niedziela, 16 września 2018

Kobieta na Księżycu/Frau am Mond (1929)

Film o podróży na Księżyc

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 2h 50 min.

Występują: Willy Fritsch, Gustav von Waggenheim, Gerda Maurus, Fritz Rasp, Klaus Pohl, Gustl Gstettenbaur

Każdy film Fritza Langa wzbudza we mnie duże nadzieje. Fantastyczna kreatywność tego reżysera, wspomaganego przez żonę i stałą scenarzystkę Theę von Harbou, przyniosła już wiele niezapomnianych dzieł, dalece wyprzedzających swoje czasy. Kobieta na Księżycu to druga po Metropolis przygoda Langa z science-fiction, bardziej niż tamten film skupiona na naukowej stronie gatunku. Tak jak wskazuje tytuł, film opowiada o załogowym locie na Księżyc, przedsięwzięciu które w roku 1929 zaprzątało głównie umysły marzycieli. Głównie, ale nie tylko. Jako konsultanci naukowi zostali do Kobiety na Księżycu zaangażowani niemieccy naukowcy. Dzięki nim udało się umieścić w filmie sporo technicznych szczegółów zgodnych z ówczesnym stanem wiedzy na temat wymagań i warunków lotów kosmicznych. Skonfrontowanie ich z tym, co wiemy dzisiaj, było nader ciekawym doświadczeniem.

Kobieta na Księżycu jest połączeniem filmu sci-fi, thrillera szpiegowskiego i melodramatu. Centralną postacią fabuły jest niejaki Wolf Helius, wizjoner i przemysłowiec, którego firma w sekrecie pracuje nad przygotowaniami do podróży kosmicznej. Najważniejszymi współpracownikami Heliusa są inżynierowie Hans Windegger i Friede Velten. Prywatnie Hans i Friede właśnie planują przyjęcie zaręczynowe (ku zgryzocie sekretnie zakochanego w Friede Heliusa). Wolf angażuje też do przedsięwzięcia profesora Georga Manfeldta, ekscentrycznego naukowca, który utrzymuje, że na Księżycu znajdują się obfite pokłady złota. Przyszli kosmonauci niemal od razu padają obiektem szantażu wpływowego syndykatu reprezentowanego przez demonicznego Waltera Turnera. Stojący za nim najbogatsi ludzie świata nie chcą dopuścić, żeby potencjalne źródło cennego kruszcu wpadło w niepowołane ręce. Dlatego pod groźbą sabotażu całego przedsięwzięcia Turner zostaje włączony do załogi, żeby mieć wszystko na oku. W końcu ekipa wyrusza na Księżyc, zabierając jeszcze pasażera na gapę - Gustava, nieletniego miłośnika pulpowych magazynów i astronautyki. Ekspedycja staje nie tylko przed wyzwaniem związanym z trudami i niebezpieczeństwami podróży kosmicznej. Głównym problemem stają się konflikty między członkami załogi, które mogą doprowadzić do opłakanych konsekwencji.

Największym atutem Kobiety na Księżycu są elementy związane z nauką. Na potrzeby filmu przygotowano imponującą scenografię, poczynając od realistycznych schematów i rekwizytów astronomicznych, poprzez imponujący z zewnątrz i wewnątrz model rakiety kosmicznej, aż po różnorodne krajobrazy na powierzchni Księżyca. Lang dołożył dużych starań, żeby wszystko było zgodne z dostępną wiedzą naukową. To fascynujące, jak bardzo wygląd rakiety i kosmodromu przypomina zbudowane kilkadziesiąt lat później wahadłowce kosmiczne. Możemy podziwiać ogromny hangar konstrukcyjny, sekwencję odliczania do startu, przeciążenia grawitacyjne w kabinie, oddzielanie się poszczególnych członów rakiety, stan nieważkości podczas lotu i wreszcie pionowe lądowanie. Co prawda warunki panujące na filmowym Księżycu są dużo bardziej gościnne od rzeczywistych, ale nawet tutaj Thea von Harbou oparła się na jednej z popularnych w latach dwudziestych teorii naukowych przewidujących istnienie księżycowej atmosfery. Rozmach i realizm podróży kosmicznej jest niesamowity. Nic dziwnego, że plakaty z Kobiety na Księżycu zawisły w laboratorium Wernhera von Brauna, a sam film został w hitlerowskich Niemczech zakazany z powodu zbytniego podobieństwa technicznych szczegółów do projektowanych rakiet V-2.

