środa, 12 grudnia 2018

Mistrz/The Champ (1931)

Film o samotnym ojcu z problemami

Reżyseria: King Vidor
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 26 min.

Występują: Wallace Beery, Jackie Cooper, Irene Rich

Nadszedł czas na pierwszy na Chronofilmotece film o człowieku uprawiającym boks. Ten brutalny sport ma w sobie coś, co sprawia, że dobrze wygląda na ekranie kinowym. Pewnie ma to związek z jego indywidualistycznym charakterem, brutalnością i intuicyjnie zrozumiałymi zasadami. W każdym razie ważnych filmów bokserskich było w historii kina sporo, a ich protoplastą jest prawdopodobnie Mistrz. Wyreżyserowany przez jednego z moich ulubieńców, Kinga Vidora, film skupia się na rodzinnych i osobistych problemach boksera Andy'ego "Mistrza" Purcella, w którego wcielił się niezwykle popularny na początku lat trzydziestych Wallace Beery.

"Mistrza" poznajemy w chwili, kiedy jego sportowa sława odchodzi już w zapomnienie. Dawny mistrz świata wagi ciężkiej obecnie zamieszkuje z ośmioletnim synem Dinkiem w obskurnym mieszkanku w meksykańskiej Tijuanie. Choć nadal w dobrej kondycji fizycznej, bardziej niż na treningi ciągnie go do butelki i hazardu. Stara się być dobrym ojcem, ale jego relacja z synem to pasmo wzlotów i upadków. Dobrze symbolizuje to koń wyścigowy, którego Andy kupuje Dinkowi za wygrane pieniądze tylko po to, żeby następnie kilkakrotnie przegrać go i ponownie odkupić. Pewnego dnia Dink poznaje na torze wyścigowym uprzejmą kobietę imieniem Linda. Wkrótce okazuje się, że jest to jego matka, która przybyła do Tijuany w towarzystwie drugiego męża i córki. Chociaż chłopak jest silnie przywiązany do ojca, Linda podejmuje próbę zdobycia względów dziecka i przejęcia nad nim opieki. Andy nie zamierza jednak tak łatwo ustąpić byłej żonie.

Mistrz jest ciekawym spojrzeniem na problemy rodzinne, bo ukazanym z perspektywy samotnego, mocno niedoskonałego ojca. Nie poznajemy powodów rozstania rodziców Dinka, ale najwyraźniej Linda dobrowolnie pozostawiła chłopca pod opieką boksera i przez kilka lat nie utrzymywała z nim żadnych kontaktów. Andy jest przedstawiony jako człowiek wyraźnie nieradzący sobie ze schyłkiem swojej kariery sportowej, przyzwyczajonym do rozrzutności i mającym problemy z panowaniem nad własnymi popędami. Jedną z jego nielicznych pozytywnych cech jest troska o syna, którego szczerze kocha i stara się podejmować jak najlepsze dla niego decyzje. Przynajmniej kiedy jest trzeźwy. Dobrych intencji nie sposób odmówić również matce, chociaż jej postaci poświęcono w filmie dalece mniej miejsca. Dużym plusem jest natomiast zwrócenie uwagi na osobę i zapatrywania dziecka. Dink jest postacią pełnoprawną, z silnym charakterem i to on nadaje zazwyczaj ton fabule swymi odważnymi działaniami. Duża w tym zasługa świetnego dziecięcego aktora Jackiego Coopera. Podobno na planie nie było chemii pomiędzy nim a Wallacem Beery'm, ale na ekranie absolutnie tego nie widać. Dzieciak jest wręcz fenomenalnie autentyczny w swoich emocjach. Równocześnie kibicujemy mu i współczujemy, kiedy szuka pijanego ojca po knajpach, opiekuje się swoim koniem czy też w bardzo ciekawy sposób reaguje na przedstawienie mu matki, którą uważał za zmarłą. Jest to zdecydowanie najlepsza aktorsko postać z całego filmu.

Kilka słów wypada napisać również o oscarowej roli Beery'ego. Chociaż według mnie Cooper zgarnia palmę pierwszeństwa, również jego dorosły partner odnotowuje znakomity występ. Ma on w filmie ogromne pole do popisu, zarówno w zakresie ekscesów alkoholowych, jak i wzruszających scen z synem. Bardzo dobra jest także wieńcząca film walka bokserska, w której "Mistrz" daje z siebie wszystko. Podupadły bokser z pewnością nie jest wzorem do naśladowania, ale jego portret w wykonaniu Beery'ego jest na tyle głęboki i zniuansowany, że trudno nie potraktować tej postaci ze współczuciem. Naprawdę na nie zasługuje.

