Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fritz Lang. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fritz Lang. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lipca 2019

Jestem niewinny/Fury (1936)

Film o zemście i sprawiedliwości

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 32 min.

Występują: Spencer Tracy, Sylvia Sidney, Bruce Cabot, Walter Abel, Edward Ellis, Walter Brennan, Frank Albertson, George Walcott

W roku 1936, po krótkim pobycie we Francji, gdzie zdążył wyreżyserować Lilioma, uciekający przez nazizmem Fritz Lang dotarł do USA. Z dzisiejszej perspektywy (chociaż ówczesna opinia publiczna niekoniecznie tak do tego podchodziła) było to prawdziwe wydarzenie. Jeden z największych innowatorów kina znalazł się w samym centrum przemysłu filmowego. Mógł zmienić Hollywood lub zostać przez nie pochłonięty. Jestem niewinny, pierwsza filmowa próba Langa w Ameryce, wykazuje zarówno przejawy geniuszu, jak i pójścia na kompromis. Scenariusz oparto na prawdziwej historii niewinnego człowieka, który padł ofiarą linczu. Już w tej kwestii Lang pierwszy zderzył się ze ścianą. Jego pomysł, by głównym bohaterem uczynić Murzyna, spotkał się ze zdecydowanym sprzeciwem szefostwa MGM-u. Inną problematyczną kwestią była ingerencja producenta w zakończenie - niezbyt poważna, ale dosypująca do finału niepotrzebnego lukru. Mimo tych problemów reżyser zdołał wnieść do filmu swoje indywidualne spojrzenie. Ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że oglądam film twórcy Mordercy czy Testamentu Doktora Mabuse. Wynikiem pierwszego pojedynku Lang kontra Hollywood był remis.

Bohaterem filmu jest Joe Wilson, właściciel stacji benzynowej, który snuje plany przyszłego ożenku. Jego narzeczona Katherine wyjechała za lepszą pracą do innego miasta i spotykają się tylko co kilka miesięcy. Właśnie w podróży na spotkanie z Katherine Joego spotyka niemiła niespodzianka. W małym miasteczku zostaje zatrzymany przez miejscowego szeryfa. Okazuje się, że jego wygląd odpowiada rysopisowi mężczyzny poszukiwanego za porwanie dziecka. Chociaż nie ma przeciw Wilsonowi twardych dowodów, a szeryf cierpliwie czeka na przybycie prokuratora, po miejscowości stopniowo rozchodzi się wieść, że w areszcie przetrzymywany jest porywacz. Nastroje szybko się zaogniają, a stróż prawa nie potrafi ich rozładować. W końcu dochodzi do napadu tłumu na biuro szeryfa. Mieszkańcy podkładają ogień pod areszt, który idzie z dymem. Joe zostaje uznany za zmarłego w pożarze. Wkrótce  cudem ocalały mężczyzna pojawia się w mieszkaniu swoich braci. Wilson pała żądzą zemsty i zamierza doprowadzić do skazania swych niedoszłych morderców na śmierć. Nie waha się przy tym użyć podstępu, a nawet wykorzystać przekonaną o jego śmierci narzeczoną.

Lang i jego współscenarzyści zastosowali w scenariuszu podejście, które nazwałbym socjologicznym. Jestem niewinny nie jest tak do końca historią Joego i jego narzeczonej. To raczej spojrzenie z szerszej perspektywy na kilka charakterystycznych dla USA zjawisk społecznych. Chociaż opowieść kręci się wokół nieszczęsnego Wilsona, równie dużo uwagi poświęcono jego oprawcom, narzeczonej czy przedstawicielom wymiaru sprawiedliwości uczestniczącym w śledztwie i procesie. Lang zapragnął zgłębić problem z wielu punktów widzenia, przedstawiając zarówno wydarzenia prowadzące do rzekomego linczu, jak i jego konsekwencje dla wszystkich zainteresowanych.

Spośród wielu interesujących wątków związanych z całym incydentem najbardziej zainteresowały mnie dwa. Pierwszym jest szczegółowa podbudowa zamieszek. Śledząc rozmowy i relacje pomiędzy mieszkańcami miasteczka, obserwujemy podskórne procesy, które prowadzą do eskalacji nastrojów. Są wśród nich plotki, podsycane przez prasę oburzenie, niezadowolenie z powolności działania organów władzy, osobiste interesy rozmaitych krzykaczy, wreszcie bierność i nieporadność aparatu policyjnego. Przeskakując pomiędzy poszczególnymi uczestnikami wydarzenia, Lang pokazał, jak bardzo samorzutnym procesem jest eskalacja nastrojów. Kiedy dochodzi do zamieszek, właściwie oczywistym jest, że wydarzenia potoczyły się bez jakiegoś sprawstwa czy złej woli. Po prostu wszyscy uczestnicy znaleźli się w niewłaściwych miejscach o nieodpowiedniej porze.

Drugim ważkim problemem, jaki stawia Lang, jest relacja między sprawiedliwością a zemstą. Pałający żądzą odwetu Joe jest ślepy na wszelkie argumenty, ale też z powodu swojej sytuacji unika spotkania oko w oko z oskarżonymi. Widz ma okazję poznać ich lepiej. Nie jest to bynajmniej portret pozytywny, ale zmusza do rozważenia, czy dwadzieścia dwa życia za jedno to rzeczywiście sprawiedliwa kara. Krytyce poddano także sposób prowadzenia procesu, w którym bardziej istotny jest wpływ stron na emocje ławy przysięgłych, niż ustalenie faktów. Lang zwrócił także uwagę na solidarność grupową, która skłania mieszkańców miasteczka do nieobciążania swoich sąsiadów, pomimo ich niewątpliwego udziału w incydencie.

Od strony kinematograficznej w filmie obecne są stałe elementy stylu Fritza Langa. Przede wszystkim zauważalne jest pomysłowe wykorzystanie światła, w szczególności w dwóch scenach z głównym bohaterem - wyglądającym bezradnie przez okienko płonącego aresztu, a następnie ujawniającym się braciom jako mroczny mściciel. Bardzo efektywnie zastosowano montaż równoległy w scenach budujących napięcie. Uwagę zwracają także dopracowane elementy scenografii, pozbawione przesadnej krzykliwości lecz przemyślane. Tu dobrym przykładem będzie scena pod koniec filmu, w której Joe siedzi w knajpie otoczony identycznymi stolikami przykrytymi kraciastą ceratą. Trudne zadanie postawił reżyser przed aktorami, którzy inaczej niż w typowych hollywoodzkich produkcjach nie tyle tworzyli kreacje, co pełnili rolę elementów scenariuszowej układanki. Bardzo dobrze wykonał to zadanie Spencer Tracy, ewoluujący w trakcie filmu od pełnego marzeń romantyka do mrocznej i bezwzględnej figury zemsty. Sylvia Sidney, podpatrzona przez reżysera u Alfreda Hitchcocka, po raz kolejny wcieliła się we wrażliwą kobietę uprzedmiotowioną przez swego partnera. Na drugim planie w pamięć zapada Edward Ellis jako twardy szeryf, który jednak okazuje się bezradny, stając naprzeciw rozwścieczonego tłumu.

Jestem niewinny to szalenie ambitna próba zmierzenia się Fritza Langa z ważnymi tematami społecznymi. Przez niektórych za słabość filmu może być uznane jego przeintelektualizowanie. To nie jest porywająca historia, która ma grać na emocjach widza i usposabiać go do którejś ze stron. Przeciwnie, Lang proponuje chłodne, kompleksowe podejście, pozwala wypowiedzieć się wszystkim ważnym personom. Akcję rozwija powoli, dochodząc do punktu kulminacyjnego tuż za połową filmu, później zaś obniżając napięcie. Z pewnością taka budowa filmu była zaskoczeniem dla nieprzyzwyczajonego amerykańskiego widza. Nie dziwi natomiast kogoś zaznajomionego z filmografią reżysera. Dla mnie Jestem niewinny pozostaje dowodem, że Lang potrafił odnaleźć się w Hollywood i przebić ze swoimi nowatorskimi ideami. Niewątpliwie pomogło mu z tym wyrobione nazwisko, ale także niesamowity talent. Mamy do czynienia ze świetnym filmem, który oceniam na 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 31 marca 2019

Liliom (1934)

Film o cnocie i występku

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Francja
Czas trwania: 1 h 56 min.