Jeżeli chodzi o wątek szpiegowski, widoczne są duże podobieństwa ze Szpiegami (zresztą główną rolę w obydwu filmach gra Willy Fritsch). Intryga jest wyrafinowana, tajemnicza i trzyma w napięciu, a złowieszczy Turner został świetnie zagrany przez Fritza Raspa. Wątek ten w odpowiednim momencie (startu rakiety) schodzi na drugi plan, oddając pole elementom fantastyczno-naukowym i powraca dopiero w końcówce filmu. Najsłabszym elementem fabuły jest linia romantyczna oparta na trójkącie naukowiec-narzeczona-najlepszy przyjaciel. Tutaj jest dość sztampowo. Żadna z postaci męskich nie została za dobrze rozwinięta charakterologicznie, nie pomaga też przesadzona gra Fritscha i Gustava von Waggenheima. Trochę ratuje ten trójkąt Friede, zwłaszcza dzięki jej roli w zakończeniu filmu.

Kobieta na Księżycu jest filmem futurystycznym nie tylko dla historii kina, ale również w kontekście podboju kosmosu. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej popkulturową astronautyką. Świetna reżyseria Langa, który opowiada historię niekonwencjonalnymi środkami wyrazu (listy, fantastycznie wykorzystane elementy scenografii) czyni go gratką również dla kinomanów. A wciągająca historia sprawia, że jest po prostu znakomitą rozrywką. Oceniam go na 9 gwiazdek. Fritz Lang ponownie stanął na wysokości zadania.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 14 września 2018

Hollywood Revue of 1929 (1929)

Film o ludziach, którzy śpiewają i tańczą

Reżyseria: Charles Reisner
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 57 min.

Występują: Conrad Nagel, Jack Benny, Cliff Edwards

Musicale pojawiły się w Hollywood praktycznie od razu po powstaniu kina dźwiękowego i zdobyły sobie dużą popularność. Swój pierwowzór miały w broadwayowskich spektaklach muzycznych, które miały za sobą dobre kilkadziesiąt lat historii. Dlatego na ekran kinowy musicale trafiły jako gatunek już w pełni rozwinięty, o wypracowanych wzorach, standardach i stereotypach. Możliwości kina miały dla nich charakter uzupełniający. To raczej przed gwiazdami filmu otworzyły się nieznane dotąd możliwości zademonstrowania widzom swego talentu wokalnego i tanecznego. Dobrym tego przykładem jest Hollywood Revue of 1929, jeden z pierwszych kinowych musicali stworzony przez wytwórnię Metro-Goldwyn-Mayer.

Jak nazwa wskazuje, Hollywood Revue of 1929 jest rewią - przedstawieniem złożonym z różnorodnych scenek muzycznych przeplatanych występami konferansjerów. Nie posiada żadnej fabuły łączącej kolejne występy w całość, zachowuje natomiast pewną jedność stylistyczną. W filmie występuje cała śmietanka gwiazd MGMu, które z dużą chęcią skorzystały z możliwości zaprezentowania się fanom z odmiennej strony. Również dla mnie było to ciekawe doświadczenie, gdyż wielu z występujących w Rewii artystów znałem z ról w filmach niemych. Hollywood Revue stosunkowo oszczędnie korzysta z czysto kinematograficznych środków wyrazu. Są one obecne przede wszystkim w postaci efektów specjalnych - powiększania i pomniejszania artystów, różnego rodzaju prześwietleń kliszy, montażu. W kilku numerach wykorzystano technologię Technicoloru. Kinematograficznie nie ma w filmie nic szczególnie zachwycającego, ale podobał mi się efekt odbicia w wodach jeziora artystów baletowych wykonujących jedną z piosenek. Na uwagę zasługują za to różnorodne kostiumy i dekoracje. Warto na przykład zwrócić uwagę na efektownie zaprojektowany perłowy balet.

Jeżeli chodzi o treść, są w Rewii numery lepsze i gorsze, żaden jednak nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu. Do najjaśniejszych punktów widowiska należą utwory grane przez Cliffa Edwardsa na ukulele, w tym debiut słynnego Singin' in the Rain (wykonywanego zresztą dwukrotnie). Dowcipną autoparodię piosenkarską śpiewa bliżej mi nieznana Bessie Love. Filigranowa Marion Davies, ubrana w żołnierski mundur, wykonuje w asyście całego pułku dryblasów numer wymagający poważnych zdolności akrobatycznych. Komediowy występ taneczny w swoim niepowtarzalnym stylu prezentuje Buster Keaton ubrany w damskie fatałaszki. Po raz pierwszy na dużym ekranie mamy okazję obejrzeć Stana Laurela i Olivera Hardy'ego, w Polsce znanych jako Flip i Flap. Wcielają się oni w duet nieudacznych komików zaliczających pokraczne wpadki. Są również gwiazdy z pierwszej filmowej ligi - Joan Crawford, John Gilbert i Norma Shearer (ci ostatni jako Romeo i Julia), chociaż ich występy akurat mniej przypały mi do gustu. Całość prowadzona jest przez docinających sobie i będących obiektami rozmaitych żartów konferansjerów Jacka Benny'ego i Conrada Nagela. Ze zdziwieniem stwierdzam, że duża część ich dowcipów zdołała mnie rozbawić.