Mistrz jest ucieczką Kinga Vidora od eksperymentów. To chyba najbardziej konwencjonalny film tego reżysera, jaki było mi dane dotychczas oglądać. Dobrze to współgra z wartościami rodzinnymi, jakim Mistrz hołduje. Nie jest to absolutnie zarzut. Znakomite aktorstwo, duża dynamika akcji i ciekawe przedstawienie problemu rozbitej rodziny oraz podupadłej kariery sportowca - wszystko to składa się na bardzo dobry film. W sam raz na 8 gwiazdek. Warto obejrzeć.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 11 grudnia 2018

Ostatni Lot/The Last Flight (1931)

Film o stresie pourazowym

Reżyseria: William Dieterle
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 16 min.

Występują: Richard Barthelmess, David Manners, John Mack Brown, Helen Chandler, Elliott Nugent, Walter Byron

Ostatni lot rozpoczyna się od wstrząsających scen pojedynków powietrznych i wymiany ognia przy użyciu karabinów maszynowych. Tylko część pilotów przeżywa podniebną walkę, okupując to ciężkimi ranami. Brzmi jak wstęp do filmu wojennego, jest to jednak fałszywy trop. Reżyser William Dieterle postanowił zmierzyć się z odpowiedzią na pytanie, co się dzieje z żołnierzami, kiedy wojna dobiega kresu. Problem stresu pourazowego i problemów z powrotem do codziennego życia znany był już w czasach I Wojny Światowej. Ostatni lot przybliża losy czwórki zwichrowanych psychiczne weteranów, którzy jeszcze niedawno byli asami amerykańskiego lotnictwa.

W roku 1919 byli piloci Cary, Shep, Bill i Francis opuszczają szpital wojskowy i przechodzą do cywila. Z braku lepszego pomysłu ruszają we czwórkę do Paryża, gdzie przystępują do przepijania wojskowej odprawy w knajpach i nocnych klubach o najrozmaitszej reputacji. W jednym z nich poznają Nikki, bogatą i samotną kobietę, która również gustuje w nieustannych hulankach. Do ich wesołej gromadki dołącza także Frink, pozbawiony skrupułów dziennikarz, który bezskutecznie usiłuje uwieść Nikki. Grupa spędza czas na pijaństwie i absurdalnych rozmowach, snując się bez celu po paryskich hotelach. Nikki i Cary z wolna orbitują ku sobie, ale wydostanie się z chaotycznego trybu życia może się okazać ponad ich siły.

Ostatni lot jest ambitną próbą przedstawienia na kinowym ekranie chaosu wypełniającego umysły weteranów borykających się ze stresem pourazowym. Ponieważ reżyser stąpał po całkowicie nieznanym gruncie, próba ta pozostaje nieudana. Mimo wszystko wyrazy uznania należą się chociażby za chęci. Film składa się prawie wyłącznie z rozmów szóstki bohaterów, którzy przekomarzają się, flirtują i prowadzą bezcelowe gry słowne. Wszystko w bardzo gęstych oparach alkoholu, bo tylko pijaństwo mogło ich rozweselić. Dialogom brakuje szlifu. Absurdalny humor jest w nich wymieszany z paplaniną w rodzaju: "Nikki, pomalowałaś paznokcie!" "Tak, pomalowałam paznokcie!" "Francis, patrz, Nikki pomalowała paznokcie". Rozmowy obfitują w tego typu wypełniacze. Z drugiej strony są również elementy błyskotliwe, jak pozostawienie przez jednego z dżentelmenów w kieliszku Nikki sztucznej szczęki, oddanej na przechowanie na czas pojedynku na pięści, albo spontaniczne zapasy Billa z przypadkowo spotkanym na drodze koniem pociągowym. Momentami udaje się reżyserowi wprowadzić odrealniony klimat kojarzący się z odmiennymi stanami świadomości, ale zaraz ginie on w potoku zbędnych słów.