Występują: Charles Boyer, Madeleine Ozerai, Pierre Alcover, Florelle

Francja była dla Fritza Langa krótkim przystankiem pomiędzy imigracją z nazistowskich Niemiec a rozpoczęciem kariery w Hollywood. Nakręcił tam tylko jeden film, melodramat z elementami fantastyki będący adaptacją sztuki teatralnej Ferenca Molnara. Chociaż sam reżyser wskazywał Liliom jako jedno ze swoich ulubionych dzieł, dziś jest to film raczej zapomniany. Trudno powiedzieć, czy przyczyną było niepochlebne przyjęcie Lilioma przez publiczność, czy może jakieś inne powody. Co zabawne, film Langa wzbudził negatywne reakcje duchowieństwa, jakoby poruszonego frywolnym obrazem zaprezentowanych w nim zaświatów. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to zdumiewające, ponieważ dowcipne sceny "w Niebie" nie miały na celu żadnego obrazoburstwa, będąc jedynie specyficznym sposobem przedstawienia moralnych rozterek bohatera.

Trudno pisać o tym, co ważne w fabule Lilioma, bez zdradzania szczegółów. Tytułowy bohater jest toczącym swobodne życie operatorem karuzeli na miejskim jarmarku. Pewnego dnia staje w obronie dziewcząt wyrzuconych z przybytku przez jego zazdrosną szefową i za karę wylatuje z pracy. W rezultacie żeni się z jedną z nich, fotografką Julie. Ich związek jest burzliwy z powodu liliomowego lenistwa, zamiłowania do hazardu i napadów agresji. Dziewczyna wbrew radom otoczenia postanawia jednak trwać przy mężu. Dalszy rozwój wypadków prowadzi do krytycznego zwrotu w ich związku, jednak protagonista, dzięki ingerencji pewnych nadnaturalnych sił, otrzymuje szansę naprawienia swych błędów.

Francuska przygoda Langa była dla niego powrotem do tematyki, którą interesował się kilkanaście lat wcześniej, na przykład w Zmęczonej śmierci. Liliom nie jest jednak dziełem ekspresjonistycznym. To wytwór całkowicie zindywidualizowanego stylu reżysera. Jak zawsze bardzo istotną rolę odgrywa w nim scenografia, tym razem przygotowana przez Francuza Andre Davena. Wystrój planu filmowego wyraźnie akcentuje różnice nastroju pomiędzy trzema aktami filmu. W pierwszym centralną rolę odgrywa karuzela symbolizująca niezorganizowane, wesołe życie głównego bohatera. Środkowa część filmu rozgrywa się głównie w klaustrofobicznym, nędznym mieszkanku Lilioma i Julie. Duża część umeblowania znajduje się na zewnętrznej werandzie, niejako wskazując na chęć ucieczki Lilioma od zobowiązań. Zaświaty są odbiciem fantazji protagonisty, który w "pracownikach Pana Boga" widzi odbicie przedstawicieli biurokracji i wymiaru sprawiedliwości, w jego świecie będących nieuchronnymi siłami natury. Ponadto noszą oni prześmieszne skrzydła. Fritz Lang nawiązał także we Francji współpracę z operatorem Rudolphem Mate znanym z innowacyjnych zdjęć do Męczeństwa Joanny d'Arc i Wampira. Tym razem Mate nie jest tak pionierski jak w tamtych obrazach, ale stworzył kilka ciekawych ujęć, w szczególności w pierwszym akcie filmu rozgrywającym się wokół "karuzeli życia".

Fritz Lang wykorzystał fantastyczne wątki, żeby uczynić z Lilioma opowieść alegoryczną. Wiele pozornie pozbawionych znaczenia dialogów, spostrzeżeń i interakcji z pierwszej części filmu znajduje swoje odbicie w późniejszych kluczowych wydarzeniach. Najzabawniejszym przykładem jest flegmatyczny policyjny urzędnik, który przetrzymuje głównego bohatera na komisariacie w celu załatwienia jakiejś błahostki, aby później zmaterializować się jako podobnie zbiurokratyzowany funkcjonariusz zaświatów. Również rzucone mimochodem marzenie o wyjeździe "do Ameryki" staje się później motorem zaskakujących wydarzeń. Te stylistyczne powtórzenia nadają Liliomowi strukturę pewnego rodzaju przypowieści. Lang stara się w niej odpowiedzieć na pytanie, czy człowiek występny, będący ciężarem dla swoich bliskich, jest w stanie uczynić dla nich coś dobrego. Końcowa odpowiedź jest kontrowersyjna i niezbyt przypadła mi do gustu. Prowokuje jednak do przemyśleń.

Parę słów wypada napisać o aktorstwie. Bardzo podobał mi się Charles Boyer w roli tytułowej. Zdołał  przekonująco ukazać Lilioma jako człowieka absolutnie wolnego, zarówno z dobrymi jak i złymi konsekwencjami takiego światopoglądu. To postać bardzo nieprzyjemna, ale wielowymiarowa. Boyer świetnie gra ciałem, oddając gestami zmieniające się często nastroje protagonisty. Z kolei Madeleine Ozerai stworzyła wokół Julie aurę tajemniczości, którą tak przyciąga do siebie głównego bohatera. Z pozoru męczennica miłości, dziewczyna imponuje wytrwałością i potrafi czerpać radość z zaskakujących źródeł. Na drugim planie dobrze prezentuje się Pierre Alcover jako koleżka głównego bohatera będący prowodyrem jego złych czynów. Warto też wspomnieć o załodze zaświatów złożonej ze wspomnianego flegmatycznego urzędnika, bezosobowych strażników oraz pociesznego "diabła Boruty" czuwającego przy wadze dobrych i złych uczynków. Wnoszą oni do ponurego filmu sporo humoru.

Liliom jest produktem profesjonalnego warsztatu filmowego Fritza Langa zawierającym kilka oryginalnych pomysłów. Daleki od śmiertelnej powagi, film jest eksperymentem reżysera z dawno niewykorzystywaną tematyką. Wielka sprawność w kreowaniu nastroju oraz manipulacji poszczególnymi niuansami scenariusza budzi szacunek. Jednak, pomimo starań twórców, końcowe przesłanie filmu nie przypadło mi do gustu, a nawet wzbudziło lekki niesmak. Dlatego odmówię temu dziełu rangi wybitności. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 3 marca 2019

Testament doktora Mabuse/Das Testament des Dr. Mabuse (1933)

Film o spuściźnie szaleńca

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1 h 56 min.

Występują: Rudolf Klein-Rogge, Otto Wernicke, Karl Meixner, Oscar Beregi, Theodor Loos, Gustav Diesl, Wera Liessem

W udzielonym pod koniec życia wywiadzie Fritz Lang powiedział, że po obejrzeniu przedpremierowego pokazu Testamentu doktora Mabuse świeżo mianowany Minister Propagandy Josef Goebbels zaprosił go na spotkanie i zaproponował pracę dla swojego aparatu agitacyjnego. Lang miał jeszcze tego samego dnia spakować manatki i uciec do Francji. Prawdopodobnie reżyser nieco udramatyzował swoją opowieść, niemniej jednak Testament został na polecenie Goebbelsa objęty zakazem rozpowszechniania i po raz pierwszy pojawił się w niemieckich kinach dopiero w latach 50. Obiektywnie była to decyzja dość dziwna, gdyż jest to film właściwe pozbawiony podtekstów o charakterze politycznym. Lang, przy pisaniu scenariusza po raz ostatni współpracujący ze swoją żoną, Theą Von Harbou, obmyślił film jako kontynuację swojego słynnego kryminału Doktor Mabuse z roku 1922. W przeciwieństwie do pierwowzoru Testament jest filmem uciekającym od społecznego komentarza, idącym raczej w kierunku kina czysto rozrywkowego. Nie zawiera także przełomowych rozwiązań technicznych czy formalnych. Z poprzednich dzieł Langa najbardziej przypomina Szpiegów - podobnie jak w tamtym filmie głównym wątkiem jest rozwikłanie zagadki związanej z tajemniczym przywódcą organizacji przestępczej.

