreśli natomiast niezwykle wyrazisty portret Villi jako przedstawiciela uciskanej warstwy społecznej, która postanowiła upomnieć się o swoje. Zdecydowanie nie jest to bohater, do jakiego przyzwyczaiła nas kultura europejska.

Film otwiera epizod z dzieciństwa Villi, kiedy jego rodzina zostaje wywłaszczona, a protestujący przeciw temu ojciec zostaje na rozkaz bogatego właściciela ziemskiego zachłostany na śmierć. Młody Poncho mści ojca, wbijając jego katowi nóż w plecy. Przenosimy się kilkanaście lat do przodu, w okolice roku 1910. Villa jest przywódcą bandy rebeliantów, którzy mordują bogaczy i rozdają ich majątek peonom, czyli biednym wieśniakom. Podczas jednego w napadów Villa spotyka na swojej drodze Francisco Madero, polityka i rewolucjonistę, który planuje rebelię przeciwko prezydentowi Diazowi. Oczarowany elokwencją i ideowością Madero, Villa przyłącza się do jego sprawy, gotów walczyć o wielką ideę, jaką jest uwłaszczenie peonów. Jego głównym konkurentem o względy przywódcy staje się generał Pascal, lider wojskowego skrzydła Rewolucji.

Viva Villa! w uproszczony, dostosowany do prostackiej percepcji tytułowego bohatera sposób przedstawia klasowe podłoże Meksykańskiej Rewolucji. Z perspektywy Villi jest to po prostu rebelia biednych, pozbawionych ziemi chłopów przeciwko warstwie bogatych "spaniardów". Zbyt mało wiem o historii Meksyku, żeby oceniać wiarygodność tego podziału, ale latynoamerykańskie sympatie prokomunistyczne zdają się wskazywać, że coś było na rzeczy. Film jest przy tym daleki od idealizacji którejkolwiek ze stron. Spaniardzi przedstawieni są jako wroga, bezosobowa siła, którą rewolucjoniści bezlitośnie niszczą, wręcz rozkoszując się zaprowadzanym chaosem i terrorem. Strona rewolucyjna dzieli się na idealistów (Madero), oportunistów (Pascal) oraz reprezentowany przez Villę żywioł ludowy.  Żywioł prawdziwie nieokiełznany, czego najlepszym przykładem jest główny bohater.

Poncho Villa, idol meksykańskich mas, który odbierał bogatym i dawał biednym, to w filmie Jacka Conwaya absolutny bydlak. Beztrosko zabija każdego wroga, który stanie mu na drodze, a śmiercią przyjaciół się nie przejmuje. Przyzwyczajony do błyskawicznego zaspokajania swych kaprysów, ma w zwyczaju seryjnie poślubiać kobiety, które wpadną mu w oko. Jego zemsta bywa straszna, odpłaca bowiem z nawiązką za wszystkie zniewagi. Sposób egzekucji, jaki obmyśla dla schwytanego śmiertelnego wroga jest tak okrutny, że wolę zbyt wiele o nim nie myśleć. Villa nie umie pisać ani czytać, a jego ideologia polityczna ogranicza się do żądania, aby "dać chłopom ziemię". Prowadzi to do tragikomicznych sytuacji, kiedy na krótką chwilę przejmuje władzę. Przy tym wszystkim ten złoczyńca został zagrany przez Wallace'a Beery'ego z takim wdziękiem, że trudno nie czuć do niego mimowolnej sympatii. Dla przyjaciół jest bowiem Villa hojny i szlachetny, a przy tym naprawdę sądzi, że walczy o słuszną sprawę. Jego bezpretensjonalność prowadzi do wielu komicznych sytuacji, choć jest to mocno czarny humor. I jeszcze te cudne idiosynkrazje związane z symbolami byków, z których Villa pragnie uczynić coś w rodzaju swego godła, ale uparcie nic z tego nie wychodzi. Beery z powodzeniem zrealizował trudne zadanie, kreując postać nikczemnego protagonisty, który do złudzenia przypomina barwnego herosa.

Jeżeli chodzi o innych bohaterów, jest kilka smaczków w postaci psychopatycznego zausznika Villi, który ma zwyczaj najpierw strzelać, a potem pytać. Wyrazista jest także jedna z żon protagonisty, która wyróżnia się ciętym językiem i ognistym temperamentem. Pozostała część obsady raczej nie zachwyca. Realizacyjnie film jest solidną hollywoodzką produkcją. Obficie korzysta z pustynnych plenerów i meksykańskiej architektury. Liczne sceny batalistyczne roją się od statystów i lśnią od efektów specjalnych (chociaż pokazowe upadki z konia za dziesiątym razem zaczynają nudzić). Bardzo ważną rolę odgrywa skomponowana przez Herberta Stolharta muzyka oparta na wzniosłych melodiach w wykonaniu sekcji dętej. Elementem ścieżki dźwiękowej jest między innymi słynny utwór La Cucaracha.

