wtorek, 23 kwietnia 2019

Nasz chleb powszedni/Our Daily Bread (1934)

Film o kolektywizacji made in USA

Reżyseria: King Vidor
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 17 min.

Występują: Karen Morley, Tom Keene, Barbara Pepper, Addison Richards

W Człowieku z tłumu, filmie który śmiało można nazwać jego magnum opus, King Vidor trafnie zdiagnozował lęki Amerykanów przed bezwzględnym, wielkomiejskim środo-wiskiem zagrażającym depersonalizacją i utratą podmiotowości. Wielki Kryzys, który szalał w USA na początku lat trzydziestych, potwierdził jego obawy. Wskutek gospodarczego krachu wielu mieszkańców miast utraciło dorobek życia i wylądowało na bruku. Bezrobotni i zadłużeni, błąkali się, tworząc zaimprowizowane dzielnice nędzy na wysypiskach śmieci. Atmosfera bezradności i beznadziei nie trwała jednak długo. Na scenie pojawił się prezydent Franklin Roosevelt ze swoją polityką państwowego interwencjonizmu. Hollywoodzkie wytwórnie chętnie wsparły polityczny zwrot filmami zawierającymi elementy optymizmu. Również Vidor poczuł się zobowiązany do zaproponowania pewnych rozwiązań. Jego samodzielnie wyprodukowany Nasz chleb powszedni okazał się swoistym sequelem Człowieka z tłumu. Bohaterowie, chociaż zagrani przez innych aktorów, noszą te same nazwiska co główne postacie filmu z 1928 roku. Fabuła nie stanowi bezpośredniej kontynuacji wydarzeń, przedstawiając zamiast tego późniejsze losy małżeństwa Simsów, które postanowiło poszukać szczęścia z dala od miejskiego zgiełku.

W pierwszych scenach klepiący biedę Mary i John Simsowie decydują się opuścić niegościnny dla nich Nowy Jork. Od jednego z krewnych otrzymują w dzierżawę opuszczoną farmę. Żadne z nich nie ma pojęcia o uprawie ziemi, wpadają jednak na genialny pomysł. Dzięki rozstawionym przy drodze tablicom z ogłoszeniami zapraszają do osiedlenia się ludzi podobnych do nich - szukających okazji do zaczęcia wszystkiego od nowa i posiadających jakiś fach. Wkrótce na farmie pojawiają się tłumy chętnych do współpracy mieszczuchów - murarze, stolarze, szewcy, kowale, a nawet grabarz i muzyk. John Sims zostaje jednogłośnie obrany przywódcą "kolonii". Kolejne sceny filmu przedstawiają tworzenie przez osadników harmonijnej społeczności, czego symbolem stanie się wspólna budowa rowu irygacyjnego dostarczającego wodę na nękane suszą pola.

Fakt, że w indywidualistycznym i kapitalistycznym do bólu USA powstał taki film jak Nasz chleb powszedni, wzbudził moje niemałe zdziwienie. Vidor w sposób całkowicie otwarty i entuzjastyczny promuje idee socjalistyczne. Mam wrażenie, że jego dzieło mogłoby być bez żadnych interwencji cenzury wyświetlane w ogarniętym kampanią kolektywizacji ZSRR. Co prawda bohaterowie Chleba nieśmiało sugerują, że wyjazd na wieś jest zarazem powrotem do tradycyjnego stylu życia dawnych osadników, trudno jednak się z tym zgodzić. Mieszkańcy farmy Simsów [sic!] tworzą prawdziwą komunę, w której środkiem płatniczym staje się wzajemna wymiana usług, a dochód z uzyskanych plonów jest wspólny. Nie ma tu miejsca na indywidualizm. W pozytywnym świetle ukazana została bezinteresowność, natomiast nieliczni chciwi i egoistyczni mieszkańcy farmy szybko zostają z niej wykurzeni przez praworządną większość. W niczym nie przypomina to libertariańskich miasteczek Dzikiego Zachodu. Budowa osławionego rowu irygacyjnego to już entuzjastyczny czyn grupowy godny prawdziwych przodowników pracy. Gdyby spytać o różnice z socjalizmem radzieckim, wskazałbym głównie na decentralizację. Mieszkańcy farmy mają złe wspomnienia z życia w mieście. Kontakt ze światem zewnętrznym nawiązują tylko z konieczności, niechętnie, traktując go raczej jako zagrożenie dla zagospodarowanego wspólnymi siłami skrawka ładu. Państwo ich zawiodło i nadal pozostaje raczej symbolem opresji niż wsparcia.

Kolektywizm promowany przez Vidora wyraża się także w doborze aktorów. Nie ma w obsadzie znanych nazwisk. Królują everymani wyglądający jak zwykli, przeciętni Amerykanie. W przeciwieństwie do zdepersonalizowanych postaci z Człowieka z tłumu mieszkańcy farmy różnią się między sobą wyglądem, strojem i fachem, natomiast hierarchia społeczna jest ograniczona do minimum. Co prawda Simsowie jako pomysłodawcy wspólnoty są przywódcami, "pierwszymi wśród równych", jednak w kilku scenach wyraźnie zaznaczono, że jest to pozycja honorowa i bynajmniej nie przyznana na stałe. Film zawiera także zaadaptowaną wersję innego z amerykańskich mitów. Tak jak cała społeczność otrzymuje szansę na nowy początek, w szczególny sposób dotyczy to jednego z jej członków. Wcześniej będąc poszukiwanym przestępcą, człowiek ten zostaje na farmie kimś w rodzaju szeryfa. Z oddaniem pilnuje porządku i bardziej ofiarnie niż inni poświęca się dla wspólnego dobra. Wiejska komuna Simsów staje się dla niego miejscem odkupienia win i odcięcia się od niechlubnej przeszłości. Można się tu doszukiwać paraleli z zakończeniem w USA nieodpowiedzialnego okresu powojennego kapitalizmu, który doprowadził do Wielkiego Kryzysu i potrzebą zaczęcia wszystkiego od nowa.