Aktorstwo jest w Ostatnim locie raczej wyważone. Na pierwszym planie dominuje Richard Barthelmess ze swoją zacięta miną. W pewnym sensie serwuje on kontynuację losów postaci, którą grał w Patrolu bohaterów. Ciekawą kreację stworzyła Helen Chandler jako kokietująca hedonistka otoczona wianuszkiem mężczyzn, którzy zagubili gdzieś swoją męskość. Na drugim planie daje się zauważyć Walter Byron w roli śliskiego reportera imprezującego na przyczepkę z czwórką weteranów. Z całego tego grona tylko Chandler w pełni realizuje scenariuszowe zadanie. Otaczający ją mężczyźni, z całym szacunkiem dla aktorów, są zbyt mało wyraziści. Trochę brak im pazura, wyraźniejszej iskry szaleństwa drzemiącej w umysłach wyeksploatowanych ciągłym igraniem ze śmiercią. Są zbyt ugrzecznieni i uśmiechnięci, żeby być wiarygodni.

Ostatni lot jest filmem straconej szansy. Pomysł na scenariusz był znakomity, ale twórcy nie odważyli się pójść na całość. W efekcie powstał obraz przegadany i nieco męczący, chociaż z przebłyskami ciekawych pomysłów. Taka próba nie zasługuje na więcej niż 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Suka/La Chienne (1931)

Film o błądzących

Reżyseria: Jean Renoir
Kraj: Francja
Czas trwania: 1 h 31 min.

Występują: Michel Simon, Janie Marèse, Georges Flamant, Magdeleine Bérubet, Roger Gaillard

Nazwisko Renoir kojarzy się przede wszystkim z malarzem Auguste Renoirem. Mistrz impresjonizmu miał jednak syna o nie mniejszym talencie. Jean Renoir jest znaczącą postacią w historii francuskiego kina, dlatego też jego filmy będą gościć na Chronofilmotece jeszcze niejednokrotnie. Kiedy reżyserował Sukę, miał ich na koncie już sporo, ale to ów obraz o kontrowersyjnym tytule zapewnił mu przepustkę do sławy. Jego bohaterem jest człowiek o nieodkrytym talencie malarskim. Niewątpliwie wiedza reżysera o światku artystów okazała się przydatna w procesie twórczym. Trudno powiedzieć, czy szczegóły scenariusza nawiązują również do rodzinnej sytuacji Renoirów. Jeżeli tak, to pozostaje mu tylko współczuć. Jak wskazuje tytuł, Suka opowiada historię pełną nieszczęść i niesprawiedliwości.

Bohaterem filmu jest Maurice Legrand, czterdziestodwuletni nieśmiały kasjer amatorsko parający się malarstwem. Maurice żyje w toksycznym związku z żoną Adele, która tyranizuje go, nieustannie porównuje do swojego pierwszego nieżyjącego męża i pogardza jego "bezużyteczną" pasją. Pewnej nocy, wracając z imprezy służbowej, Maurice ratuje młodą dziewczynę imieniem Lucienne przed pobiciem przez jej pijanego kochanka Dede. Lucienne zostaje sponsorowaną hojną ręką utrzymanką malarza. Nieśmiały i zakompleksiony Legrand jest wniebowzięty. Nie przeszkadza mu nawet, kiedy dziewczyna zaczyna pod pseudonimem handlować jego obrazami, które niespodziewanie okazują się wartościowymi dziełami sztuki. Lucienne nie jest jednak lojalna. Pieniądze ze sprzedaży przekazuje Dede, z którym w sekrecie sypia i w którym jest beznadziejnie zakochana. Sytuacja nabiera rumieńców, kiedy Legrand postanawia w końcu rozstać się z żoną i na stałe zamieszkać z kochanką.

Suka jest filmem bardzo ponurym w swym realizmie. Jego bohaterowie to ludzie najzwyklejsi w świecie, borykający się z jakże życiowymi problemami i okropnie błądzący. Momentami nie sposób uwierzyć w zachowanie Lulu, która pogardza traktującym ją jak księżniczkę malarzem i wzdycha do jawnie nią gardzącego alkoholika i hazardzisty. A przecież podobnie chore związki i relacje międzyludzkie wcale nie są rzadkością. Równie tragiczną postacią jest główny bohater, który jest klasycznym przykładem dobrodusznej fujary. Kiedy pod wpływem spotykających go upokorzeń postanawia zmienić swoje postępowanie i zawalczyć o siebie... Cóż, nie wychodzi na tym najlepiej. Niektórym zawsze wiatr wieje w oczy.