Film rozpoczyna się od przeszpiegów detektywa Hofmeistera w drukarni fałszywych banknotów. Hofmeister zostaje nakryty przez przestępców, ale udaje mu się uciec. Zanim jednak jest w stanie uprzedzić swojego szefa Lohmanna o swoich odkryciach, zostaje napadnięty w swoim domu przez tajemniczą postać. Tymczasem w szpitalu psychiatrycznym profesor Baum i jego podwładni obserwują zamkniętego tu od dziesięciu lat szalonego doktora Mabuse. Pogrążony w katatonii złoczyńca od dawna nie wykazuje chęci kontaktu ze światem zewnętrznym, a jedynie zapisuje setki kartek papieru diabolicznymi planami zbrodni. Jeden z psychiatrów przeglądając te notatki odkrywa, że pasują one do opisów popełnianych w rzeczywistości przestępstw. Pojawia się pytanie, czy pozornie pogrążony w szaleństwie Mabuse ma z tymi zdarzeniami jakiś związek?

Muszę przyznać, że Testament ma ciekawą intrygę i trzyma w napięciu. Zwrotów akcji jest w filmie kilka, a niektóre z nich są naprawdę mocne (choć dla współczesnego widza, który widział już niejedno, nie będą aż takim zaskoczeniem, jakim były w latach trzydziestych). Ciekawym zabiegiem jest danie widzowi swobody interpretacji pewnych wydarzeń. Mianowicie w fabule występują elementy ponadnaturalne, ale są podane w taki sposób, że równie dobrze można je zignorować i uznać, że dzieją się tylko w wyobraźni jednej z postaci. Diaboliczny Mabuse nie pojawia się na ekranie zbyt często. Funkcjonuje przede wszystkim jako inspiracja dla szerzenia chaosu. Jego "testament" to produkt prawdziwie obłąkanego umysłu. Natomiast grający złoczyńcę Rudolf Klein-Rogge prawie nie wchodzi w interakcje z innymi aktorami. Trzy główne grupy nadające ton wydarzeniom to prowadzący śledztwo policjanci (na czele z występującym także w Mordercy komisarzem Lohmannem), szajka przestępców wykonująca rozkazy swego tajemniczego mocodawcy oraz pracownicy szpitala psychiatrycznego mający bezpośredni kontakt z obłąkanym Mabuse.

Jak zawsze u Fritza Langa mamy do czynienia z wysokim poziomem realizacyjnym. Imponuje precyzyjnie przygotowana scenografia, w tym bardzo charakterystyczne lokacje takie jak drukarnia, biuro pasera czy też specjalność scenografów Langa - spersonalizowane gabinety różnych ważnych osobistości. Bardzo ciekawie ucharakteryzowano Rudolfa Klein-Rogge przybierającego kilka różnych wcieleń doktora Mabuse. Wypada także wspomnieć o efektownym pokazie pirotechnicznym związanym z pożarem fabryki chemikaliów oraz o dynamicznym pościgu samochodowym w końcówce filmu. Zdjęciami zajął się znakomity operator Fritz Arno Wagner, który jak zwykle stanął na wysokości zadania. Aktorstwo nawiązuje do stylu filmowego ekspresjonizmu - obfituje w przesadne gesty, miny i spoglądanie do kamery. Dla widza niezaznajomionego z konwencją (mocno już wówczas przebrzmiałą) może to być męczące. Trudno mi szczególnie wyróżnić któregoś z aktorów. Mamy do czynienia raczej z filmem akcji niż z dziełem rozwijającym występujące w nim postacie. Wyjątkiem jest wspomniany już kilkakrotnie Klein-Rogge, którego rola jest jednak niezwykle specyficzna.

Testament doktora Mabuse trochę zawiódł moje oczekiwania. Nie zrozumcie mnie źle, to wciągający i świetnie zrealizowany kryminał. Nie ma w nim jednak niczego przełomowego, żadnych innowacji, do których przyzwyczaił widzów Fritz Lang i jego współpracownicy. Po tym reżyserze można było oczekiwać czegoś więcej. Tym niemniej na tle innych filmów epoki Testament prezentuje się więcej niż dobrze. Otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 21 listopada 2018

Morderca/M (1931)

Film o dualizmach

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1 h 48 min.

Występują: Peter Lorre, Otto Wernicke, Gustaf Gründgens

Fritz Lang zdążył nas już przyzwyczaić do tego, że jego filmy wyprzedzają swoją epokę. Takie dzieła jak Nibelungi czy Metropolis położyły fundamenty pod całe gatunki filmowe. Nakręcony w roku 1931 Morderca nie jest może aż tak przełomowy. Pierwsze thrillery kręcili już wcześniej Alfred Hitchcock czy Josef von Sternberg. A jednak i tym razem Lang nie zawiódł, tworząc dzieło jedyne w swoim rodzaju. Innowacji wprowadzonych przez ten obraz jest tyle, że trudno ocenić, która z nich jest najistotniejsza.

Film rozgrywa się w ogarniętym paranoicznym strachem Berlinie. W mieście grasuje tajemniczy morderca dzieci. Kolejne ofiary znikają i są znajdywane w strasznym stanie. Policja jest bezradna. Mimo wielkiej liczby funkcjonariuszy oddelegowanych do polowania na zabójcę i drobiazgowo prowadzonego śledztwa, sprawca pozostaje nieuchwytny. Czarę goryczy przepełnia przesłany przez mordercę do gazety kpiący list. Odpowiedzią władz jest wprowadzenie drakońskich kontroli i przeszukań u wszystkich mieszkańców mających na bakier z prawem. W końcu własną obławę na mordercę rozpoczynają zmęczeni ciągłymi szykanami członkowie miejskiego półświatka. Mają zamiar dopaść i rozprawić się z nim po swojemu.

Przegląd ciekawych rozwiązań zastosowanych w Mordercy rozpocznijmy od scenariusza. Film dwukrotnie w trakcie seansu zmienia formułę opowieści. Początkowo jest kryminałem przybliżającym w drobiazgowy sposób prowadzone śledztwo. Lang i scenarzystka Thea Von Harbou nie szczędzą nam jego szczegółów, przybliżając trudności stojące przed policją, paranoiczne nastroje wśród mieszkańców oraz dywagacje na temat natury mordercy. Jedynie detale zbrodni pozostają w sferze ogólników, pozostawiając pole do popisu wyobraźni widza. Drugi akt filmu to klasyczny thriller, w którym podejrzany usiłuje uciec przed obławą przestępców. Z jednej strony możemy podziwiać metodyczną organizację polowania, z drugiej mamy osaczonego niczym zwierzę w pułapce człowieka, dla którego pomimo jego ohydnych czynów trudno nie poczuć pewnego rodzaju współczucia. Wszystko wieńczy rozdział trzeci będący czymś w rodzaju próby osądu osoby i czynów domniemanego sprawcy. Abstrahując od samej treści, tego rodzaju zwroty stylistyczne są bardzo interesującym i rzadko spotykanym rozwiązaniem, zrealizowanym w Mordercy wyjątkowo udanie.

Jeżeli chodzi o treść, twórcy stawiają kilka odważnych pytań. Przede wszystkim o naturę winy i kary, która ma spotkać mordercę - człowieka najpewniej chorego psychicznie. Lang i Von Harbou nie boją się poruszyć aktualnego i dziś dylematu, czy kara ma być przede wszystkim formą zemsty, czy też pełnić funkcję prewencyjną? O resocjalizacji naturalnie nie ma mowy, mamy wszak do czynienia z kimś nieodwracalne zaburzonym. W cieniu tego dylematu kryje się jednak inny. Siły państwowe sportretowane w filmie zawodzą, zmuszając przestępców do wzięcia sprawiedliwości w swoje ręce. Opryszki mają swój honor i wyrażają chęć odcięcia się od moralnego potwora i przywrócenia ładu społecznego. Czyżby był to dowód na indolencję państwa i argument za oddaniem pola prywatnej inicjatywie? W dzisiejszych czasach taka postawa budzi skojarzenia z obywatelskością lub ewentualnie libertarianizmem, jednak w latach trzydziestych, kiedy po ulicach biegały rozmaite paramilitarne bojówki, miała ona dużo mroczniejszy wymiar. Sprawiedliwość ludowa mogła przybierać bardzo radykalne oblicze. Film nie daje gotowej odpowiedzi na te wątpliwości, a nadchodzący rozpad duetu Lang-Von Harbou (on wyemigruje z Niemiec, ona wstąpi na służbę nazizmu) świadczy o tym, że sami twórcy mieli nierozstrzygalne wątpliwości.

