niedziela, 4 listopada 2018

Limite (1931)

Film o ludziach w łódce

Reżyseria: Mário Peixoto
Kraj: Brazylia
Czas trwania: 1 h 57 min.

Występują: Olga Breno, Tatiana Rey, Raul Schnoor

Filmowe eksperymenty z zasady wiążą się z ryzykiem. Próba przełamania schematów, zrobienia czegoś nieszablonowego może się skończyć niezrozumieniem i odrzuceniem dzieła przez publiczność. Niezależnie od jego rzeczywistej wartości. Nic takiego nie spotkało Limite, niszowego filmu okrzykniętego przez Brazylijskie Stowarzyszenie Krytyków Filmowych najlepszym obrazem w historii tego kraju. Pierwszy i jedyny film nakręcony przez ledwie dwudziestodwuletniego Mário Peixoto, Limite był przez wiele lat uważany za zaginiony, a od czasu odrestaurowania do nadejścia ery internetu był raczej trudno dostępny. Rozsławiony sfałszowanym przez Peixoto listem pochwalnym Sergieja Eisensteina, film jest znany bardziej dzięki swej legendzie niż rzeczywistej treści. Jakoś mnie nie zdziwiło, gdy pośród licznych artykułów zawierających ciekawostki na temat Limite nie znalazłem ani jednej poważnej próby analizy treści tego dzieła. 

Film jest niezwykle długi i monotonny, co mocno utrudnia jego odbiór. Jego bohaterami są mężczyzna i dwie kobiety apatycznie dryfujący w łódce po oceanie. Kończy im się żywność, wiaderko z wodą pitną jest puste i wydaje się, że stracili już nadzieję na ratunek. W licznych retrospekcjach poznajemy ich przeszłość. Wydarzenia nie są do końca jasne, ale każde z trójki przeżyło osobistą tragedię, która skłoniła ich do ucieczki od dotychczasowego życia. Tak znaleźli się na łódce, która odpływa coraz dalej w bezkresne morze.

Limite jest przede wszystkim doświadczeniem narracyjnym. Styl opowiadania jest wyraźnie indywidualnym tworem Peixoto, ale z istniejących nurtów najbliżej mu chyba do impresjonizmu. Film nie zawiera dialogów i posiada ledwie cztery plansze tekstowe. Narracja jest rwana, skokowa, sceny z udziałem postaci są gęsto przeplatane symbolami takimi jak samotne drzewa na wietrze czy ryby zdychające na piasku. Bardzo ciężko jest śledzić poszczególne wydarzenia z uwagi na nad wyraz niekonwencjonalne ustawienia kamery. Obiektyw niechętnie spogląda na twarze bohaterów, woląc ujmować ich z tyłu, spoglądać tylko na nogi czy tułów. Odnosi się wrażenie, że ludzie są elementami otoczenia wcale nie ważniejszymi od równie chętnie filmowanej martwej natury. Najczęściej patrzymy, jak idą, stoją bądź biernie siedzą. Nie poznajemy dokładnej natury ich konfliktów i problemów. Zamiast tego otrzymujemy możliwość wczucia się w ich stan umysłu. A że nie jest to stan zbyt zdrowy, wycieczka nie należy do przyjemnych. Chyba jedyna bardziej konwencjonalna scena rozgrywa się przy grobie kobiety, gdzie spotykają się jej mąż i kochanek, zawierający pokój poprzez wspólne wypalenie papierosa. Narracji towarzyszy nieustanna muzyka podpowiadająca widzowi, jakie emocje winny danej scenie towarzyszyć. Jest niebiański spokój morza, są i niepokojące rytmy nadchodzącej katastrofy. Oprawa dźwiękowa jest niezwykle bogata i oparta przede wszystkim na muzyce klasycznej. Jest to chyba najprzyjemniejszy element Limite i tylko dzięki niemu możliwe jest przetrzymanie dwugodzinnego ciągu poplątanych, luźno tylko powiązanych ze sobą obrazów.

Film Mário Peixoto nie należy do udanych eksperymentów. Jego największą słabością jest zbyt długi czas trwania. Trudno dotrwać do końca, kiedy sceny na ekranie nie opowiadają spójnej historii. Można się domyślić symboli odnoszących się do depersonalizacji i osamotnienia człowieka wobec ogromu świata, ale trudno zaakceptować, że do przekazania tych prawd konieczny był aż taki mozół. W pewnym momencie następuje po prostu utrata chęci dalszego zgłębiania łamigłówki. Mimo niewątpliwie interesującego pomysłu, zupełnie nie rozumiem peanów nad filmem, którego najwyraźniej nikt nie rozumie. Podobnie jak inne filmy "artystyczne" pozostawiam ten dziwny obraz bez oceny.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 3 listopada 2018

Maroko/Morocco (1930)

Film o niezdecydowaniu

Reżyseria: Josef von Sternberg
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 32 min.