Powstawaniu filmu towarzyszyły dość nietypowe okoliczności. Otóż miłosny trójkąt pomiędzy dziewczyną, zakochanym w niej malarzem i wykorzystującym ją kochankiem miał do pewnego stopnia odbicie w rzeczywistości. Janie Marèse związała się podczas zdjęć z grającym Dede Georgesem Flamantem. Wszystko ku żalowi zakochanego w niej Michela Simona. Jean Renoir rzekomo wspierał ten związek, sądząc że wpływa on pozytywnie na grę aktorską całej trójki. Rzeczywiście Marèse i Flamant robią trochę wrażenie naturszczyków, którzy uczestniczą w swoim codziennym życiu. Michel Simon jest przy nich jak życiowy outsider z innego świata. Historia miała swój tragiczny finał - wkrótce po zakończeniu zdjęć Marèse zginęła w wypadku samochodowym spowodowanym przez Flamanta.

Specyficzny realizm i surowość Suki stanowią przyjemną odmianę od ugrzecznionego kina amerykańskiego czy mocno wystylizowanego niemieckiego. Pomimo swej zwyczajności film nie dłuży się. Wręcz przeciwnie, obecne w nim gwałtowne emocje udzielają się widzowi. Z dużym zaangażowaniem śledziłem rozwój niefortunnych relacji pomiędzy Legrandem, jego żoną, Lucienne i Dede. Czasem ciekawie jest wziąć pod lupę takie ponure okruchy życia, które zostało przez błądzących głupców zniszczone na ich własne życzenie. Ku przestrodze. Suka otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 9 grudnia 2018

Wolne dusze/A Free Soul (1931)

Film o zniewolonych duszach

Reżyseria: Clarence Brown
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 35 min.

Występują: Norma Shearer, Leslie Howard, Lionel Barrymore, Clark Gable

Wolne dusze to produkcja pod kilkoma względami nietypowa. Pierwsza sprawa to tytuł, który nie do końca pasuje do treści filmu. Bohaterowie Wolnych dusz to skomplikowane osobowości, z których żadna nie reprezentuje jakiejś szczególnej wolności. Przeciwnie, są to postacie pozostające mniej lub bardziej niewolnikami swoich uczuć, zobowiązań i żądz. Drugą oryginalną kwestią jest wymykający się konwencjom scenariusz. Niby są Wolne dusze melodramatem o dziewczynie zakochanej w niewłaściwym facecie, ale równie dużo miejsca poświęcono jej burzliwym relacjom z ojcem i alkoholowemu problemowi tego ostatniego. Wszystko to przedstawione przez znakomitą ekipę aktorską. W rolach głównych obsadzono uznane gwiazdy - Lionela Barrymore i Normę Shearer, jednak co najmniej równie istotny występ odnotowuje nieznany wówczas młody aktor - Clark Gable.

Fabuła kręci się wokół Jan Ashe, młodej lwicy salonowej i córki uznanego adwokata Stephena Ashe. Dziewczyna pozornie ma wszystko podane na tacy - majątek, pozycję społeczną i perspektywy na zamążpójście z poukładanym Dwightem Winthropem. Głównym źródłem problemów jest jej ojciec. Stephen nadużywa alkoholu i jako pozbawiony skrupułów obrońca złoczyńców nie cieszy się szacunkiem dalszych krewnych. Jednym z klientów Stephena jest szarmancki Ace Wilfong, wysoko postawiony gangster, którego adwokat oczyszcza z zarzutów o morderstwo. Później lekkomyślnie zapoznaje go z córką, która wdaje się w romans z przestępcą. Tymczasem Stephen stacza się coraz bardziej w otchłań nałogu. Pytanie brzmi, czy ojciec i córka zdołają zapanować nad swoimi żądzami i uratować siebie nawzajem?

Muszę przyznać, że bardzo spodobała mi się wielowątkowość Wolnych dusz. Problemy ojca i córki są ze sobą splecione i żadne z nich nie otrzymuje pierwszeństwa przed drugim. Twórcom udało się umiejętnie przedstawić łączącą ich relację, w której widoczna jest nieco chorobliwa współzależność, ale także troska i wzajemna chęć pomocy. Ciekawi i nietypowi to bohaterowie. Stephen jest przykładem aktywnego alkoholika, który oddziałuje destrukcyjnie na swoją rodzinę, ale dzięki "dopingowi" utrzymuje wysoką formę zawodową. Aż do wpadnięcia w autodestrukcyjny ciąg. Jego córka cechuje się dużą swobodą obyczajową (to chyba jedna z ulubionych konwencji Normy Shearer). Nie tylko porzuca poukładanego Dwighta dla pociągającego, dzikiego Ace'a. Ona idzie z nim do łóżka! Przebywanie w obecności kochanka w szlafroku jest dla widza najśmielszym sygnałem, na jaki mogło sobie pozwolić ówczesne Hollywood. Jednocześnie Jan została przedstawiona jako kobieta wrażliwa i inteligentna - pomimo swobodnego stylu życia nie przypięto jej żadnej krzywdzącej łatki.