Hollywood Revue of 1929 spodobał mi się bardziej, niż się tego spodziewałem. Po pierwsze pozwala rzucić okiem na zdolności artystyczne ówczesnej śmietanki Hollywood. Po drugie sam w sobie jest przyjemną rozrywką, bowiem jakość piosenek i scenek komediowych jest dość wysoka. Rezygnacja z formalnej linii fabularnej okazałą się dobrą decyzją zapobiegającą sztuczności materiału. O ile Rewia nie jest dziełem ponadczasowym, pozostaje ciekawym przykładem wczesnego filmowego musicalu i zapewne stała się wzorem dla przyszłych produkcji. Wystawiam jej 7 gwiazdek. Można śmiało poświęcić jeden wieczór na przygodę z tym filmem.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 13 września 2018

Arsenał/Arsienał (1929)

Film o sprawie ukraińskiej

Reżyseria: Oleksandr Dowżenko
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 28 min.

Występują: Siemion Swaszenko, Amwrosij Buczma

Oleksandr Dowżenko to bardzo dziwny twórca. Jego poetyckie, surrealistyczne filmy częściowo należą do nurtu kina propagandowego, ale zdecydowanie wychodzą poza jego ramy. Ponieważ korzystają obficie z ukraińskiego kodu kulturowego, ich odczytanie jest niezwykle trudne bez znajomości kontekstu. Zwenigora traktowała o przeszłości Ukrainy i anachronizmach utrudniających jej postęp cywilizacyjny. Arsenał odnosi się do teraźniejszości. Jako środkowa część "ukraińskiej trylogii" stawia liczne pytania dotyczące tożsamości i programu dla młodego narodu. W celu realizacji swoistego dyskursu przedstawia zmitologizowaną wersję wydarzeń rozgrywających się w Kijowie pod koniec I Wojny Światowej. Tak jak w przypadku poprzedniego dzieła Dowżenki, zrozumienie filmu ułatwił mi esej Raya Uzwyszyna, którego lekturę gorąco polecam (http://rayuzwyshyn.net/dovzhenko/Arsenal.htm).

Arsenał rozgrywa się w okresie decydującym o przyszłości narodu ukraińskiego. Rosja, kolos na glinianych nogach, rozpada się. Ukraińcy, podobnie jak wiele innych nacji wchodzących w skład umierającego imperium, nagle uświadamiają sobie, że nie ciąży już nad nimi carski knut i sami mogą zadecydować o swoim losie. Palącym problemem jest zdecydowanie o swojej tożsamości, ikonach i drodze, którą powinni podążyć. Pierwsze sceny filmu zwracają uwagę na absurd i straszliwe skutki Wielkiej Wojny. Ziejące pustką ukraińskie wsie pełne są umęczonych kobiet i okaleczonych weteranów, którzy powrócili w frontu bez rąk lub nóg. Młodych, zdrowych mężczyzn nigdzie nie widać. Matka, której synów odebrała wojna, zmuszona jest sama obsiewać pole. Na froncie oszalały od gazu bojowego żołnierz na widok szczątków towarzyszy, których rozerwała mina, wybucha obłąkańczym śmiechem. Jego twarz będzie nas prześladować. Tymczasem w Petersburgu car Mikołaj II opisuje swój dzień. "Zabiłem wronę. Pogoda ładna". Powracający do Kijowa zdemobilizowani żołnierze stają przed decyzją, co dalej robić?

Dowżenko ukazuje Ukraińców jako naród rozdarty wewnętrznie. Najlepszą tego metaforą jest wiozący weteranów do domu pociąg, który pędzi bez maszynisty, z uszkodzonymi hamulcami. Podczas gdy niektórzy pasażerowie usiłują zapanować nad maszyną, przepychając się i kłocąc między sobą, inny dziarsko gra na harmonii. Kijów roku 1918 jest miastem rozpolitykowanym, debatującym nad swoim przyszłym losem. Jako dwa najważniejsze stronnictwa Dowżenko wskazuje nacjonalistów pod przywództwem Semena Petlury (kłaniają się popom, czczą Bohdana Chmielnickiego) i komunistów, których reprezentantem staje się młody zdemobilizowany żołnierz Tymosz. Dyskusja o przyszłości narodu przedstawiona jest w krzywym zwierciadle. W nowo utworzonym parlamencie przedstawiciele różnych opcji politycznych pokpiwają i szydzą z siebie nawzajem. Tymosz, młody, piękny mężczyzna szukający w tym wszystkim sensu, nawołuje do połączenia się z rewolucjonistami rosyjskimi. Kiedy nie zostaje wysłuchany, gniewnie opuszcza posiedzenie.