Występują: Marlene Dietrich, Gary Cooper, Adolphe Menjou

Kluczem do zagadki błyskawicznej kariery Marlene Dietrich było połączenie jej charyzmy, łobuzerskiej pewności siebie i uwodzicielskiego głosu. Nieprzypadkowo zupełnie anonimowa aktorka rozbłysła niezwłocznie po pojawieniu się filmu dźwiękowego. Najpierw podbiła Niemcy rolą w Błękitnym aniele i jeszcze w tym samym roku umocniła swój sukces znakomitym hollywoodzkim debiutem w Maroku. Reżyser Josef von Sternberg odkrył prawdziwy aktorski diament, którego miał przez kilka najbliższych lat zazdrośnie strzec. Z kolei Dietrich miała szczęście, że trafiła właśnie na tego reżysera. Dzięki temu miała okazję zagrać w najlepszych filmach wczesnych lat trzydziestych. Na przykład we wspomnianym Maroku. Choć aktorka jest niewątpliwym jego atutem, ów znakomity film wyróżnia się także dzięki wielu innym walorom, o które zadbać musiał von Sternberg. W rezultacie stworzono coś wyjątkowego.

Film opowiada historię ludzi szukających szczęścia na dobrowolnym wygnaniu w Maroku. Tom Brown jest szukającym zapomnienia w rozrywkach żołnierzem Legii Cudzoziemskiej. Amy Jolly to artystka kabaretowa, która właśnie przybyła do Afryki, by zacząć od nowa. Tom i Amy poznają się podczas jej pierwszego występu. Żołnierz robi na artystce wrażenie swą szarmanckością i otrzymuje w prezencie zaproszenie do jej apartamentu. Tam poznają się bliżej i odkrywają, że każde z nich skrywa w sobie życiowe rany. Mimo wzajemnej fascynacji oboje boją się wykonać kolejny krok. Wkrótce Tom wpada w poważne kłopoty z powodu romansu z żoną oficera. Amy postanawia szukać dla niego pomocy u Kenningtona La Bessiere, zakochanego w niej bogacza i doskonałego dżentelmena.

Pierwszy hollywoodzki film Marlene Dietrich jest kwintesencją melodramatu, dziełem eksponującym to, co w tym gatunku najlepsze. Po pierwsze, historia - ciekawa, opowiedziana bez zbędnej przesady, do bólu romantyczna a jednocześnie wiarygodna. I ze świetnym, trudnym do zapomnienia finałem. Po drugie, bohaterowie. Amy Jolly jest kolejną klasyczną kreacją Dietrich emanującej nietypowym rodzajem kobiecości. Jest zarazem delikatna i romantyczna, niezależna, pewna siebie i elektryzująca. Najlepiej oddaje te cechy jej pierwszy w filmie numer muzyczny. Kiedy wychodzi ubrana we frak i cylinder, publiczność początkowo nie wie, co o tym myśleć. Jednak swoboda i energia artystki szybko przemieniają konsternację widowni w zachwyt. Ukoronowaniem tego występu jest złamanie przez Amy tabu obyczajowego poprzez figlarne pocałowanie jednej z siedzących na widowni kobiet. Do pioruna z obowiązującymi normami, zdaje się mówić zadowolona z siebie bohaterka. Jest to tylko jedna z licznych niezapomnianych scen Dietrich w tym filmie. Wspomnę jeszcze o dwóch archetypach filmowego romantyzmu - drinku wylanym przez Amy na lustro w geście bezsilności i wbiegnięciu przez nią w obcasach na piasek - symbolu pogoni za romantycznym marzeniem. Gary Cooper pozostaje nieco w cieniu głównej gwiazdy, tym niemniej zalicza solidny występ w roli odważnego faceta nękanego miłosnymi rozterkami. Warto także wspomnieć o Adolphe Menjou, który po raz kolejny wystąpił w swojej ulubionej roli hedonisty-dżentelmena (wcześniej grał podobne postacie w Paryżance i Karuzeli małżeńskiej). 