Nasz chleb powszedni to interesujące i bardzo nietypowe spojrzenie na problemy społeczne USA w początkach tak zwanego New Dealu. Można się z jego przesłaniem zgadzać lub nie, ale zdecydowanie warto je poznać. Film nie zaskarbił sobie takiej popularności jak Człowiek z tłumu, również dlatego, że od strony artystycznej nie oferuje fajerwerków. To nieco zgrzebny produkt socrealistycznego rzemiosła pozbawiony efektowności swojego poprzednika. Przyczyn można się doszukiwać w braku wsparcia produkcyjnego wielkiej wytwórni, prowincjonalnego miejsca akcji lub zmiany ideologicznego paradygmatu Kinga Vidora. Myślę, że w największy wpływ odegrał trzeci z tych czynników.

Nasz chleb powszedni otrzymuje ode mnie 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Barretowie z ulicy Wimpole/The Barrets of Wimpole Street (1934)

Film o relacjach dobrych i niedobrych

Reżyseria: Sidney Franklin
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 49 min.

Występują: Norma Shearer, Fredric March, Charles Laughton, Maureen O'Sullivan, Una O'Connor

Elizabeth Barret i Robert Browning byli popularnymi brytyjskimi poetami epoki wiktoriańskiej. Byli też parą, która oprócz wierszy pozostawiła po sobie obfitą korespondencję, zwłaszcza z okresu narzeczeństwa. Listy były na tyle interesujące, że na ich podstawie powstała sztuka teatralna opowiadająca o konflikcie młodej Elizabeth z jej zaborczym ojcem. A na podstawie sztuki powstał film Sidneya Franklina, który został nominowany do Oscara. Nie jestem pewien, czy Barretom z ulicy Wimpole należą się peany, niemniej jednak jest to film całkiem oryginalny. Na uwagę zasługuje w nim przede wszystkim odważny jak na lata trzydzieste scenariusz oraz kreacja aktorska Charlesa Laughtona, który umocnił swoją pozycję jako najlepszy aktor charakterystyczny Fabryki Snów.

Barretowie zamieszkujący dom przy londyńskiej ulicy Wimpole do osobliwa rodzinka. Trzy siostry i bodaj sześciu braci, wszyscy dorośli i w stanie wolnym, żyją pod jednym dachem nadzorowani przez swojego oschłego, despotycznego ojca Edwarda. Najważniejsza dla nas bohaterka, Elizabeth, jest najstarszą z rodzeństwa, utalentowaną poetką i oczkiem w głowie tatusia. Ponieważ dziewczyna choruje i od dłuższego czasu ma kłopoty z chodzeniem, Edward kategorycznie zabrania jej podejmowania wysiłków i mocno ogranicza spotkania z rodzeństwem. Mimo jego sceptycyzmu Elizabeth stopniowo nabiera sił i rozpoczyna znajomość, początkowo korespondencyjną, z poetą Robertem Browningiem. Gdy więź ta przeradza się w coś więcej niż przyjaźń, ojciec zaczyna aktywnie przeciwdziałać wszelkim krokom ku uniezależnieniu się córki.

Film Sidneya Franklina stosunkowo otwarcie (jak na lata trzydzieste) portretuje patologiczną relację papy Barreta z jego dziećmi. Romans pomiędzy Elizabeth i Robertem Browningiem jest tu nie tyle centralnym wątkiem fabuły, co katalizatorem uwypuklającym niezdrowe układy panujące w rodzinie Barretów. To ciekawa scenariuszowa odmiana po zbyt licznych w tej epoce ckliwych melodramatach. Historia ubezwłasnowolnionej Elizabeth i jej drogi ku wolności jest na ich tle czymś zupełnie innym. Nie oznacza to, że film jest pozbawiony wad. Największą jest jego przesycenie dialogami, często błahymi i pozbawionymi treści. Krotochwilne rozmowy pomiędzy rodzeństwem Barretów mają stanowić kontrast dla surowej relacji z autorytarnym ojcem. Nie bardzo się to udało. Pustosłowie pozostaje pustosłowiem, nawet gdy ma służyć celom wyższym. W rezultacie pierwsza połowa filmu męczy swa monotonią. Na szczęście w dużym stopniu rekompensuje to fascynująca końcówka.

