wtorek, 7 maja 2019

Bengali/The Lives of a Bengal Lancer (1935)

Film o prawdziwych mężczyznach w dzikim kraju

Reżyseria: Henry Hathaway
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 49 min.

Występują: Gary Cooper, Franchot Tone, Richard Cromwell, Guy Standing, C. Aubrey Smith, Douglass Dumbrille

Bengali, w USA znany pod bardziej skomplikowanym tytułem The Lives of a Bengal Lancer, został okrzyknięty filmem bardziej probrytyjskim, niż kiedykolwiek ośmieliliby się nakręcić sami Brytyjczycy. Osadzony w Indiach i opowiadający o kolonialnych oficerach toczących boje z buntowniczymi tubylcami, łączy w sobie pionierskiego ducha męskiej przygody i przemycone chyba nie do końca świadomie cywilizacyjne poczucie wyższości. Mieszanka ta okazała się na tyle atrakcyjna, że zapoczątkowała serię epickich filmów przygodowych osadzonych w egzotycznych zakątkach globu. Bengali stał się również trampoliną dla kariery Gary'ego Coopera, który tą właśnie rolą wyrobił sobie markę ekranowego twardziela i człowieka czynu. Bengali był obok Buntu na Bounty jednym z najpopularniejszych filmów roku 1935, co zaowocowało także garścią oscarowych nominacji i zwycięstwem w nieco kuriozalnej kategorii dla najlepszego asystenta reżysera. (Trudno powiedzieć, w jaki sposób jurorzy oceniali zaangażowanie asystentów, musiało to w każdym razie być niezwykle zabawne zadanie).

Bengali opowiada o przygodach trójki młodych oficerów służących w 41. Pułku Bengalskich Lansjerów. Alan McGregor to weteran przebywający w Indiach od wielu lat, słynący z troski o podkomendnych i niewyparzonego języka. John Forsythe i Donald Stone dopiero co przybyli z Anglii. Pierwszy jest beztroskim żartownisiem, drugi synem dowódcy pułku, który pragnie udowodnić ojcu swoją wartość. Nie będzie to łatwe, ponieważ pułkownik Tom Stone jest zwierzchnikiem oschłym, wymagającym i nie ma zamiaru ściągać na siebie jakichkolwiek podejrzeń o faworyzowanie syna. Akcja filmu początkowo toczy się wokół oswajania dwóch żółtodziobów z nowym dla nich środowiskiem. Później zaś oficerowie wyruszają na misję przeciwko Mohammedowi Khanowi, przywódcy miejscowych rebeliantów, któremu marzy się wykurzenie z Indii brytyjskich okupantów.

Klimat Bengali nieodparcie kojarzy się z kolonialną odmianą westernu. Indie przedstawiono jako kraj półdziki, do którego Brytyjczycy niosą kaganek cywilizacji. Jak sami twierdzą, na ich barkach spoczywa bezpieczeństwo 300 milionów Hindusów. Przewaga cywilizacyjna bohaterów potraktowana jest jako coś oczywistego - nie tylko dysponują lepszą bronią, ale są także odważni i sprawiedliwi, w przeciwieństwie do rebeliantów, którzy torturują więźniów, wbijając im bambusowe drzazgi pod paznokcie. Zwykłych tubylców nie przedstawiono ich w jednoznacznie negatywnym świetle - ci, którzy współpracują z Brytyjczykami, są dobrzy, chociaż nieco nieokrzesani. I wyznają dziwne przesądy, na przykład brzydzą się świniami. Jednym słowem, można znaleźć sporo paraleli pomiędzy filmowymi Hindusami a popularnym wizerunkiem Indian z czasów Dzikiego Zachodu.

W tym nieco podszytym rasizmem klimacie nasi bohaterowie przeżywają całkiem ciekawe i ekscytujące przygody. Trójka protagonistów została trafnie dobrana charakterologicznie. MacGregor to pyskaty wobec przełożonych i łagodny dla kolegów stary wiarus. Forsythe jest bezlitosnym kpiarzem, który chętnie wchodzi z nim przyjacielską rywalizację. Donald Stone to postać bardziej pogubiona. Nękają go kompleksy w stosunku do ojca i ma problemy w odnalezieniu się w sytuacji, kiedy ten jest jego przełożonym. Starszy ze Stone'ów, wzorowo zagrany przez Guya Standinga, jest w tym duecie ciekawszą osobowością. Podczas gdy młody Donald momentami zachowuje się niczym rozkapryszony smarkacz, Standing zdołał wzorowo oddać rozdarcie starego służbisty pomiędzy ojcowskimi instynktami a żołnierską powinnością. I to bez użycia nadmiaru słów czy wykładania wszystkiego na tacę.

Bengali wyróżnia się umiejętnie rozłożonymi akcentami pomiędzy rozwojem postaci, humorem i akcją. Każdy z tych elementów ma swoje miejsce, żadnego nie jest za dużo. Występuje nieco smaczków etnicznych (na przykład przywoływanie kobry grą na flecie), są też westernowe pojedynki w górskich kanionach oraz widowiskowa finałowa bitwa w górskiej fortecy. Protagoniści popadają także w niewolę, co daje im okazję do wykazania się szorstką męskością. Niezależnie od okoliczności na ekranie króluje Gary Cooper. Zazwyczaj sztywny jakby kij połknął, w Bengali wspiął się na wyżyny aktorskich umiejętności, znakomicie wcielając się w nieszablonowego człowieka czynu. Zdecydowanie lepiej mu w takim otoczeniu niż w roli amanta.

Film oferuje także atrakcyjne widoki. Scenografią zajął się niezawodny Hans Dreier współpracujący z Rolandem Andersonem. Początkowo planowano kręcenie filmu w oryginalnych indyjskich plenerach, ale zapasy taśmy filmowej uległy uszkodzeniu w niekorzystnym tropikalnym klimacie. W rezultacie Indie zagrały wzgórza i wyżyny Kalifornii, a w Hindusów wcielili się członkowie plemienia Pajutów. Efekty są nadspodziewanie dobre. Ze zdjęć aż bije tropikalnym żarem, skałki, w których ukrywają się rebelianci, wyglądają odpowiednio egzotycznie, a końcowa bitwa to prawdziwe kinematograficzne cacko.