Maroko to również świetna scenografia umiejętnie imitująca maghrebskie klimaty. Maroko zostało przedstawione jako na wpół bajkowa kraina zapomnienia i dekadencji, w której uciekinierzy z Europy mogą korzystać z uciech życia, bądź poszukiwać niebezpiecznych przygód na wojnie. Uroku dodaje filmowi świetna muzyka, na którą składa się kilka kabaretowych numerów wykonywanych przez Amy Jolly, klimatyczne arabskie melodie towarzyszące scenkom rodzajowym oraz energiczna trąbka wygrywająca wojskowe marsze, w takt których maszerują żołnierze Legii Cudzoziemskiej.

Muszę wreszcie wspomnieć o świetnej aranżacji reżyserskiej poszczególnych scen. Czy mowa tu o pamiętnych występach kabaretowych Dietrich, czy o pełnej ruchu scenie, gdy kobieta poszukuje Toma wśród maszerujących zastępów żołnierzy, czy też o niezapomnianej sekwencji końcowej, film jest reżyserskim majstersztykiem. Kluczem do niesamowitego klimatu jest wykorzystanie pełnej skali możliwości opowiadania obrazem. Chociaż dialogi są ważnym elementem filmu, nie przytłaczają, jak to bywało w wielu produkcjach z tamtego okresu. Przeciwnie, jest w Maroku wiele momentów ciszy oraz scen korzystających tylko z dźwięków otoczenia. Historię opowiadają twarze aktorów, ale również scenografia, umiejętne ujęcia kamery czy muzyka. Przede wszystkim zaś von Sternberg ucieka od dosłowności, wiele relacji i emocji pozostawiając niedopowiedzianymi. Widz musi aktywnie uczestniczyć w nadawaniu filmowi treści, co sprawia niemałą frajdę i stawia Maroko znacznie wyżej od obrazów podających wszystko wprost.

Josef von Sternberg znalazł się w roku 1930 u szczytu reżyserskiej kariery. Odkrył i z powodzeniem wprowadził do Hollywood przyszłą legendę kina. Z niebywałym profesjonalizmem zademonstrował, jak można tworzyć znakomite filmy dźwiękowe łączące nowe możliwości z rozwiązaniami wypracowanymi jeszcze przez kino nieme. Maroko jest dowodem na jego geniusz. Nie opowiada może jakiejś ponadczasowej historii, ale jest absolutnym klasykiem w kategorii melodramatu i prawdziwą kopalnią świetnych rozwiązań narracyjnych i kinematograficznych. Otrzymuje 9 gwiazdek.


źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 1 listopada 2018

Anna Christie (1930)

Film o poczuciu winy

Reżyseria: Clarence Brown
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 29 min.

Występują: Greta Garbo, Charles Bickford, George F. Marion, Marie Dressler

W roku 1930 fani Grety Garbo z niecierpliwością wyczekiwali Anny Christie, pierwszego filmu, w którym Szwedka miała przemówić na ekranie. Jak wieść niesie, decydenci z wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer zwlekali, obawiając się niepowodzenia dźwiękowego debiutu aktorki. Kiedyś jednak należało powiedzieć "sprawdzam". Wyreżyserowany przez Clarence'a Browna film reklamowany był hasłem "Garbo talks!". Jest ono o tyle trafne, że nie tylko podkreśla główny atut filmu, ale też stanowi jego lapidarne streszczenie. Chociaż gwiazda spełniła pokładane w niej nadzieje, Anna Christie cierpi na syndrom wczesnego talkie. Za dużo tu gadania, za mało akcji.

Film jest adaptacją sztuki teatralnej autorstwa Eugene'a O'Neilla. Tytułowa bohaterka to młoda dziewczyna, która po wielu latach rozłąki przybywa do Nowego Jorku, do swego ojca pracującego jako dowódca barki przewożącej węgiel. Chris jest dość żałosną postacią, podstarzałym alkoholikiem nękanym wyrzutami sumienia. Ma sobie za złe brak zainteresowania losami Anny. Dziewczyna ma wobec niego ambiwalentne odczucia, oboje próbują jednak przezwyciężyć różnice i zacząć od nowa. Przeszkadza w tym pojawienie się Matta, energicznego marynarza zainteresowanego Anną. Chris traktuje go jako intruza próbującego odebrać mu dopiero co odzyskaną córkę. Tymczasem Anna ma obawy przed zaangażowaniem się w związek z powodu skrywanej przez siebie wstydliwej tajemnicy.

Opowieść o poranionych ludziach, którzy z trudem próbują łatać swoje życie, to pole do popisu dla aktorów. Greta Garbo zdecydowanie staje na wysokości zadania, jak zawsze kreując postać głęboką i, mimo noszonej przez nią traumy, pełną klasy. Jej głos jest prawdziwym zaskoczeniem - niski, niemal męski, silnie kontrastuje z posągową urodą aktorki. Wbrew pozorom jest to duży atut dodający jej bohaterce powagi i podmiotowości. Najlepiej słychać to w końcowej gniewnej przemowie Anny adresowanej do ojca i ukochanego. Można by rzec, że ma kobieta jaja.