Postacie Barrymore'a i Shearer zostały uzupełnione przez ciekawie nakreślonych bohaterów drugoplanowych. Przede wszystkim wyróżnia się Clark Gable jako kuszący swym diabelskim urokiem, niebezpieczny Ace. Również on jest postacią wielowymiarową, zdolną do gwałtownych emocji i trudną do jednoznacznej klasyfikacji. Leslie Howard w roli nudnego narzeczonego Jan jest przy nim... nudny, ale otrzymuje swoje mocne pięć minut w końcowych scenach filmu. 

Największą zaletą Wolnych dusz jest nieprzewidywalność scenariusza. Film rezygnuje z typowych schematów fabularnych, kilkakrotnie wyprowadzając widza w pole i dokonując zaskakujących zwrotów akcji. Przyznam, że zupełnie nie spodziewałem się zakończenia, które, choć mocno dramatyczne, uważam za satysfakcjonujące. Clarence Brown postanowił wykorzystać potencjał tkwiący w obsadzie i poszedł na całość w prezentacji gwałtownych emocji. Na pochwałę zasługuje także odwaga w poruszeniu wielu kontrowersyjnych społecznie tematów - alkoholizmu, pewnego wyzwolenia kobiecej bohaterki czy związków ze światem przestępczym. Co z tego wynika? Przede wszystkim ciekawa opowieść.

Wolne dusze to bardzo interesujący przykład filmu nietypowego. Warto go obejrzeć ze względu na świetne aktorstwo. Także fabuła zdecydowanie wybija się ponad ówcześnie obowiązujące schematy. Wystawiam mu 8 gwiazdek jako kreatywnemu przykładowi wykorzystania możliwości, jakie dawała twórcom Fabryka Snów.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 4 grudnia 2018

Wróg publiczny nr 1/The Public Enemy (1931)

Film o oddziaływaniu gangstera na otoczenie

Reżyseria: William A. Wellman
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 25 min.

Występują: James Cagney, Edward Woods, Donald Cook, Beryl Mercer, Robert Emmett O'Connor, Jean Harlow

Tematyka mafijna zdecydowanie zyskała na znaczeniu w kinie amerykańskim czasów Wielkiego Kryzysu. Specjalizująca się w produkcji i handlu alkoholem przestępczość zorganizowana była realnym problemem, który znalazł swoje odbicie w świecie filmu. Wróg publiczny nr 1 to kolejny obok Małego Cezara film przybliżający losy nikczemnego protagonisty, który przebywa drogę od złodziejaszka małego kalibru do bezlitosnego gangstera. Obraz ten znany jest również z tego, że wypromował na wielką gwiazdę jasnowłosego Jamesa Cagneya.

Bohaterami filmu jest para chicagowskich opryszków - Tom Powers i Matt Doyle. Panowie przyjaźnią się od dzieciństwa i mają za sobą długą historię wybryków. Prowodyrem i liderem tego duetu jest Tom, natomiast Matt podąża za nim jak cień. Obaj już jako nastolatkowie zaczynają pracować dla pasera Putty Nose'a, który skupuje owoce ich kradzieży. Współpraca kończy się po nieudanym skoku, w trakcie którego ginie policjant. Paser bez słowa wyjeżdża z miasta, pozostawiając młodzieży zatuszowanie zbrodni. Wkrótce Tom i Matt przechodzą na usługi bimbrownika Paddy'ego Ryana, który pokazuje im możliwości, jakie otworzyła przed zorganizowaną przestępczością ustawa o prohibicji. 