Tymosz jest w pewnym sensie podmiotem lirycznym filmowego poematu - Ukraińcem z krwi i kości i robotnikiem, godnym przedstawicielem tych, którzy pragnęli rozszerzać rewolucję na całą Europę. W związku z niepowodzeniem metod pokojowych staje przed dylematem - czy można zabijać wrogów ludu: burżujów i oficerów? Wzniecone przez pracowników kijowskiego arsenału powstanie odpowiada na to pytanie twierdząco. Wkrótce ulice Kijowa zapełniają się trupami. Według Dowżenki bolszewicy zwyciężą, gdyż w przeciwieństwie do nacjonalistów nie mają skrupułów. Wyraża to wstrząsająca scena, w której sędziwy nacjonalista nie ma odwagi strzelić schwytanemu rewolucjoniście w plecy, ten natomiast odbiera mu pistolet i pociąga za spust, patrząc swemu wrogowi w oczy. Chociaż powstanie komunistów zostaje stłumione, jak pokazuje zakończenie filmu, ukraiński robotnik jest dosłownie niezniszczalny. Oto głos komunisty-artysty w sprawie ukraińskiej. Co prawda z uprzywilejowanej pozycji, gdyż kręcąc film, znał już dalsze losy Ukrainy.

Od strony technicznej Arsenał jest zbiorem oryginalnie zmontowanych scen-symboli. Nie ma tu fabuły sensu stricto, są raczej kolejne wersy poematu, na które składają się poszczególne, nieraz pozornie niezwiązane ze sobą ujęcia. Są rozdziały bardziej liryczne, jak początkowe sceny na froncie, są bardziej prozaiczne, jak debata w Radzie Najwyższej. Prawdziwe postacie (Mikołaj II, Petlura) przewijają się obok bohaterów grupowych (żołnierzy, polityków) i bytów symbolicznych (Tymosz, obłąkany żołnierz, kalecy weterani, groźnie spoglądający z portretu Chmielnicki). Bolszewicka propaganda jest w filmie obecna, ale w formie wysublimowanej. Kontrast pomiędzy bohaterami rewolucji a ich przeciwnikami nie jest tak wyrazisty jak u Eisensteina. Do pewnego momentu można nawet sądzić, że reżyser uznaje racje bolszewików i nacjonalistów za równoprawne. Przeczy temu dopiero końcowa przemiana Tymosza w robotniczego półboga. 

Kino Dowżenki jest specyficzną, silnie hermetyczną niszą, która z pewnością nie każdemu przypadnie o gustu. Osobiście jestem pod dużym wrażeniem pomysłowości i odwagi artysty, który tworzy coś absolutnie jedynego w swoim rodzaju. Jednocześnie, jak na dzieło poetyckie przystało, wymaga od widza znacznego zaangażowania. Bez tego film będzie tylko zlepkiem niezrozumiałych scen z dziwnie zachowującymi się ludźmi. Mimo tego zachęcam i z dużą nadzieją czekam na Ziemię, ostatnią część ukraińskiej trylogii Oleksandra Dowżenki. Arsenał otrzymuje ode mnie 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 12 września 2018

Alibi (1929)

Film o przestępcy z niezłym alibi

Reżyseria: Roland West
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 23 min.

Występują: Chester Morris, Harry Stubbs, Mae Busch, Eleanor Griffith, Regis Toomey, Purnell Pratt

W roku 1929 produkcja filmów dźwiękowych w USA ruszyła pełną parą. Wprawdzie kino nieme nie wydało jeszcze ostatniego tchu, ale metamorfoza Hollywood była nieunikniona. Jakość pierwszych "talkies" była dyskusyjna. Twórcy dopiero uczyli się korzystać z nowych narzędzi. Jednym z pierwiosnków dźwiękowego kryminału jest Alibi - obraz nominowany do Oscara w trzech kategoriach, dziś zaś mocno trącący myszką.

Film jest adaptacją broadwayowskiej sztuki teatralnej noszącej tytuł Nightstick. Teatralne inspiracje są widoczne w budowie scenariusza. Gangster Chick Williams opuszcza więzienie po zakończeniu wyroku i zostaje serdecznie powitany przez swoich przyjaciół. Jest wśród nich Joan Manning, córka policyjnego weterana Pete'a Manninga. Zauroczona Williamsem dziewczyna uważa go za skazanego za niewinność. Nie daje wiary ojcu i jego partnerowi Buckowi Bachmanowi, którzy są przekonani, że Chick szybko wróci na drogę przestępstwa. Policjanci umieszczają w otoczeniu gangstera Danny'ego McGanna, szpicla udającego zapijaczonego gogusia, który ma im donosić o każdym ruchu przestępcy. Wkrótce podczas próby włamania zostaje zastrzelony policjant. Głównym podejrzanym jest Chick Williams, który jednak triumfalnie prezentuje policjantom swoje alibi. Podczas zabójstwa przebywał w teatrze z Joan Manning, która z całym przekonaniem świadczy o jego niewinności.