Niestety Grecie Garbo nie dorównują jej męscy partnerzy. George F. Marion robi wrażenie człowieka zdziadziałego i irytująco przymilnego. Jego szwedzki akcent połączony z marynarskim slangiem męczy (zwłaszcza kiedy po raz nie wiadomo który nazywa morze "starym diabłem"), a gdy dodatkowo Chris jest pijany, wprost nie da się go słuchać. Grający Matta Charles Bickford przegina w drugą stronę. Jego postać jest tak szorstka i nabuzowana testosteronem, że ma się wrażenie, iż zaraz eksploduje. Razem tworzą duet, którego nie sposób brać na poważnie. Panowie kłócą się, przekomarzają i próbują sobie udowodnić, który z nich ma większe prawo do Anny. Całe szczęście, że kobieta ma silny charakter.

Drugą słabością filmu jest prowadzenie narracji prawie wyłącznie poprzez dialogi. Bohaterowie gadają o wszystkim i bez przerwy. W filmie są bodaj dwie sceny, które wykorzystują wizualne środki wyrazu. Poza tym oglądamy nieustanne dyskusje, monologi i pogaduszki. O ile w przypadku Garbo dialogi są całkiem ciekawe pod względem formy i treści, mężczyźni wyraźnie na tym polu zawodzą. 

Anna Christie spełniła swoje zadanie jako wehikuł Grety Garbo do kariery w filmach dźwiękowych. Zaowocowało to zresztą jej nominacją do Oscara. Jako dzieło sztuki filmowej obraz nie broni się. Jest przegadany, nudny, a męscy bohaterowie irytują. Spokojnie można go sobie darować i sięgnąć po inne tytuły z filmografii Szwedki. Wystawiam 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 30 października 2018

Pod dachami Paryża/Sous les toits de Paris (1930)

Film o paryskich uliczkach

Reżyseria: René Clair
Kraj: Francja
Czas trwania: 1 h 31 min.

Występują: Albert Préjean, Pola Illéry, Edmond T. Gréville, Gaston Modot, Bill Bocket

Wraz z nadejściem ery dźwięku nie tylko Hollywood dostrzegło potencjał musicalu. We Francji na realizację filmu muzycznego odważył się René Clair, wcześniej twórca frywolnych komedii w rodzaju Słomkowego kapelusza. Na potrzeby Pod dachami Paryża zbudowano obszerny plan zdjęciowy imitujący robotniczą dzielnicę francuskiej stolicy. Clair postanowił bowiem opowiedzieć historię rozgrywającą się wśród mieszczańskich nizin społecznych. Bohaterami jego opowieści są w równym stopniu paryscy grajkowie, złodziejaszki i męty, jak i paryskie uliczki, zaułki oraz zgrzebne pokoiki w odrapanych kamienicach.

Fabuła kręci się wokół Alberta, ulicznego śpiewaka prowadzącego skromne życie wypełnione muzyką, przesiadywaniem w knajpach i samotnymi nocami w obskurnym mieszkanku. Pewnego dnia Albert poznaje Polę, młodą Rumunkę, którą po sympatycznym wieczorze w kawiarni odprowadza do domu. Tu okazuje się, że dziewczyna zgubiła klucz do mieszkania i Albert oferuje jej nocleg u siebie. Choć niecny plan zaciągnięcia jej do łóżka pali na panewce, ostatecznie Pola i Albert zostają parą. Ich szczęście nie trwa jednak długo, ponieważ śpiewak zostaje mimowolnie wplątany w kryminalną intrygę, natomiast na wdzięki Poli dybie szef ulicznego gangu Fred.

Pod dachami Paryża jest pewnego rodzaju syntezą dźwiękówki i filmu niemego. Mówionych dialogów jest w filmie niezbyt wiele, a Clair w większym stopniu skupia się na opowiadaniu obrazem, nieraz celowo wyciszając rozmowy. Postawy i nastroje bohaterów rozpoznajemy bardziej przez gestykulację i mimikę niż poprzez wypowiadane przez nich słowa. Tego rodzaju narracja jest bardzo zgrabna i przyjemna w odbiorze. Jest i kilka cymesów reżyserskich. Na szczególne uznanie zasługują komiczne przepychanki Alberta i Poli o miejsce w łóżku (dziewczyna nie ma zamiaru tak łatwo go do siebie dopuścić) oraz niezwykle oryginalnie nakręcony pojedynek Freda i Alberta na noże, podczas którego kamera spogląda gdzieś z oddali, wychyla się zza latarni, zerka znad nasypu kolejowego, nierzadko zastępuje obraz odgłosami niewidocznej szamotaniny. Narrację uzupełnia świetna muzyka oparta przede wszystkim na akordeonie - charakterystycznym instrumencie ulicznych grajków. W jej rytmie przyglądamy się codziennej egzystencji klepiących biedę i kombinujących by związać koniec z końcem paryżan. A w tle niezwykłe miasto żyjące własnym życiem.

