środa, 13 marca 2019

Wielki gracz/Manhattan Melodrama (1934)

Film o różnych rodzajach lojalności

Reżyseria:W.S. Van Dyke
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 30 min.

Występują: Clark Gable, William Powell, Myrna Loy, Leo Carrillo

Planując premierę Wielkiego gracza na początku 1934 roku, decydenci z Metro-Goldwyn-Mayer nie oczekiwali rewelacji. Miał to być przeciętny produkcyjniak, który zwróci koszty produkcji. Film zyskał sobie jednak znaczną popularność, umacniając pozycję Clarka Gable'a jako gwiazdy filmowej oraz dając początek ekranowemu duetowi Williama Powella i Myrny Loy, którzy mieli ze sobą wystąpić jeszcze w trzynastu filmach. Również dla reżysera W.S. Van Dyke'a, wcześniej specjalizującego się w egzotycznych filmach przygodowych (na przykład kręcony w Afryce Trader Horn), był to punkt zwrotny. Siłą filmu jest prosta ale emocjonująca historia o relacji dwóch przyjaciół z dzieciństwa, którzy jako dorośli są zmuszeni stanąć przeciwko sobie. Dla dzisiejszego widza motyw ten jest dość ograny, wówczas jednak stanowił podejście nowatorskie i emocjonujące. Co prawda zbliżony wątek poboczny pojawił się we Wrogu publicznym nr 1, tym razem jednak z braterskiego konfliktu uczyniono oś fabuły.

Blackie Gallagher i Jim Wade znają się od dziecka. Kiedy ich rodzice zginęli w katastrofie parowca, uratował ich i wychował sympatyczny ksiądz, ojciec Joe. Gdy przybrani bracia dorośli, ich drogi się rozeszły. Jim skończył prawo i zaczął robić karierę w prokuraturze. Blackie został zawodowym hazardzistą, właścicielem szulerni, a z czasem także gangsterem. Ich braterskie uczucia jednak nie wygasły. Kiedy Jim wygrywa wybory na prokuratora okręgowego, przyjaciele postanawiają się spotkać i uczcić ten moment. Ostatecznie jednak Gallaghera zatrzymują jakieś sprawy i na spotkanie dociera tylko jego kochanka Eleanor. Dziewczynie imponuje poukładany młody prokurator, w którego towarzystwie spędza cały wieczór. Odprowadzając ją do domu, Jim przypadkiem zostawia na kanapie swój płaszcz. Ponieważ Eleanor wkrótce zrywa z Blackie'm, prochowiec nie zostaje zwrócony. Wkrótce posłuży jako dowód w sprawie zbrodni, która postawi Jima przed trudnym wyborem.

Wielki gracz to faktycznie niezła opowieść. Siła scenariusza tkwi w jego prostocie. Śledzimy przebiegające równolegle do siebie drogi życiowe dwóch przyjaciół, które przeplatają się w kilku kluczowych momentach. Silnie zaakcentowano odmienność charakterów obydwu protagonistów. Blackie jest lekkoduchem lubiącym wygodne życie, z czasem posuwającym się coraz dalej na przestępczej drodze. Jim jest pracowity, wytrwały i ponad wszystko ceni sobie własną uczciwość. Przy wszystkich różnicach bohaterowie kochają się braterską miłością. Nie jest jej w stanie zaburzyć nawet Eleanor, która w pewnym momencie zamienia gangstera na prokuratora. Kiedy w końcu wyznawane przez bohaterów wartości prowadzą ich do konfliktu, następuje wstrząsający pojedynek charakterów, w którym moralne zwycięstwo wcale nie jest jednoznaczne ze zwycięstwem materialnym. 

Cała trójka aktorów odtwarzających główne role odnotowuje dobre występy. William Powell i Myrna Loy dobrze się uzupełniają jako para, wypadając wiarygodnie zarówno w fazie flirtu, jak i później, już jako dojrzały związek. Aktorską palmę pierwszeństwa przyznaję jednak Clarkowi Gable'owi. Ten wdrapujący się właśnie na artystyczny szczyt gwiazdor okazuje się specjalistą od ról skomplikowanych, niegrzecznych chłopców. Jego Blackie to prawdziwy bandyta-dżentelmen, który ogrywa swoich przeciwników z wielką klasą. Nie ma w nim przy tym zaciekłości czy agresji. To prawdziwy król życia, który jest świadom własnych ograniczeń. Godność, z jaką jego bohater przyjmuje konsekwencje swoich działań, jest doprawdy godna podziwu. Z dodatkowych walorów filmu wymienię jeszcze zabawną scenkę rodzajową z początku filmu, kiedy bywalcy nielegalnej jaskini hazardu w ciągu kilkudziesięciu sekund przeobrażają lokal w niewinny klub bilardowy, aby zabezpieczyć się przed nalotem policji. To się dopiero nazywają realia epoki.