Można się czepiać nieco rasistowskiej wymowy Bengali, ale nie zapominajmy, że film ten był produktem swoich czasów. Dzięki entuzjazmowi i czarno-białemu światopoglądowi hollywoodzkich producentów powstał świat bardziej epicki i prostszy niż prawdziwe Indie. Dlatego też jako źródło eskapistycznej rozrywki jest Bengali ze swoimi wyraziście nakreślonymi bohaterami, rozbudowaną fabułą i wartką akcją produktem pierwszej klasy. Trudno się dziwić, że posłużył jako wzór dla późniejszych "egzotycznych" produkcji. Ode mnie otrzymuje 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 6 maja 2019

David Copperfield (1935)

Film o zwykłym życiu przeciętnego Anglika

Reżyseria: George Cukor
Kraj: USA
Czas trwania: 2 h 10 min.

Występują: Freddie Bartholomew, Frank Lawton, Edna May Oliver, Basil Rathbone, Jessie Ralph, Lionel Barrymore, Una O'Connor, W.C. Fields, Lennox Pawle, Lewis Stone, Roland Young, Madge Evans, Hugh Williams, Maureen O'Sullivan

Filmowy David Copperfield z 1935 roku był dzieckiem Davida O. Selznicka, doświadczonego producenta i zięcia Louisa B. Mayera, prezesa wytwórni MGM. Selznick od dawna marzył o przeniesieniu na ekran powieści Karola Dickensa, która była jedną z książek jego dzieciństwa. Materiał wyjściowy rzeczywiście był niezły, z jednym poważnym zastrzeżeniem. David Copperfield to powieść rozbudowana, wypełniona dziesiątkami charakterystycznych postaci i wątków pobocznych. Zmieszczenie wszystkiego w dwugodzinnym filmie było niemożliwością, natomiast okrojenie nieuchronnie prowadziło do zubożenia historii Copperfielda. Na szczęście Selznick miał już pewne doświadczenie w realizacji rozbudowanych fabuł, zdobyte chociażby przy produkcji Kolacji o ósmej. Do napisania scenariusza zaangażował pisarza Hugh Walpole'a i filmowca Howarda Estabrooka, którzy z dużą elegancją podołali niełatwemu zadaniu. Pozostała tylko kwestia znalezienia odpowiednich aktorów.

Film podzielono na dwie części, z których pierwsza (nieco dłuższa) opisuje dzieciństwo tytułowego bohatera, natomiast druga - jego młodość. Początkowo Copperfielda gra dziesięcioletni Freddie Bartholomew, później zastępuje go trzydziestoletni Frank Lawton. Zdecydowanie lepiej wypada ten pierwszy, wkładający w rolę dużo emocji, ale skutecznie wystrzegający się przesady. Lawton natomiast jest bezpłciowy i zdecydowanie zepchnięty w cień przez bardziej interesujących bohaterów pobocznych. Dlatego też o pierwszej części filmu można rzec, że opowiada o losach Davida Copperfielda, natomiast druga raczej o wydarzeniach, które dzieją się wokół niego.

Zamiast skrótowo opisywać fabułę, zwrócę uwagę na co bardziej interesujące z pojawiających się w filmie postaci. Zacznijmy od surowego i podłego ojczyma Davida zagranego z zacięciem przez Basila Rathbone'a. Ten wzorowy angielski dżentelmen ma zawsze w zanadrzu jakiś surowy przytyk dla pasierba, często też bez najmniejszych emocji łoi mu skórę. Wiarygodny przykład pozbawionego sumienia, zadowolonego z siebie łotra. Jego przeciwieństwem jest ciotka Davida, stara panna Trotwood, która pod szorstką powierzchownością skrywa złote serce. Brawurowo zagrana przez Ednę May Oliver, wnosi do filmu sporo humoru. Polecam zwłaszcza sceny przepędzania żarłocznych osłów.

Komik W.C. Fields wcielił się w ekscentrycznego przyjaciela Davida, zadłużonego po uszy pana Micawbera. Fields nadał tej postaci wyraźnie komediowy sznyt, obdarzając ją charakterystycznymi ekscentryzmami, w tym znacznym roztargnieniem. Nie popadł jednak w groteskę, w rezultacie tworząc jedną z najlepiej zagranych ról w filmie. Konkurować z nim może tylko Roland Young jako obłudny oszust Uriasz Heep - postać ociekająca fałszywą uprzejmością i nieustannie węsząca w poszukiwaniu haków na innych. W powieści Heep jest tak przerysowany, że spodziewałem się problemów, jednak Young wyszedł zwycięsko z aktorskiego wyzwania. Jego Uriasz jest uroczą kanalią, zarówno gdy się łasi, jak i wtedy, kiedy pokazuje na chwilę swoją prawdziwą twarz. Z aktorek obok Oliver wyróżnię jeszcze Maureen O'Sullivan grającą Dorę, pierwszą miłość głównego bohatera - postać niezaradną, infantylną i zainteresowaną głównie swoim małym pieskiem. Jest ona irytująca do bólu, a zarazem ma w sobie tyle uroku, że można zrozumieć, dlaczego Copperfield popełnił swój błąd młodości.

Trudno w Davidzie Copperfieldzie wskazać jakiś wyrazisty przewodni motyw. Można rzec, że to historia trudnego dzieciństwa i osiągania przez tytułowego bohatera życiowej dojrzałości. Mimo wszystko brzmi to banalnie. Dickens był pisarzem konserwatywnym, a jednocześnie spostrzegawczym obserwatorem życia społecznego. Takie też tony przebrzmiewają w filmowej adaptacji jego dzieła. Przyglądamy się Anglikom z prowincji, mieszkańcom Dover, Canterbury i innych pomniejszych miasteczek. Poznajemy ich codzienne problemy, dobre i złe strony życia. Dzięki zaangażowaniu zdolnych aktorów i starannie przygotowanej scenografii stworzono barwny portret epoki. Brak jednak filmowi pazura, tak samo jak brak go tytułowej postaci. David Copperfield jest typowym przedstawicielem wiktoriańskiej klasy średniej, który dzięki rozwadze i wsparciu przyjaciół posuwa się naprzód. Ale też jest on zaledwie średniakiem wiodącym przeciętne, zwyczajne życie, jak setki innych jemu współczesnych Anglików. U Dickensa to nie przeszkadza. W filmie jesteśmy skazani na aktora Franka Lawtona, któremu zupełnie nie udało mu się uczynić swojego bohatera interesującym, w szczególności na tle barwnych postaci drugoplanowych. Z uwagi na ten fakt wystawiam Davidowi przyzwoite choć pozbawione rewelacji 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 4 maja 2019

Bunt na Bounty/Mutiny on the Bounty (1935)

Film o tyranie i jego placu zabaw

Reżyseria: Frank Lloyd
Kraj: USA
Czas trwania: 2 h 12 min.