Charles Laughton, grający rolę właściwie drugoplanową, po prostu wgniata w fotel. Sama jego postawa i wzrok powodują, że milkną śmiechy, a niesforne dzieci spuszczają wzrok. Papa jest surowy i nie toleruje u swego potomstwa najmniejszego przejawu egoizmu. Najważniejsze są wszak właściwe zasady moralne. Na przykład czcić Boga. I ojca swego. Czasem nawet wymienionych w jednym zdaniu. Trudno postać narcystycznego tyrana określić jako wspaniałą, Laughton zagrał go jednak doskonale. Od początku można podejrzewać, że ten dżentelmen z zaburzoną osobowością skrywa jakąś mroczną tajemnicę. Rozwiązanie zagadki, chociaż nie ukazane wprost, jest dzięki grze aktorskiej całkowicie czytelne. Jak komentował to sam artysta "nie mogą ocenzurować mojego spojrzenia". Partnerująca Laughtonowi Norma Shearer nie jest tak dobra, ale stara się wyciągnąć możliwie wiele z roli stłamszonej ale nie złamanej Elizabeth. Trochę ogranicza ją niesprawność ruchowa bohaterki, która większość filmu spędza w obrębie czterech ścian swojego pokoju. Fredric March jako Browning jest bezbarwny, całkiem jakby starał się nie zawadzać relacji ojciec-córka, która jest istotniejsza od jego poetyckiej miłości. I tak go trochę za dużo, chociaż pojawia się dopiero po półgodzinnej scenie ekspozycji.

Barretowie z ulicy Wimpole to przyzwoity film, wyróżniający się spośród melodramatycznej sztampy lat trzydziestych oryginalnym rozwojem fabuły. Mimo to daleki jestem od zachwytów. Zbyt dużo tu romantycznego wypełniacza, który spokojnie można by ograniczyć, zamiast rozwijać go do znużenia. Z drugiej strony wbijający w ziemię Laughton i trzymające w napięciu zakończenie sprawiają, że warto było przebić się przez mniej emocjonujące momenty. Ostatecznie daje to ocenę na poziomie 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Wyspa skarbów/Treasure Island (1934)

Film o piratach, skarbie i takich tam

Reżyseria: Victor Fleming
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 42 min.

Występują: Wallace Beery, Jackie Cooper, Lionel Barrymore, Otto Kruger, Lewis Stone, Nigel Bruce, Charles Sale

W roku 1934 Victor Fleming nakręcił adaptację Wyspy skarbów Roberta Louisa Stevensona. Wcześniej zrealizowano co najmniej dwie nieme ekranizacje tej książki, a później jeszcze kilkadziesiąt dźwiękowych, zarówno na potrzeby kina jak i telewizji. Z jednej strony nie ma się co dziwić, gdyż jest to wzorzec awanturniczej opowieści o piratach. Z drugiej strony szkoda, gdyż Wyspa zdominowała istniejące w masowej świadomości stereotypy piractwa do tego stopnia, że zatraciła swoją odkrywczość i atrakcyjność. W efekcie trudno było mi podejść na świeżo o filmu opowiadającego historię, z którą spotkałem się wcześniej mnóstwo razy w najrozmaitszych wariantach. Wyparcie pewnych faktów ze świadomości było trudne, dlatego momentami przysypiałem podczas absolutnie niezaskakującego seansu. Mimo wszystko spróbuję wskazać na kilka atutów, które posiada akurat ta wersja Wyspy, bo nie można powiedzieć, żebyśmy mieli do czynienia z filmem złym.

Dla krótkiego przypomnienia, Wyspa skarbów opowiada o przygodach Jima Hawkinsa, nastoletniego syna właścicielki gospody, który przypadkiem wchodzi w posiadanie mapy prowadzącej do pirackiego skarbu. Po ucieczce przed zbirami pragnącymi wejść w posiadanie mapy, Jim przy pomocy zaprzyjaźnionego lekarza i arystokraty organizuje wyprawę w celu odnalezienia skarbu. W skład załogi wchodzi jednonogi kucharz Długi John Silver, który zaprzyjaźnia się z młodym Hawkinsem. Chłopak nie ma pojęcia, że w rzeczywistości Silver jest hersztem załogi pirackiej, która podstępem wkradła się w szeregi marynarzy, żeby zdobyć skarb dla siebie.

Wyspa skarbów była reklamowana jako kolejny występ zgranego duetu aktorskiego złożonego z rubasznego Wallace'a Beery'ego i młodego Jackiego Coopera, znanych między innymi ze świetnego występu w Mistrzu. Popularna para wcieliła się w dwóch najważniejszych bohaterów opowieści. Beery wydaje się wprost stworzony do roli Długiego Johna Silvera. Jego umiejętność łączenia dosadnego humoru i złowrogości dała efekt niemal równie dobry jak w kręconym w tym samym okresie Viva Villa! Mimo posiadania drewnianej nogi i gadającej papugi Silver jest najbardziej pełnokrwista postacią w całym filmie. Jackie Cooper, który zazwyczaj prezentował podziwu godną naturalność, tym razem zawodzi. Młody aktor wcielił się w Jima Hawkinsa z nieznośną pewnością siebie i arogancją, które są częstą przywarą dziecięcych aktorów. Momentami wprost nie da się słuchać jego zarozumiałego głosiku. Nieźle wypada natomiast w scenach akcji. Spośród innych członków obsady wyróżnia się jeszcze Lionel Barrymore w absolutnie nietypowej dla siebie roli zapijaczonego, zawszonego pirata. To miła odmiana u aktora najczęściej obsadzanego w rolach dobrotliwych dziadków.