Obok nowinek fabularnych, Lang i jego zespół proponują także interesujące rozwiązania realizacyjne. Najważniejszym jest odważne wykorzystanie dźwięku. Narracja w dużym stopniu korzysta z odgłosów otoczenia, w tym z filmowego leitmotivu - melodyjki wygwizdywanej mimowolnie przez mordercę. Równie ważną rolę pełni zapadająca w istotnych momentach cisza, która zwiastuje nadchodzące ważne wydarzenie. Oba te instrumenty będą z powodzeniem naśladowane przez całe pokolenia twórców. Znakomite są również zdjęcia nadzorowane przez niezrównanego Fritza Arno Wagnera. Kamera przybliża historię mordercy przy wykorzystaniu niepozornych rekwizytów, takich jak szybujący na wietrze balonik czy słup ogłoszeniowy, na którym widać cień skradającego się zabójcy. Mistrzostwem filmowego suspensu są natomiast sceny w opuszczonym biurowcu, w którym podejrzany desperacko usiłuje ukryć się przed poszukującą go ekipą opryszków. 

Spośród kreacji aktorskich w Mordercy wyróżniają się dwie role. Pierwszą jest tytułowy zbrodniarz grany przez nieznanego wcześniej Petera Lorre. Jest to postać wyraźnie zwichrowana, świadoma własnej odmienności i dysponująca piekielnym wręcz sprytem. A jednak najbardziej pamiętne ujęcia pokazują złowrogiego mordercę jako człowieka śmiertelnie przerażonego, nadając mu tym samym dwoistą naturę kata i ofiary. Oto kolejny nowatorski element filmu. Odwrócenie ról następuje niemal niezauważalnie i jest całkowicie naturalne, wskazując na niejednoznaczność naszej percepcji. Wszystko to prowadzi do wielowymiarowego finału filmu, w którym ów "antyzłoczyńca" zostaje poddany swoistej lustracji, prezentując się jako niewolnik własnych popędów. Czy jest tak naprawdę, do końca nie wiadomo, w końcu jest to jego punkt widzenia. Peter Lorre zdecydowanie stanął na wysokości zadania. Jego kreacja pozostanie na długo w mej pamięci. Drugą wyróżniającą się postacią jest odtwarzany przez Gustafa Gründgensa "Der Schränker" - charyzmatyczny przywódca organizacji przestępczej i koordynator polowania. Oprócz niezwykle sprawnego zarządzania postać ta demonstruje talenty przywódcze. Rzadkie połączenie cech wodza i menadżera czynią z niego doprawdy imponującą osobistość. Dzięki dobrej grze aktorskiej w pełni wiarygodną.

Morderca jest kolejnym znaczącym elementem filmografii Fritza Langa. Niezwykły talent tego reżysera, wspomagany przez takich współpracowników jak Thea Von Harbou i Fritz Arno Wagner, pozwolił stworzyć film nietuzinkowy, tym razem nie prekursorski lecz niepowtarzalny. Stawiane przez Mordercę pytania otrzymują kilka propozycji odpowiedzi. Można sobie wybrać w zależności od własnych przekonań. A przynajmniej tę sprawę przemyśleć. Pewne jest jedno. Żaden szanujący się kinoman nie powinien przejść obok Mordercy obojętnie. Ja oceniam go na maksymalne w mojej skali 10 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 16 września 2018

Kobieta na Księżycu/Frau am Mond (1929)

Film o podróży na Księżyc

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 2h 50 min.

Występują: Willy Fritsch, Gustav von Waggenheim, Gerda Maurus, Fritz Rasp, Klaus Pohl, Gustl Gstettenbaur

Każdy film Fritza Langa wzbudza we mnie duże nadzieje. Fantastyczna kreatywność tego reżysera, wspomaganego przez żonę i stałą scenarzystkę Theę von Harbou, przyniosła już wiele niezapomnianych dzieł, dalece wyprzedzających swoje czasy. Kobieta na Księżycu to druga po Metropolis przygoda Langa z science-fiction, bardziej niż tamten film skupiona na naukowej stronie gatunku. Tak jak wskazuje tytuł, film opowiada o załogowym locie na Księżyc, przedsięwzięciu które w roku 1929 zaprzątało głównie umysły marzycieli. Głównie, ale nie tylko. Jako konsultanci naukowi zostali do Kobiety na Księżycu zaangażowani niemieccy naukowcy. Dzięki nim udało się umieścić w filmie sporo technicznych szczegółów zgodnych z ówczesnym stanem wiedzy na temat wymagań i warunków lotów kosmicznych. Skonfrontowanie ich z tym, co wiemy dzisiaj, było nader ciekawym doświadczeniem.

Kobieta na Księżycu jest połączeniem filmu sci-fi, thrillera szpiegowskiego i melodramatu. Centralną postacią fabuły jest niejaki Wolf Helius, wizjoner i przemysłowiec, którego firma w sekrecie pracuje nad przygotowaniami do podróży kosmicznej. Najważniejszymi współpracownikami Heliusa są inżynierowie Hans Windegger i Friede Velten. Prywatnie Hans i Friede właśnie planują przyjęcie zaręczynowe (ku zgryzocie sekretnie zakochanego w Friede Heliusa). Wolf angażuje też do przedsięwzięcia profesora Georga Manfeldta, ekscentrycznego naukowca, który utrzymuje, że na Księżycu znajdują się obfite pokłady złota. Przyszli kosmonauci niemal od razu padają obiektem szantażu wpływowego syndykatu reprezentowanego przez demonicznego Waltera Turnera. Stojący za nim najbogatsi ludzie świata nie chcą dopuścić, żeby potencjalne źródło cennego kruszcu wpadło w niepowołane ręce. Dlatego pod groźbą sabotażu całego przedsięwzięcia Turner zostaje włączony do załogi, żeby mieć wszystko na oku. W końcu ekipa wyrusza na Księżyc, zabierając jeszcze pasażera na gapę - Gustava, nieletniego miłośnika pulpowych magazynów i astronautyki. Ekspedycja staje nie tylko przed wyzwaniem związanym z trudami i niebezpieczeństwami podróży kosmicznej. Głównym problemem stają się konflikty między członkami załogi, które mogą doprowadzić do opłakanych konsekwencji.

Największym atutem Kobiety na Księżycu są elementy związane z nauką. Na potrzeby filmu przygotowano imponującą scenografię, poczynając od realistycznych schematów i rekwizytów astronomicznych, poprzez imponujący z zewnątrz i wewnątrz model rakiety kosmicznej, aż po różnorodne krajobrazy na powierzchni Księżyca. Lang dołożył dużych starań, żeby wszystko było zgodne z dostępną wiedzą naukową. To fascynujące, jak bardzo wygląd rakiety i kosmodromu przypomina zbudowane kilkadziesiąt lat później wahadłowce kosmiczne. Możemy podziwiać ogromny hangar konstrukcyjny, sekwencję odliczania do startu, przeciążenia grawitacyjne w kabinie, oddzielanie się poszczególnych członów rakiety, stan nieważkości podczas lotu i wreszcie pionowe lądowanie. Co prawda warunki panujące na filmowym Księżycu są dużo bardziej gościnne od rzeczywistych, ale nawet tutaj Thea von Harbou oparła się na jednej z popularnych w latach dwudziestych teorii naukowych przewidujących istnienie księżycowej atmosfery. Rozmach i realizm podróży kosmicznej jest niesamowity. Nic dziwnego, że plakaty z Kobiety na Księżycu zawisły w laboratorium Wernhera von Brauna, a sam film został w hitlerowskich Niemczech zakazany z powodu zbytniego podobieństwa technicznych szczegółów do projektowanych rakiet V-2.

Jeżeli chodzi o wątek szpiegowski, widoczne są duże podobieństwa ze Szpiegami (zresztą główną rolę w obydwu filmach gra Willy Fritsch). Intryga jest wyrafinowana, tajemnicza i trzyma w napięciu, a złowieszczy Turner został świetnie zagrany przez Fritza Raspa. Wątek ten w odpowiednim momencie (startu rakiety) schodzi na drugi plan, oddając pole elementom fantastyczno-naukowym i powraca dopiero w końcówce filmu. Najsłabszym elementem fabuły jest linia romantyczna oparta na trójkącie naukowiec-narzeczona-najlepszy przyjaciel. Tutaj jest dość sztampowo. Żadna z postaci męskich nie została za dobrze rozwinięta charakterologicznie, nie pomaga też przesadzona gra Fritscha i Gustava von Waggenheima. Trochę ratuje ten trójkąt Friede, zwłaszcza dzięki jej roli w zakończeniu filmu.