Występują: Charles Laughton, Clark Gable, Franchot Tone, Herbert Mundin, Eddie Quillan, Dudley Digges, Donald Crisp, Henry Stephenson

Historia buntu załogi brytyjskiego okrętu Bounty stanowiła wdzięczny materiał na film i była przenoszona na duży ekran wielokrotnie. Losy buntowników i lojalistów już wcześniej były inspiracją dla twórców literatury przygodowej, a niejednoznaczne relacje z procesu tych pierwszych dawały szerokie pole do interpretacji. Film Bunt na Bounty z 1935 roku jest adaptacją jednej z powieści fabularyzujących całe wydarzenie. Scenarzyści, w ślad za książką, przyjęli specyficzną interpretację wydarzeń na Bounty, jednoznacznie deklarując się po jednej ze stron. Wiele wskazuje, że wersja ta nie była zgodna z prawdą historyczną. A jednak dzięki takiemu a nie innemu podejściu udało się Buntowi przybliżyć autorytarny charakter XVIII-wiecznej brytyjskiej floty. Bunt okazał się wielkim sukcesem kasowym i artystycznym. Zgarnął Oscara dla najlepszego filmu i worek nominacji, w tym aż trzy za najlepsze role męskie. Takie bezprecedensowe wydarzenie zadecydowało o utworzeniu rok później nowych kategorii oscarowych dla aktorów drugoplanowych. A jak prezentuje się ów film dzisiaj? Muszę powiedzieć, że bardzo dzielnie stawił czoła upływowi czasu.

Fabuła Buntu na Bounty skupia się na relacjach panujących na pokładzie statku, z naciskiem na narastający konflikt pomiędzy kapitanem Williamem Blighem, a jego pierwszym oficerem Fletcherem Christianem. Bligh jest zwolennikiem surowej dyscypliny i karania marynarzy za najmniejsze przewinienia, w dodatku okazuje się także malwersantem. Christian to oficer-dżentelmen, któremu zależy na przyzwoitym traktowaniu załogi. Poza nimi ważne role w konflikcie odgrywają przyjaciel Christiana, młody chorąży Roger Byam oraz zapijaczony lecz poczciwy lekarz pokładowy Bacchus. Katalizatorem kiełkującego buntu staje się długi postój statku na tropikalnej wyspie Tahiti, której gościnni tubylcy i beztroskie życie stają się zbyt kuszące w porównaniu z drakońską dyscypliną na pokładzie statku.

Opowiedziana w filmie historia buntu jest ciekawa z perspektywy socjologicznej, ponieważ rozgrywa się zarówno na poziomie konfliktu osobowości Bligh-Christian, jak również w ramach dysfunkcji specyficznego systemu społecznego obowiązującego na okręcie. Przepisy brytyjskiej floty dawały kapitanowi statku władzę niemal nieograniczoną. Na pokładzie z zasady panował stan wojenny, czyniący go panem życia i śmierci załogi. Do tego dochodziły podziały klasowe - choć pozornie wszystkim przysługiwały takie same racje żywnościowe, oficerowie cieszący się przychylnością kapitana korzystali z większych wygód i luksusów. Mógł on także karać tych, którzy mu podpadli - od zmniejszenia przydziału jedzenia, poprzez chłostę, aż po przeciągnięcie winowajcy pod kilem statku. Brak jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli przy długich rejsach oceanicznych prowokował nadużycia władzy. Filmowy Bligh jest przykładem patologicznej jednostki, która doprowadza ten surowy system do skrajności.

Konflikt osobowościowy sprowadza się do aktorskiego pojedynku pomiędzy Charlesem Laughtonem a Clarkiem Gable'em. Grający Bligha Laughton ponownie wspina się na wyżyny swego kunsztu, kreując postać ponurego tyrana, który siłą osobowości zamienia statek w swój prywatny folwark. Jego władczy głos, spojrzenie spode łba i niezłomność charakteru sprawiają, że naprawdę można się tego człowieka bać. Gable w roli Christiana jest bardziej ludzki - męski, uśmiechnięty, chętny do pomocy - postanowił pokonać Laughtona urokiem osobistym. Chociaż w konflikcie fabularnym pierwszy oficer zwycięża kapitana, zaryzykowałbym stwierdzenie, że aktorsko wygrywa Laughton (rzekomo mający kompleksy na punkcie urody Gable'a). Trzeci z nominowanych do Oscara aktorów, grający Byama Franchot Tone, tak naprawdę nie odznacza się niczym szczególnym, tworząc postać sympatycznego żółtodzioba.

Obok wspomnianych poważnych tematów Bunt na Bounty oferuje także sporo eskapistycznej rozrywki. Bounty napotyka na morzu wiele przeszkód i przeżywa liczne, ciekawie sfilmowane przygody. Tahiti z jego gościnnymi tubylcami, w tym pięknymi i chętnymi kobietami, robi wrażenie raju na ziemi. A tułaczka Bligha i lojalnych mu ludzi, którzy wsadzeni na szalupę pokonują kilka tysięcy kilometrów po Pacyfiku, to imponujący wyczyn, pozwalający nabrać trochę szacunku dla umiejętności ekranowego tyrana. 

Bunt na Bounty to także nadzwyczajne walory realizacyjne. Na produkcję wydano dwa miliony dolarów, co było wówczas pod względem wysokości drugim w historii budżetem filmu (po Ben-Hurze) . Koszty te obejmowały między innymi podróż ekipy na Tahiti, zdjęcia na pełnym morzu oraz dostosowanie do potrzeb filmu dwóch pełnowymiarowych okrętów, praktycznie z całym zewnętrznym wyposażeniem, olinowaniem i ożaglowaniem. Opłaciło się, gdyż kompozycje wizualne są przebogate i niezwykle realistyczne. Kiedy dodać do tego niesamowite zdjęcia Arthura Edesona, czy to w plenerach (ach ten sztorm, ach to Tahiti), czy na pokładzie (niesamowite kadrowanie władczego Laughtona) wspomagane montażem Margaret Booth, rezultatem było prawdziwe kinematograficzne cacko.