Obok przestępczych perypetii naszych antybohaterów, film przybliża też relacje Toma z jego matką i bratem. Pani Powers jest zapatrzona w przynoszącego do domu pieniądze syna jak w obrazek i nie dopuszcza do siebie myśli, że ten mógł zejść na drogę zbrodni. Mike Powers jest byłym żołnierzem i człowiekiem honoru, który próbuje zawrócić brata ze złej drogi. Prowadzi to do poważnego konfliktu pomiędzy nimi. Innym z wątków pobocznych jest życie miłosne dwójki gangsterów. Tutaj nacisk położony jest na wybryki Toma, który przedmiotowo traktuje swe kolejne partnerki. Trzeba w tym miejscu wspomnieć o słynnej scenie, w której wkurzony Tom ucisza rozżaloną kochankę, rozgniatając jej na twarzy połówkę grejpfruta. Mimo wszystko wątki miłosne nie stanowią atutu filmu, robiąc wrażenie doklejonych trochę na siłę.

Najmocniejszą stroną Wroga publicznego nr 1 jest aktorstwo. Przede wszystkim James Cagney w swojej przełomowej roli. Jego Tom jest zadziorny, impulsywny, momentami zwierzęcy. Cagney niesamowicie włada mową ciała, każdym gestem sugerując, że z jego bohaterem lepiej nie zadzierać. Tom Powers rzeczywiście jest zdolny do wszystkiego i budzi niepokój, nawet kiedy obrywa. Jego bójka na pięści z bratem oraz końcowa scena zemsty w strugach deszczu należą do najlepszych fragmentów filmu. Cagneyowi dzielnie sekunduje Donald Cook jako jego brat Mike, a także Beryl Mercer w roli matki. Słabiej wypada Edward Woods grający Matta Doyle - został po prostu przyćmiony przez bardzo wyrazistego Cagneya. Oryginalnymi postaciami drugoplanowymi są także paser Putty Nose i bimbrownik Pady. Mocno zawodzi Jean Harlow w roli jednej z kochanek głównego bohatera. Wymieniona na drugim miejscu na liście płac, występuje bodajże w dwóch scenach i nie wyróżnia się niczym interesującym. Ot, taki ozdobnik mający przyciągać widzów nazwiskiem.

Historia opowiadana we Wrogu publicznym nr 1 właściwie nie jest szczególnie oryginalna. Tym, co wyróżnia fabułę, jest rozbudowany obraz relacji pomiędzy przestępczym światkiem a jego otoczeniem. Widzimy bliskich Toma i Matta, których gryzie sumienie, bądź przeciwnie, wolą przymykać oczy i cieszyć się bogactwem o podejrzanym pochodzeniu. Widzimy kobiety wymieniane przez mafiozów jak rękawiczki i traktowane jak dobro o krótkim terminie przydatności do spożycia. Ukazanie, jak przestępca oddziałuje na swoją rodzinę i bliskich, to spojrzenie niemal socjologiczne. Próba uchwycenia tych niuansów, chociaż nie w pełni udana, zasługuje na dużą pochwałę.

Wróg publiczny nr 1 to film godny uwagi przede wszystkim ze względu na aktorstwo Jamesa Cagneya i ambitną próbę szerszego spojrzenia na problem przestępczości. Ten sprawnie wyreżyserowany obrazek jest przykładem wczesnego talkie, który pozostaje w dalszym ciągu atrakcyjny dla współczesnego widza. Warto się z nim zapoznać. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Braterstwo ludów/Kameradschaft (1931)

Film o solidarności

Reżyseria: Georg Wilhelm Pabst
Kraj: Niemcy, Francja
Czas trwania: 1 h 26 min.

Występują: Alexander Granach, Fritz Kampers, Daniel Mendaille, Ernst Busch, Elizabeth Wendt, Gustav Püttje, Alex Bernard

Niemcy mówią po niemiecku, Francuzi po francusku. Ktoś zadał sobie trud przetłumaczenia dialogów na rosyjski i wyposażył film w napisy cyrylicą. Uczyłem się w swoim czasie każdego z tych języków, lecz nie władam żadnym. Mimo to jestem przekonany, że to, co najważniejsze w Braterstwie ludów, w zdecydowanej większości udało mi się uchwycić. Jest to bowiem film przemawiający przede wszystkim obrazami. Jego przesłanie jest całkiem precyzyjnie oddane w tytule. Georg Wilhelm Pabst, zazwyczaj zainteresowany mrocznymi zakamarkami ludzkiej duszy, tym razem postanowił pokazać to, co w ludziach najlepsze.