Nie dziwi mnie popularność, jaką zdobył sobie wśród widzów film Van Dyke'a. Nie ukrywam, że również ja świetnie się bawiłem przy tym sprawnie napisanym, dobrze zagranym dziełku. Odwieczny dylemat pomiędzy wiernością własnym zasadom a lojalnością wobec bliskich został w Wielkim graczu ciekawie rozegrany i, mimo pewnej pompatyczności końcowych scen, satysfakcjonująco rozwiązany. Na pewno mocno w tym pomogła aktorska klasa Gable'a. Film otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 11 marca 2019

Kleopatra/Cleopatra (1934)

Film o intrygach na szczytach władzy

Reżyseria: Cecil B. DeMille
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 41 min.

Występują: Claudette Colbert, Warren William, Henry Wilcoxon, Ian Keith, C. Aubrey Smith, Irving Pichel

Cecil B. DeMille był hollywoodzkim specjalistą od gigantomanii. Jego filmy charakteryzował epicki rozmach i równie napompowana otoczka medialna wokół nich. Kiedy Kleopatra weszła na ekrany kinowe w sierpniu 1934 roku, premierę uświetniły swoją obecnością sławne persony ze świata sztuki i polityki. Film został nagrodzony owacją na stojąco. Święcił także triumfy w rankingach popularności. I nic dziwnego, było to bowiem widowisko przygotowane na bogato, korzystające z rozbudowanych, fantazyjnych dekoracji oraz kostiumów. Popularni aktorzy wcielający się w postacie historyczne przyciągnęli do kin tłumy widzów. Pytanie brzmi, czy pod epicką powłoką skryła się równie godna uwagi treść?

Film jest zaskakująco wierny faktom historycznym. Pewne wydarzenia udramatyzowano, ale co do zasady nie pozostają w sprzeczności z biografiami pierwowzorów. Historia Kleopatry rozpoczyna się od jej romansu z Juliuszem Cezarem. Przebywający w Egipcie konsul udziela księżniczce schronienia przed zabójcami. Następnie w celu zdobycia dostępu do bogactw Egiptu popiera ją w konflikcie z jej bratem Ptolomeuszem. Dzięki interwencji rzymskich legionów Kleopatra zostaje osadzona na tronie i wkrótce przybywa wraz z triumfującym Cezarem do Rzymu. Kiedy Juliusz zostaje zamordowany przez senatorów, królowa ucieka do Tarsu. Jej śladem wyrusza Marek Antoniusz, który zamierza podstępem aresztować kobietę. Ta jednak ma co do niego inne plany.

Chociaż fabuła nie należy do głównych atutów Kleopatry, jest spójna i sensowna. Główni bohaterowie są politykami i wielokrotnie stają przed wyborem pomiędzy własnym szczęściem a dobrem poddanych. DeMille'owi udało się przekonująco ukazać wagę tych decyzji oraz różniące się od siebie motywacje poszczególnych bohaterów. Kreacje aktorskie Warrena Williama, Henry'ego Wilcoxona i Claudette Colbert są solidne, chociaż może nie chwytają za serce. Pragmatyczny, dokonujący racjonalnych wyborów Cezar jest zupełnie inny od niepoprawnego romantyka Marka Antoniusza. Kleopatra jest natomiast w pewnym sensie rozdarta między tymi dwoma postawami, a jej decyzje nadają bieg kolejnym zwrotom akcji. Całkiem z niej ciekawa i bardzo ludzka bohaterka.