Film Franka Lloyda to wcale nie tak częsty przypadek dzieła, w którym doskonała oprawa wizualna spotyka się z ciekawą, wielowarstwową fabułą. Uczta dla oczu, sporo materiału do przemyślenia, do tego aktorstwo pierwszej klasy. W takich przypadkach nawet pewne zniekształcenie prawdy historycznej znajduje swoje uzasadnienie. Bunt na Bounty otrzymuje ode mnie 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 3 maja 2019

Chronometry - nagrody blogowe (rok 1934)

To był kiepski rok dla kina. Mało odkrywczy, pełen wtórnych pomysłów, odcinania kuponów i artystycznych porażek. Uznane gwiazdy zrobiły sobie przerwę albo zaliczyły słabsze filmy. Hollywood zakończyło okres względnej swobody twórczej, wprowadzając Kodeks Haysa - narzędzie autocenzury. W ten sposób w kinie amerykańskim zapanowały sztywne reguły. Dobro (określone zgodnie z wizją twórców Kodeksu) miało zawsze triumfować, a zło ponosić karę. Koniec z nagością i zmysłowością na ekranie, żadnych związków międzyrasowych, żadnego homoseksualizmu, krytyki religii, nadmiernej przemocy. Kodeks zaczął obowiązywać mniej więcej od połowy roku i, co nie dziwi, większość filmów obecnych w dzisiejszym zestawieniu pochodzi z okresu sprzed jego wprowadzenia. Później twórcy znaleźli się w nowym świecie i potrzebowali czasu, żeby się w nim odnaleźć. W filmie europejskim nie działo się zbyt wiele. Artystyczne kino niemieckie zakończyło się na dobre. Kilka interesujących filmów wyprodukowali Francuzi i Anglicy. Pojawił się także rodzynek w postaci jednego z pierwszych filmów chińskich, bardzo zresztą dobrego. Wszystko wskazuje na to, że w historii kina rozpoczął się okres twórczej stagnacji.

Wśród twórców nastąpiła stabilizacja. Warto zwrócić uwagę na rozwój kariery genialnego scenografa Hansa Dreiera, który w dwóch filmach historycznych udowodnił swoją nieprawdopodobną pomysłowość. Bardzo pracowity rok zaliczyła aktorka Claudette Colbert z trzema wyróżniającymi się (nie zawsze na plus) rolami. Jaśniej zabłysła także gwiazda dowcipnej Myrny Loy. Jeśli chodzi o mężczyzn, był to dobry czas dla aktorów charakterystycznych. Lorre, Arliss, Beery i nade wszystko Laughton odnotowali godne uwagi występy. Spośród amantów na czoło wysunęli się William Powell i Clark Gable, obaj wąsaci, smukli i pozytywnie nastawieni do świata. W gronie reżyserów wysoką formę potwierdził Frank Capra, nie spuścił także z tonu Fritz Lang, który kontynuował karierę poza granicami swojej nieszczęsnej ojczyzny. W Anglii Alfred Hitchcock działał na poletku kina akcji, na razie rozwijając warsztat.

Średnia ocen na blogu osiągnęła kiepską wartość 7,23, co i tak nie oddaje frustracji, jaką wzbudziło we mnie wiele spośród oglądanych filmów. Kilkakrotnie zrezygnowałem z pisania recenzji, nie odnalazłszy w danym dziele niczego, o czym warto byłoby wspominać. Nie wróży to dobrze na przyszłość, ale zobaczymy. Oscarowe wybory Akademii Filmowej tym razem bardziej odpowiadały moim gustom. Duża część wyróżnionych filmów rzeczywiście należała do najlepszych. Chociaż dziwi pominięcie w nominacjach chociażby takiej Imperatorowej. Przejdźmy do nagród.

Najlepsza muzyka

Nominowani:
W. Franke Harling i John Leipold - Imperatorowa - za osobliwą oprawę dźwiękową do surrealistycznego filmu.
Rudolph G. Kopp - Kleopatra - za muzykę znakomicie dopasowaną do podniosłej narracji.
Heinz Erik Roemheld - Czarny kot - za monumentalną oprawę dla pojedynku mistrzów horroru.
Max Steiner - Wesoła rozwódka - za jazzujące rytmy pozwalające oderwać się od rzeczywistości.
Herbert Stolhart - Viva Villa! - za wojenne pieśni rewolucjonistów na czele z La Cucaracha.

Wyróżnione nazwiska to raczej aranżerzy niż kompozytorzy oryginalnej muzyki filmowej. Najchętniej przy tworzeniu oprawy dźwiękowej do filmów sięgano do repertuaru klasycznego. Były także wyjątki, zresztą wyróżniające się na plus. Herbert Stolhart stworzył muzykę do Viva Villa!, korzystając z meksykańskich pieśni ludowych i osiągnął bardzo oryginalny efekt. Zwycięzca tej kategorii, Max Steiner skorzystał w Wesołej rozwódce z dobrodziejstw jazzu, nadając filmowi dynamiczną, porywającą wręcz oprawę. 

Najlepsza kinematografia
(kategoria obejmuje zdjęcia, montaż i efekty specjalne)

Nominowani:
Bert Glennon - Imperatorowa - za mroczne sportretowanie Rosji i carskiego dworu.
Borys Kaufman - Atalanta - za podwodny balet  i wysmakowane obrazy rzecznej siermiężności.
Rudolph Mate - Liliom - za impresjonistyczne wizje "karuzeli życia".
John J. Mescall - Czarny kot - za stworzenie klaustrofobicznej atmosfery dzięki grze światłem i ustawieniami kamery.
Victor Milner i Anne Bauchens - Kleopatra - za gustowną kompozycję kadrów i pomysłowy montaż scen bitewnych.
Harold Rosson i William Hornbeck - Szkarłatny kwiat - za wszędobylskość i ekscytujący montaż równoległy.

W kategorii zdjęciowej wystąpiło bogactwo wyboru, w dodatku o dużej różnorodności. Doceniłem zarówno ciekawe, inspirowane kinem niemieckim wykorzystanie oświetlenia (Glennon w Imperatorowej i Mescall w Czarnym kocie), jak i pełne przepychu kompozycje zdjęciowe Kleopatry. Wielki powrót zaliczył francuski impresjonizm zaadaptowany przez Fritza Langa i Rudolpha Mate w Liliomie. Również Borys Kaufman skorzystał w Atalancie z technik impresjonistycznych, demonstrując wszechstronność tego kierunku i jego potencjał do wydobywania piękna z codzienności.