Zdecydowanym atutem filmu jest scenografia przygotowana pod nadzorem niezawodnego Cedrica Gibbonsa. Dekoracje opracowane zostały z wyczuciem i zawierają kilka perełek. Na przykład na wyspie piratów znajdziemy otoczoną palisadą chatę, która w pewnym momencie zmienia się zostaje zmieniona w oblężoną twierdzę. Absolutnie wspaniały jest galeon Hispaniola, na którym wesoła załoga żegluje w poszukiwaniu wyspy. Ogromny statek stworzono niemałym nakładem sił. Jest on naturalnej wielkości i zawiera bogate oprzyrządowanie, ożaglowanie oraz olinowanie. Aż czuć morską bryzę, nawet jeżeli zbudowano go w studio.

Jak wypada sama przygoda? Po odsunięciu na bok uprzedzeń opisanych we wstępie muszę przyznać, że było całkiem nieźle. W filmie znalazło się kilka sprawnie wyreżyserowanych scen trzymających w napięciu (między innymi efektowny szturm piratów na bronioną przez bohaterów chatę albo popisowa akcja dywersyjna Hawkinsa na statku). Mimo irytującego momentami Coopera przekonująco wypada przyjaźń pomiędzy jego bohaterem a Johnem Silverem. Jest na czym oko zawiesić, znajdziemy także niemało okazji do docenienia reżyserskiego wyczucia Victora Fleminga. Mimo to nie potrafiłem uwolnić się od uczucia niedosytu wywołanego faktem, że wszystko to już kiedyś widziałem. Z tego powodu Wyspa skarbów otrzymuje ode mnie 7 gwiazdek. Gdyby było to dla mnie pierwsze zetknięcie się z historią o piratach, ocena niewątpliwie byłaby wyższa.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 7 kwietnia 2019

Imitacja życia/Imitation of Life (1934)

Film o rzeczach, których nie ma

Reżyseria: John M. Stahl
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 50 min.

Występują: Claudette Colbert, Louise Beavers, Warren William, Rochelle Hudson, Fredie Washington, Ned Sparks

Francuska maksyma głosi, że hipokryzja to hołd, który występek składa cnocie, ale nie zawsze tak jest. Oblicza hipokryzji Hollywood były rozmaite, w latach trzydziestych związane przede wszystkim z wejściem w życie Kodeksu Haysa - zasad cenzury prewencyjnej, które objęły produkcje wszystkich głównych wytwórni filmowych. Cenzorzy pilnowali, żeby filmy nie zawierały zbyt dużo seksu i przemocy, zapobiegali ostatecznemu triumfowi zła i bronili wartości religijnych. Najbardziej kontrowersyjnym elementem Kodeksu były jednak reguły dotyczące relacji międzyrasowych, a przede wszystkim tak zwanej miscegenacji czyli "krzyżowania ras". W żadnym z dotychczas oglądanych przeze mnie filmów absurdalność reguł Haysa nie była tak bardzo widoczna jak w Imitacji życia. Ambitna, wielowątkowa opowieść poruszająca między innymi problem emancypacji Afroamerykanów została wskutek cenzorskiej interwencji doprowadzona do postaci karykatury. Która i tak w ówczesnych wyższych sferach zyskała sobie opinię filmu postępowego społecznie. Przejdźmy jednak do konkretów.

Imitacja życia, stworzona na podstawie powieści Fannie Hurst, opowiada o długoletniej przyjaźni dwóch kobiet samotnie wychowujących córki. Bea Pullman jest białą wdową, która próbuje jakoś związać koniec z końcem po niedawnej śmierci męża. Delilah Johnson to jej czarnoskóra gosposia mająca na utrzymaniu nieślubną córkę Peolę. Film nie wchodzi w szczegóły, ale jasna karnacja dziecka wskazuje na to, że jej ojcem był jakiś biały mężczyzna. Kobiety otwierają wspólnie naleśnikarnię, która dzięki przedsiębiorczości Bei i talentowi kulinarnemu Delilah szybko zaczyna przynosić zyski. Po kilku latach kobiety nawiązują współpracę z menadżerem Elmerem Smithem, który pomaga im przemienić jadłodajnię w dużą firmę spożywczą. Tymczasem podrastająca Peola zaczyna sprawiać poważne problemy związane z kompleksami na temat swego pochodzenia.

Muszę zaznaczyć, że fabuła tego niesłusznie nominowanego do Oscara filmu miała spory potencjał. Pierwsze sceny obrazujące rozwój spółki prowadzonej przez dwie kobiety wzbudziły mój entuzjazm. Co prawda łatwość, z jaką Bea i Delilah osiągają sukces, wygląda nieco bajkowo, ale ich pomysłowość i pracowitość to bardzo ładna ilustracja idei amerykańskiego snu. Zwłaszcza, że dotyczy duetu kobiet, samotnych matek, z których jedna jest czarna. Widzę oczami wyobraźni laurki wystawiane przez wolnorynkowców. Później wątek przedsiębiorczości odchodzi na drugi plan, ustępując miejsca problemom miłosnym i wychowawczym. Sporo miejsca poświęcono rywalizacji białej bohaterki i jej córki o względy jednego mężczyzny (który na dokładkę jest ichtiologiem, co jest źródłem nieco nużących żartów). Wątek ten jest mocno rozwinięty i w miarę sensownie rozwiązany, należy jednak do mniej interesujących elementów filmu. Nawet niezłe aktorstwo Claudette Colbert i Warrena Williama nie zdołało ukryć jego banalności. Największe zainteresowanie wzbudzają kwestie związane z postaciami czarnoskórymi. I tutaj robi się ciekawie.