Viva Villa! to kontrowersyjny obraz o kontrowersyjnej postaci. Trudno uważać za bohatera kogoś, kto jest znacznie bardziej brutalny i bezlitosny niż jego bezosobowi przeciwnicy. Poncho Villa jest jednocześnie czarującym łotrem, jak i potworem zrodzonym w chorym społeczeństwie. Ponieważ jest to tylko luźna wariacja na temat postaci historycznej, trudno traktować go serio. Także cały film jako opowieść o Rewolucji Meksykańskiej jest zbyt uproszczony i dostosowany do punktu widzenia prymitywnego protagonisty. Ponadto cierpi na chaos narracyjny. Poszczególne sekwencje bardzo swobodnie przeskakują pomiędzy wydarzeniami, a łączącym je spójnikiem zbyt często są rozbudowane plansze tekstowe. Jest  to zapewne efekt chaosu organizacyjnego wywołanego przez problemy realizacyjne. Ich kwintesencją była aż dwukrotna wymiana reżysera podczas zdjęć. Między innymi z tego powodu Viva Villa! jest filmem dziwnym, niespójnym, chociaż niewątpliwie interesującym i pobudzającym do myślenia. Otrzymuje ode mnie 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 26 grudnia 2018

Cimarron (1931)

Film o człowieku, który nigdzie nie umiał zagrzać miejsca

Reżyseria: Wesley Ruggles
Kraj: USA
Czas trwania: 2 h 3 min.

Występują: Richard Dix, Irene Dunne, Estelle Taylor, Roscoe Ates, Stanley Fields

Cimarron aż do roku 1991 był jedynym westernem, który zdobył Oscara dla najlepszego filmu. Prócz tego został przez Akademię Filmową nominowany we wszystkich pozostałych kategoriach i zgarnął również statuetki za scenariusz i scenografię. Do dzisiaj pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych laureatów tych nagród. Z obecnej perspektywy jest to film bardzo nierówny. Scenariusz dokonuje zaskakujących przeskoków czasowych naruszających jedność akcji. Aktorstwo jest raczej wątpliwej jakości. Jedynie scenografia broni się swoją jakością i rozmachem. Po obejrzeniu Cimarrona jestem zmuszony przyłączyć się do grona jego krytyków.

Film opowiada o kolonizacji terytorium Oklahomy, poczynając od zajmowania tych terenów przez pierwszych osadników w roku 1889, poprzez szybki rozwój, uzyskanie praw stanu i naftowy boom lat dwudziestych. Wydarzenia śledzimy z perspektywy rodziny Cravatów, która osiedla się w miasteczku Osage. Yancey Cravat jest odważnym traperem i przedsiębiorcą. Zakłada w miasteczku pierwszą gazetę i w znacznym stopniu przyczynia się do oczyszczenia Osage z bandytów i wagabundów. Gdy sytuacja ulega stabilizacji i życie w miasteczku staje się nudne, Yancey wyrusza w poszukiwaniu przygód. U sterów rodzinnego biznesu pozostaje jego wierna żona Sabra. Od teraz na jej barkach spocznie prowadzenie w imieniu męża gazety i wychowanie dwójki dzieci. Yancey pojawia się w domu raz na kilka lat, zazwyczaj wnosząc w życie rodziny i miasteczka znaczne ożywienie.

Największym problemem Cimarrona jest scenariuszowa wolta. Przez pierwszą godzinę oglądamy typowy western. W Osage z wolna formuje się zorganizowane społeczeństwo i jego podstawowe instytucje. Yancey staje się naturalnym liderem i w pięknym stylu rozprawia się z zagrażającymi bezpieczeństwu mieszkańców bandziorami. Później postanawia zniknąć, właściwie bez wyraźnego powodu. Akcja drugiej połowy filmu skupia się na losach jego żony i zostaje rozciągnięta na ponad 30 lat. Yancey z bohatera staje się dziwakiem, który nie potrafi znaleźć sobie nigdzie miejsca. Sabra to ciekawa postać, ale na dobrą sprawę nie pozwolono jej rozwinąć skrzydeł. Ukazana jest w nieustającym odniesieniu do męża, zamiast jako samodzielna kobieta sukcesu. Sytuacji nie poprawia fakt, że druga połówka filmu jest nudnawym błądzeniem od sekwencji do sekwencji, bez ścisłych związków pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. W rezultacie trudno powiedzieć, jakie ma być przesłanie historii Cravatów. Być może chodzi o to, że Dziki Zachód przeminął, robiąc miejsce cywilizacji i bohaterom nowego typu? Takim jak Sabra - pierwsza kobieta w stanowym parlamencie Oklahomy. Tylko czy na pewno, skoro w tle wciąż pojawia się błądzący Yancey, niegdysiejszy heros? Nie podejmuję się odpowiedzi na to pytanie.