Najlepsza scenografia
(kategoria obejmuje również kostiumy)

Nominowani:
John Armstrong - Szkarłatny kwiat - za XVIII-wieczną rewię mody na ekranie.
Andre Daven - Liliom - za dowcipne ukazanie zaświatów.
Hans Dreier - Imperatorowa - za stworzenie na potrzeby filmu zupełnie nowego stylu sztuki.
Hans Dreier i Travis Banton - Kleopatra - za stylowe dekoracje imitujące starożytny Rzym i Aleksandrię.
Charles D. Hall - Czarny kot - za pomysłową konstrukcję rezydencji Poelziga.

Wśród scenografów wyróżniłem autorów kilku pomniejszych pomysłów, jak kostiumy w Szkarłatnym kwiecie czy wnętrza stworzone na potrzeby Czarnego kota. Przede wszystkim jednak zaznaczyła się kreatywna dominacja Hansa Dreiera. Przygotowane wspólnie z Travisem Bantonem dekoracje do Kleopatry to specyficzna fuzja architektury starożytnej ze współczesnym stylem art deco. Jeszcze dalej poszedł Dreier w Imperatorowej, tworząc całkowicie nowy, niesamowity styl wykorzystujący surrealistyczne skojarzenia i fantazje. Osiągnięcie godne zwycięstwa w kategorii scenografów.

Najlepszy scenariusz

Nominowani:
Arthur Caesar - Wielki gracz - za wyraziste zarysowanie protagonistów prostej opowieści.
Albert Hackett i Frances Goodrich - W pogoni za cieniem - za ostre jak brzytwa dialogi i skomplikowaną lecz czytelną intrygę.
Nunnally Johnson - Rodzina Rotszyldów - za ciekawą wizję XIX-wiecznego świata polityki i finansów.
Robert Riskin - Ich noce - za nieskomplikowaną romantyczną opowieść pozbawioną słabych punktów.

Dość ubogi wachlarz nominacji scenariuszowych ujawnia niedostatki fabularne Hollywoodu. Wyróżnione filmy również nie powalają pod tym względem na kolana, chociaż wybijają się ponad przeciętność. Nunnally Johnson zaprezentował świeże spojrzenie na dzieje żydowskiego klanu bankierów. Robert Riskin wypracował podwaliny gatunku komedii romantycznej. Arthur Caesar nakreślił ciekawe sylwetki konkurujących ze sobą protagonistów w gangsterskim Wielkim graczu. Srebrny Chronometr otrzymują Albert Hackett i Frances Goodrich za scenariusz do W pogoni za cieniem. Ta wyjątkowo zgrabna opowieść łączy soczyste dialogi z wciągającą i spójną zagadką detektywistyczną, stanowiąc prawdziwy cymes w historii kina kryminalnego.

Najlepsza aktorka drugoplanowa

Nominowane:
Louise Beavers - Imitacja życia - za nadanie wiarygodności upokarzającej i przerysowanej postaci.
Louise Dresser - Imperatorowa - za skomplikowany portret cesarzowej władającej przy pomocy swej kobiecości.

Wśród aktorek drugoplanowych wystąpiła prawdziwa posucha. Nawet dwie nominowane panie są w tej kategorii obecne dość umownie, bo można by dyskutować, czy ich role były rzeczywiście drugoplanowe. Ale kogoś trzeba było wyróżnić. Czarnoskóra Louise Beavers to jedyny jasny [sic!] punkt nękanego rasistowskimi stereotypami filmu Imitacja życia. Aktorka włożyła dużo serca w rolę, która w założeniu miała być ugrzeczniona i potulna. Zwycięża natomiast Louise Dresser, filmowa caryca Elżbieta, która potrafiła poskromić na ekranie samą Marlenę Dietrich.

Najlepszy aktor drugoplanowy

Nominowani:
Pierre Alcover - Liliom - za rolę paskudnego prowodyra doskonale czującego się za plecami innych.
Sam Jaffe - Imperatorowa - za ekscentryczną rolę księcia-idioty.
Charles Laughton - Barretowie z ulicy Wimpole - za przytłaczającą kreację człowieka o zniszczonym wnętrzu.
Peter Lorre - Człowiek, który wiedział za dużo - za barwną postać przywódcy szajki terrorystów.
C. Aubrey Smith - Rodzina Rotszyldów - za połączenie swojskości i przebiegłości w roli Wellingtona.

Jakoś tak wyszło, że większość nominacji w tej kategorii to role złoczyńców. Wyjątkiem jest C. Aubrey Smith, który popisowo wcielił się w księcia Wellingtona w Rodzinie Rotszyldów. Poza nim mamy nieco karykaturalnego terrorystę Petera Lorre, Sama Jaffe jako złowieszczego szaleńca Piotra III i Pierre Alcovera w roli złego ducha czyhającego za plecami głównego bohatera Lilioma. Srebrny Chronometr otrzymuje bez najmniejszych wątpliwości Charles Laughton, który był bezkonkurencyjny jako nękany wewnętrznymi demonami ojciec-tyran w Barretach z ulicy Wimpole.

Najlepsza aktorka

Nominowane:
Claudette Colbert - Ich noce - za wdzięczną rolę rozpieszczonej dziewczyny z potencjałem.
Ruan Lingyu - Bogini - za jedyny w swoim rodzaju portret heroicznej matki.

Myrna Loy - W pogoni za cieniem - za naturalność i rzadko spotykany talent komediowy.
Norma Shearer - Barretowie z ulicy Wimpole - za nieśmiały ale stanowczy optymizm tchnięty w słabą fizycznie postać.

Wśród głównych ról żeńskich także nie było wielkiego wyboru. Nawet Marlene Dietrich wyciszyła się, przytłoczona monumentalną scenografią Imperatorowej. Mamy za to mile widziany akcent azjatycki w postaci Ruan Lingyu. Talentem komediowym i spontanicznością zaimponowała Myrna Loy jako żeńska połówka duetu detektywów-amatorów. Srebrny Chronometr trafia do Claudette Colbert za rolę w Ich nocach. Tak się zdarzyło, że tym razem przeważył wdzięk osobisty aktorki, najlepiej widoczny w legendarnej scenie łapania stopa na zgrabną nóżkę.