Film opowiada o katastrofie w kopalni węgla położonej na granicy niemiecko-francuskiej. Jest rok 1919, jeszcze rok temu Lotaryngia należała do Niemiec. Teraz tereny te powróciły do Francji, a granica przebiega dokładnie w poprzek kopalni. Budynki rozdzielono pomiędzy oba kraje, tworząc odrębne wejścia, a pod ziemią postawiono w odpowiednim miejscu chodnika kratę. Górnicy z nękanych bezrobociem Niemiec starają się o pracę po stronie francuskiej, ale nie są tam mile widziani. Pewnego dnia we francuskiej części kopalni wybucha pożar, który rozszerza się na całą=y podziemny kompleks, wywołując tąpnięcia i zawalenia chodników. Ginie wielu górników, a inni zostają uwięzieni pod ziemią. Francuzi rozpoczynają akcję ratunkową, ale wyszkolonych ratowników jest zbyt mało, aby opanować sytuację. W sukurs przychodzą im brygady Niemców, którzy przybywają na pomoc jako ochotnicy.

Można by się spodziewać, że tego typu fabule będzie towarzyszył nieznośny patos i egzaltacja związana z heroizmem ratowników. Błąd. Pabst postawił na maksymalny realizm, pokazując z jednej strony przerażonych ludzi desperacko szukających ratunku, z drugiej natomiast ich kolegów działających w zupełnie naturalnym odruchu ludzkiej solidarności. Dialogów (częściowo tylko dla mnie zrozumiałych) jest niewiele i opisują przede wszystkim podejmowane działania. Obserwujemy poszukiwania zasypanych oraz ich desperacką walkę o przetrwanie. Ważnym wątkiem jest tytułowe braterstwo pomiędzy niedawno jeszcze walczącymi po dwóch stronach frontu Niemcami i Francuzami. Symbole w postaci sztucznie przedzielonej kopalni, górniczych dzieci bawiących się po obu stronach linii granicznej, czy też charakterystycznej kraty przedzielającej kopalniany chodnik, są aż nadto wymowne. Demony wojny odzywają się także podczas ewakuacji. Noszący maski gazowe ratownicy kojarzą się na wpół przytomnemu Francuzowi z żołnierzami używającymi gazów bojowych. O mały włos nie dochodzi przez to do tragedii. Trauma jest silna, Pabst jest jednak optymistą. W skrajnych warunkach w ludziach zwycięża to, co ich łączy. Dlatego celnicy gotowi strzelać do przekraczającej granicę bez pozwolenia furgonetki z ekipą ratowniczą w ostatniej chwili opuszczają broń.

Od strony realizacyjnej Braterstwo ludów odznacza się fenomenalną scenografią. Trudno było mi uwierzyć, że sceny w dotkniętej katastrofą kopalni kręcone były w studio. Klaustrofobiczne wnętrza, nadłamane drewniane stemple, kopalniana maszyneria, uwięzione pod ziemią konie - wszystko to jest niezwykle realistyczne. Świetnie eksponują to zdjęcia nadzorowane przez Fritza Arno Wagnera, który w katastroficznej scenerii ma mnóstwo okazji do operowania swym ulubionym światłocieniem. Do tego jeszcze efekty specjalne w postaci wybuchów, pożarów i osunięć ziemi tworzą upiorną atmosferę, w której ludzki duch zostaje wystawiony na najwyższą próbę. Aktorzy stawiają w swoim przekazie na pospolitość, starając się swoją grą nie zdominować apokaliptycznego otoczenia. Jeżeli miałbym kogoś z nich wyróżnić, to Alexa Bernarda grającego sędziwego górnika, który wkrada się do płonącej kopalni, żeby odnaleźć swego zaginionego wnuka.

Braterstwo ludów jest wczesnym typem filmu katastroficznego, który zrealizowano z budzącą podziw maestrią techniczną. W ciekawy, przyziemny sposób przedstawiono także symbolikę solidarności i jedności człowieczego losu. Miło było choć raz obejrzeć dzieło Pabsta, w którym spogląda on na świat przychylniejszym okiem. Chociaż na zakończenie górnicy na powrót wmurowują kratę przedzielającą kopalnię na dwie części, z widzem pozostaje nadzieja, że jest jeszcze dla ludzkości szansa. Braterstwo ludów otrzymuje ode mnie 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 2 grudnia 2018

Grzech Madelon Claudet/The Sin of Madelon Claudet

Film o matczynym poświęceniu

Reżyseria: Edgar Selwyn
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 18 min.