Alibi jest filmem dosyć problematycznym. Obok ciekawych eksperymentów z kamerą i dźwiękiem mamy do czynienia z drewnianym aktorstwem oraz słabą jakością fonii. Obok mocnych i interesujących scen - rażące naiwnością dziury fabularne. Jest w filmie na co popatrzeć. Korzystając z nowych możliwości, reżyser chętnie umieszcza bohaterów w knajpach, gdzie w tle ich rozmów pląsają kabaretowe artystki. Ruchliwa kamera chętnie podąża za aktorami i przygląda się im z nietypowych ustawień. Ładnie prezentuje się gangsterski apartament na szczycie Brooks Building (to chyba Chicago), ukryty za neonowymi literami. Do dobrze sfilmowanych scen należą - złowrogie przesłuchanie jednego z gangsterów na komisariacie, niefortunny rabunek zakończony śmiercią policjanta czy też końcowa konfrontacja Williamsa z Bachmanem. Podobało mi się przedstawienie gliniarzy jako twardzieli, którzy nie boją się pobrudzić sobie rąk, żeby dopaść swoich przeciwników. Policjanci kina niemego bywali zazwyczaj nijacy albo ugrzecznieni.

Teraz szerzej o minusach. Niska jakość dźwięku to problem, który pewnie będzie zmorą "talkies" jeszcze przez jakiś czas. Zwłaszcza kwestie szepczącego Bachmana i bełkoczącego McGanna są nagrane fatalnie i zrozumienie ich wymaga dużego skupienia. Aktorstwo nie jest najwyższych lotów, a nie pomaga w tym dziurawa fabuła. Córeczka policjanta trzymająca z gangsterskim narzeczonym przeciw apodyktycznemu ojcu to ciekawy pomysł, ale przedstawiono go kiepsko. Joan jest kompletną idiotką. Nie tylko ślepo wierzy w każde słowo Williamsa, ale bezmyślnie wyjawia mu policyjne sekrety. Jej ojciec i jego podwładni okazują się natomiast kompletnymi amatorami, którzy wyjawiają osobie postronnej poufne informacje i spotykają się przy niej z informatorami. Przecież od samego początku wiedzą o jej konszachtach z gangsterem. Sam Chick Williams okazuje się przebiegłym psychopatą i jest chyba najlepiej zagraną postacią w filmie. No, może nie na miarę nominacji do Oscara. Wyróżnia się też Regis Toomey jako szpicel McGann, ale jego bełkotliwy głos trochę mi przeszkadzał. Eleanor Griffith i Purnell Pratt jako skonfliktowani córka i ojciec są natomiast absolutnie drewniani i nieprzekonujący.

Alibi jest przeciętnym filmem kryminalnym z kilkoma jaśniejszymi punktami. W latach dwudziestych mogło robić wrażenie dzięki pewnej innowacyjności. Dzisiaj raczej nie zachwyci już nikogo. Wystawiam mu 5 gwiazdek. Nie bez powodu jest to obraz raczej zapomniany.


źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 11 września 2018

Finis Terrae (1929)

Film o ludziach stawiających czoła naturze

Reżyseria: Jean Epstein
Kraj: Francja
Czas trwania: 1h 21 min.

Występują: Jean-Marie Laot, Ambroise Rouzic

Bezludna wysepka Bannec u wybrzeży Bretonii. Czterech rybaków przybywa tu na coroczny połów wodorostów. Mają być przez trzy miesiące zdani tylko na siebie, a od efektów ich pracy będzie zależeć finansowy dobrostan ich niewielkiego miasteczka. Dwóch rybaków to doświadczeni mężczyźni. Dwaj pozostali - Ambroise i Jean-Marie - są właściwie chłopcami, dla których wyprawa będzie swoistym testem męskości. Już jej początek przebiega niefortunnie. Ambroise przypadkiem tłucze jedyną butelkę wina znajdującą się w zapasach ekspedycji i rani się szkłem w palec. W dodatku Jean-Marie oskarża go o kradzież zgubionego gdzieś noża. Kiedy następnego dnia wszyscy ruszają do pracy, Ambroise ukrywa przed towarzyszami, że rana na rozciętym palcu zaczyna ropieć.

Finis Terrae jest kolejnym z filmowych eksperymentów Jeana Epsteina. Po niezbyt udanej wariacji na temat filmu grozy (Upadek domu Usherów) przyszedł czas na film tak surowy w swym realizmie, że zasługuje na miano paradokumentu. Pojedynek dzielnych rybaków z naturą i słabościami własnego charakteru przypomina klimatem dzieła Ernesta Hemingwaya. Smaczku dodaje wykorzystanie niezawodowych aktorów, którzy na dobrą sprawę grają samych siebie. Film nakręcono na istniejących naprawdę wysepkach Bannec i Ouessant, a obsadę stanowią mieszkańcy położonego na drugiej z nich miasteczka Lampaul.