Jeżeli chodzi o styl narracji, warto wspomnieć o dwóch scenach oddających jej charakterystyczne cechy. Pierwszą jest otwierający film wyścig po ziemię. Po wejściu w życie dekretu prezydenta tysiące ludzi walczą o pozyskanie jak najlepszych działek na terenie Oklahomy. Pamiętam podobną znakomicie nakręconą scenę z filmu Trzech złych ludzi. Również Cimarron nie zawodzi, ukazując wielkie bogactwo ujęć i scenografii. Tysiące osadników poruszających się najrozmaitszymi środkami lokomocji podąża ku przeznaczeniu. Każdy z nich walczy o swoją przyszłość, uciekając się do najróżniejszych forteli. Ta świetna sekwencja wprowadza widza w klimat powstającego z niczego miasteczka, którego rozwój będzie nam dane obserwować w pierwszej, bardziej udanej połowie filmu. Druga ważna scena rozgrywa się w miejskim sądzie. Yancey występuje jako publiczny obrońca w procesie kobiety oskarżonej o nieobyczajność. Zarówno on jak i prokurator wygłaszają pełne patosu, niestrawne przemówienia odnoszące się a to do moralności publicznej, a to do trudnego dzieciństwa oskarżonej. Żaden nie wypowiada ani słowa o czynach, jakich miała się dopuścić ta kobieta. Właściwie nie wiadomo, o co dokładnie została oskarżona. Ten nieznośny pojedynek nastroszonych kogutów to druga, brzydsza twarz filmu - pełnego patosu obrazu zmierzającego donikąd. Bo Cimarron jest i taki, i taki. 

Podsumowując wrażenia, oglądanie tej epickiej produkcji było dla mnie nużące. O ile typowo westernowe sceny bronią się całkiem nieźle, późniejsze losy Yanceya Cravata i jego rodziny nie są już tak interesujące. Kolejne sceny są zbyt rozrzucone w czasie i brak im ciągłości. Do tego dochodzi nieprzyjemna i niezrozumiała dewaluacja głównego bohatera. Cimarron był daniem ciężkostrawnym i raczej odradzam jego konsumpcję. Jest w latach trzydziestych sporo lepszych filmów. Wystawiam 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 20 października 2018

Droga olbrzymów/The Big Trail (1930)

Film o ludziach na szlaku

Reżyseria: Raoul Walsh
Kraj: USA
Czas trwania: 2 h

Występują: John Wayne, Marguerite Churchill, Tully Marshall, Tyrone Power Sr., Ian Keith, Charles Stevens

Udźwiękowienie filmów nie było jedynym technicznym osiągnięciem przełomu lat 20. i 30. Hollywood eksperymentowało także z obrazem. W omawianym okresie pojawiło się kilka filmów korzystających z obrazu panoramicznego (dzięki zastosowaniu taśmy filmowej 70 mm - dwukrotnie szerszej od standardu). Znacznie poprawiało to jakość wizualną produkcji korzystających ze scen grupowych i plenerów. Wkrótce potem Wielki Kryzys wywołał konieczność cięcia kosztów, która nie ominęła również filmowców i właścicieli kin. Dlatego technologia panoramiczna została szybko zarzucona i poszła w zapomnienie na długie lata. Podobnie jak stworzone za jej pomocą filmy, których nie można było wyświetlać bez specjalnego sprzętu. Taki właśnie los spotkał Drogę olbrzymów, pierwszy ważny obraz w karierze Johna Wayne'a.

Droga olbrzymów opowiada o wędrówce grupy pionierów tak zwanym Szlakiem Oregońskim, który prowadzi z położonego w środku USA St. Louis aż do wybrzeży Pacyfiku. Film kręcono w kilku stanach, korzystając z bardzo różnorodnych plenerów. Zaangażowano też do niego kilkuset statystów. Wraz z wozami, realistycznymi strojami i ekwipunkiem oraz stadami koni i bydła złożyło się to wszystko na imponującą otoczkę. Nietrudno się domyślić, że głównym atutem Drogi olbrzymów są niesamowite obrazy. Jest na co popatrzeć, poczynając od zatłoczonego pokładu parowca żeglującego po Missisipi, poprzez gigantyczny obóz pionierów, aż po nakręcone z wielkim rozmachem sceny wędrówki. Na potrzeby filmowego polowania zapędzono przed kamery liczące kilkaset sztuk stado bizonów. Niebezpieczna przeprawa przez rzekę obejmuje dziesiątki wozów i zwierząt. Jeszcze bardziej zapiera dech w piersiach spuszczanie bydła i taboru na linach podczas przeprawy przez góry. Na dokładkę niesamowicie sfilmowana bitwa z Indianami (osadnicy bronią się przy użyciu słynnej taktyki kręgu wozów) oraz końcowe sceny rozgrywające się u stóp kalifornijskich sekwoi. Autorzy zdjęć dali upust swojej kreatywności. Budżet filmu musiał być doprawdy wysoki.

Fabuła ma w Drodze olbrzymów charakter uzupełniający. Na początku filmu poznajemy spośród grupy pionierów kilka wyróżniających się postaci i towarzyszymy im w wędrówce. Najważniejszy jest grany przez Wayne'a traper Breck Coleman, który służy wędrowcom za przewodnika. Jego głównym nemezis jest Czerwony Flack, zarządca wozów, którego traper podejrzewa o rozbójnictwo i morderstwo. Płeć piękną reprezentuje podróżująca w poszukiwaniu lepszej przyszłości Ruth Cameron, która początkowo nie przepada za Breckiem. Jest Bill Thorpe, oszust uciekający przed własną zła sławą, poniewierany przez swoją teściową Gus i kilka innych postaci. Ich perypetie są raczej pretekstem do ukazywania kolejnych etapów podróży i podtrzymywania narracji. Żadna z prezentowanych historii nie jest szczególnie oryginalna, a żaden bohater zbyt głęboki. Anegdota głosi, że gdy niedoświadczony John Wayne wyraził obawę, czy podoła roli pierwszoplanowej, reżyser zapewnił go, że wystarczy, jeśli będzie dobrze wyglądał na koniu. To chyba najlepiej charakteryzuje fabułę tego filmu, w którym trudno powiedzieć coś negatywnego, ale nie ma go również za co wychwalać.

