poniedziałek, 8 lipca 2019

Od wtorku do czwartku/After the Thin Man (1936)

Film o detektywach uwikłanych w relacje rodzinne

Reżyseria: W.S. Van Dyke
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 50 min.

Występują: William Powell, Myrna Loy,James Stewart, Elissa Landi, Joseph Calleia, Jessie Ralph, Penny Singleton, Sam Levene, Alan Marshal

Duża popularność filmu W pogoni za cieniem skłoniła decydentów z MGM-u do stworzenia kontynuacji przygód Nicka i Nory - małżeństwa detektywów-amatorów. W nakręconym dwa lata po pierwszym filmie sequelu, który w Polsce otrzymał tytuł Od wtorku do czwartku, powtórzono najważniejsze rozwiązania, które przyniosły sukces Cieniowi. Mamy więc niezwykle zgrany duet aktorski Williama Powella i Myrny Loy, scenariusz z pikantnymi dialogami i skomplikowaną zagadką kryminalną, a na fotelu reżyserskim zasiadł ponownie W.S. Van Dyke, który stał się specjalistą od cykli filmowych (równolegle kręcił kolejne filmy o Tarzanie). To swoiste odcięcie kuponów w dużej mierze okazało się sukcesem. Powstał film wciągający, przyjemny w odbiorze i budzący pozytywne odczucia, choć nieco słabszy od pierwszej części.

Akcja Od wtorku do czwartku rozgrywa się w San Francisco, mieście zamieszkania Nicka i Nory Charlesów, do którego właśnie powracają po wydarzeniach z W pogoni za cieniem. Mamy okazję poznać krewnych Nory - nuworyszy, którzy traktują Nicka z góry, ponieważ wżenił się w bogatą rodzinę. Małżonkowie zostają poproszeni o pomoc w odszukaniu męża Selmy, kuzynki Nory. Ów - alkoholik i abnegat, przepadł kilka dni temu bez wieści. Mężczyzna szybko odnajduje się jako kochanek tancerki w chińskim barze, niedługo potem zostaje jednak zamordowany w tajemniczych okolicznościach. Nick rozpoczyna śledztwo. Grono podejrzanych jest bardzo liczne, poczynając od Selmy, poprzez nieszczęśliwie w niej zakochanego przyjaciela rodziny, mężczyzn kręcących się wokół wspomnianej tancerki, aż po miejscowego lekarza psychiatrę. 

Scenarzyści Albert Hackett i Frances Goodrich zadbali o odpowiedni poziom komplikacji intrygi oraz o jej spójność. Co prawda ilość poszlak i fałszywych tropów jest zbyt duża, żeby samodzielnie rozwikłać zagadkę, ale obserwowanie złotoustego Nicka przy detektywistycznej robocie to prawdziwa przyjemność. Każdy z podejrzanych posiada motyw zbrodni, szybko też zaczynają wchodzić sobie w drogę, co pociąga za sobą kolejne tragiczne incydenty. Rozstrzygnięcie, podobnie jak w poprzednim filmie, następuje w finale, kiedy wszyscy podejrzani zostają zebrani w jednym pomieszczeniu i stają się uczestnikami psychologicznej gierki.

Pod względem intrygi Od wtorku do czwartku nie ustępuje swemu poprzednikowi. Nieco słabiej jest jeżeli chodzi o ognisty duet małżeński. Charlesowie nadal wymieniają riposty i elokwentnie pokpiwają z siebie oraz innych, ich dialogi są jednak mniej błyskotliwe i łagodniejsze. Co gorsza, znacznie ograniczono fabularną rolę Nory. Pani Charles właściwie nie bierze udziału w rozwiązaniu zagadki, głównie komentując poczynania swego męża lub kręcąc się gdzieś na uboczu. W efekcie Myrna Loy dostała mniej okazji do wykazania się. Z pozostałych aktorów warto wspomnieć o Jamesie Stewarcie, dla którego była to jedna z pierwszych ról filmowych. Już tutaj daje się zauważyć jego intensywną emocjonalność, chociaż póki co daleko mu od charyzmy duetu Powell-Loy.

Dużym atutem filmu są dwie świetnie wyreżyserowane sceny złożone z długich ujęć. W pierwszej Nick i Nora trafiają na przyjęcie niespodziankę. Tańcząc, krążą po całej imprezie, dyskretnie obserwują gości i usiłują nie zwracać na siebie uwagi. Widzowi daje to okazję do podziwiania pomysłowych sposobów zabawy amerykańskich bogaczy i wsłuchania się w popularne standardy jazzowe. Jeszcze lepsza jest długa, bodaj dziesięciominutowa scena, w której Nick w całkowitym milczeniu przeprowadza inspekcję kilku podejrzanych mieszkań. Van Dyke dowodzi tutaj swoich umiejętności narracyjnych, wspomaganych przez znakomity montaż. Dzięki temu bez zbędnej gadaniny zwracamy uwagę na wszystkie istotne i nietypowe szczegóły, ani przez chwilę się nie nudząc, ani nie gubiąc. Tego typu sceny były rzadkością we wczesnym kinie dźwiękowym, tym bardziej więc zasługuje ona na wyróżnienie.