Odbiór tego przyjemnego i oryginalnie nakręconego filmu łotrzykowskiego psuje mocno przedmiotowe traktowanie kobiecej bohaterki. Pola, choć jest postacią aktywną i walczącą o swoje, w pewnym momencie staje się łupem, o który dosłownie walczą ze sobą mężczyźni. Widz ma wrażenie, jakby jej pragnienia i uczucia w ogóle nie obchodziły Alberta, Freda i ich przyjaciół reprezentujących szorstki, zawadiacki uliczny maskulinizm. "Dżentelmeni" są obrażeni, kiedy dziewczyna nie ulega od razu ich zalotom. Całe szczęście, że nie posuwają się do przymusu, ale niewiele do tego brakuje. Naturalnie Pod dachami Paryża portretuje członków specyficznej grupy społecznej i jest produktem czasów, kiedy zupełnie inaczej pojmowano relacje damsko-męskie. Mimo to dla współczesnego widza takie uprzedmiotowienie może być rażące.

Pod dachami Paryża to musical obficie czerpiący z dorobku kina niemego. Ma wiele plusów. Opowiadanie obrazem zawsze budzi moje uznanie, do tego scenografia została przygotowana niezwykle starannie i klimatycznie. Zabrakło mi jednak w filmie głębi fabularnej. Mam wrażenie, że to frywolna historyjka bez większego znaczenia. Ale wyjątkowo ładnie opowiedziana. Korzystając z mojego dobrego nastroju, otrzymuje 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 29 października 2018

Szary dom/The Big House (1930)

Film o zatłoczonym zakładzie karnym

Reżyseria: George Hill
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 26 min.

Występują: Chester Morris, Wallace Beery, Robert Montgomery, Lewis Stone

Pod kompleks więzienny podjeżdża furgonetka. Przyszły osadzony zostaje przeprowadzony przez bramę. Oddaje osobiste rzeczy. Jest przeszukiwany. Fotografowany. Mierzony. Pobierają mu odciski palców. Elegancki płaszcz zamienia na więzienny drelich. Jeszcze tylko krótka rozmowa z naczelnikiem i gotowe. Mężczyzna wkroczył do miejsca, w którym ma spędzić najbliższe 10 lat życia. Złożona w większości z krótkich ujęć sekwencja początkowa świetnie wprowadza widza w specyficzne miejsce akcji. Zakład karny rządzi się swoimi prawami, które przybliża Szary dom. Wyreżyserowany przez George'a Hilla protoplasta kina więziennego jest obrazem mocno jak na swe czasy innowacyjnym i delikatnie poruszającym istotne problemy społeczne.

Film można podzielić na dwie części. W każdej z nich odmienny bohater zajmuje miejsce w centrum wydarzeń. Początkowo towarzyszymy głównie Kentowi, mężczyźnie skazanemu za spowodowanie po pijanemu wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Bohater powoli wkracza w więzienny świat, poznając specyficzną kulturę i trudności towarzyszące życiu za kratami. Więzienie jest przepełnione. Cele gnieżdżące po kilku osadzonych są maciupeńkie, a podczas spaceru na dziedzińcu wręcz roi się od skazanych. Jakość strawy - nalewanej z wiader brei - również pozostawia sporo do życzenia. Nastroje wśród więźniów nie są dobre, a niektórzy spośród nich planują ucieczkę. Druga połówka filmu skupia się wokół ucieczki jednego z więźniów i wybuchłych później zamieszek. Głównym bohaterem staje się Morgan, osadzony, któremu koło nosa przechodzi wcześniejsze zwolnienie za dobre sprawowanie. Podejrzany o wsypanie kolegi z celi Kent staje się potencjalnym obiektem jego zemsty. Trzecią ważną postacią jest współlokator Morgana i Kenta - Butch. Ten recydywista i awanturnik jest przywódcą jednej z więziennych szajek i liderem planowanego buntu. 