Droga olbrzymów nie zrobiła furory wśród widzów. Obraz panoramiczny okazał się wynalazkiem zbyt nowoczesnym i wyświetlały go tylko nieliczne kina. Między innymi z tego powodu John Wayne ponownie pogrążył się w anonimowości, z której wyrwie go dopiero Dyliżans. Druga sprawa, że aktorsko nie wykazał się w nim niczym szczególnym. Moja ocena filmu jest dość surowa, gdyż poza pięknymi widokami ciężko doszukać się w nim czegoś oryginalnego. Wystawiam 6 gwiazdek. Ale warto obejrzeć dla zdjęć.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 4 września 2018

W starej Arizonie/In Old Arizona (1928)

Film o dobrym bandycie i jego chciwej kochance

Reżyseria: Irving Cummings i Raoul Walsh
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 39 min.

Występują: Warner Baxter, Edmund Lowe, Dorothy Burgess

Ostatnia na Chronofilmotece pozycja z roku 1928 to przedsmak tego, co czeka kino w ciągu kolejnych dwóch lat. W starej Arizonie jest jednym z pierwszych w pełni udźwiękowionych filmów pełnometrażowych. Zawiera nie tylko kompletną ścieżkę z muzyką i efektami dźwiękowymi, ale również mówione dialogi. Było to osiągnięcie tym większe, że część scen kręcono w plenerach i konieczne było zastosowanie przenośnych mikrofonów. Taka innowacja nie mogła przejść bez echa i film otrzymał kilka nominacji oscarowych. Z dzisiejszej perspektywy wygląda nieco mniej imponująco. Warto też wspomnieć, że jest efektem pracy dwóch reżyserów. W trakcie zdjęć Raoul Walsh uległ wypadkowi, w wyniku którego stracił oko. W roli reżysera zastąpił go Irving Cummings, natomiast w roli gwiazdy filmu - Warner Baxter.

W starej Arizonie jest westernem przybliżającym postać na poły legendarnego rewolwerowca Cisco Kida. Jest to bandyta-dżentelmen z szarmanckim uśmiechem ograbiający dyliżansy  i kpiący sobie w żywe oczy ze stróżów prawa. Do schwytania bandyty (żywego lub martwego) wydelegowany zostaje sierżant Mickey Dunn, twardy żołnierz liczący na obiecane mu 5000 dolarów nagrody. Kluczem do dopadnięcia Cisco Kida może stać się jego dziewczyna Tonia Maria. Ponętna Meksykanka jest zarozumiała, chciwa i przekonana, że może zdobyć każdego mężczyznę. Prezenty otrzymywane kochanka są co prawda hojne, ale możliwe, że nagroda za jego głowę będzie bardziej kusząca.

Największa słabością W starej Arizonie jest to, co miało być jego największym atutem. Film jest wręcz przepełniony dialogami. Bohaterowie rozmawiają o wszystkim, nierzadko błyskotliwie, ale równie często się powtarzają. Cisco Kid wygłasza monologi opisujące to, co aktualnie robi. Tonia Maria popada w pełne samozachwytu przemowy. Jak na western bardzo mało jest w filmie akcji. Na rzecz nowej technologii niemal zupełnie zrezygnowano z tak dobrze sprawdzającej się w kinie niemym sztuki opowiadania obrazem. Szkoda, zwłaszcza że wśród trzech najlepszych scen filmu dwie (flirt Tonii i Mickeya z wykorzystaniem butelki wina oraz reakcja Cisco, gdy dowiaduje się o zdradzie pewnej osoby) obywają się bez słów. Najefektywniej wykorzystano dialogi podczas przyjaznej pogawędki Cisco i Mickeya w salonie fryzjerskim, kiedy ten drugi nie wie jeszcze, że ma do czynienia ze swoim wrogiem. Ta dość długa, pełna napięcia i dowcipu scena pokazuje, jak można efektywnie wykorzystać dialogi do prowadzenia narracji.

Penwą bolączką związaną z udźwiękowieniem filmu jest jakość fonii. Trudno wybrzydzać na kwestie techniczne, w końcu były to początki. Rzecz w tym, że do słabej jakości nagrania dochodzą okropne udawane akcenty aktorów, które mocno utrudniają zrozumienie ich słów. Dotyczy to zwłaszcza postaci drugoplanowych, chociaż akcent Cisco Kida też bardziej przypomina niemiecki niż meksykański. Potrzeba mi było dobrej chwili, żeby się przyzwyczaić i zacząć odbierać treści.