Od wtorku do czwartku okazał się bardzo dobrym filmem rozrywkowym i godnym następcą W pogoni za cieniem. Szkoda, że cenzorskie nożyce tym razem silniej zaingerowały w skrypt, pozbawiając go pikanterii właściwej pierwszej części. I że tak mało w filmie przezabawnej Myrny Loy. Nawet mimo tych zastrzeżeń mamy do czynienia z jedną z lepszych komedii tamtego okresu. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 7 lipca 2019

Mój pan mąż/My Man Godfrey (1936)

Film o egocentrykach

Reżyseria: Gregory La Cava
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 40 min.

Występują: William Powell, Carole Lombard, Alice Brady, Gail Patrick, Eugene Pallette

Zwariowane komedie damsko-męskie (zwane "screwballami") zyskiwały w drugiej połowie lat 30. coraz większą popularność. Mój pan mąż to jeden z dwóch (obok Romantycznej pułapki) filmów tego nurtu z 1936 roku, który otrzymał nominację do Oscara. Oprócz podobnego typu humoru opartego na zjadliwych dialogach i utarczkach płci, oba filmy łączy osoba Williama Powella. Przystojny aktor specjalizujący się w rolach złotoustych dżentelmenów był ewidentnie na fali i gwarantował sukces niemal każdemu filmowi, w którym grał. Przy tym, choć wszystkie jego postacie posiadały specyficzny urok, tworzył kreacje różnorodne i wkładał w kolejne filmy wiele pozytywnej energii. Nie inaczej postąpił w tytułowej w roli Godfreya. Tutaj nawiążę jeszcze do nieszczęsnego polskiego tytułu, który pasuje do filmu jak pięść do nosa. Godfrey nie jest bowiem niczyim mężem, ani nie pragnie nim być.

Film osadzony został w realiach Wielkiego Kryzysu. Godfrey, elokwentny nędzarz mieszkający na nowojorskim wysypisku, zostaje tam wypatrzony przez majętne siostry Bullock, które uczestniczą w towarzyskiej grze polegającej na sprowadzaniu na przyjęcie różnych "niechcianych rzeczy", na przykład bezdomnych. Godfrey jest zbulwersowany impertynencją starszej z sióstr, Cornelii. Aby jej dokuczyć, zgadza się pójść na przyjęcie z młodszą, sympatyczniejszą Irene. Na miejscu zostaje przez nowobogackich potraktowany jako zwierzak w zoo. Po przyjęciu nękana wyrzutami sumienia Irene składa Godfreyowi propozycję objęcia funkcji rodzinnego lokaja. Postrzegając to jako szansę na ucieczkę od biedy, mężczyzna zgadza się. Szybko po rozpoczęciu pracy przekonuje się, że trafił do wyjątkowo skłóconej i dysfunkcyjnej rodzinki.

Złośliwy i sardoniczny humor Mojego pana męża opiera się na konfrontacji przeciwstawnych systemów wartości. Po pierwsze, mamy tu rozkapryszone kobiety i usługujących im mężczyzn (oprócz Godfreya jest jeszcze zmęczony ekscesami żony i córek pan domu oraz Carlo - zniewieściały utrzymanek gospodyni). Oprócz tego zestawiono materialistycznych nowobogackich Bullocków z reprezentującym klasyczną inteligencję, wyrzuconym na bruk przez Wielki Kryzys lokajem. Podczas gdy Bullockowie wydają bez opamiętania, bawią się i realizują swoje kaprysy, dyskretny i bystry Godfrey korzysta z danej mu szansy, żeby już nigdy nie wrócić na wysypisko. William Powell gra go jako dyskretnego, opanowanego dobrego ducha pokręconej rodzinki. Godfrey rzadko zdradza swoje prawdziwe emocje i stara się popychać Bullocków we właściwym kierunku mimo niechęci do ich ekscesów. A przy tym toczy piękne utarczki słowne z Cornelią i jej matką.