Najlepszy aktor

Nominowani:
George Arliss - Rodzina Rotszyldów - za dwa oryginalne portrety żydowskich finansistów w jednym filmie.
Wallace Beery - Viva Villa! - za tragikomiczną rolę bohatera-bandyty.
Charles Boyer - Liliom - za przemyślaną kreację człowieka miłującego wolność w dobrym i złym tego słowa znaczeniu.
Clark Gable - Ich noce - za nieodparty urok osobisty i romantyczny dryg.
Adolphe Menjou - Mała panna Marker - za niezwykłą delikatność w roli opryszka o złotym sercu.
William Powell - W pogoni za cieniem - za mieszankę nonszalancji i błyskotliwości w odpowiednich proporcjach.

W tej kategorii wybór był duży i każda z nominacji to wyrazista, ciekawa rola. W przypadku George'a Arlissa nawet dwie role. Wallace Beery zaprezentował swój talent tragikomiczny, a William Powell - komiczny. Adolphe Menjou wzruszał, ujawniając skrywane pokłady dobroci. Charles Boyer dobitnie pokazał, że aktorstwo nie kończy się na deklamacji tekstu. Zwycięzcą zostaje Clark Gable, który do Ich nocy wniósł niezwykłą charyzmę i sprawne chrupanie marchewki.


Najlepszy reżyser

Nominowani:
Frank Capra - Ich noce - za kapitalne pomysły aranżacyjne.
Fritz Lang - Liliom - za ciekawy alegoryczny eksperyment stworzony z nienagannym profesjonalizmem.
W.S. Van Dyke - W pogoni za cieniem - za przemyślany minimalizm reżyserski.

Obniżka jakości filmów była związany z obniżką formy reżyserów. Wyróżniłem tylko trzech z nich. Fritz Lang to już weteran tego rankingu. W Liliomie znów pokazał coś nowego i oryginalnego, sięgając po estetykę impresjonistyczną. W.S. Van Dyke to przykład reżysera, który ucieka od drobiazgowości i stawia na potencjał swojej ekipy. Tym razem dało to znakomite efekty. Srebrny Chronometr zgarnia Frank Capra. W Ich nocach udowodnił, że potrafi podnieść ckliwość i romantyzm na wyższy poziom, umieszczając w filmie masę urzekających scen.

Najlepszy film

Nominowani:
Ich noce - za położenie solidnego fundamentu pod komedie romantyczne.
Imperatorowa - za niepowtarzalny portret Rosji "w oczach Zachodu".
W pogoni za cieniem - za wyrafinowaną rozrywkę od pierwszej do ostatniej minuty.

Tylko trzy filmy z roku 1934 otrzymały ode mnie ocenę wyższą od ósemki. Ich noce pozostają najbardziej znanym z nich, Imperatorowa jest natomiast najbardziej wysmakowana artystycznie. Jeżeli chodzi o czystą przyjemność z oglądania, W pogoni za cieniem wyprzedza obydwa, zapewniając ciekawą intrygę, świetnych bohaterów i niepowtarzalny, ironiczny klimat.

czwartek, 2 maja 2019

Szalona miłość/Mad Love (1935)

Film o żądzach skrytych w podświadomości

Reżyseria: Karl Freund
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 7 min.

Występują: Peter Lorre, Frances Drake, Colin Clive, Ted Healy, Sara Haden, Edward Brophy

W latach rozkwitu niemieckiego ekspresjonizmu Robert Wiene nakręcił Ręce Orlaka, horror o pianiście, któremu przeszczepiono dłonie mordercy. Był to film niezły, chociaż poturbowany niezgrabnościami fabuły. Dziesięć lat później inną wersję historii Orlaka przygotowała hollywoodzka wytwórnia MGM. W filmie, któremu nadano tytuł Szalona miłość, również maczali palce Niemcy. Byli to reżyser Karl Freund, dawny współpracownik Fritza Langa, oraz aktor Peter Lorre, dla którego był to pierwszy występ w filmie amerykańskim. Jako współodpowiedzialny za zdjęcia pojawił się Gregg Toland, wschodzący talent, który niebawem miał zacząć zadziwiać widzów swoją kreatywnością. Póki co obyło się bez fajerwerków. Szalona miłość ma profesjonalne, mroczne zdjęcia, ale nie pretendują one do wybitności.

Podobnie jak wersja niemiecka, film opowiada o tragedii małżeństwa Orlaków. Wskutek wypadku kolejowego pianista Stephen Orlak traci dłonie. Dzięki interwencji genialnego transplantologa otrzymuje nowe, pobrane od straconego na gilotynie mordercy. Stephen jest jednak postacią drugoplanową. Główna rozgrywka toczy się między jego żoną Yvonne a doktorem Gogolem, genialnym chirurgiem, który jest wykonawcą przeszczepu. Yvonne to znana aktorka, w której Gogol się zakochuje, chociaż sama nie jest jednak zainteresowana jego awansami. Chirurg, nękany chorobliwą zazdrością i kompleksami, postanawia podstępem wkraść się w łaski kobiety. Wypadek jej męża daje mu do tego znakomitą okazję.

Rozłożenie akcentów scenariusza bardziej po stronie dziwacznego naukowca niż nękanego przez "demoniczne" dłonie pianisty to bezpośredni rezultat zaangażowania do roli Gogola Petera Lorre. Freund był świadomy, że ma do dyspozycji aktora charakterystycznego o nieprawdopodobnym potencjale i postanowił to wykorzystać. W rezultacie przyprawiający o gęsią skórkę Gogol stał się głównym bohaterem filmu. Jest to człowiek od samego początku zwichrowany. Z ciekawości uczestniczy w egzekucjach przestępców, a żeby mieć blisko siebie pożądaną Yvonne, kupuje woskową figurę kobiety, którą ustawia w swoim gabinecie. Kiedy jego próby zwrócenia na siebie uwagi Yvonne zawodzą, staje się coraz bardziej nieobliczalny i niebezpieczny. Lorre obficie korzysta ze swojej nieprawdopodobnej mimiki, strasząc widzów wyłupiastymi oczami i groźnym spojrzeniem. Colin Clive jako Stephen Orlak wyraźnie pozostaje w jego cieniu. Ma kilka ciekawych scen, ale aktorsko jest przy Lorrem pozbawiony wyrazu. Także grająca Yvonne Frances Drake, choć stara się jak może, nie potrafi wyzwolić się z dominacji niemieckiego asa.