Delilah przedstawiona została jako prosta gospodyni o mentalności służalczo-niewolniczej. Chociaż Bea pragnie traktować ją jak wspólniczkę, kobieta dobrowolnie rezygnuje z własnej części zysku i nawet jako osoba zamożna zamieszkuje w "niskim parterze" wspólnej rezydencji, nie uczestniczy w wydawanych przez Beę bankietach i z radością masuje jej stopy. Tak jakby była jej panią, a nie partnerką. Jest to traktowane przez całe otoczenie jako zupełnie naturalne i sympatyczne. Aż prosiłoby się pokazać negatywne reakcje córek czy wyrzuty sumienia prezentowanej jako dobra osoba Bei. Nic z tych rzeczy. Film niby sygnalizuje, że taka sytuacja nie jest w porządku, ale jednocześnie odnosimy wrażenie, że to wyłącznie wina nieskomplikowanej osobowości Murzynki. Jeszcze gorzej zaprezentowano konflikt Delilah z Paolą. Jasnoskóra córka jest posyłana do szkoły dla białych, gdzie nie przyznaje się nikomu, że jest Mulatką. Kiedy jej sekret wychodzi na jaw, wypiera się matki i traktuje ją okropnie. I znowu, sytuacja jak najbardziej możliwa w ówczesnej rzeczywistości społecznej została przedstawiona jako kuriozum. Film w żadnej scenie nie zająkuje się na temat przyczyn wstydu i kompleksów Paoli. W rezultacie bohaterka ta prezentuje się jako wyrodna egoistka, samolubne monstrum zainteresowane wyłącznie sobą. Ten jednowymiarowy wizerunek (dodatkowo wzmocniony przez fatalną grę aktorską Fredie Washington) jest konsekwencją ucieczki od prawdziwych źródeł problemu. 

Raczej nie istnieje możliwość sprawdzenia, jak wyglądał oryginalny scenariusz filmu. Zasadne wydaje się jednak założenie, że wymienione problemy wynikają z cenzorskich interwencji, o których informacje można znaleźć w artykułach na temat Imitacji życia. Obrońcy moralności publicznej pozwolili na prezentację konsekwencji rasizmu, jednocześnie nie dopuszczając do pokazania na ekranie jego przejawów. W rezultacie otrzymaliśmy niemalże kabaretowe postacie układnej niewolnicy masującej stopy swojej wspólniczki i jej jasnoskórej córki, która wstydzi się matki z powodu wewnętrznego rozchwiania osobowości. Nikogo z jej otoczenia w najmniejszym stopniu to nie interesuje. Nie ma również przyzwolenia, żeby wspomnieć cokolwiek na temat ojca Paoli. Zapewne był białym dżentelmenem i nie mógł sobie pozwolić na skazę na reputacji. Wszystkie te wstydliwie zamiecione pod dywan sekrety wskazują na głęboko osadzone w amerykańskiej kulturze rasistowskie stereotypy. Mimo że Hollywood było środowiskiem postępowym, dystrybutorzy nie odważyli się nawet na umieszczenie czarnoskórych aktorów na plakacie filmowym. Najwyraźniej obawiano się, że odstraszy to potencjalnych widzów.

Nie trzeba było wiele, żeby uczynić z Imitacji życia dobry dramat społeczny. Wystarczyłyby dwie lub trzy sceny ukazujące kontekst problemów Delilah i Paoli, kilka dodatkowych dialogów pogłębiających ich motywacje. Widz z lat trzydziestych, dobrze znający tło społeczne, w pełni rozumiał sytuację. Widz współczesny musi poszukiwać odpowiedzi, których w samym filmie nie odnajdzie. Widz całkowicie niezaznajomiony z kontekstem otrzyma niezrozumiały galimatias, w którym początkowo rozsądnie zachowujące się bohaterki nagle tracą rozum. Nie powinno tak być. Wykastrowana Imitacja życia otrzymuje ode mnie 6 gwiazdek. Miało być pięć, ale dodałem jedną ze względu na bardzo dobry występ Louise Beavers w roli Delilah. Szkoda tej dobrej aktorki, która dała z siebie wszystko w upokarzającej ją roli.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 6 kwietnia 2019

Szkarłatny kwiat/The Scarlet Pimpernel (1934)

Film o zawadiakach w cieniu gilotyn

Reżyseria: Harold Young
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1 h 33 min.

Występują: Leslie Howard, Merle Oberon, Raymond Massey, Nigel Bruce

Brytyjczycy potrafią podchodzić z przymrużeniem oka nawet do spraw najpoważniejszych. W Prywatnym życiu Henryka VIII reżyser Alexander Korda przedstawił kontrowersyjnego króla-tyrana jako postać tragikomiczną. Rok później poszedł za ciosem, produkując dla wytwórni London Films Szkarłatny kwiat, dowcipny film przygodowy osadzony w realiach Rewolucji Francuskiej, a dokładniej jej etapu zwanego Wielkim Terrorem. Na fotelu reżyserskim zasiadł Harold Young intensywnie wspomagany przed producenta. W rolach głównych obsadzono znanego z występów w filmach amerykańskich Lesliego Howarda oraz Merle Oberon, która odznaczyła się niewielką ale świetną rolą Anny Boleyn w filmie o Henryku VIII. Wspólnie przyczynili się do powstania nietypowego obrazu, w którym patos zastąpiony został humorem, a masakra przygodą.