Trzy panie Bullock stanowią miniaturową galerię różnych typów zepsucia. Cornelia jest bezczelna, złośliwa i pełna pogardy dla niższych stanem. Irene robi wrażenie potulnej, okazuje się jednak aktorką próbująca podstępem wpływać na innych. Na przykład na lokaja, w którym powoli się zakochuje. Ich matka Angelica to, mimo snobistycznych pretensji, niezwykle prostolinijna osoba - leniwa, roztrzepana i skrajnie hedonistyczna. Wokół niej stale kręci się głupkowaty "protegowany" Carlo, który potrafi chyba tylko grać na pianinie i wdzięczyć się. Pochłonięty prowadzeniem rodzinnego biznesu pan domu nie ma ze swoimi kobietami łatwego życia. Dopiero ogarnięty życiowo kamerdyner uświadamia tej zgrai, jak bardzo oderwała się od rzeczywistości. Ze wszystkich kontekstów zakodowanych w przekazie mojego pana męża, za najważniejszy uważam właśnie ten społeczny.

Mój pan mąż okazuje się inteligentną satyrą, trafnie wyłapującą przywary nowojorskich nowobogackich. William Powell dał dowód swego nieprzeciętnego talentu komediowego, w czym sekundowały mu panie Lombard, Brady i Patrick jako Bullockówny. Pewien problem mam tylko z nazbyt pozytywnym zakończeniem. Kobiece bohaterki, przedstawione jako skrajne egocentryczki, są w gruncie rzeczy niezwykle antypatyczne. Ich przywary wyszydzono tak bezlitośnie i wyraziście, że wyrozumiałość okazana im po hollywoodzku przez Godfreya zdaje się nieuzasadniona i nieprawdziwa. Trochę mnie ten fakt uwiera. Dlatego też wystawiam filmowi 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 6 lipca 2019

Prawo młodości/Come and Get It (1936)

Film o drwalach

Reżyseria: Howard Hawks i William Wyler
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 39 min.

Występują: Edward Arnold, Frances Farmer, Walter Brennan, Joel McCrea

Pomysł na film opowiadający o amerykańskim duchu pionierstwa, który doprowadził do rabunkowej eksploatacji złóż natury, poddała Samuelowi Goldwynowi zaangażowana powieść Edny Farber. Szef MGM-u nabył prawa do ekranizacji książki i wyznaczył na reżysera Howarda Hawksa. Ponieważ niebawem ciężko zachorował, zmuszony był pozostawić reżyserowi wolną rękę. Hawks nakręcił film po swojemu, zmieniając go z dramatu ekologicznego w sztampowy melodramat. Kiedy Goldwyn wrócił do zdrowia, rozgniewany zmianami sprzecznymi z jego wizją zwolnił reżysera, zastępując go Williamem Wylerem. Ten ostatni nie był jednak szczególnie chętny do wchodzenia w buty poprzednika. Dokończył Prawo młodości na zasadzie prowizorki, nie wkładając w nie zbyt wiele serca. Ze sprzecznych wizji trzech ludzi powstał film, w którym widoczne są tylko strzępki zmarnowanego potencjału.

Akcja rozpoczyna się w obozie drwali w położonej na północy stanu Wisconsin puszczy sosnowej. Dzielni robotnicy wycinają wielkie połacie lasu, magazynują ścięte pnie, a po wiosennych roztopach spławiają je w ogromnych ilościach w dół rzeki, do tartaków. Na czele walki o zasoby natury stoi Barney Glasgow, niezłomny nadzorca, który ma ambicję zgromadzić największy urobek spośród wszystkich obozów, ożenić się z córką swojego pracodawcy i zostać najbogatszym człowiekiem z Wisconsin. Najlepszym przyjacielem Barneya jest chudy jak szczapa, prostoduszny brygadzista Swan. Po ciężkiej harówce mężczyźni oraz ich podwładni dopinają swego i osiągają rekordowy wynik w wycince drewna. Sukces postanawiają oblać w podrzędnej knajpie. Tam poznają Lottę, piękną śpiewaczkę, której serce prędko skrada Barney. Gorący romans nie trwa długo i kończy się, kiedy drwal otrzymuje z dawna oczekiwaną propozycję ślubu z córką swego szefa. Porzuconą Lottę przygarnia pod swe skrzydła litościwy Swan. Mija kilkanaście lat. Owdowiały Swan jest biedującym robotnikiem z dorosłą córką na utrzymaniu. Barney odnawia z nim kontakt po długiej rozłące. Kiedy okazuje się, że młoda Lotta jest kropla w kroplę podobna do swojej zmarłej matki, Barney postanawia zdobyć ją dla siebie.

Film pomyślany jako krytyka gwałtu na naturze, a później przemieniony znienacka w historię miłosną, nie mógł się udać. W fabule widoczne są cięcia i wolty niezdecydowanych twórców. Nakręcone w plenerach sceny przedstawiające pracę drwali przy karczowaniu lasu i spławianiu drewna należą do najpiękniej nakręconych, jakie było mi dane oglądać. Zewsząd przebija pionierski triumfalizm, ale widoczny jest także trud i mozół drwali. Uwagę przyciągają szczegóły techniczne, na przykład gigantyczne rynny do wodowania pni. Są to niepowtarzalne widoki, które po zakończeniu filmowego prologu niestety nie wracają już na ekran. Do końca seansu zmuszeni będziemy zajmować się Barneyem, Swanem i ich miłosnymi dylematami.