Szalona miłość cechuje się mroczną, makabryczną atmosferą. Emanuje ona nie tylko ze złowieszczych wydarzeń na ekranie, ale także ze specyficznego stylu prowadzenia kamery. Obiektyw zdaje się zaglądać w najintymniejsze zakamarki duszy bohaterów, niby ukradkiem spoglądając na nich w momentach słabości. Dobrym przykładem będzie pełna suspensu scena, w której Gogol przygotowuje się do operacji małej dziewczynki, jednocześnie przeżywając w myślach odrzucenie przez Yvonne. Chwiejne, ospałe ruchy obiektywu zdają się naśladować jego ponury nastrój. Innym obiektem zainteresowania kamery są dłonie bohaterów (Gogola i Orlaka), które odgrywają niemalże rolę fetyszy. Nierzadko na nich skupione jest centrum uwagi, pozwalając na zaobserwowanie indywidualnego charakteru dłoni geniusza muzyki, chirurga czy też mordercy specjalizującego się w miotaniu nożami. Podobny zabieg zastosowano w Rękach Orlaka i również tam był on całkiem efektywny.

Z oceną Szalonej miłości mam pewien problem. Jest to film sprawnie nakręcony, pełen ciekawych pomysłów i z popisową rolą Lorrego. A jednak czegoś mi zabrakło. Chyba gwiazdor grający Gogola nieco przeszarżował. Dobre horrory potrafią obudzić w widzach ich własne lęki. Tymczasem Gogol jest tak ekscentryczny i nieludzki, że trudno się w jakikolwiek sposób identyfikować z jego chorymi popędami. To jest absolutny margines człowieczeństwa, a nie diabeł czający się na co dzień wewnątrz nas. Mimo, że twórcy próbowali sugerować, że jest inaczej, przedobrzyli. Dlatego Szalona miłość otrzymuje ode mnie 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 1 maja 2019

Agenci policji śledczej/G Men (1935)

Film o dobrych policjantach i złych gangsterach

Reżyseria: William Keighley
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 26 min.

Występują: James Cagney, Robert Armstrong, Margaret Lindsay, Ann Dvorak, Barton MacLane, Lloyd Nolan

W reakcji na falę filmów gangsterskich, która zalała kina amerykańskie na początku lat trzydziestych, co najmniej kilka tęgich głów zauważyło potrzebę stworzenia dla nich jakiejś przeciwwagi. Co prawda kino gangsterskie dokonywało jednoznacznej oceny moralnej swoich protagonistów, ale nie sposób zaprzeczyć, że zanim nadchodził żałosny koniec, życie filmowego przestępcy miewało swoje uroki. Problematyczne było już samo osadzenie w centrum akcji kryminalistów, szczególnie że grali ich tak charyzmatyczni aktorzy jak Robinson, Muni czy Cagney. Odpowiedzią wytwórni Warner Bros na te kontrowersje miał być film Agenci policji śledczej, czyniący głównym bohaterem młodego rekruta federalnej policji, który staje do bohaterskiej walki z gangsterami. Lokomotywą filmu stał się James Cagney, wcześniej znany z roli kryminalisty we Wrogu publicznym nr 1. Tym razem niespożyta energia tego niewielkiego wzrostem aktora miała służyć sprawie dobra.

Cagney wciela się w młodego prawnika Jamesa "Bricka" Davisa, który po długich wahaniach decyduje się na wstąpienie do federalnej policji. Nie jest to dla niego łatwa decyzja. Choć sam jest krystalicznie uczciwy, jego prawniczą edukację opłacał zaprzyjaźniony gangster. W Waszyngtonie Brick przechodzi szkołę życia. Nadzorujący go instruktor Jeff McCord nie przepada za prawnikami i znajduje przyjemność w utrudnianiu życia pewnemu siebie rekrutowi. Brick szybko udowadnia swoją wartość, identyfikując po drobnym szczególe sprawcę brutalnego morderstwa. Prawdziwa próba czeka go jednak, kiedy będzie zmuszony stanąć przeciwko swoim znajomym z czasów młodości.

Pomysł na Agentów policji śledczej był niezły. W scenariuszu przemycono ciekawe smaczki z początków FBI - funkcjonariusze nie mogą nosić broni, ani ścigać podejrzanego poza stan, w którym popełniono przestępstwo. Dopiero fala zbrodni gangów skłania Kongres do przyznania praktycznie bezbronnym agentom większych uprawnień. Bohater Cagneya przedstawiony został jako człowiek stojący w rozkroku pomiędzy lojalnością wobec dawnych znajomych, a zobowiązaniami związanymi ze służbą. To niezła rola, dynamiczna i niepozbawiona akcentów komediowych. Brick jest twardzielem, który nie daje sobie w kaszę dmuchać, ale ma także swoje słabości. Jeden ze sparingpartnerów na siłowni zamiata nim podłogę, a przełożeni pokazują mu jego miejsce, kiedy zbyt ochoczo pragnie nadawać ton śledztwu. Niestety gwieździe filmu nie dorównuje aktorskim kunsztem Robert Armstrong grający wrednego instruktora. Jego rola jest niezgrabna i momentami (przede wszystkim z uwagi na nieprzyjemny śmiech) irytująca. Z zalet filmu wymienię jeszcze dobre zdjęcia Sola Polito, który wzorowo wykorzystuje oświetlenie, tworząc mroczne kompozycje podobne do tych z Człowieka z blizną. Niestety zdjęciom nie dorównuje nieudolny montaż. W rezultacie ze scen strzelanin wieje monotonią, w dodatku często trudno rozgryźć, kto jest kim i co się dokładnie dzieje.

Największym problemem Agentów policji śledczej jest niedopracowany scenariusz. Autorzy próbowali upchnąć zbyt wiele materiału w niespełna półtoragodzinnym filmie. W rezultacie żaden z wątków nie doczekuje się satysfakcjonującego rozwiązania. Motyw rozdarcia głównego bohatera pomiędzy dwoma światami ostatecznie nie prowadzi do żadnego dramatycznego wyboru. Przełożeni po odkryciu jego przeszłości ostrzegają, że będą mu patrzeć na ręce i na tym koniec. Z kolei gangsterski mentor nie ma do niego żadnych pretensji, kiedy James dobiera mu się do skóry. W końcu sam go namawiał do wstąpienia do policji. Okeeeej. Bardzo zaniedbano także wątki obu bohaterek żeńskich - dawnej dziewczyny Bricka, która została żoną gangstera oraz nowej sympatii, będącej siostrą jego instruktora. Panie pojawiają się w kluczowych scenach, ale obie są tam jakby od niechcenia, mało wyraziste i zepchnięte na ubocze.