Tym, co w Finis Terrae najciekawsze, są zdjęcia. Pełna charakterystycznych okrągłych kamieni plaża na Bannec, wypełnione prymitywnymi sprzętami schronienie rybaków, łodzie i oprzyrządowanie do połowu alg, wreszcie sceneria wioski Lampaul. Wszystkie te miejsca wyglądają w obiektywie Epsteina interesująco. Najpiękniejsze są jednak zdjęcia morza. Falujący hipnotycznie Atlantyk kąpany w promieniach słońca. Kamera chętnie na dłużej zawiesza oko na falach, wprowadzając widza w refleksyjny nastrój. Doprawdy widoki są nieprzeciętne.

Poetyckość na dłuższą metę może być jednak problemem. Powiedzieć, że narracja Finis Terrae jest niespieszna, to jakby nic nie powiedzieć. Film momentami ślimaczy się wręcz nieznośnie. Dotyczy to zwłaszcza wplecionych w drugą jego połowę scen z wioski Lampaul, której mieszkańcy zaniepokojeni losem czwórki rybaków próbują zorganizować dla nich pomoc. De facto przez kilkanaście minut oglądamy biegającą po mieście grupę kobiet. Sceny te sprawiały na mnie wrażenie niepotrzebnie doklejonego wypełniacza. Również ujęcia skupiające się na pięknie morza i wyspy Bannec mogą łatwo znużyć co niecierpliwszych. Problem to dość poważny, zwłaszcza dla współczesnego widza przyzwyczajonego do szybkiego tempa filmów. Drugim problemem jest pewna niejasność przekazu. Dopóki film przedstawia przeżycia czwórki zdanych tylko na siebie rybaków, skojarzenia z Hemingwayem są oczywiste. Ciężka praca, pojedynek człowieka z morzem, próba ukrycia przed towarzyszami własnej słabości, wszystko to są fascynujące tematy. Natomiast spieszący rybakom na pomoc mieszkańcy wioski mają chyba tchnąć w fabułę ducha wspólnoty solidarności... Być może o to chodziło, chociaż nie mam pewności. Końcowy przekaz filmu nie jest dla mnie jasny.

Film Epsteina był interesującym przeżyciem, ale odebrałem go pozytywnie głównie dzięki temu, że oczekiwałem czegoś nietypowego. Radzę nie oglądać go bez odpowiedniego nastawienia, gdyż grozi to nieprzyjemnym odczuciem znudzenia. Z uwagi na piękne zdjęcia i autentycznych, głęboko ludzkich bohaterów wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 10 września 2018

Królowa Kelly/Queen Kelly (1929)

Film o deprawacji niewinnych

Reżyseria: Erich von Stroheim
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 40 min.

Występują: Gloria Swanson, Walter Byron, Seena Owen

Wszystkie filmy w reżyserii Ericha von Stroheima napotykały poważne problemy produkcyjne wynikające z trudnej osobowości reżysera. Von Stroheim był perfekcjonistą o specyficznej wizji kina, wyraźnie odstającej od standardów Hollywood. Już w przypadku takich dzieł jak Szalone żony i Chciwość konflikty z producentami były nader poważne, a nożyce wytwórni bezlitośnie okrajały przygotowane przez reżysera wersje pierwotne. Miarka przebrała się podczas kręcenia Królowej Kelly. Konflikt reżysera z gwiazdą filmu Glorią Swanson zakończył się wyrzuceniem go z pracy po zrealizowaniu zdjęć do zaledwie jednej trzeciej scenariusza. Swanson w porozumieniu z wytwórnią United Artists zdecydowała o wypuszczeniu Królowej Kelly w okrojonej postaci, z zakończeniem dokręconym przez Ryszarda Bolesławskiego. W latach 80. firma Kino International pozyskała prawa do całego zachowanego materiału nakręconego przez von Stroheima i stworzyła pewnego rodzaju rekonstrukcję. Film został przedłużony o 30 minut i zbliżony do pierwotnej wizji reżysera. Tę wersję dane mi było obejrzeć.