Kobieta na Księżycu jest filmem futurystycznym nie tylko dla historii kina, ale również w kontekście podboju kosmosu. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej popkulturową astronautyką. Świetna reżyseria Langa, który opowiada historię niekonwencjonalnymi środkami wyrazu (listy, fantastycznie wykorzystane elementy scenografii) czyni go gratką również dla kinomanów. A wciągająca historia sprawia, że jest po prostu znakomitą rozrywką. Oceniam go na 9 gwiazdek. Fritz Lang ponownie stanął na wysokości zadania.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 5 sierpnia 2018

Szpiedzy/Spione (1928)

Film o szpiegach i superszpiegach.

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 2h 25 min.

Występują: Willy Fritsch, Gerda Maurus, Rudolf Klein-Rogge, Lien Deyers, Craighall Sherry, Paul Horbiger, Lupu Pick, Fritz Rasp, Louis Ralph

Jeżeli myślicie, że Ian Fleming wykreował archetyp superszpiega, jesteście w błędzie. Po zapoczątkowaniu gatunku fantasy Nibelungami i poważnego science fiction poprzez Metropolis Fritz Lang postanowił dołożyć do historii kina jeszcze jedną cegiełkę. W roku 1928 położył podwaliny pod film szpiegowski. Ilość obecnych w Szpiegach motywów, które dzisiaj znamy jako "bondowskie", jest zaskakująca. Zaczynając od agentów noszących liczbowe kryptonimy, poprzez szpiegowskie gadżety w rodzaju minikamer czy kapsułek z trucizną, istotną dla fabuły postać "dziewczyny Bonda", aż po tak specyficzne koncepty jak władczy i pozbawiony poczucia humoru szef superagenta, zarządzający swą organizacją zza biurka główny złoczyńca czy też szpieg działający pod przykrywką klauna. Ian Fleming skończył w roku premiery Szpiegów 20 lat i mógł co najwyżej pójść do kina, żeby podziwiać dzieło mistrza.

Film opowiada o pojedynku niemieckich służb specjalnych z geniuszem zła Doktorem Haghim. Człowiek ten, działający pod przykrywką prezesa banku, jest głową potężnej organizacji przestępczej zajmującej się morderstwami, kradzieżami, wymuszeniami, a nawet kreowaniem skandali dyplomatycznych. Haghi, odgrywany przez ulubionego aktora Langa - Rudolpha Klein-Rogge - jest zimnokrwistym manipulatorem dysponującym potężną siecią informatorów, podwójnych agentów i współpracowników. Jego czołową agentką jest Sonia Baraniłkowa, uwodzicielka i klasyczna kobieta fatalna. Do walki z syndykatem staje Agent 326, prawdziwy as wywiadu. No cóż, właściwie jedynym słabszym punktem Szpiegów jest ta postać, której trochę brakuje do przyszłych Bondów. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest zły, ale Willy Fritsch nie ma takiej charyzmy jak Sean Connery ani dystansu do siebie Rogera Moore'a. Dwa najważniejsze wątki Szpiegów dotyczyć będą niespodziewanego romansu Soni z Numerem 326 oraz polowania na tajne dokumenty dyplomatyczne, które mogą doprowadzić do wojny w Azji Wschodniej.

Scenariusz Szpiegów jest dość zawiły i przewija się przez niego wiele charakterystycznych postaci pobocznych. Z ciekawszych wspomnę o japońskim honorowym szpiegu-buddyście oraz rozpracowującej go Kitty, innej uwodzicielce na usługach Haghiego. Wszystkie meandry są przede wszystkim pretekstem do przedstawienia wartkiej akcji. Pełno w Szpiegach pościgów, strzelanin i dywersji. Jeden zwrot akcji goni drugi i nie zwalnia aż do samego końca. Na współczesnym widzu pomysły fabularne Langa i jego żony-scenarzystki Thei von Harbou nie robią już takiego wrażenia. W końcu są to rozwiązania eksploatowane w tysiącach filmów. Tyle tylko, że te tysiące czerpały ze sprawdzonych wzorców, które... no właśnie, w dużej mierze zapoczątkował Fritz Lang.

Szpiedzy są także ucztą wizualną. Jak zwykle u Langa praca kamery jest dynamiczna i pokazuje akcję z zaskakujących czasem perspektyw. W pamięć zapada otwierająca film scena, w której obserwujemy kilka równoczesnych akcji kryminalnego syndykatu. Oko kamery nie śledzi ludzi, tylko przedmioty i działania, podkreślając, że dzieje się coś ważnego. Równie atrakcyjnie nakręcono późniejsze sceny akcji, na czele ze zderzeniem pociągów i pościgiem motocyklowym. Ostatni rodzynek, o którym chcę wspomnieć, to scena rewizji pokoju hotelowego Agenta 326 w poszukiwaniu ukrywającej się tam zabójczyni. Prawdziwe mistrzostwo suspensu i gry pozorów. Oprócz zdjęć uwagę zwracają także dopracowane lokacje. Mamy okazję oglądać ze szczegółami biuro szefa wywiadu, gabinet doktora Haghiego i mieszkanie Baraniłkowej. Każde z tych pomieszczeń zostało ciekawie umeblowane, a oryginalne gadżety (zegary, lampy, dekoracje) podkreślają naturę jego właściciela. Również inne plany zdjęciowe robią wrażenie drobiazgowym dopracowaniem.

Szpiedzy są filmem, który dzisiaj nie zaskakuje już tak bardzo, jak musiał to robić czasach swej premiery. Paradoksalnie potwierdza to tylko jego znaczenie jako pierwowzoru kina szpiegowskiego. Fritz Lang tworzył nowe gatunki filmowe z łatwością, która jest wprost niepojęta. A pomijając ten aspekt, mamy do czynienia z obrazem pełnym atrakcyjnych pomysłów, wartkiej akcji i godnej zapamiętania scenografii. Szpiedzy otrzymują 9 gwiazdek. Polecam zwłaszcza fanom Jamesa Bonda.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 14 lipca 2018

Metropolis (1927)

Film o rewolcie ludu.

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 2h 29 min.

Występują: Alfred Abel, Gustav Frohlich, Rudolf Klein-Rogge, Fritz Rasp, Theodor Loos, Brigitte Helm

Znów przyszło mi pisać o filmie, o którym napisano już wszystko. Ostatnio taka sytuacja miała miejsce z Gabinetem doktora Caligari, który zapoczątkował epokę niemieckiego kina ekspresjonistycznego. Metropolis w pewnym sensie zamyka ów okres, będąc bodajże ostatnim głośnym filmem nakręconym w Republice Weimarskiej. Nie jest to pierwsze science fiction na tym blogu, ale bodajże pierwsza antyutopia. Dzieło o imponującym rozmachu realizacyjnym, angażujące tysiące statystów i wyposażone w monumentalne dekoracje, porusza temat nierówności społecznych w dość mrocznym społeczeństwie przyszłości. Thea von Harbou, pisząc scenariusz, czerpała obficie z myśli marksistowskiej, motywów biblijnych oraz często u niej występujących konwencji związanych z patologiami władzy.

Film opowiada o rewolcie społecznej w futurystycznym mieście Metropolis. Jest to wysoce zmechanizowana społeczność podzielona na robotników i klasę wyższą. Robotnicy pracują w ciężkich warunkach przy zasilających miasto maszynach i zamieszkują mroczne, brudne podziemia miasta. Władcy Metropolis zajmują się głównie uciechami. Nad sprawnym działaniem miasta czuwa jego nadzorca, bezwzględny Joh Fredersen, kontrolujący wszystkie procesy ze swego centrum zarządzania na szczycie biurowca zwanego Wieżą Babel. Syn Joha, Freder, postanawia poznać bliżej życie niższej kasty. Pewnego dnia przywdziewa mundur robotnika i ze zgrozą doświadcza, w jak nędznych warunkach żyją ci, którzy muszą go nosić codziennie. Światełkiem nadziei proletariatu jest młoda kobieta imieniem Maria, która przepowiada przyjście mediatora mającego wynegocjować dla robotników lepsze warunki życia i pracy. Joh Fredersen i sprzymierzony z nim ekscentryczny naukowiec Rotwang mają własny plan - porwać Marię i podmienić ją na robotyczny duplikat, który poprowadzi proletariat do rewolucji. Takiej, którą będą mogli utopić we krwi.