Aktorstwo stoi na przeciętnym poziomie. Osią fabuły jest konflikt pomiędzy bandytą, żołnierzem a stojącą pomiędzy nimi dziewczyną. Historia ta jest dość ciekawa, ale bardzo rozwlekła. Kreacja Tonii Marii - kobiety łasej na pieniądze, pełnej samouwielbienia i głupiej zahacza o kicz. Dorothy Burgess jest na ekranie równie często interesująca jak żenująca. Dziwi Oscar dla Warnera Baxtera za rolę Cisco Kida. Chociaż nie jest to zła rola, moim zdaniem nie powinien być nawet nominowany. Na koniec jeszcze jeden zarzut. Film korzysta z ładnych plenerów w amerykańskich parkach narodowych, ale pojawiają się raptem w kilku scenach, gdyż większość akcji to rozmowy w zamkniętych pomieszczeniach.

W starej Arizonie to film będący klasycznym przykładem zachłyśnięcia się nową technologią. Chociaż ogląda się go całkiem przyjemnie, jest w nim dużo zmarnowanego potencjału. Ale cóż, to dopiero początki wielkiej metamorfozy kina. Film otrzymuje ode mnie 6 gwiazdek, wyjście ponad przeciętność zawdzięczając udźwiękowieniu oraz mocnemu zakończeniu. Trochę stracona okazja, ale nie ma co żałować. Dobrych westernów będzie jeszcze co niemiara.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 19 czerwca 2018

Trzech złych ludzi/3 Bad Men (1926)

Film o trzech dobrych ludziach

Reżyseria: John Ford
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 32 min.

Występują: George O'Brien, Olive Borden, Lou Tellegen, Tom Santschi, J. Farrell MacDonald, Frank Campeau

Muszę powiedzieć, że moja przygoda z filmami Johna Forda rozpoczęła się nadzwyczaj dobrze. Żelazny koń był filmem epickim i traktował w dużej mierze o procesie historycznym. Trzech złych ludzi prezentuje historię bardziej kameralną, chociaż osadzoną w realiach ważnego etapu kolonizacji Dzikiego Zachodu.

Jest rok 1877. Tysiące osadników kierują się na terytorium Dakoty, która dekretem prezydenta Granta ma zostać otwarta dla osadnictwa i poszukiwania kruszców. Jest wśród nich młody kowboj Dan O'Malley, jest też młoda Lee Carlton wraz z ojcem przewożąca na Zachód stado rasowych koni. Podczas jednego z postojów Dan pomaga Lee naprawić uszkodzony wóz i nawiązuje się między nimi nić sympatii. Niebawem każde rusza w swoją stronę. Kilka dni później Carltonowie zostają zaatakowani przez gang koniokradów. Ojciec Lee ginie, ona sama zostaje natomiast uratowana przez tytułową trójkę "złych ludzi", którzy pierwotnie sami mieli zamiar przeprowadzić napad. Bull Stanley, Mike Costigan i Spade Allen, choć pędzą żywot opryszków, w gruncie rzeczy nie są tacy straszni. Osierocona i pozostawiona na pastwę typów spod ciemnej gwiazdy Lee budzi w nich współczucie. Mężczyźni postanawiają objąć dziewczynę opieką oraz znaleźć jej kandydata na męża. Wspólnie przybywają do miasteczka Custer, gdzie czeka ich niebezpieczna przeprawa z miejscowym szeryfem, który jest także przywódcą szajki przestępczej.

Trzech złych ludzi wyróżnia się ciekawym scenariuszem i sympatycznymi bohaterami. Trudno nie polubić trójki wagabundów, którzy pod chropowatą powierzchownością kryją poczciwą naturę. Pozostająca pod ich pieczą Lee jest zaradna i przedsiębiorcza. Najsłabiej spośród głównych bohaterów wypada O'Malley, który mimo swej odwagi jest trochę niańczony przez pozostałych. W filmie występuje też wiele charakterystycznych postaci drugoplanowych, które ubarwiają stworzony przez Forda świat. Są wśród nich prostytutki, poszukiwacze złota, zwykli wieśniacy szukający szczęścia, a nawet pastor. Światek Dakoty rządzi się przy tym swoimi prawami. Koniokrad może być w nim bohaterem, a stróż prawa złoczyńcą.

Fabuła filmu jest wciągająca i nie pozwala się nudzić choćby przez moment. Dynamicznie wyreżyserowane sceny pościgów i strzelanin zapewniają wysoki poziom adrenaliny. Imponuje zwłaszcza epicki "wyścig o ziemię", podczas którego osadnicy zaraz po wejściu w życie dekretu prezydenta współzawodniczą o zajęcie najlepszych działek. Wzięły w nim udział setki (o ile nie tysiące) statystów, koni i wozów. Po raz kolejny procentuje wykorzystanie malowniczych plenerów - przepastna równina Dakoty, na której rozciąga się kilometrowa linia osadników szykujących się do wyścigu, to widok niezapomniany. Wspomnę także o znakomitej końcówce filmu, która nie dość, że trzyma w napięciu, to zapewnia każdemu z bohaterów odpowiednie dla niego pożegnanie. W Trzech złych ludziach występuje również sporo humoru związanego wybrykami trzech opryszków oraz flirtem pomiędzy Lee a Danem. Ford przygotował te sceny z dużym wyczuciem i są naprawdę zabawne.