Królowa Kelly rozgrywa się w fikcyjnym europejskim królestwie rządzonym przez zdegenerowaną królową Reginę. Jest to kobieta nad wyraz próżna, rozkapryszona i znana z napadów szału. Jej narzeczonym jest kapitan królewskiej gwardii, lekkoduch i kobieciarz, książę Wolfram. W przeddzień swego ślubu z królową, Wolfram spotyka Patricię Kelly, uczennicę miejscowej szkoły przyklasztornej. Pocieszny wypadek z opadającymi pantalonami dziewczyny sprawia, że oboje wpadają sobie w oko. W nocy Wolfram wraz z adiutantem organizują dywersję, w wyniku której Kelly zostaje uprowadzona z klasztoru do jego apartamentów. Tam ulega urokom księcia, który zakochuje się w niewinnej ale zadziornej dziewczynie. Romantyczną noc przerywa wtargnięcie zazdrosnej królowej, która nie ma zamiaru puścić tego afrontu płazem.

Królowa Kelly prezentuje typowe dla von Stroheima cyniczne podejście do romantyzmu i satyryczny obraz arystokracji. Reżyser z upodobaniem tytła w błocie wszelkie świętości, co szczególnie widoczne jest w ostatniej, zrekonstruowanej części filmu. Pierwsza godzina mieści się jeszcze w hollywoodzkich kanonach estetyki, przedstawiając podboje miłosne lowelasa Wolframa i wybryki szalonej królowej. Postać Kelly - wychowanki zakonnic sprowadzonej na złą drogę - jest już dość odważna jak na ówczesne standardy. Prawdziwa jazda bez trzymanki zaczyna się w części zrekonstruowanej. Patricia wyrusza do Afryki, zostaje wepchnięta w łapy kalekiego degenerata i kontynuuje upadek na samo dno. Nietrudno zrozumieć, dlaczego Swanson w pewnym momencie zbuntowała się przeciw reżyserowi. Według jej wyjaśnień, bardziej odrażające pomysły von Stroheima nie były jasno ujęte w scenariuszu i wychodziły na jaw dopiero podczas zdjęć. Sądząc po tym, co przetrwało do dzisiejszych czasów, nietrudno w jej słowa uwierzyć. Nie są to oczywiście sceny wstrząsające w sensie wizualnym. Rzecz w tym, że po obejrzeniu końcówki człowiek czuje się brudny.

Trochę o pozytywach. Film cechuje się znakomitą scenografią. Wnętrza pałacu królowej kipią od ekstrawaganckiego przepychu. Komnaty Wolframa pełne są romantycznych gadżetów typowych dla nałogowego kobieciarza. Von Stroheim we współpracy z odpowiedzialnym za scenografię Haroldem Milesem kunsztownie zaaranżowali pompatyczne i pretensjonalne wnętrza, aby później bezlitośnie wykpiwać ich lokatorów. Kolejne sceny to przeważnie interakcje trójki głównych bohaterów wypełnione zjadliwym humorem lub silnymi emocjami. Rozmowy rozwijają się niespiesznie, ale ogląda się je przyjemnie dzięki dużej wiarygodności psychologicznej. Najbardziej jednak zapamiętałem paskudną scenę z końcowej części filmu stanowiącą wiwisekcję ludzkiej deprawacji. Von Stroheim lubił wyciągać na wierzch to, co w ludziach najgorsze. W tym wypadku jednak przesadził, pozostawiając wrażenie absurdu i niesmaku. Jeżeli chodzi o aktorstwo, Gloria Swanson umiejętnie flirtuje z Walterem Byronem, ale chyba nieco przeszarżowała z cierpiętniczymi pozami swojej bohaterki. Świetna jest natomiast Seena Owen w roli obłąkanej królowej osłaniającej swą nagość puchatym kotem. Tully Marshall jako degenerat Jan Vryheid również zapada w pamięć, ale w przypadku tej postaci wolałbym, aby tak nie było.

Mam spory problem z oceną tego filmu. Wersja pierwotna, kończąca się na konfrontacji z królową, to sprawnie zrealizowany melodramat nie prezentujący jednak niczego szczególnego. Wersja zrekonstruowana nie jest pełnoprawnym filmem - oprócz przywróconych scen składa się z plansz tekstowych opisujących utracony materiał. Co prawda poznajemy pełną historię bohaterów, ale doświadczamy tylko małej jej części. W dodatku część ta jest niesmaczna. Jako całość wersja zrekonstruowana nie broni się. Jest zaledwie ciekawostką przybliżającą ostatnią produkcję nietuzinkowego reżysera. Po wyrzuceniu go z planu Królowej Kelly Erich von Stroheim stał się bowiem w Hollywood persona non grata. Zatrudniano go nadal aktora, ale nigdy więcej nie został dopuszczony do fotela reżyserskiego. Szkoda, bo jego filmy były doświadczeniem nad wyraz oryginalnym, wybijającym się ponad przeciętność melodramatu. A jednak trzeba przyznać, że ciężko sobie na ten status pariasa zapracował. Królowa Kelly jest tego najlepszym dowodem. Wystawiam temu filmowi 5 gwiazdek. Mimo niewątpliwych zalet nie mógłbym go polecić nikomu poza osobom zainteresowanym twórczością Ericha von Stroheima.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 9 września 2018

Turksib (1929)

Film o budowie linii kolejowej z Syberii do Turkiestanu.