Tym, co w Metropolis najsłabsze, jest rażąca naiwność świata, symbolizowana przez motto filmu: Pomiędzy rozumem a rękami musi być serce. Stworzenie społeczeństwa przyszłości opartego na podziale klasowym przerosło możliwości Thei von Harbou. Struktura społeczna Metropolis przedstawiona jest zbyt szczegółowo, by ją zignorować, a jednocześnie jest zbyt nielogiczna, żeby przejść nad nią do porządku dziennego. Dziwne to społeczeństwo, które przy wysokim stopniu mechanizacji wymaga od robotników ciężkiej pracy fizycznej. Tym bardziej że praca ta polega głównie na przesuwaniu wskazówek zegaropodobnych machin, przełączaniu dźwigni i otwieraniu zaworów. Oczywiście na ekranie wygląda to kapitalnie, ale nie ma wielkiego sensu. Zadziwiająca jest także podatność robotniczej masy na manipulację - wystarczy głośno zakrzyknąć, a już biegną niszczyć, budować, palić lub ratować, wedle życzenia. Można całą tę opowieść o walce klas traktować symbolicznie, tym niemniej nie wypada ona najlepiej na tle bardziej przemyślanych dystopijnych społeczeństw, których przecież nie brak w literaturze czy bardziej współczesnym filmie. Samą historię ogląda się przyjemnie. Film jest nakręcony dynamicznie, a na ekranie cały czas dzieje się coś ciekawego. Tym niemniej niedosyt pozostaje.

Teraz o tym, co dobre. Scenografia Metropolis przebija wszystkie wcześniejsze dokonania Fritza Langa i jest jedną z najlepiej opracowanych w historii kina niemego. Dekoracje metropolii będące, jak to w ekspresjonizmie bywało, połączeniem studyjnych makiet i dopracowanych rekwizytów, zapierają dech w piersiach. Czy są to futurystyczne ulice i przestrzenie miasta wypełnione światłami, neonami i wszelkimi odmianami pojazdów jeżdżących i latających, czy zaskakująco podobny do dzisiejszych korpobiur gabinet Fredersena wyposażony w monitory z danymi, wideofon i widok na panoramę miasta, wszystko jest przepięknie dopracowane. Na potrzeby filmu stworzono wymyślną maszynerię na czele z zegarowo-żarówkowymi machinami robotników, zagraconym retortami i "komputerami" laboratorium szalonego Rotwanga oraz robotycznym kostiumem dla Brigitte Helm wcielającej się w mechaniczny duplikat samej siebie. Bardzo dobre są też plany nawiązujące do scen biblijnych, na przykład "nierządnica babilońska" tańcząca w klubie dla zepsutej klasy próżniaczej oraz senna wizja maszynerii jako płonącej paszczy Molocha, do której wrzucane są ofiary z robotników (to czytelne nawiązanie do słynnej sceny z Cabirii).

Zdjęcia nie pozostają w tyle za scenografią. Co prawda operatorzy Karl Freund i Gunther Rittau nie fundują nam takiej uczty geometrycznej, jaka miała miejsce w Nibelungach, za to stosują wiele innowacyjnych efektów specjalnych, w tym kadry mozaikowe i naniesione w jakiś niesamowity sposób na kliszę filmową wiązki energii tańczące wokół machin.

Wśród aktorów na pierwszy plan zdecydowanie wybija się Brigitte Helm w podwójnej roli Marii i jej sobowtóra. Ta debiutantka wnosi na plan dużo energii i świetnie radzi sobie z nadaniem odmiennych osobowości swoim dwóm (najważniejszym w filmie) kreacjom. Debiutantem jest także Gustav Frohlich w roli młodego Fredera, nie jest jednak tak olśniewający jak jego ekranowa partnerka. Pozostałe istotne postacie odgrywają stali współpracownicy Langa tacy jak Alfred Abel, Theodor Loos czy Rudolf Klein-Rogge. Temu ostatniemu kolejny już raz powierzono rolę targanego namiętnościami szaleńca (Rotwanga). Oj, chyba przyszedł już czas przestać odcinać kupony od pamiętnej roli Doktora Mabuse, panie Rudolfie.

Metropolis zafascynowało mnie scenografią i rozmachem, natomiast nie olśniło fabułą. Prawdę mówiąc, od strony scenariusza film ten wydaje się dość toporny w porównaniu z poprzednimi dokonaniami duetu Lang i von Harbou. Co ciekawe, Metropolis zrobiło ponoć furorę wśród członków partii nazistowskiej, z Goebbelsem na czele. Być może z punktu widzenia potencjalnego narzędzia agitacji klepiących biedę robotników było przekonujące. Osobiście doceniam ambitne jak zawsze zamysły Fritza Langa. Od strony technicznej osiągnął pełen sukces, natomiast fabularnie nie jest może źle, ale też ma się czym zachwycać. Wystawiam Metropolis 9 gwiazdek. Gdyby nie pionierska rola tego filmu w gatunku science fiction, ocena byłaby nieco niższa.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 14 maja 2018

Nibelungi/Die Nibelungen (1924)

Film o herosach (i bezlitosnej zemście).

Reżyser: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: Zygfryd - 2h 23 min., Zemsta Krymhildy - 2h 10 min.

Występują: Paul Richter, Margarete Schön, Hanna Ralph, Hans Adalbert Schlettow, Bernhard Goetzke, Theodor Loos, Rudolf Klein-Rogge

Fritz Lang jest niesamowity. Już przy Doktorze Mabuse zachwycałem się jego umiejętnością kreowania nowej jakości za pomocą sprawdzonych rozwiązań. W Nibelungach zrobił to ponownie, tym razem tworząc pierwowzór epickiego filmu fantasy. Adaptacja średniowiecznego eposu germańskiego aż pęka w szwach od efektownych dekoracji, niezwykłych postaci, gwałtownych uczuć i brutalnych pojedynków. Przepych, z jakim przygotowano film, jest wprost niewiarygodny, a stworzono go przecież w biednej, nękanej hiperinflacją Republice Weimarskiej.

Nibelungi, podobnie jak ich literacki pierwowzór, składają się z dwóch części. Bohaterem pierwszej jest Zygfryd, germański rycerz i bohater, który dzięki kąpieli w smoczej krwi zyskuje nietykalność. W toku licznych przygód Zygfryd zdobywa skarb podziemnego plemienia Nibelungów, a następnie pomaga królowi Burgundii Gunterowi zdobyć rękę islandzkiej księżniczki Brunhildy. W zamian za swe zasługi Zygfryd poślubia siostrę Guntera Krymhildę. Małżonkom nie jest dane długo cieszyć się szczęściem. Wskutek intrygi Brunhildy Zygfryd ginie z ręki nienawidzącego go rycerza Hagena. Druga część Nibelungów opowiada o krwawej zemście Krymhildy na zabójcy męża i jego stronnikach. W celu realizacji swych planów królewna poślubia barbarzyńskiego władcę Hunów, Etzela (alter ego słynnego wodza Attyli). Stopniowo staje się jasne, że dla tej niegdyś pogodnej dziewczyny znaczenie utraciło wszystko poza pragnieniem krwi.

Dwie części Nibelungów znacznie różnią się od siebie klimatem. Przygody Zygfryda ogląda się jak pełen akcji film przygodowy, w którym bohater dzięki swej sile i sprytowi pokonuje kolejne przeszkody. Ponure zakończenie daje sygnał do zmiany atmosfery. Zemsta Krymhildy jest filmem znacznie mroczniejszym, a zarazem prostszym fabularnie. To protoplasta podgatunku filmów zemsty.

Reżyserując Nibelungi, Fritz Lang przyjął kilka założeń, które nadają jego dziełu specyficzny klimat eposu. Przekaz filmu jest maksymalnie ujednoznaczniony. Naturę bohaterów możemy rozpoznać po kolorze ich strojów. Zygfryd jest cały czas odziany w śnieżną biel, Hagen natomiast nosi się na czarno. Krymhilda w pierwszej części filmu również odziana jest w kolor niewinności, natomiast jako awatar zemsty zmienia barwy na czarno-białą kratę. Taki zabieg wskazuje na archetypiczność bohaterów - Lang zupełnie świadomie konstruuje filmowy mit. Drugim ważnym zabiegiem jest dążenie do maksymalnej symetrii ujęć. Kamera prawie przez cały czas ustawiona jest w taki sposób, aby najważniejsze dla sceny postacie i obiekty znajdowały się w środku kadru. Dążenie do symetrii przejawia się nawet w strojach i mowie ciała bohaterów. Efektem tej jednoznaczności przekazu jest niebywała elegancja estetyczna filmu. Praktycznie każdy kadr tworzy samodzielną ikonę, którą można podziwiać i kontemplować. Zresztą wystarczy wyszukać w Google grafiki dla die Nibelungen. Cały film wygląda właśnie tak.