Trzech złych ludzi to bardzo dobry western, który obejrzałem z przyjemnością. Nie jest to film przełomowy, ale właściwie nie dostrzegłem w nim słabych punktów. John Ford ma świetny warsztat i znakomicie porusza się w realiach Dzikiego Zachodu. Nic dziwnego, że za kilka lat stanie się niekwestionowanym królem westernu. Wystawiam mocne 8 gwiazdek i polecam.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 20 maja 2018

Żelazny koń/The Iron Horse (1924)

Film o budowie Pierwszej Kolei Transkontynentalnej

Reżyser: John Ford
Kraj: USA
Czas trwania: 2h 30 min.

Występują: George O'Brien, Madge Bellamy, Cyril Chadwick, Will Walling, Fred Kohler

W XIX wieku w USA popularność zyskała sobie doktryna tak zwanego Objawionego Przeznaczenia. Według niej powinnością i przeznaczeniem Amerykanów było niesienie swojej cywilizacji w głąb kontynentu i dalej, aż nad Pacyfik. Dość pompatyczna i kontrowersyjna, niemniej zyskała sobie wielu zwolenników. Połączenie linią kolejową obu wybrzeży Stanów Zjednoczonych to jeden z kamieni milowych w realizacji Oświeconego Przeznaczenia. Transport kolejowy dał możliwość znacznie szybszego zasiedlania nowych terytoriów i zaprowadzenia tam rządów Cywilizacji. Jednym słowem było to coś więcej niż szlak transportowy. To jedna z przyczyn, dzięki którym Pierwsza Kolej Transkontynentalna stała się jednym z elementów mitologii Dzikiego Zachodu. John Ford w jednym ze swoich pierwszych głośnych filmów postanowił przybliżyć okoliczności powstania trasy, która połączyła kalifornijskie Sacramento z położonym na ówczesnej granicy cywilizacji miastem Omaha. Choć Żelazny koń posiada fabułę, bliżej mu do fabularyzowanego dokumentu niż typowego westernu. Losy występujących w filmie postaci pełnią rolę służebną wobec prawdziwego bohatera opowieści - Pierwszej Kolei Transkontynentalnej.

Film przedstawia wszystkie fazy budowy kolei, od wstępnych pomiarów terenu, poprzez podpisanie przez Abrahama Lincolna ustawy finansującej budowę, konstrukcję toru przez dwie rywalizujące ze sobą spółki (jedna rusza z Sacramento, druga z Omaha), aż do symbolicznego wbicia ostatniego gwoździa i otwarcia linii. Mamy okazję zapoznać się z warunkami życia robotników, wśród których w Kalifornii przeważają chińscy imigranci, a w Nebrasce weterani wojny secesyjnej. Ekipy zamieszkują przenoszone z miejsca na miejsce miasteczka, w których roi się od dziwek, traperów i różnej maści wagabundów. Przyglądamy się aprowizacji tej rzeszy ludzi. Żywność zapewniana jest poprzez polowania na bizony oraz dostawy wielkich stad bydła pędzonych jest przez tysiące kilometrów prerii. Obserwujemy również, jak rozmaici kombinatorzy i przestępcy usiłują załatwiać przy budowie swoje brudne interesiki. Wszystkie te wydarzenia podane są w dość lekkim sosie fabularnym, co ułatwia ich przyswajanie. Ważniejszymi postaciami w filmie są: nadzorujący jedną ze spółek kolejowych inżynier Thomas Marsh, jego córka Miriam zaręczona z oślizgłym inżynierem Jessonem oraz Davy Brandon, traper i znawca terytorium Wyoming poszukujący dwupalcego mordercy swojego ojca. Postacie są dosyć jednowymiarowe i gdyby to one były głównymi bohaterami filmu, nie byłoby najlepiej. Zamysł Forda jest dla mnie jednak czytelny - fabuła nie może być zbyt skomplikowana, żeby nie odwracać uwagi od tego, co w Żelaznym koniu naprawdę ważne, czyli torów, lokomotywy i wszystkiego, co dzieje się wokół nich. Poważniejsze zastrzeżenie fabularne mam tylko do Indian, którzy zostali przedstawieni jako dzika, mordercza horda - po prostu jeszcze jedna przeszkoda na drodze do ukończenia linii. Zdecydowanie można było bardziej ich zniuansować.

Żelazny koń wyróżnia się dbałością o szczegóły. Film otwiera oświadczenie, że wszystkie przedstawione w filmie fakty są zgodne z rzeczywistością. Podchodzę do niego z dużym dystansem, zwłaszcza wobec niezgodnej z prawdą deklaracji, że w scenie otwarcia linii kolejowej wykorzystano oryginalne lokomotywy obecne podczas rzeczywistej ceremonii. Tym niemniej scenografia przygotowana jest fenomenalnie. Praktycznie cały film nakręcony jest w plenerach, dzięki czemu możemy podziwiać krajobrazy prerii i Gór Skalistych (te ostatnie zapewne zastępuje pasmo Sierra Nevada). Narzędzia i akcesoria kolejowe wyglądają bardzo wiarygodnie i są używane w pomysłowy sposób (na przykład platforma kolejowa służy jako improwizowany fort do obrony przed atakiem Indian). Również kostiumy i broń bezbłędnie wprowadzają w klimat epoki. Nie bez powodu John Ford stał się czołowym twórcą westernów. Już jako młody reżyser bezbłędnie wyczuwał klimat Dzikiego Zachodu. Żelaznego konia warto obejrzeć choćby dla całej występującej w filmie przebogatej rekwizytorni i pejzaży.