Szkarłatny kwiat jest adaptacją powieści węgierskiej pisarki Baronowej Orczy i opowiada o poczynaniach grupy mężnych Anglików, którzy infiltrują ogarniętą rewolucją Francję i ratują francuskich arystokratów przed śmiercią na gilotynie. Na czele grupy stoi tajemniczy Szkarłatny Kwiat, mistrz kamuflażu i podstępów, którego tożsamości nie zna nikt. Nie bez przyczyny, gdyż człowiek ten, sir Percy Blakeney, ukrywa sekret nawet przed własną żoną. Maksymilian Robespierre wysyła tropem Szkarłatnego Kwiatu własnego tajnego agenta, przebiegłego Obywatela Chauvelina. Mężczyźni rozpoczynają niebezpieczną grę pełną wzajemnych podchodów i forteli.

Mimo poważnej otoczki, Szkarłatny kwiat jest filmem czysto rozrywkowym, łączącym w sobie humor, akcję i wątki szpiegowskie. Jeżeli chodzi o te ostatnie, film proponuje kilka sprawnie zrealizowanych scen opartych na suspensie. Jest wśród nich długa sekwencja otwierająca film, skupiająca się na ewakuacji kilku Francuzów z rewolucyjnych lochów. Jej elementami są przebieranki, pościgi oraz nieustanne wątpliwości co do tożsamości i intencji poszczególnych osób. Co ważne, dzięki sprawnemu montażowi udało się zachować przejrzystość narracji i uniknąć popadnięcia w chaos. Inne trzymające w napięciu sceny to nocny pojedynek nerwów pomiędzy Percy'm a Chauvelinem toczony w bibliotece oraz pełen niedopowiedzeń finał filmu. 

Wątki humorystyczne kręcą się wokół głównego bohatera opowieści. Choć Percy jest człowiekiem odważnym i zdeterminowanym, dla utrzymania swojej tajemnicy udaje zniewieściałego bawidamka. Z upodobaniem nadskakuje swojemu przyjacielowi księciu Jerzemu i opowiada niedorzeczne wierszyki. Leslie Howard, za którym raczej nie przepadam, dobrze oddał komiczną stronę swojej kreacji, odrobinę słabiej prezentując jej prawdziwą, bohaterską twarz. Inną ważną postacią jest żona Percy'ego, Marguerite, której ten z pewnych powodów nie darzy zaufaniem. Merle Oberon stworzyła wyrazistą kreację kobiety rozdartej lecz pełnej determinacji. Trzecia z głównych postaci, Chauvlin grany przez Raymonda Masseya, został wykreowany na złowieszcze przeciwieństwo głównego bohatera, dopełniając sensacyjnego, nieco pulpowego charakteru filmu.

Szkarłatny kwiat wyróżnia się stroną kompozycyjną. Kamera Harolda Rossona nie boi się nietypowych ujęć, chętnie spogląda na wydarzenia z góry lub podąża za bohaterami. Na oklaski zasługuje świetnie wykorzystany do budowania napięcia montaż równoległy Williama Hornbecka, zwłaszcza w długiej, wciągającej sekwencji początkowej. Scenografia to przede wszystkim nadające filmowi złowieszczą atmosferę wszechobecne gilotyny. Choć trzeba przyznać, że brutalność tego narzędzia śmierci została zaprezentowana raczej umownie. W części filmu rozgrywającej się w Anglii główną cechą charakterystyczną są XVIII-wieczne fikuśne kostiumy. Szkarłatny kwiat to prawdziwa rewia mody - każda z postaci ma okazję zademonstrować po kilka wysmakowanych, oryginalnych kreacji w niepowtarzalnym stylu epoki. Spece od kostiumów zdecydowanie puścili wodze fantazji.

Szkarłatny kwiat prezentuje nad wyraz nietypowe podejście do Rewolucji Francuskiej. Zgodnie z brytyjską tradycją historyczną rządy jakobinów przedstawione zostały jako krwawa jatka. Brutalność i przemoc mają jednak miejsce głównie poza kadrem. Jednocześnie twórcy całkowicie zrezygnowali z rozwijania wątków politycznych rewolucji. Co prawda grupa specjalna zajmująca się ewakuacją skazanych na śmierć arystokratów ma w pewnym sensie charakter klasowy, ale nie ma to specjalnego znaczenia. Paskudna rewolucja jest u Younga i Kordy okazją do niezłej przygody. Wyszedł z tego oryginalny, wciągający film rozrywkowy. Wystawiam mu 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 2 kwietnia 2019

Rodzina Rotszyldów/The House of Rotschild (1934)

Film o żydowskich spekulantach

Reżyseria: Alfred L. Werker
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 27 min.