Scenografia w Nibelungach to prawdziwa poezja. Zaczynając od ozdobnych kostiumów z rozmaitymi motywami geometrycznymi, poprzez fantazyjne hełmy (Hagen paraduje w nakryciu głowy z ogromnymi orlimi skrzydłami), aż do dekoracji wnętrz. Burgundzkie (germańskie) budynki bogate są w symbolikę chrześcijańską, czyste i surowe. Budowle Hunów przesycone są barbarzyństwem - zabłocone, brudne, pogrążone w rozgardiaszu i z licznymi pogańskimi totemami. Sceny romantyczne rozgrywają się wśród bujnej roślinności, skarbce pełne są realistycznie wyglądających kosztowności, na wulkanicznej Islandii rycerze kroczą po płonącej ziemi... Po prostu uczta dla oczu. Scenografowie zadbali, aby każda (mówię to z pełną odpowiedzialnością) lokacja zapadała w pamięć i była jedyna w swoim rodzaju. Wisienką na scenograficznym torcie jest ogromny smok, z którym walczy Zygfryd. Bestia jest co prawda mało ruchliwa, ale potężna, wredna i zieje z paszczy ogniem. Żeby uzyskać pożądany efekt, ekipa filmowa zbudowała mechaniczną bestię naturalnych rozmiarów.

Aktorzy również wpisują się w epicką atmosferę Nibelungów. Teatralne gesty są w cenie, aczkolwiek nie u całej obsady. Jak na mit przystało, możemy obserwować różnorodne typy ludzkie: złośliwe i powściągliwe (Hans Adalbert Schlettow jako Hagen), wypełnione zimną żądzą zniszczenia (Margarete Schön jako Krymhilda), jak również cierpiące na szaleńcze barbarzyńskie ADHD (Rudolf Klein-Rogge jako Etzel). Paul Richter i Hanna Ralph grający Zygfryda i Brunhildę są najbliżsi archetypowi klasycznego herosa, choć ta druga cierpi później na syndrom wyrwanych skrzydeł. Żadna z tych kreacji nie jest może na poziomie oscarowym, jednak wszystkie bardzo dobrze realizują założenia reżysera.

Nibelungi są filmem dopracowanym przez Langa w najdrobniejszych szczegółach. Nie sposób nie podziwiać geniuszu twórcy, który w drugim kolejnym filmie tworzy podwaliny całego gatunku. Jeżeli zaś chodzi o czystą przyjemność z oglądania, Zygfryd jest filmem bliskim ideałowi, pełnym ciekawych wydarzeń, intryg i zwrotów akcji. Zemsta Krymhildy jest dużo cięższa, ponura, przepełniona walką. Gdybym oceniał je osobno, część pierwsza otrzymałaby ode mnie dziesiątkę, część druga ósemkę. Sumarycznie wychodzi więc 9 gwiazdek. Gorąco polecam, Nibelungi są  jedynym w swoim rodzaju wydarzeniem filmowym. Szkoda, że popadły w niezasłużone zapomnienie.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 22 kwietnia 2018

Doktor Mabuse/Dr. Mabuse der Spieler (1922)


Film o geniuszu zła i jego licznych antrepryzach.

Reżyser: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 4h 23 min.

Występują: Rudolf Klein-Rogge, Aud Egede-Nissen, Gertrude Welcker, Alfred Abel, Bernhard Goetzke, Paul Richter, Robert Forster-Larrinaga, Hans Adalbert Schlettow, Georg John, Charles Puffy, Grete Berger

"Co Pan myśli o ekspresjonizmie, doktorze?" pyta tytułowego bohatera dzisiejszego filmu goszczący go na raucie hrabia. "Ekspresjonizm jest grą", odpowiada doktor Mabuse. Tym autoreferencyjnym dialogiem można podsumować pierwsze znaczące osiągnięcie w reżyserskiej karierze Fritza Langa. W Doktorze Mabuse połączył on sprawność w budowaniu napięcia z ciekawym scenariuszem i sprawną realizacją. Wykorzystując w oryginalny sposób rozmaite motywy ekspresjonistyczne, stworzył nową jakość, z której czerpać mieli jego liczni naśladowcy.

Kim zatem jest tytułowy doktor, wokół którego rozgrywa się akcja filmu? Psychoterapeutą, hipnotyzerem, mistrzem kamuflażu, fałszerzem pieniędzy, hazardzistą, malwersantem, przywódcą organizacji przestępczej i megalomanem. Jednym słowem, jest archetypem filmowego złoczyńcy. W pierwszych minutach filmu prezentuje nam swoje zdolności manipulacji, gdy za pomocą kilku zręcznych zabiegów wywołuje panikę na giełdzie, wykupuje za bezcen akcje, a następnie uspokaja sytuację i zarabia na całej operacji krocie. Robi to nie dla zysku, a w celu zaspokojenia woli mocy. Mabuse jest bowiem wyznawcą Nietzschego i nudzi go wszystko poza pociąganiem za sznurki ludzkich losów. Rudolf Klein-Rogge zastosował w roli doktora ekspresjonistyczny styl gry aktorskiej, który w tym przypadku sprawdza się fenomenalnie. Mabuse w jego wykonaniu jest drapieżcą. Ciągle pełny napięcia, nieustannie gotowy do działania, robi wrażenie balansowania na krawędzi rozstroju nerwowego. Jego spojrzenie jest przeszywające, w ruchach agresja, często rozczapierza palce niczym szpony, a chodzi krótkimi, szybkimi krokami. Co ciekawe, kiedy Mabuse przebiera się za jedno ze swoich licznych alter ego, Klein-Rogge całkowicie zmienia mimikę i sposób poruszania się. Potrafi być brudnym pijakiem, ociężałym starcem czy żydowskim komiwojażerem. Mabuse w jego wykonaniu jest tak dobrym aktorem, że parokrotnie dałem się nabrać i nie rozpoznawałem go pod przebraniem.

Fabuła filmu skupia się na kolejnych przestępczych przedsięwzięciach doktora i jego gangu oraz na wysiłkach wymiaru sprawiedliwości w celu identyfikacji i schwytania tajemniczego przywódcy półświatka. W pewnym stopniu przypomina w tym fabułę Wampirów. Głównym przeciwnikiem doktora jest prokurator von Wenk, inteligentny i pełen determinacji człowiek grany przez Berhnarda Goetzke (znanego nam z roli tytułowej w Zmęczonej śmierci). Drugi plan zapełnia cała galeria oryginalnych osobowości. Wyróżnia się zwłaszcza hrabina Tusy Told (Gertrude Welcker) reprezentująca dekadencję niemieckich wyższych sfer. Welcker z dużym urokiem wcieliła się w postać zblazowanej i poszukującej wrażeń arystokratki, spędzającej czas w kasynach na obserwacji emocji graczy. Z grona popleczników Mabuse najciekawszy jest Georg (Hans Adalbert Schlettow), szofer i zabójca cechujący się dużą zaradnością.

Film jest pełen ciekawych i zapadających w pamięć scen, będących owocem pomysłowości Fritza Langa. Szczególnie atrakcyjne dla oka jest ujęcie na giełdzie papierów wartościowych, w którym nieruchoma, władcza postać Mabuse góruje nad spanikowaną gromadą szaleńczo wyprzedających akcje inwestorów. Zwrócę także uwagę na spotkanie ucharakteryzowanych Mabuse i von Wenka przy stole do pokera, gdzie ma miejsce ich pierwsza próba sił, niepokojącą scenę pijaństwa doktora i jego wspólników oraz dynamiczny, obłąkańczy finał filmu, którego szczegółów nie zdradzę. Ponownie daje o sobie znać dryg Langa do niezwykłych lokacji, wśród których mamy norę fałszerzy banknotów (rolę fałszerzy pełnią wyłowieni z ulic ślepi nędzarze) czy też należącą do hrabiostwa Told galerię pełną ekspresjonistycznych dzieł sztuki.