Szary dom cechuje bardzo dobre aktorstwo. Najważniejsi bohaterowie są zróżnicowani i dobrze sportretowani. Najlepiej wypada Wallace Beery w roli zdolnego do wszystkiego więziennego zakapiora, który gra wedle własnych zasad. Chester Morris jako Morgan to postać dramatyczna, rozdarta pomiędzy pragnieniem odkupienia (czy może resocjalizacji) a zemstą. Również Robert Montgomery jest ciekawy jako niejednoznaczny, niepotrafiący się dostosować Kent. Na podkreślenie zasługuje wielowymiarowość i głębia psychologiczna tych postaci.

Nie do przecenienia jest rola Szarego domu w ustaleniu filozofii kina więziennego. Film zawiera kilka klasycznych motywów, które będą często występować w kolejnych tego typu produkcjach. Najważniejszymi są problem dehumanizacji więźnia oraz pytanie o możliwość resocjalizacji. Również wizualnie odkrywamy w Szarym domu zalążek późniejszych standardów. Do scen-ikon należą między innymi więzienny strajk, izolatka jako miejsce próby charakteru czy krwawe zamieszki. George Hill prowadzi fabułę w sposób kreatywny. Film przez większość czasu trzyma w napięciu, a sprytny trik ze zmianą głównego bohatera sprawia, że do końca trudno przewidzieć, jak się cała sprawa zakończy. Pozwala to przymknąć oko na pewne niedociągnięcia fabuły. Największym z nich jest niedorzeczny romans siostry jednego z osadzonych ze zbiegłym więźniem. Dziewczyna zakochuje się od pierwszego wejrzenia w człowieku, o którym wie tylko tyle, że uciekł z więzienia. Bardzo dziwne. Drugim problemem jest łatwość, z jaką zbuntowani więźniowie zdobywają broń. Więzienny arsenał jest tak słabo zabezpieczony, że krwawe zamieszki powinny wybuchać w tym zakładzie karnym co tydzień.

Szary dom jest ciekawym przykładem wczesnego dramatu więziennego. Poruszone w nim problemy związane z funkcjonowaniem więziennictwa są aktualne do dziś. W dodatku przedstawiono je z dużym wyczuciem i subtelnością. Bardzo dobry montaż, ciekawe ujęcia kamery i świetne aktorstwo w dużej mierze rekompensują pewne słabości scenariusza. Po uwzględnieniu premii za innowacyjność Szary dom otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 28 października 2018

Aniołowie piekieł/Hell's Angels (1930)

Film o rozmaitości rodzajów honoru

Reżyseria: Howard Hughes
Kraj: USA
Czas trwania: 2 h 11 min.

Występują: Ben Lyon, James Hall, Jean Harlow, John Darrow, Lucien Prival

Aniołowie piekieł! Słynny film słynnego Howarda Hughesa (tego z Aviatora Martina Scorsese)! Kręcony przez cztery lata. Nękany wypadkami na planie (także śmiertelnymi). W połowie produkcji przekształcony z filmu niemego w dźwiękowy (co spowodowało konieczność wymiany głównej żeńskiej gwiazdy z Norweżki Grety Nissen na młodziutką Jean Harlow i ponownego nakręcenia wszystkich scen z udziałem jej bohaterki). Ciągłe zmiany reżyserów wspomagających Hughesa. Przegrana batalia sądowa z Warner Bros. o plagiat, jakim rzekomo miał być konkurencyjny Patrol bohaterów (zarzut całkowicie bezpodstawny). Historia powstawania Aniołów piekieł jest fascynującym obrazkiem z historii kina. Pytanie brzmi, czy sam film dorównuje towarzyszącej mu otoczce? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.

W przeciwieństwie do współczesnych im filmów o jednoznacznym przesłaniu antywojennym, takich jak Na zachodzie bez zmian i wspomniany już Patrol bohaterów, Aniołowie piekieł uderzają bardziej w tony obyczajowe, przybliżając historię dwóch braci rozgrywającą się na tle wydarzeń wojennych. Monte i Roy Rutledge'owie są ludźmi o całkowicie odmiennych charakterach. Pierwszy z nich jest samolubnym hedonistą niechętnym do brania odpowiedzialności za swoje czyny. Roy to jego przeciwieństwo, uosobienie sumienności i honoru. I facet, który wciąż obrywa za brata. W pierwszych scenach filmu, rozgrywających się przed wybuchem Wielkiej Wojny w Monachium, Monte zostaje przyłapany in flagranti z żoną niemieckiego oficera. Wyzwany na pojedynek, czym prędzej wraca do Anglii, a wzięty przez pomyłkę za brata Roy przypłaca cały incydent raną postrzałową. Powodowany swoistym poczuciem lojalności (i wstydem z powodu niehonorowej postawy brata), zachowuje to przed Montym w tajemnicy. Bracia rywalizują także o względy pięknej Helen (wyzywająca Jean Harlow). Ta z powodzeniem udaje przed Royem porządną dziewczynę, za plecami oddając się jego bratu oraz innym chętnym oficerom. Nic to jednak. Zaczyna się wielka wojna i bracia Rutledge'owie zostają powołani w szeregi Royal Flying Corps. Za sterami samolotów będą mieli okazję dowieść swego honoru i oddania ojczyźnie.