Występują: George Arliss, Boris Karloff, Loretta Young, Robert Young, C. Aubrey Smith, Helen Westley

Podczas gdy w Niemczech świeżo usadowieni u władzy naziści rozpoczynali rozsiewanie antysemickiej propagandy, w USA szefostwo wytwórni Twentieth Century Pictures zainspirowane przez aktora George'a Arlissa wyprodukowało niezwykle przychylny Żydom film o bankierskiej rodzinie Rotszyldów. Rozbudowane dzieło porusza w przystępnej (można też rzec uproszczonej) formie tematy związane z polityką wielkich mocarstw, rozwojem giełdy, prześladowaniami Żydów oraz wartościami rodzinnymi. Tak złożona fabuła jest jednocześnie podana w sposób elegancki, przystępny i przyciągający uwagę. Starania twórców zostały wynagrodzone nominacją do Oscara dla najlepszego filmu, nagrodą jak najbardziej zasłużoną.

Film otwiera scena rozgrywająca się we Frankfurcie w połowie XVIII wieku. Rotszyldowie - głowa rodziny Mayer, jego żona i piątka synów - prowadzą w getcie coś w rodzaju domu kredytowego. Są nękani przez poborców podatków, którzy nakładają na Żydów znacznie wyższe stawki niż na Niemców, oraz przez niemieckich sąsiadów, którzy prześladują wyznawców obcej religii. Mayer obmyśla plan, który pozwoli zabezpieczyć przyszłość rodziny - wysyła synów do pięciu europejskich stolic, w których mają otworzyć filie międzynarodowego banku. Mija kilkadziesiąt lat. Stare imperia szykują się do ostatecznej rozprawy z Napoleonem. Aby sfinansować przygotowania do wojny muszą pozyskać pieniądze. Hojny kredyt ma do zaoferowania największy bank w Europie, kierowany przez Natana Rotszylda i jego braci. Konkurencja nie ma jednak zamiaru dopuścić do tak ważnego interesu żydowskiej firmy.

Najbardziej podoba mi się w Rodzinie Rotszyldów rozmach fabularny. Akcja rozgrywa się w kilku krajach i obejmuje wiele wątków. Chociaż większość scen to rozmowy, zarówno dialogi jak i aranżacja wizualna są urozmaicone i pomysłowe. Szczególnie udana jest długa scena ekspozycji, w której Rotszyldowie ukrywają dowody swego bogactwa przed poborcą podatkowym, a następnie zwodzą go, żeby zapłacić jak najmniej. Postawa rodziny, na pozór kojarząca się ze stereotypem chciwego Żyda, po przemyśleniu wzbudza podziw. Mayer i jego bliscy ukazani są bowiem jako zgrany kolektyw, który znakomicie współdziała, żeby bronić własnego interesu. A otoczenie jest im wyjątkowo mało przyjazne. Ta solidarność jest najbardziej wyrazistą cechą rodu szybko budującego niewyobrażalne bogactwo. Rotszyldowie nie wahają się przy tym sięgać po nieczyste chwyty, na przykład manipulowanie kursem akcji lub szantaż finansowy. Za każdym razem jest to usprawiedliwiane nieprzyjazną postawą gojów (jeden z pruskich ministrów posuwa się nawet do wywołania antysemickich zamieszek). Trzeba przyznać, że film jest nieco stronniczy w stosunku do Rotszyldów, bardzo łatwo ich rozgrzeszając i pomijając na przykład konsekwencje giełdowych operacji dla zwykłych zjadaczy chleba.

Od strony politycznej Natan Rotszyld i jego bracia ukazani są za to jako wizjonerzy i innowatorzy, nie tylko zręcznymi ruchami kreujący przyszłość Europy, ale również obmyślający nowe sposoby zarządzania i przekazywania informacji. Współpracują przy tym z politykami najwyższego kalibru, takimi jak Wellington, Metternich, Talleyrand czy fikcyjny pruski minister Ledrantz. Tutaj ponownie wychodzi na jaw tendencyjność filmu - jako dobrzy i szlachetni ukazani są wyłącznie ci, którzy sprzymierzają się z tytułowymi bohaterami. Najsłabszym elementem Rodziny Rotszyldów jest wątek miłosny - romans pomiędzy córką Natana a brytyjskim arystokratą Fitzroyem. Ma to być przykład nękanego problemami związku mieszanego. Sam w sobie pomysł był dobry, ale młodzi zakochani nie są dostatecznie interesujący. To postacie mało istotne w obliczu dziejącej się obok nich wielkiej polityki.

Z aktorów na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim George Arliss, który oprócz zagrania dwóch ról - Mayera Rotszylda w pierwszej części filmu i jego dorosłego syna Natana w drugiej - był jednym z pomysłodawców i motorem napędowym produkcji. Oba wcielenia Arlissa są dopracowane, przyciągające uwagę i mocno od siebie odmienne. Jako Mayer jest klasycznym brodato-pejsatym spryciarzem, który dopiero buduje potęgę rodziny. Natan to już gruba ryba rozmawiająca jak równy z równymi z możnymi tego świata. Trudno nie docenić talentu Arlissa, który twórczo wykorzystał istniejące stereotypy, tworząc na ich bazie bohaterów z krwi i kości. Z postaci drugoplanowych in minus wyróżnia się Boris Karloff grający nienawidzącego Żydów hrabiego Ledrantza. Nadęty i pełen nienawiści Prusak miał być najwyraźniej karykaturą współczesnego niemieckiego polityka, wyszła z niego natomiast postać antypatyczna i płaska. Dobrze spisał się za to mistrz drugiego planu C. Aubrey Smith, który wcielił się w przychylnego Rotszyldom Wellingtona. Brytyjski dowódca i polityk w jego wykonaniu Smitha jest jednocześnie wytrawnym graczem i swojskim bratem-łatą.