Dwóch przyjaciół prezentujących odmienne systemy wartości zostało nakreślonych grubą kreską. Postawiony w centrum wagi Barney to bezwzględny brutal, który przyzwyczajony jest brać to, na co ma ochotę. Nieco nieokrzesany, potrafi być wspaniałym przyjacielem i strasznym wrogiem. Niestety nie udało mi się wykrzesać choćby odrobiny sympatii dla tej chciwej i antypatycznej postaci. Pomysł z uwodzeniem córki przyjaciela wyglądającej identycznie jak jej zmarła matka (nosi także to samo imię i gra ją ta sama aktorka) jest co najmniej niesmaczny. Sytuacji nie poprawia sama Lotta, którą można określić jako karykaturę femme fatale, najpierw sugestywnie odpowiadającą na zaloty Barneya, później natomiast zaskoczoną jego uczuciami. Jest jeszcze syn Barneya, który bardzo pragnie produkować "niegroźne dla natury" plastikowe kubki i w ten sposób wyprzeć się niszczycielskiego dziedzictwa ojca. I oczywiście rywalizuje z nim o względy dziewczyny, co nie jest ani trochę angażujące, ponieważ jest postacią mydłkowatą i nieciekawą. Ostatnia ważna postać to Swan, stereotyp porządnego i nieskomplikowanego robotnika preferującego proste życie. Grający go Walter Brennan otrzymał nominację do Oscara. Prawdopodobnie wyróżniono go za liczne manieryzmy postaci, które mnie jednak raczej irytowały niż zachwycały.

Zasmuca zaprzepaszczony potencjał Praw młodości. Reżyserzy i scenarzyści wyeksponowali dokładnie te wątki, które powinny pozostać na drugim planie. Nie mam pojęcia, komu potrzebna była kolejna historia miłosna z drewnianymi, niesympatycznymi postaciami i szablonowymi zwrotami akcji. Zamiast tego o rozwinięcie prosiły się kwestie dotyczące drewnianego biznesu i pokoleniowy konflikt postaw, który symbolizuje sprzeczny stosunek ojca i syna do prezydenta Theodora Roosevelta (twórcy parków narodowych). Szkoda, że dla Howarda Hawksa ciekawsza była niesmaczna historyjka o chuci i wybujałym ego starszego pana. Z całego filmu warto obejrzeć tylko początkowe sceny efektownie prezentujące wyrąb lasu. Wystawiam 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 5 lipca 2019

Tajny agent/Sabotage (1936)

Film o fajtłapowatych szpiegach

Reżyseria: Alfred Hitchcock
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1 h 16 min.

Występują: Sylvia Sidney, Oskar Homolka, Desmond Tester, John Loder

Zachęcony popularnością 39 kroków Alfred Hitchcock kontynuował "szpiegowsko-dywersyjny" etap swojej kariery. Materiał na kolejny film odnalazł w Tajnym agencie, powieści Josepha Conrada opowiadającej o działaniach komórki anarchistycznych terrorystów. Opowieść została przez scenarzystę nieco uwspółcześniona i "ufilmowiona", tym niemniej zasadnicze zręby fabuły pozostały takie jak w oryginale. Jednocześnie Hitchcock poddał w Tajnym agencie testom nowy rodzaj suspensu. Od samego początku filmu znamy tożsamość konspiratorów oraz ich plany. Główną zagadką pozostaje kwestia, czy się powiodą i jakie będą ich konsekwencje.

Akcja filmu toczy się w Londynie. W mieście ma miejsce niespodziewana awaria elektrowni wywołana aktem sabotażu. Dywersant, Karl Verloc, wkrada się tylnym wejściem do swego domu i kładzie do łóżka, aby udawać przed żoną, że nigdzie nie wychodził. Kobieta nie ma za bardzo czasu się nad tym zastanawiać, ponieważ jest zajęta reklamacjami rozczarowanych klientów. Verlokowie prowadzą bowiem niewielkie, połączone z mieszkaniem kino, które wskutek braku prądu było zmuszone odwołać seans. Z małżeństwem mieszka jeszcze nastoletni brat pani Verloc, wesoły i pełen energii dzieciak. Ani on, ani jego siostra nie mają pojęcia o przestępczej działalności pana domu. Następnego dnia po awarii pan Verloc spotyka się ze swoim kontaktem z organizacji terrorystycznej. Wspólnie planują krwawy zamach bombowy. Verloc nie wie jednak, że tropi go agent Scotland Yardu działający pod przykrywką ulicznego sprzedawcy warzyw.