Drugim przejawem znakomitej reżyserii Forda są sceny grupowe, których w filmie niemało. Mamy świetnie zmontowaną, pełną napięcia konfrontację w saloonie, wspomniane już polowanie na bizony, potężną bitwę z ostrzeliwującymi pociągi Indianami, ale również takie perełki jak strajk robotników czy też wyścig do ukończenia torowiska, podczas którego każdy z robotników sprawnie wykonuje swoje zadanie - wyrównuje ziemię, układa podkład, dopasowuje tor, wbija kolejowe gwoździe - wszystko jak sprawnie działająca maszyna. Prawdziwa to amerykańska patriotyczna poezja filmowa.

Żelazny koń to film, w którym John Ford nie rozwinął jeszcze w pełni swoich możliwości. Mimo tego jest niewątpliwym dowodem talentu tego reżysera i świadectwem jego zamiłowania do westernowych klimatów. Objawione Przeznaczenie znane mi było wcześniej jako nieco pretensjonalna amerykańska koncepcja, ale Fordowi udało się sprawić, że poczułem jej ducha (co nie znaczy, że się z nią zgadzam). Polecam film osobom ciekawym kultury USA. Na pewno nie jest do tego stopnia wierny faktom, jak twierdzą plansze tekstowe, ale pozwala zrozumieć, dlaczego budowa Pierwszej Kolei Transkontynentalnej była tak ważnym dla USA wydarzeniem. Nie polecam natomiast uczulonym na patos oraz tym, którzy szukają ciekawych opowieści o ludzkich losach. Tutaj Żelazny koń pozostawia sporo do życzenia. Wystawiam mu 8 gwiazdek i z ciekawością czekam na kolejne produkcje Forda.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 23 marca 2018

Wild and Woolly (1917)


Film o wielkiej hucpie na Dzikim Zachodzie.

Reżyser: John Emerson
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 12 min.
Występują: Douglas Fairbanks, Eileen Percy

Wild and Woolly to kolejna lżejsza pozycja z USA, komediowy western czerpiący chyba ze wszystkich możliwych stereotypów o Dzikim Zachodzie. Jego bohaterem jest Jeff Hillington, syn magnata kolejowego, który bardzo pragnie zostać kowbojem. Choć mieszka w Nowym Jorku, ubiera się jak bohater swoich ukochanych powieści groszowych, ma pokój pełen gadżetów z Dzikiego Zachodu (łącznie z kołatką z rewolweru i mechanicznym siodłem do treningów), cwałuje konno po miejskich parkach i jest osobą o dość luźnym kontakcie z rzeczywistością. Zaznaczę, że mówimy tu o osobie dorosłej. Jeff zostaje przez ojca wysłany do miasteczka Bitter Creek w Arizonie, aby zbadać opłacalność pociągnięcia tam linii kolejowej. Choć Bitter Creek jest zupełnie normalnym, cywilizowanym miasteczkiem, jego mieszkańcy postanawiają wykorzystać upodobania Jeffa i odegrać przed nim komedię: stawiają makiety saloonu i innych kojarzących się z Dzikim Zachodem budynków, przywdziewają odpowiednie stroje i inscenizują szereg sytuacji takich jak strzelaniny ślepymi nabojami, tańce w saloonie i fikcyjny napad na pociąg. Wszystko to w celu zdobycie jego przychylności. Kilka szemranych postaci postanawia wykorzystać ten teatrzyk do własnych, niecnych celów, co w rezultacie daje Jeffowi okazję do pokazania, co naprawdę jest wart.

Zdaję sobie sprawę, że powyższy opis robi wrażenie całkiem zabawnej komedii, jednak Wild and Woolly nie podobał mi się. Przyczyny są dwie. Pierwszą jest postać głównego bohatera, który jest hiperaktywnym, nadpobudliwym idiotą. Jeff nie zatrzymuje się nawet na sekundę, nie myśli, tylko bez wahania rzuca się w odgrywane ku jego uciesze przedstawienie. Najwyraźniej różnica pomiędzy rzeczywistością a fikcją nie ma dla niego znaczenia. Jako taki nie wzbudził mojej sympatii tylko irytację. Druga sprawa to wykorzystanie w filmie, jak już wspomniałem, chyba wszystkich typowych stereotypów związanych z Dzikim Zachodem. Być może dla widza z czasów współczesnych filmowi było to atrakcyjne, jednak dla mnie poszczególne sceny były powieleniem klisz, które widziałem już wiele razy. Nieważne, że było to celowe; wolałbym więcej oryginalności. Na domiar złego pojawiająca się w filmie grupa Indian (akurat oni nie byli "udawani") została przedstawiona jako wyjątkowo wulgarna zbieranina pijaków, łobuzów i bandytów tańczących pogańskie tańce wokół schwytanego jeńca. W ich przypadku skorzystano ze wszystkich będących pod ręką negatywnych skojarzeń. Dość paskudne.