Linia fabularna Aniołów piekieł jest raczej miałka. Nie dostrzegam niczego szczególnie pasjonującego w perypetiach braci Rutledge i kręcącej się wokół nich niedobrej dziewczyny. Scenariusz nie jest zły. To byłoby niewłaściwe słowo. Po prostu trudno pasjonować się miłosnymi dylematami braci, kiedy wokół nich trwa wojna. Nie pomaga w tym mdłe aktorstwo. Nie spisał się żaden z odtwórców głównych ról. Bena Lyona i Jamesa Halla grających braci Rutledge zacząłem odróżniać dopiero w połowie filmu. Jean Harlow wygląda powabnie i kusząco, ale poza tym nie ma w niej nic ciekawego. Na plus wybija się trochę Lucien Prival w roli ekscentrycznego niemieckiego generała, chociaż i u niego są problemy wywołane pewną drętwotą wypowiedzi. Lecz nie oszukujmy się. Cały ten wątek fabularny to tylko wypełniacz kręcony przez różnych, nie wymienionych nawet w napisach końcowych reżyserów. Gdyby jego kosztem skrócić cały film o pół godziny, byłoby całkiem strawnie. Najważniejsze są w Aniołach piekieł całkiem inne obrazy.

I tu małe zaskoczenie. Sceny lotnicze są w filmie zaledwie dwie. Pierwsza rozgrywa się mniej więcej w połowie, druga poprzedza dramatyczny finał. Ale jakie to sceny. Niezwykle rozbudowane, perfekcyjnie nakręcone, stanowią prawdziwą poezję kina. Hughes nadzorował je osobiście, przez radio koordynując poszczególne manewry statków powietrznych. Pierwsza sekwencja obejmuje potajemny przelot niemieckiego Zeppelina nad Londyn, bombardowanie i pojedynek sterowca z samolotami obrony przeciwlotniczej. Rozgrywający się we mgle pojedynek wbija w fotel. Hughes nie spieszy się, przedstawiając fascynujące szczegóły akcji dywersyjnej i dramatyczne decyzje podejmowane na pokładzie Zeppelina oraz przez brytyjskich pilotów. Pozbywanie się "balastu" przez desperacko uciekający sterowiec to poruszająca prezentacja specyficznego podejścia niemieckiego żołnierza do kwestii honoru. 

O ile epizod z Zeppelinem jest filmową sonatą, końcowy pojedynek eskadr lotniczych to prawdziwa symfonia z udziałem dziesiątek samolotów i zapierających dech w piersiach efektów specjalnych (jeszcze bardziej fascynujących, gdy weźmiemy pod uwagę, że film kręcono lata przed wynalezieniem komputera). Cóż za manewry, poczynając od bombardowania niemieckiego składu amunicji, poprzez desperacką ucieczkę pojedynczego samolociku przed eskadrą myśliwców, aż po pojedynek wrażych oddziałów (oczywiście z gościnnym udziałem Manfreda von Richthofena). Dla tych scen warto było znieść nudnawe wątki "cywilne". No i jeszcze zakończenie, nieco cierpiące skutkiem miałkiego aktorstwa, ale odważne, szokujące, dobrze podsumowujące przewijający się przez film motyw różnorakiego pojmowania honoru.

Aniołowie piekieł są rzadkim przypadkiem filmu, w którym braki fabularne i aktorskie są w dużej mierze rekompensowane przez efekty wizualne. Ta nierównomierna jakość jest niewątpliwie wynikiem zawirowań produkcyjnych. Kiedy stery przejmuje główny producent wykonawczy Howard Hughes, czapki spadają z głów. Mimo to nie mogę jego dzieła ocenić na wyżej niż 7 gwiazdek. Wady filmu są zbyt oczywiste. W razie znudzenia początkowymi scenami, radzę od razu przeskoczyć do akcji ze sterowcem i podziwiać kunszt zdjęciowy Hughesa i jego operatorów.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 27 października 2018

Min i Bill/Min and Bill (1930)

Film o kobiecie z żelaza

Reżyseria: George Hill
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 5 min.