No właśnie, co Doktor Mabuse wnosi do kierunku kina ekspresjonistycznego? Bardzo dużo. Ponieważ reżyser porusza się w tym nurcie z dużym wyczuciem, udało mu się włączyć do filmu to, co w ekspresjonizmie ciekawe. Przerysowaną grę aktorską, stosowaną tylko przypadku głównego antybohatera filmu, zaskakująco efektywną dzięki fenomenalnej kreacji aktorskiej Klein-Roggego. Mroczną atmosferę pogrążonej w dekadencji i nieprawości Republiki Weimarskiej. I wypływające z ludzkiego wnętrza demony, gotowe pochłonąć człowieka i jego otoczenie. To ostatnie przejawia się w smutnym losie większości bohaterów filmu, jak również w maniakalno-depresyjnej naturze doktora Mabuse. Spotkałem się z porównaniami tej postaci do Adolfa Hitlera i muszę się zgodzić, że są trafne. W pewien sposób Lang wyprorokował los międzywojennych Niemiec, zepsutych i wyczekujących szaleńca, który spróbuje poskromić je i zniewolić. Tak samo jak Mabuse zniewolił fanatycznie mu oddanych członków szajki. Być może atmosfera panująca w Niemczech we wczesnych latach dwudziestych sama nasuwała taką właśnie wizję przyszłości. Podsumowując, jak przystało na mistrza, Lang nie nakręcił filmu w taki sposób, aby był zgodny z założeniami ekspresjonizmu, tylko twórczo wykorzystał elementy tego nurtu, tworząc coś więcej.

No i jeszcze parę słów o motywie gry. Jest obecny w oryginalnym tytule filmu (Spieler jako gracz, hazardzista, władca marionetek), króluje w licznych jaskiniach hazardu, w których Mabuse rozgrywa swoich przeciwników i pomnaża majątek, przede wszystkim jednak jest to gra losami ludzkimi, jedyna rozrywka, jaka interesuje tytułowego bohatera. Graczami interesuje się hrabina Told (postać pozytywna), dla której stanowią źródło rozrywki. Jak gra traktowany jest nawet pojedynek woli pomiędzy Mabuse a prokuratorem von Wenkiem. Wyłaniająca się z tych wszystkich motywów wizja ludzkości jako figur na szachownicy (albo gorzej jeszcze, marionetek) wpisuje się w pesymizm towarzyszący latom dwudziestym, a według niektórych aktualna może być również dzisiaj.

Doktor Mabuse to film bardzo długi i wymagający od widza sporej uwagi. Gdybym miał ochotę się czepiać, znalazłbym trochę dziur i nielogiczności w fabule, jednak uważam, że nie są one istotne. Niesamowita atmosfera, ciekawa intryga i niezwykła postać tytułowego antybohatera sprawiły, że świetnie się bawiłem przez te cztery i pół godziny. Możliwość głębszej interpretacji filmu jest dodatkowym atutem, który czyni z niego prawdziwe dzieło. Doktor Mabuse otrzymuje 10 gwiazdek. To pierwsza tak wysoka ocena na moim blogu. Ciekawe, jak długo przyjdzie czekać na kolejną.

P.S.
Dla zainteresowanych, tutaj można przejrzeć listę planowanych do obejrzenia filmów z lat 1923-1924. Wszelkie uwagi mile widziane.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 14 kwietnia 2018

Zmęczona śmierć/Der müde Tod (1921)


Film o kochankach walczących z przeznaczeniem na przestrzeni wieków... zaraz, czy tego już gdzieś nie było?

Reżyser: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1h 40 min.

Występują: Lili Dagower, Walter Janssen, Bernhard Goetze

Pierwszy z wielu filmów Fritza Langa na mojej liście. Zmęczona śmierć nie zachwyca, można w niej jednak dostrzec przejawy technicznej sprawności reżysera, który da nam w przyszłości dzieła bardziej godne zapamiętania (a przynajmniej mam nadzieję, że Metropolis i M nie zawiodą moich oczekiwań). 

Zmęczona śmierć opowiada o tajemniczym mężczyźnie, który przybywa do małego miasteczka, zakupuje działkę przy cmentarzu i stawia wokół niej potężny, pozbawiony wejść mur. Pomimo licznych prób, żadnemu z zaciekawionych mieszkańców nie udaje się nawet zajrzeć do środka. W końcu tajemnicę przybysza poznaje młoda dziewczyna, której narzeczony niespodziewanie znika w jego towarzystwie. Przybysz okazuje się Śmiercią, a jego zajęciem jest odbieranie życia tym, na których przyszedł czas (symbolizowane jest to poprzez zgaszenie płomienia odpowiedniej świecy). Śmierć składa błagającej o życie kochanka dziewczynie propozycję - jeżeli uda się jej ocalić kogoś z trójki ludzi, których świece właśnie się dopalają, jej ukochany zostanie przywrócony życiu. Film zabiera nas następnie w podróż w czasie i przestrzeni, przedstawiając historię trzech skazanych na zgubę miłości. Pierwsza opowieść rozgrywa się w bliskowschodnim mieście, gdzie giaur wkrada się do pałacu kalifa, by uwieść siostrę władcy. Druga historia to intryga trujących się wzajemnie i sztyletujących bogaczy z renesansowej Wenecji. Trzecia zabiera nas do starożytnych Chin, gdzie cesarz (o starannie wyhodowanych szponach z paznokci) postanawia uczynić z asystentki czarownika swą nałożnicę.

Pomysł na film jest całkiem interesujący. Zmęczona śmierć zawiera wiele nowatorskich koncepcji, które Fritz Lang przeniósł z literatury do świata filmu. Mam tu na myśli wędrówkę dusz kochanków po różnych epokach (prześladowaną przez los parę w opowieści "głównej" i trzech pobocznych za każdym razem gra ta sama para aktorów) oraz postać Śmierci jako ponurego acz sprawiedliwego agenta nieuchronnego losu. Rozmach realizacyjny również robi wrażenie - dekoracje, kostiumy i efekty specjalne są niezwykle dopracowane. Szczególnie atrakcyjny dla oka jest segment chiński, w którym możemy między innymi podziwiać latający dywan czy też ucieczkę pary bohaterów na słoniu. Również siedziba Śmierci wypełniona setkami płonących świec jest bardzo nastrojowa. Film ma jednak dwie bardzo poważne słabości.

Pierwszą jest "ekspresjonistyczna" gra aktorska, która jest wręcz okropna. Poziom intensywności gestykulacji, wywracania oczami, szczerzenia się, szlochania i tym podobnych jest nie do zniesienia. Jedynym wyjątkiem jest obdarzony kamienną twarzą Śmierć, który dla kontrastu posiada aparycję robota. No ale w jego przypadku jest to w jakiś sposób uzasadnione. Rozumiem, że taka wówczas obowiązywała w Niemczech konwencja, jednak nie uważam, aby dobrze się sprawdzała w tego rodzaju filmie. O ile ekspresjonizm u złoczyńców czy ekscentrycznch postaci drugoplanowych jest dla mnie jak najbardziej do przyjęcia, bohaterów romantycznych pcha nieuchronnie w objęcia kiczu.

Drugi problem Zmęczonej śmierci to miałka fabuła. Fritz Lang jest tak zaabsorbowany symbolizmem i dopinaniem na ostatni guzik aspektów technicznych, że zupełnie zaniedbuje swoich bohaterów. Cztery przedstawione widzowi pary kochanków nie mają do zaoferowania niczego poza swoim uczuciem. Nie dowiadujemy się żadnych istotnych faktów o ich otoczeniu i warunkach życia, w nich samych również nie dostrzegłem nic interesującego. Perypetie i zainteresowania tych osób nie wykraczają poza pokonanie przeszkód stojących na drodze ich miłości. A samej historii walki z przeznaczeniem nie uważam za jakoś niesamowicie oryginalną. Powiem otwarcie, film mnie znudził.

Zmęczona śmierć otrzymuje ode mnie tylko 6 gwiazdek. Może się to wydawać surową oceną w kontekście wymienionych powyżej zalet filmu. Niestety, nuda jest w przypadku kina grzechem ciężkim. Mam nadzieję, że w kolejnych obrazach Fritz Lang skupi się bardziej na rozwijaniu bohaterów, a jego aktorzy pohamują nieco swoją "ekspresję". Przekonamy się już za kilka dni, kiedy oglądać będę Doktora Mabuse.

źródło grafiki - www.imdb.com