Tajny agent trzyma w napięciu od początku do końca, a jego katalizatorem pozostają dwie niezwykle niepokojące kwestie. Pierwszą jest zamach bombowy planowany do przeprowadzenia za pomocą bomby z zapalnikiem czasowym. Hitchcock niespiesznie popycha fabułę do przodu, ukazując pozyskanie niebezpiecznego pakunku, a później przygotowania i działania w celu podrzucenia go na miejsce zamachu. Wykorzystano tu technikę budowania napięcia poprzez stopniowanie tempa montażu. Im bliżej punktu docelowego, tym szybciej zmieniają się i migają kolejne kadry, na których często pojawiają się mijane po drodze zegary. Burza emocji zostaje rozpętana w sposób prostyl lecz skuteczny. Przeciwieństwem tej sekwencji jest miażdżąca scena konfrontacji pani Verloc ze swoim mężem. Rozegrana powoli, w całkowitym milczeniu, wykorzystuje wyłącznie o mimikę aktorów i wymowne ujęcia na pewne istotne dla sceny rekwizyty. W obu przypadkach oddziaływanie na emocje jest piorunujące, choć zostaje osiągnięte przy użyciu całkowicie innych środków. Miło obserwować, jak mistrz suspensu rozwija swój warsztat.

W tym miejscu warto wspomnieć o zastosowanym przez Hitchcocka oryginalnym zabiegu "metanarracji". Umiejscowienie mieszkania Verloców na tyłach kina pozwoliło wpleść w film kilka niby przypadkowych dialogów i scen filmowych, które stanowią swego rodzaju komentarz do głównej linii fabuły. Najważniejszą z dygresji jest kreskówka Walta Disneya parodiująca gwiazdy Hollywood, a fabułą nawiązująca do wydarzeń z finału filmu.
 
Jeżeli chodzi o inne wyróżniające się elementy Tajnego agenta, wskazałbym przede wszystkim na humor. Głównym jego obiektem są agenci Scotland Yardu - nieporadni, momentami błądzący jak dzieci we mgle i wyraźnie pozbawieni pomysłu na poradzenie sobie z terrorystami. Już sama przykrywka sprzedawcy warzyw wydaje się paradna, a dalej nie jest lepiej. Kiedy jeden z tajniaków podsłuchuje zza okna naradę spiskowców, jest na tyle gapowaty, że wystawia na widok swoją dłoń, głupio się dekonspirując. Tak naprawdę największym zagrożeniem dla szajki pozostaje pani Verloc, która powoli uświadamia sobie, w co wplątał się jej mąż i staje przed poważnym dylematem. Postać ta przedstawiona została jako cicha, osamotniona osóbka, która jednak broni się, by nie zostać ofiarą. Jest taka już od pierwszych scen, kiedy pozbawiona pomocy męża usiłuje okiełznać tłum rozzłoszczonych klientów. Sylvia Sidney włożyła w swoją rolę dużo dyskretnych środków wyrazu, bazując na spojrzeniu i mowie ciała, aby stworzyć postać cichą, ale o pewnej wewnętrznej sile.

Tajny agent to tak naprawdę film o przeciętniakach. Zaprezentowani na ekranie terroryści i agenci Scotland Yardu są ludźmi bardzo pospolitymi, popełniającymi błędy i niepewnymi swoich celów. Właściwie u każdej z postaci następuje w pewnym momencie załamanie wywołane własnymi potknięciami lub działaniami innych. Nie ma tutaj herosów, nie ma złoczyńców, są tylko pogubieni ludzie, którzy nie potrafią się wyplątać z fatalnej sytuacji, w którą zostali uwikłani. Co więcej, kiedy mają okazję, brną jeszcze głębiej. To bardzo zaskakujące podejście, które początkowo może wywołać nawet uczucie zagubienia. Mam wrażenie, że Hitchcock nie chciał, żebyśmy komukolwiek w Tajnym agencie kibicowali. Bo też odczucia po seansie mogą być tylko ponure i pesymistyczne. Nie powinno to jednak rzutować na ocenę tego przygotowanego z wielkim profesjonalizmem obrazu. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 2 lipca 2019

Chronofilmoteka na Mediakrytyku

Być może już zauważyliście, że z boku bloga pojawił się nowy baner. Miło mi w związku z tym zakomunikować, że Chronofilmoteka dołączyła do serwisu Mediakrytyk. Jest to tak zwany agregator recenzji filmowych, który w założeniu ma gromadzić w jednym miejscu wszystkie polskojęzyczne recenzje i wideorecenzje filmów (na podobieństwo anglojęzycznego Metacritica). W praktyce wygląda to tak, że klikamy na wybrany film i otrzymujemy odnośniki do wszystkich zgromadzonych na jego temat materiałów. Serwis oferuje sporo możliwości, między innymi wyszukiwanie ulubionych filmów, serwisów filmowych i krytyków, tworzenie różnego rodzaju rankingów i spersonalizowanych list. Przejrzenie informacji o filmach przedwojennych uświadomiło mi, jak niewielka jest w polskiej mediosferze popularność tego niezwykle ciekawego okresu. Mam nadzieję, że z pomocą Mediakrytyka zdołam choć odrobinę ją zwiększyć.