Rodzina Rotszyldów to bardzo dobry film historyczny, który nie jest może przesadnie wierny faktom, ale w interesujący sposób przybliża problemy stojące przed społecznością żydowską. Wyraźnie filosemicki, skutecznie pozyskuje przychylność widza dla swoich błyskotliwych bohaterów. Czyni to zarówno poprzez kompleksowe przedstawienie ich sytuacji społecznej, jak również sprytne triki manipulujące emocjami. Czy to źle? Absolutnie nie, takie przecież jest kino. Choć nie wszystkie wątki są jednakowo dobre, zachowam z dzieła Alfreda Werkera bardzo dobre wspomnienia. W sam raz na 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

It's a Gift (1934)

Film o złośliwości rzeczy martwych

Reżyseria: Norman Z. McLeod
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 8 min.

Występują: W.C. Fields, Jean Rouverol, Kathleen Howard, Tom Bupp, Baby LeRoy

W.C. Fields to kolejny z grupy filmowych komików, którzy zdobyli sobie dużą popularność w latach trzydziestych. Zaczynał od występów w przedstawieniach wodewilowych, później pojawił się na scenach Broadwayu. Pierwsze role filmowe zaliczył jeszcze w filmach niemych, a gwiazdą komedii stał się po podpisaniu kontraktu z wytwórnią Paramount w roku 1932. Cechami rozpoznawczymi jego komediowego alter ego był charakterystyczny czerwony nos i mizantropijny stosunek do życia. It's a Gift jest jednym z  najpopularniejszych filmów w dorobku Fieldsa i podobno stanowi dobrą próbkę jego komediowego stylu. 

Bohaterami It's a Gift są członkowie mieszkającej w New Jersey rodziny Bissonette. Pan domu Harold (w tej roli W.C. Fields) prowadzi sklep z artykułami gospodarstwa domowego, skrycie marzy jednak o przeprowadzce do Kalifornii i założeniu tam plantacji pomarańczy. Jego żona Amelia ma wysokie aspiracje (przejawiają się w wymawianiu rodzinnego nazwiska z francuskim akcentem), a poza tym zajmuje się głównie gderaniem i strofowaniem wszystkich wokoło. Jest jeszcze dwójka dzieci - córka zainteresowana spędzaniem czasu ze swoim chłopakiem i syn jeżdżący wszędzie na wrotkach. Film przedstawia ich codzienne perypetie oraz starania w kierunku przeprowadzki do Kalifornii.

Humor It's a Gift ma dwa źródła - rodzinne sprzeczki Bissonettów oraz slapstickowe gagi. Ten pierwszy aspekt obejmuje przede wszystkim popisy Amelii, która nieustannie poucza męża i ustawia do pionu dzieci. Nie jest to szczególnie śmieszne, ale przynajmniej nie zrobiono z tej postaci karykatury. Jest marudna, surowa i dokuczliwa, ale mimo wszystko w granicach rozsądku - sfrustrowana gospodyni domowa, a nie tyran z wałkiem. A może właśnie dlatego, że nie poszła a całość, nie jest zabawna? W każdym razie do atutów filmu tej postaci nie zaliczam. Kilka gderliwych scen zalicza także Fields, między innymi stawiający do pionu swojego pracownika, ale w jego wypadku są to sprawy poboczne. Ważne jest zupełnie co innego.

Slapstick Fieldsa jest bardzo dobry, śmiem nawet twierdzić, że porównywalny z mistrzami tego nurtu z lat dwudziestych. Groteskowe potyczki głównego bohatera i jego znajomych z przedmiotami martwymi są bardzo rozbudowane i pomysłowe. Jest więc golenie się Fieldsa brzytwą przy użyciu dyndającego na sznurku lusterka. Jest niewidomy, któremu protagonista bezskutecznie usiłuje przeszkodzić w zdemolowaniu stosu żarówek. Później Fields odbywa pościg po swoim sklepie za niesfornym bobasem, który sprowadza nań prawdziwy kataklizm. Jest wreszcie długa scena, w której główny bohater próbuje zdrzemnąć się na balkonie, ale nieustannie coś mu w tym przeszkadza. Wszystkie te sekwencje są przemyślane, ciekawe technicznie i choć balansują momentami na granicy dobrego smaku, nie przekraczają jej. Zdecydowanie wysoka klasa humoru. A jak na tle tego wszystkiego wypada główna gwiazda filmu? Fields prezentuje typ flegmatycznego marudy nieustannie przyciągającego różne przeciwności losu. Na wzór mistrzów slapsticku znosi je z ledwie widocznym grymasem znużenia, trwając niczym brzuchaty heros w obliczu niedoskonałości świata. Polubiłem go.

It's a Gift to klasyk w filmografii W.C. Fieldsa, ale nie klasyk filmowy w ogóle. O ile dopracowane slapstickowe gagi są wysokiej próby, otoczka fabularna nie jest tak dobra. Film jako całość nie stanowi spójnej opowieści i nie ma niczego szczególnego do przekazania. To niestety częsta cecha starych groteskowych komedii. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com