Moje zastrzeżenia nie oznaczają, że film jest jednoznacznie zły. Bardzo podobał mi się montaż scen strzelanin i pościgów konnych, wykonany profesjonalnie i bardzo dynamicznie. Wrażenie robi również sprawność fizyczna i zdolności kaskaderskie grającego główną rolę Douglasa Fairbanksa, który między innymi przeskakuje z konia na pędzący pociąg. Szkoda tylko, że jego ekspresyjny styl odgrywania Jeffa jest taki irytujący.

Podsumowując, film otrzymuje minusa za fabułę i postać głównego bohatera, plusa za sceny akcji i montaż. Ogólnie wychodzi pół na pół. 5 gwiazdek. Nie wykluczam, że są osoby, które będą się przy Wild and Wooly dobrze bawić, ale niestety nie jest to film dla mnie.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 17 marca 2018

Bramy piekła/Hell's Hinges (1916)


 Film o przemianie religijnej.


Reżyser: Charles Swickard, William S. Hart i Clifford Smith
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 4 min.
Występują: William S. Hart, Clara Williams, Jack Standing, Alfred Hollingsworth

Po niemiłym zaskoczeniu poziomem The Italian, tym razem spotkała mnie sytuacja odwrotna, ponieważ western Bramy piekła zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Osią fabuły tego stosunkowo krótkiego filmu jest rozgrywający się w noszącym wdzięczny przydomek Bram Piekła miasteczku konflikt pomiędzy siłami chaosu a zwolennikami ładu. Chaos reprezentowany jest przez oślizgłego właściciela miejscowego saloonu i burdelu, pracujące tam prostytutki oraz klientów tego przybytku. Nadejście ładu symbolizuje przyjazd księdza i budowa przez pobożną część mieszkańców miasta kościoła.

Ksiądz Henley od początku przedstawiony jest jako postać dość zblazowana, rozpieszczona i wymagająca solidnej szkoły charakteru. Jego przeciwieństwem jest miejscowy zabijaka Blaze Tracy, niebezpieczny i z pozoru cyniczny człowiek, którego pozostali mieszkańcy wręcz panicznie się boją. Gdy jednak Blaze poznaje Faith, odważną i ofiarną siostrę Henleya, jego postawa zaczyna się zmieniać. Wydarzenia związane z budową kościoła wywołują wewnętrzną przemianę Henleya i Blaze'a, wydobywając na powierzchnię ich najlepsze i najgorsze cechy. Ukazanie ewolucji bohatera jest zawsze ambitnym zadaniem i twórcy filmu wywiązali się z niego, przynajmniej w moim odczuciu, bardzo przekonująco. Kreacje aktorskie w Bramach piekła nie są może wybitne, jednak wypadają zdecydowanie przekonująco, szczególnie William S. Hart jako złowieszczy, siejący postrach kowboj i Jack Standing jako pogubiony ksiądz. Sprawdza się również Alfred Hollingsworth w roli głównego czarnego charakteru.

Największą zaletą filmu jest zręczne wytworzenie przez kilka zabiegów reżyserskich atmosfery panującego w miasteczku niepokoju i grozy. Pierwszym z użytych rozwiązań są dobrze przemyślane sceny grupowe. Reżyserzy korzystają obficie ze statystów, miasto roi się od różnorodnych typów ludzkich, prezentujących odpowiednie dla danej sceny nastroje tłumu. Znakomity jest zwłaszcza obrazek, kiedy po raz pierwszy z pewnej odległości oglądamy główną ulicę Bram Piekła. Mieszkańcy uczestniczą w ulicznej strzelaninie, gromadzą się wokół powalonego mężczyzny, po czym rozbiegają w panice, gdy znowu padają strzały. Można by rzec, dzień jak co dzień.  Jest w filmie takich ciekawych dla oka scen więcej, między innymi podczas kościelnej konfrontacji "ludu bożego" z wrogim im tłumem dziwek i bywalców saloonu.

Drugim wykorzystywanym dla stworzenia nastroju instrumentem jest barwienie taśmy filmowej, nadające poszczególnym scenom różne odcienie, od zielonkawego po purpurowy. Zabieg ten zastosowany jest z dużym wyczuciem, zręcznie podkreślając klimat ważnych w filmie wydarzeń, zwłaszcza skupionych na psychice bohaterów. Momenty kulminacyjne rozgrywają się w kolorystyce wręcz krwistoczerwonej.

Trzeci wykorzystany w Bramach piekła zabieg reżyserski to efekty specjalne. Film jest tak bowiem zatytułowany nie bez kozery - występują w nim efektowne sceny pożarów. Szczegółów nie zdradzę, jednak religijne podteksty filmu bardzo ładnie wpisują się w stworzoną piekielną scenerię.

Jeszcze słów kilka o religijnej stronie filmu. Przesłanie chrześcijańskie jest integralną częścią Bram piekła. Widz miał po wyjściu z kina pamiętać, że każdy może zbłądzić i każdy ma możliwość się nawrócić. Istotne jest to, że twórcy filmu przedstawili swoje przekonania w sposób elegancki, twórczy i atrakcyjny dla widza.

Film oceniam na 8 gwiazdek. Od strony technicznej wykonany jest niemal perfekcyjnie, wyróżnia się również fabułą. Do zaliczenia w grono klasyków zabrakło tylko nieco wyrazistszych kreacji aktorskich, choć nie brakowało wiele.


źródło grafiki - www.imdb.com