Występują: Helen Hayes, Lewis Stone, Jean Hersholt, Robert Young

Dawno nie zagościł na Chronofilmotece film tak łzawy i przepełniony tragizmem jak Grzech Madame Claudet. Amerykańskie kino nieme specjalizowało się w tego rodzaju egzaltowanych produkcjach. Ich natłok złagodniał trochę po pojawieniu się dźwięku, jak jednak widać, nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Wyreżyserowany przez Edgara Selwyna film odznaczył się głownie nominacją dla Helen Hayes do Oscara za główną rolę żeńską. Zebrał także pochlebne recenzje od współczesnych mu krytyków. Obecnie nie robi już takiego wrażenia, głównie z uwagi na nieco przesadnie wyeksponowany tragizm głównej bohaterki. Ale aktorstwo Hayes rzeczywiście robi wrażenie.

Film opowiada o życiu Madelon Claudet, którą poznajemy jako kochankę mieszkającego w Paryżu artysty-malarza. Nękany niepowodzeniami partner na wieść o chorobie ojca wyjeżdża do rodzinnych Stanów Zjednoczonych i zrywa z nią kontakt. Porzucona Madelon odkrywa, że jest w ciąży. Po porodzie dziewczyna naznaczona piętnem samotnej matki oddaje syna na wychowanie przyjaciołom i wiąże się z bogatym arystokratą Borettim. Ich szczęście nie trwa długo. Wkrótce Boretti zostaje zdemaskowany jako złodziej biżuterii. Madelon trafia za kratki jako wspólniczka złodziejskiego procederu. Gdy wychodzi po dziesięciu latach na wolność, postanawia wspierać swego syna z ukrycia, aby oszczędzić mu hańby. 

Grzech Madelon Claudet jest historią matki-męczennicy, która rezygnuje z własnego szczęścia i godności dla swoiście rozumianego dobra syna. Początkowo nękana przez złośliwości losu, w drugiej części filmu Madelon świadomie wyrzeka się wszystkiego, stając się prawdziwym wyrzutkiem społeczeństwa. Ale środki na edukację syna przekazuje regularnie. Taka postawa może wzbudzać podziw, chociaż sprawa jest mocno dyskusyjna. Osobiście nie czułbym się dobrze z wiedzą, że matka odrzuca wszelką godność, aby zapewnić mi utrzymanie. Najbardziej kontrowersyjna i niezrozumiała dla dzisiejszego widza jest decyzja Madelon, by żyć w ukryciu przed synem, przeświadczonym o jej śmierci. Doprawdy dziwna to decyzja i przykra w realizacji. Z dzisiejszego punktu widzenia wydaje mi się mało honorowa. Słabą stroną filmu są też dziury fabularne. Sąd wyjątkowo lekką ręką skazuje bohaterkę na więzienie (kuriozalne uzasadnienie wyroku), natomiast przyjaciele Madelon z niezrozumiałych powodów zgodnie ukrywają przed jej synem prawdę, tworząc niewiarygodnie trwałą zmowę milczenia. Przesadzone to wszystko.

O ile fabuła filmu budzi mieszane uczucia, rola Helen Hayes jest rzeczywiście świetna. Główna bohaterka przechodzi metamorfozę od młodej, pełnej energii dziewczyny do zniszczonej i przedwcześnie postarzałej kobiety. Zmienia się nie tylko jej wygląd, ale również mimika i sposób poruszania się. Przemiana jest w pełni przekonująca i nie dziwi, że inni bohaterowie nie rozpoznają stojącej przed nimi kobiety, której młodszą wersję oglądają właśnie na zdjęciu. Spośród innych aktorów dobre wrażenie robi Jean Hersholt jako wychowawca syna Madelon i jedyny jej powiernik. Strona realizacyjna filmu nie zachwyca. Większość scen jest statyczna i oparta głównie na dialogach. Te zaś są bez wyrazu; brak im błyskotliwości. Chociaż film nie jest długi, może znużyć.

Grzech Madelon Claudet jest dziełem przebrzmiałym i niezbyt atrakcyjnym dla współczesnego widza. Pierwsza połowa filmu mocno się ciągnie, natomiast druga momentami przesadnie oddziałuje na emocje. I, jak wspomniałem, za dużo gadulstwa. Niewątpliwym atutem jest znakomita rola Helen Hayes, ale to raczej jedyny powód, żeby ten film obejrzeć. Wystawiam mu 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com