Występują: Marie Dressler, Wallace Beery, Dorothy Jordan, Marjorie Rambeau

Hollywoodzkie wyciskacze łez koncentrowały się zazwyczaj wokół wątków miłosnych. Oddziaływanie na emocje widza polegało na ukazywaniu nękanych przez los kochanków, którym na drodze stawała bieda, nietolerancja bądź infamia z powodu naruszenia norm społecznych. Wyreżyserowany przez George'a Hilla Min i Bill jest interesującym przykładem wykorzystania tego samego instrumentarium na innym typie relacji pomiędzy bohaterami. Zamiast związku dwojga kochanków osią filmu jest trudna miłość macochy i pasierbicy. Tak naprawdę film powinien nazywać się Min i Nancy, bowiem Bill jest w nim postacią raczej drugoplanową.

Poznajmy naszych bohaterów. Min jest twardą jak stal matroną prowadzącą portową spelunę. Rządzi w niej żelazną ręką, nie bojąc się dać po pysku kłopotliwym klientom. Bill to pomieszkujący w knajpie rybak i przyjaciel Min. Prawdopodobnie łączy ich coś więcej, ale nie dostajemy tu jednoznacznej odpowiedzi. W knajpie mieszka również Nancy, wychowywana przez Min córka portowej prostytutki. Dziewczyna trzymana jest w nieświadomości co do tożsamości matki i zdaje się być nieświadoma niemoralnych rzeczy dziejących się w porcie. Min kocha Nancy jak własne dziecko, jednak traktuje ją ze sztuczną surowością. W miarę rozwoju fabuły staje się oczywiste, że zbliżająca się do progu kobiecości dziewczyna nie może pozostać w miejscu pełnym dziwek, pijaków i szemranych typów. Na domiar złego na horyzoncie pojawia się opieka społeczna oraz pozbawiona skrupułów matka Nancy, która ma co do niej własne plany.

Min i Bill bazuje na całkiem ciekawym pomyśle (dobra macocha i zła matka rywalizują o względy córki), ale nie przedstawia go w sposób przekonujący. Główną słabością scenariusza jest tworzenie nieprawdziwych dylematów. Nancy jest bohaterką niewiarygodnie naiwną, zupełnie nieświadomą zasad świata, w którym żyje. Dziwna jest nadmierna surowość Min i jej skłonność do rysowania przed podopieczną nieprawdziwego obrazu rzeczywistości. Rezultatem takiego wychowania musi być osoba zupełnie nieprzygotowana do samodzielnego życia. Tymczasem ukrywanie przez Min prawdy o matce pasierbicy, swego rodzaju bój o kłamstwo, przedstawione zostało jako postawa wręcz bohaterska i niesamowite wyrzeczenie. Dziwne. Drugi problem filmu to wyjątkowo nieudane sceny komediowe. Pierwszą jest szaleńcza gonitwa po zatoce wyrwaną spod kontroli motorówką, drugą kłótnia Min i Billa zakończona całkowitą demolką sypialni. Sceny te są za długie, straszliwie przerysowane i zupełnie nie pasują do dramatycznego klimatu pozostałej części filmu.

Jedynym, co ratuje Min i Billa, jest aktorstwo. Grający Billa Wallace Beery stworzył zapadającą w pamięć kreację sympatycznego, choć nieco gamoniowatego robotnika. Przede wszystkim jednak ukłony należą się Marie Dressler. Mimo słabej podbudowy fabularnej ta starsza wiekiem aktorka wyciągnęła z postaci Min wszystko, co było możliwe, a nawet ciut więcej. Jej zamaszysty chód, zacięta twarz, na której w chwilach, gdy nikt nie patrzy, ukazuje się poczciwość i dobroć, jej duma - wszystko to składa się na postać wielofasadową. Min potrafi być wzruszająca, kiedy w sekrecie przeznacza oszczędności życia na edukację pasierbicy i śmiertelnie groźna, gdy ktoś wchodzi jej w drogę. Jest to kreacja doprawdy znakomita. Szkoda, że nie stworzono dla niej lepszego scenariusza.

Min i Bill jest nieudaną próbą stworzenia oryginalnej opowieści za pomocą zachowawczych środków. Nie zachwyca schematyzm realizacyjny, nie przekonuje naiwna fabuła. Choć kreacja Marie Dressler jest rzeczywiście oscarowa, jest to za mało, żeby polecić komuś ten bardzo przeciętny film. Tylko ze względu na aktorstwo wystawiam 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com