Reżyseria: Wiktor Turin
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 14 min.

Z radzieckim filmem dokumentalnym mieliśmy się okazję zetknąć przy okazji Szóstej części świata. Film ten imponował różnorodnością i pomysłowością w przedstawieniu rozmaitych rzemiosł wykonywanych przez mieszkańców Związku Radzieckiego, choć w założeniu był tylko rozbudowanym klipem reklamowym. Obraz o zagadkowym tytule Turksib to również dokument traktujący o radzieckiej gospodarce. Słowo "Turksib" jest typowym dla radzieckiej nowomowy skrótem oznaczającym linię kolejową pomiędzy Turkiestanem a Syberią. Film poświęcony jest jej budowie.

Turksib ma starannie zaplanowaną strukturę pozwalającą na dokładne wyjaśnienie poruszanych przez film problemów. Najpierw poznajemy bliżej budowę geograficzną Turkiestanu (czyli krainy leżącej pomiędzy Morzem Kaspijskim a Chinami) i południowej Syberii. Pierwszy jest terenem świetnie nadającym się pod uprawę bawełny - rośliny kluczowej dla radzieckiego przemysłu odzieżowego. Aby jednak stworzyć wielkie plantacje bawełny, należy zrezygnować z uprawy zboża. W pustynnym środowisku Azji Środkowej jest zbyt mało wody, żeby wystarczyło na jedno i drugie. Mieszkańcom Turkiestanu brakuje też drewna opałowego. Tymczasem mroźna Syberia dysponuje nadwyżkami zboża i nieskończonymi niemal zasobami drewna. Rozwiązanie jest proste - trzeba zbudować Turksib - półtora tysiąca kilometra torów kolejowych, które przetną pustkowia Kazachstanu i połączą dwie odległe krainy. 

Wielkim atutem filmu jest fakt, że wszystkie niemal informacje przekazuje obrazami, używając minimalnej liczby plansz tekstowych. Problemy opisane w poprzednim akapicie ukazane są za pomocą malowniczych ujęć syberyjskiej tajgi, biegaczy pustynnych gnanych wiatrem, robotników rolnych oczekujących na spękanej ziemi na deszcz, wielbłądów maszerujących przez step z wiązkami chrustu na grzbietach. I z drugiej strony ujęcia obrazujące potencjał zintegrowanej gospodarki - warsztaty tkackie, automatyczne przędzarki, gigantyczne składy drewna i zboża. Oraz pociągi. Narracja jest niezwykle czytelna, związki przyczynowo-skutkowe wyłożone jak na tacy. W mojej opinii Turksib mógłby służyć jako pomoc naukowa na lekcjach geografii ekonomicznej. 

Kolejne rozdziały filmu obejmują pomiary i projektowanie przyszłej linii kolejowej. Sporządzono nawet animowane mapy dokładnie wyjaśniające jej przebieg. No i w końcu budowa, przy której najsilniej zaakcentowano przekaz propagandowy. Twórcy podkreślają rolę kolektywu oraz harmonijnego współdziałania rożnych narodów Związku Radzieckiego. Oglądamy azjatyckich mieszkańców Turkiestanu pracujących ramię w ramię z europejskimi inżynierami. Wielbłąd obok samochodu, łopata przy niwelatorze. Łączy ich wspólny cel - ujarzmić naturę i zaprząc ją do pracy na rzecz człowieka. Dzięki temu do Azji Środkowej ma wkroczyć cywilizacja. Film snuje dalsze wizje, pokazując wjeżdżające na pola Turkiestanu traktory, wspominając o projektach nawodnienia całej krainy. Wizja postępu dziejowego niesionego na sztandarach komunizmu (Turkiestan został włączony do ZSRR zaledwie kilka lat wcześniej) pełna jest entuzjazmu. Ciekawie to wygląda w porównaniu z amerykańską doktryną Objawionego Przeznaczenia zaprezentowaną w Żelaznym koniu. Żeby nieco ostudzić ten zapał, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że ta próba ujarzmienia natury doprowadzi za kilkadziesiąt lat do wyschnięcia Jeziora Aralskiego.

Turksib to znakomity film dokumentalny z interesującymi zdjęciami i modelowym sposobem prowadzenia narracji. Końcówka poświęcona kolektywnemu machaniu łopatami i łyżkami koparek jest odrobinę nużąca, ale nie zmienia ogólnej bardzo pozytywnej oceny filmu. Nieprzypadkowo Brytyjski Instytut Filmowy uznał Turksiba za jeden z bardziej wpływowych obrazów dokumentalnych w historii. Zdecydowanie polecam osobom zainteresowanym tematyką i wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com