Zapraszam do przeglądania i użytkowania.

Romeo i Julia/Romeo and Juliet (1936)

Film o paskudnej waśni

Reżyseria: George Cukor
Kraj: USA
Czas trwania: 2 h 4 min.

Występują: Leslie Howard, Norma Shearer, John Barrymore, Edna May Oliver, Basil Rathbone, Robert Warwick, C. Aubrey Smith, Andy Devine

Trudno w to uwierzyć, ale film Romeo i Julia z 1936 roku był pierwszą poważną próbą ekranizacji tragedii Szekspira od dwudziestu lat. Hollywoodzcy decydenci, produkujący dla masowej widowni, obawiali się dramatów pisanych trudną, starodawną angielszczyzną. Drugą przeszkodą były koszty - umiejscowiony w renesansowych Włoszech obraz powinien przyciągać uwagę efektowną scenografią i strojami. Wobec braku gwarancji sukcesu wyłożenie znacznych środków przez nękane Wielkim Kryzysem wytwórnie wydawało się decyzją ryzykowną. A jednak przebojowy producent MGM-u, legendarny Irving Thalberg dopiął swego. Mimo oporu szefa wytwórni, Louisa B. Mayera, wywalczył środki i rozpoczął produkcję. Jako reżysera dobrał specjalistę od "filmów dla kobiet" George'a Cukora, w rolach głównych obsadził natomiast śmietankę gwiazd: Lesliego Howarda, Johna Barrymore'a, Basila Rathbone'a i swoją żonę Normę Shearer jako Julię. Decyzje co do obsady wzbudziły kolejne wątpliwości. W sztuce Szekspira główni bohaterowie to ludzie na progu dorosłości, tymczasem w roku premiery filmu Howard skończył 43 lata, Barrymore - 54, Rathbone - 44 a najmłodsza z tego grona Shearer - 34. Wszystkie te elementy sprawiły, że do filmu podchodziłem z dużą rezerwą. Hermetyczny język Szekspira, afektowany styl reżyserski Cukora, podstarzali aktorzy, w tym wymoczkowaty Howard, do tego jeszcze niezbyt wysokie noty na serwisach filmowych. Spodziewałem się kolejnego zawodu. Tym milej mi napisać, że się pomyliłem. Romeo i Julia to obraz monumentalny, wysmakowany i, mimo pewnych niedostatków, udany.

Fabuła jest zapewne nieobca każdej osobie obznajomionej jako tako z kulturą. Dwa skłócone ze sobą szlacheckie rody z Werony toczą waśń, niejednokrotnie doprowadzając do rozlewu krwi. Najmłodsi przedstawiciele rodzin - Romeo i Julia - poznają się przypadkiem podczas balu maskowego i  zakochują w sobie. Później wypadki toczą się szybko - nocne schadzki, potajemny ślub u zaufanego zakonnika, później felerny pojedynek, w rezultacie którego Romeo zostaje skazany na banicję i w końcu tragiczny finał. Scenarzysta Talbot Jennings nie wykorzystał całego tekstu dramatu, wycinając około połowy. Była to słuszna decyzja. Historia jest spójna, nie nazbyt rozwleczona i pozbawiona zbędnych wypełniaczy. W rezultacie dwie godziny filmu upływają szybko i bezboleśnie.

Inną udaną decyzją był przyjęty przez George'a Cukora styl reżyserski. Słusznie obawiając się przesadnego patosu, w kluczowych scenach zminimalizował on dialogi, zastępując je tym, co stanowi główny atut kina - obrazami. Dzięki temu mamy w filmie sekwencje tak świetne jak uroczysty marsz dwóch wrogich sobie orszaków do katedry, podczas którego żołnierze i członkowie rodów wymieniają prowokacyjne spojrzenia i z rzadka tylko obsypują się złośliwościami. Godny uwagi jest także bal maskowy, podczas którego Romeo, Julia, Tybolt i Parys imponują przepysznymi strojami i skomplikowanymi układami tanecznymi. Wygląda to niemal jak zaloty pawi, do których ci wystrojeni włoscy arystokraci wykazują duże podobieństwo. Dalej jest równie ciekawie. Umizgi pod balkonem Julii, pojedynek Tybolta z Merkucjem i Romeem na rynku oraz finał rozgrywający się w rodzinnych katakumbach to sekwencje niezwykle sugestywne, korzystające w wielkiej obfitości ze scenografii, ruchu kamery i możliwości aktorów. Dzięki temu nie ma konieczności zbyt uważnego wsłuchiwania się w hermetyczne szekspirowskie dialogi, które pięknie wyglądają na papierze, ale w ustach aktorów są trudne do zrozumienia. Dzięki narracji wizualnej treść dramatu została sprowadzona do podstawowych emocji, o których przecież Szekspir chciał opowiadać.