Każdy element fabuły Agentów razi schematyzmem. Reżyserowi nie udało się zmienić tej historii w pełnokrwistą opowieść. Poszczególne postacie realizują po prostu swoje scenariuszowe funkcje, ginąc lub usuwając się na bok w momencie, kiedy przestają być potrzebne. W dodatku bije od nich sztampą. Oglądając ten film ani przez chwilę nie poczułem emocji, nie martwiłem się losem żadnego z bohaterów, nie poczułem do nikogo szczególnej sympatii bądź niechęci. Zbyt sztuczne i wyrachowane to wszystko. Szkoda. Agenci policji śledczej otrzymują ode mnie 5 gwiazdek.
źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 30 kwietnia 2019

Poszukiwaczki złota 1935/Gold Diggers of 1935 (1935)

Film o skąpych bogaczach i chciwych biedakach

Reżyseria: Busby Berkeley
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 34 min.

Występują: Dick Powell, Adolphe Menjou, Gloria Stuart, Alice Brady, Hugh Herbert, Glenda Farrell

Wbrew tytułowi Poszukiwaczki złota 1935 nie są bezpośrednią kontynuacją Poszukiwaczek złota 1933. To część cyklu bardzo luźno powiązanych tematycznie komedii muzycznych wyprodukowanych w wytwórni Warner Bros. Łączącym je motywem są postacie kobiet, które upatrują lepszej przyszłości w rozkochaniu w sobie bogatych mężczyzn. No i do obu filmów (tak jak do wszystkich musicali Warnerów w tamtym okresie) choreografię przygotował legendarny Busby Berkeley. W Poszukiwaczkach złota 1935 ów choreograf po raz pierwszy otrzymał zadanie wyreżyserowania całości filmu. Biorąc pod uwagę, że fabuła była zazwyczaj najsłabszym punktem musicali, decyzja wytwórni wydaje się racjonalna. Po co płacić dwóm reżyserom, skoro ważne i atrakcyjne jest głównie to, co tworzył Berkeley. Jeśli takie były motywy, Poszukiwaczki potwierdzają ich słuszność. Część fabularna filmu została zrealizowana całkiem zgrabnie. Na pewno nie można mówić o obniżeniu poziomu w stosunku do poprzednich Poszukiwaczek czy Kobitek.

Akcja filmu toczy się w nowo otwartym luksusowym hotelu. Właśnie wprowadziła się do niego pani Prentiss, wdowa-milionerka z dwójką dorosłych dzieci. Licząca każdego centa kobieta krótko trzyma swe potomstwo, co wywołuje sprzeciw zwłaszcza córki Ann. Dziewczyna, zaręczona z nudnym milionerem w średnim wieku, pragnie przed zbliżającym się ślubem zakosztować nieco życia. Matka niechętnie wyraża zgodę, aby Ann rozerwała się trochę pod nadzorem zatrudnionego do tego celu recepcjonisty hotelowego, Dicka. Szybko się jednak okazuje, że wynajęty strażnik, zamiast pilnować cnoty dziewczyny, sam zaczyna czuć do niej miętę.

Poszukiwaczki złota 1935 obdarzają ironicznym spojrzeniem amerykański materializm. Na ekranie ma miejsce konfrontacja bogatych hotelowych gości z biedującym, żyjącym z napiwków personelem. Bogacze ukazani są w karykaturalnym świetle, jako dusigrosze oszczędzający na każdym wydatku. Obracająca milionami pani Prentiss skąpi córce pieniędzy nawet na porządne ubrania i nieustannie przelicza potencjalne zyski z dywidend. Z drugiej strony klasa niższa prezentuje się jako banda cwaniaków dybiąca na pieniądze hotelowych gości. Mamy tu między innymi hotelową maszynistkę, która podstępem skłania swego pracodawcę do oświadczyn albo reżysera teatralnego, który zawyża koszty spektaklu, żeby skasować od sponsorów swój procent ogólnej sumy kosztów. Jedynymi postaciami wolnymi od przywary zachłanności są główni bohaterowie - Dick i Ann - którzy ignorują dzielące ich różnice klasowe, po prostu pragnąc szczęścia. 

Spośród występujących w filmie aktorów wyróżnić trzeba Adolphe'a Menjou, który wcielił się w postać reżysera-oszusta. Menjou na zawołanie symuluje oburzenie i umiejętnie sprzedaje naiwniakom swoje bajeczki. Ma jednak także zalety - jest prawdziwie oddany pracy artystycznej, co widać zwłaszcza w scenie, w której z rozwianym włosiem i w rozchełstanej koszuli ćwiczy z tancerkami "taniec z tasakiem". W skład obsady wszedł także stały bywalec warnerowskich musicali Dick Powell, który tradycyjnie gra czarującego młodego mężczyznę. Jak zawsze robi to poprawnie, ale też nie ma się czym zachwycać. Jest jeszcze Hugh Herbert w zabawnej roli milionera piszącego wielotomowe dzieło o historii tabaki. Z żeńskiej części obsady wyróżniłbym Alice Brady udatnie portretującą chorobliwie skąpą panią Prentiss.

Taneczna część filmu zawiera sceny nad wyraz pomysłowe. Zachwycający jest utwór z udziałem kilkudziesięciu białych fortepianów, które, przesuwane przez ukrytych pod nimi tancerzy, tańczą prawdziwy balet. Jest też dziwaczny numer końcowy, podobno należący do ulubionych samego Berkeleya. Opowiada o kobiecie, która w dzień śpi, a w nocy włóczy się z kochankiem po knajpach. Jest tu sporo wyrazistego stepowania i bardzo dziwne zakończenie w postaci nieszczęśliwego wypadku. Osobiście ten numer niezbyt przypadł mi do gustu.

Reżyserski debiut Busby'ego Berkeleya okazał się niezobowiązującą komedią z kilkoma trafnymi żartami i godnymi uwagi numerami muzycznymi. Nie ma tu niczego nowego, ani, poza baletem fortepianów, niczego zachwycającego. Film utrzymuje się w standardowym poziomie musicali Warner Bros. Ponieważ jest to już któreś z kolei odcięcie kuponów od wypróbowanej formuły, nie mogę przyznać więcej niż 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com