Wielką zaletą Romea i Julii jest brak irytującego patosu. Obawiałem się go zwłaszcza ze strony nieznośnego czasem Lesliego Howarda. Tymczasem Anglik spisał się w roli Romea nadzwyczaj dobrze, łącząc romantyczną delikatność z niezłą zadziornością w wymagających tego scenach. Dobrze partneruje mu nadęty i pompatyczny Basil Rathbone jako Tybolt, główny czarny charakter. Norma Shearer w roli Julii jest najbardziej z tego grona egzaltowana, ale udało się jej pozostać za cienką linią dzielącą górnolotność od kiczu. Nie jest to może jej najwybitniejsza kreacja, ale nie zepsuła filmu i nie próbowała przytłoczyć swą obecnością pozostałych aktorów. Na drugim planie możemy podziwiać zawsze znakomitych Ednę May Oliver jako "niańkę" Julii i C. Aubreya Smitha w roli lorda Capuleti. Cukor i Thalberg zaangażowali także do filmu duże grono statystów i zadbali o porządnie przygotowane sceny grupowe, obejmujące klasyczne ceremonie kulturowe - procesję, bal i pogrzeb.

Na wielkie pochwały zasługuje techniczna strona filmu. Scenograf Cedric Gibbons i odpowiedzialni za kostiumy Adrian oraz Oliver Messel otrzymali pomoc konsultantów historycznych, a dla inspiracji sprowadzono dla nich obrazy włoskich mistrzów i zdjęcia oryginalnych zabytków Werony. Wysiłek włożony w przygotowania jest widoczny. Dekoracje i kostiumy zostały dopracowane do najdrobniejszych szczegółów i zachwycają rozmachem oraz przepychem. Dobrym przykładem będzie wspominany już bal maskowy. Efektu dopełniają wysmakowane zdjęcia Williama H. Danielsa, który odważnie eksperymentuje z nietypowymi ujęciami (na przykład w dialogu kochanków pod balkonem) oraz pomysłowym wykorzystaniem scenografii (świetna scena, kiedy Romeo idzie ogrodową ścieżką, w tle natomiast możemy podziwiać równocześnie dwa szpalery krzewów - prawdziwy i odbity w tafli stawu).

Romeo i Julia to film udany wbrew wszelkim oczekiwaniom. Historia, co prawda dość już ograna, została przedstawiona w sposób przystępny i atrakcyjny dla widza. Aktorzy stanęli na wysokości zadania, pokonując przy tym największą z przeszkód - wiekową. Nie udało się odnieść sukcesu kasowego, ale na polu artystycznym obraz doceniono kilkoma nominacjami do Oscarów. Niestety Irving Thalberg, który był głównym motorem napędowym produkcji, nie dożył tych wyróżnień. Zmarł przedwcześnie w dniu premiery Romea i Julii, pozostawiając po sobie w świecie kina pustkę, którą trudno było zapełnić. Romeo i Julia to nadzwyczaj godne epitafium dla jego kreatywności i zdolności organizacyjnych. Wystawiam mocne 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 1 lipca 2019

San Francisco (1936)

Film o śpiewaczce, jej adoratorach i trzęsieniu ziemi

Reżyseria: George Cukor
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 55 min.

Występują: Clark Gable, Jeanette MacDonald, Spencer Tracy, Jack Holt, Jessie Ralph

Trzęsienie ziemi może się wydawać dziwnym tematem dla musicalu. W.S. Van Dyke, hollywoodzki specjalista od eksperymentów, postanowił uczynić z tej nietypowości atut. Film fabularyzujący katastrofalne trzęsienie ziemi w San Francisco z 1906 roku został pomyślany jako wakacyjny hit. Miał wszystko - gwiazdy, piosenki, wątek miłosny i spektakularne efekty specjalne ukazujące zniszczone miasto. Śmiały plan wypalił i San Francisco odniosło sukces kasowy, zdobywając także kilka nominacji do Oscarów. Muzyczno-katastroficzny blockbuster zapowiadał się więc jako ciekawe przeżycie estetyczne. Niestety, mocno się na nim zawiodłem.

Film opowiada historię śpiewaczki Mary Blake, która przybywa do San Francisco z prowincji w nadziei na lepsze życie. Szkolona w śpiewie klasycznym dziewczyna znajduje zatrudnienie w knajpie Blackiego Nortona, dżentelmena uwikłanego w szemrane interesy. Mary prędko staje się lokalną gwiazdą i wkrótce otrzymuje propozycję występów w miejskiej operze. Do rywalizacji o jej względy (i głos) stają: niegrzeczny chłopiec Blackie, arogancki bogacz Jack Burley oraz próbujący grać rolę arbitra i doradcy duchowego ksiądz Tim Mullen. O ostatecznym losie bohaterów zadecydują jednak siły całkiem od nich niezależne w postaci naturalnego kataklizmu.

Postawmy sprawę jasno - San Francisco jest nudne jak flaki z olejem. Zanim nadejdą wyczekiwane sceny katastrofy, jesteśmy zmuszeni wysiedzieć niemal 1,5 godziny drętwego i nieciekawego romansu. Główna w tym wina Jeanette MacDonald, która może i jest dobrą śpiewaczką, ale aktorka dramatyczna z niej żadna. Wszystkie jej dylematy, monologi i rozterki były dla mnie wręcz nie do zniesienia. Bo też co to za wybór. Z jednej strony szarmancki, zakochany w niej Clark Gable, z drugiej - sztywny bogacz zagrany z doskonałą drętwotą przez Jacka Holta. Z tej trójki jedynie bohater Gable'a nie budzi odruchu wymiotnego, ale także potencjał tego świetnego aktora nie został należycie wykorzystany. Jego postać - Blackie - ukazana jest niemal wyłącznie w relacji z kiczowatą śpiewaczką. Gdyby wzbogacić Blackiego o wątki poboczne, zdecydowanie byłoby ciekawiej. A potencjał był. Umieszczony daleko na drugim planie ksiądz grany przez Spencera Tracy'ego to przyjaciel Blackiego z dzieciństwa, który próbuje nawrócić go na dobrą drogę. Niestety interakcje obu świetnych aktorów są rzadkie i mało satysfakcjonujące. A, byłbym zapomniał, Blackie jest ateistą, którego ksiądz i dziewczyna bezskutecznie próbują nawrócić. Udaje się to dopiero dzięki wstrząsającemu przeżyciu w postaci trzęsienia ziemi. Cóż za kicz.

Jeżeli chodzi o katastrofę, mamy do czynienia z półgodzinną, dość efektowną sekwencją. Zwraca uwagę udany montaż i sporo pomysłowych efektów specjalnych w rodzaju rozstępującej się ziemi, wybuchających przewodów gazowych czy płonącej panoramy miasta. I sporo ofiar, wręcz zaskakująco dużo jak na film z lat trzydziestych. W tym wszystkim Gable wędrujący przez ruiny, pomagający napotkanym i poszukujący ukochanej. Nie powiem, ta część filmu robi wrażenie. No, może poza faktem, że Clark przerzuca gołe cegły, które w życiu nie widziały zaprawy murarskiej. Nic dziwnego, że San Francisco tak łatwo się zawaliło. Ale czepiam się.

Tak więc mogłoby się wydawać, że ostatni akt filmu wynagradza długi i nudny romans. Tak jest aż do ostatniej sceny, która jest... żenująca. Pal sześć cudowne nawrócenie Gable'a pod wpływem katastrofy, w której na jego oczach zginęły dziesiątki ludzi. Później jest jeszcze zabawniej. W prowizorycznym obozie pełnym rannych i okaleczonych ludzi pojawia się wiadomość, że ognie płonącego miasta ugaszono. I nagle dziesiątki ocalonych z uśmiechem ruszają ku dymiącym gruzom, śpiewając radosną piosenkę o odbudowie. Przed chwilą cudem uszli z życiem. Krwawią, kuśtykają, niektórzy z nich potracili bliskich. Nic to, najważniejsze, że ogień ugaszono i kiedyś na miejscu zrównanego z ziemią miasta stanie nowe. To było tak absurdalne, że Monty Python lepiej by nie wymyślił.

Niewiele piszę o muzyce, gdyż mam z nią dylemat. Wykonywane operowym głosem piosenki Jeanette MacDonald zyskały sobie dużą popularność, a jedna z nich została nawet nieoficjalnym hymnem San Francisco. Niestety osobiście muzyka nie przypadła mi do gustu. Kontrast między klasycznym głosem a knajpianym otoczeniem miał szokować i chyba mnie zszokował aż za bardzo. To zdecydowanie nie jest właściwe wykorzystanie wokalnych możliwości MacDonald. Tak jak z innymi elementami filmu - zbyt dużo, zbyt ostentacyjnie i bez wyczucia. Dlatego nie warto tracić na San Francisco czasu. Wystawiam 6 gwiazdek, tak dużo tylko ze względu na ciekawe sceny katastrofy.

źródło grafiki - www.imdb.com