Przejdźmy do tych elementów filmu, które wyraźnie były dla twórców priorytetowe. Kleopatra wygląda fenomenalnie. Kompozycja kadrów zapiera dech w piersiach, zwłaszcza że zadbano o stworzenie klimatu starożytnej estetyki. Podobno w stylu art deco, chociaż ja tam się nie znam. Wnętrza egipskie są mroczne, powiewają złowieszczą egzotyką. Rzym jest bardziej prostolinijny i surowy, choć nie mniej monumentalny (ach te gigantyczne schody do Senatu). Do tego dochodzą fantastyczne rekwizyty (na przykład należące do Cezara modele machin wojennych!) i stroje. Kleopatra w trakcie filmu zmienia ubiór bodaj kilkanaście razy, a każdy kolejny zestaw jest bardziej wymyślny od poprzedniego. Wśród strojów królują zwłaszcza jej fantazyjne nakrycia głowy. Apogeum wizualnej uczty następuje podczas długiej sceny, w której Kleopatra podejmuje gościną Marka Antoniusza, próbując go uwieść. Czegóż tu nie ma. Flirt przebiega wśród występów artystów, niesamowitego jadła, drogocennej zastawy i klejnotów. Po prostu trzeba to zobaczyć, i to ze wszystkich stron. Drugą zwracającą uwagę sekwencją są oparte na szybkim montażu sceny wojenne, które nie pokazują bitwy wprost, ale przez zestawione ze sobą obrazy maszerujących żołnierzy, atakujących statków, zniszczeń. Ta nieco fantastyczna scena skutecznie oddziałuje na wyobraźnię, jednocześnie rezygnując z wykorzystania statystów czy tradycyjnych panoramicznych zdjęć pola bitwy. Dynamiczną, świetnie wspomagającą narrację ścieżkę dźwiękową do filmu skomponował Rudolph George Kopp. Wzorem King Konga muzyka aktywnie uczestniczy w narracji, pojawiając się często i nadając odpowiedni nastrój poszczególnym scenom.

Kleopatra jest bardzo udanym filmem historycznym. Skupiając się bardziej na relacjach i osobistych wyborach postaci, Cecil DeMille zdołał przedstawić je jako ciekawe, odmienne od siebie osobowości. Strona wizualna filmu stanowi jedno ze szczytowych osiągnięć epoki i zachwyca swoim rozmachem. W rezultacie otrzymujemy bardzo dobre dzieło kultury masowej, któremu wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 10 marca 2019

Poranna chwała/Morning Glory (1933)

Film o kobiecie w tunelu

Reżyseria: Lowell Sherman
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 13 min.

Występują: Katharine Hepburn, Douglas Fairbanks Jr., Adolphe Menjou, C. Aubrey Smith, Mary Duncan

Żadna z dotychczas goszczących na Chronofilmotece gwiazd kina nie wzbudziła we mnie tak mieszanych uczuć jak Katharine Hepburn. Dostrzegam jej talent i nietuzinkowość uzupełnione charakterystyczną urodą. Nie pojmuję jednak, w jaki sposób udało się jej tak szybko wskoczyć na szczyt. Hepburn pojawiła się w Hollywood w roku 1932 właściwie znikąd i błyskawicznie została gwiazdą. Rok później zdobyła swojego pierwszego Oscara z rolę w Porannej chwale, a inny jej film Małe kobietki także został obsypany nagrodami. Hepburn stanowiła najmocniejszy punkt obu tych mocno przeciętnych obrazów. O Kobietkach napisałem już to i owo. Poranna chwała to zupełnie inny typ filmu. Można powiedzieć, że jest próbą oddania na ekranie wewnętrznej pustki, która jest konsekwencją dążenia do sławy. Zadanie to udało się twórcom zrealizować aż zbyt dobrze.

Fabuła filmu kręci się wokół Evy Lovelace, młodej dziewczyny, która za cel życia postawiła sobie zostanie gwiazdą teatru. Gdy ją poznajemy, przesiaduje w biurze broadwayowskiego producenta Eastona, starając się zwrócić na siebie uwagę decydentów. Chociaż sam Easton nie jest zainteresowany współpracą z nieco dziwną debiutantką, wzbudza ona sympatię jego wspólnika, scenarzysty Sheridana. Eva nawiązuje też znajomość z aktorem starszego pokolenia Robertem Hedgesem, który obiecuje dać jej kilka lekcji aktorstwa. Póki co jednak kariera dziewczyny zastyga w martwym punkcie, zmuszając ją do przyjmowania rólek w przedstawieniach cyrkowych. Okazja na odmianę losu nadarza się kilka miesięcy później, kiedy to za pośrednictwem Hedgesa Eve wprasza się na przyjęcie organizowane w domu Eastona.

Poranna chwała ukazuje drogę do kariery gwiazdy estrady jako wymagającą poświęceń, wyrzeczeń, a czasem mało etycznych posunięć. Jednocześnie przestrzega, że nagroda może być krótkotrwała i mało satysfakcjonująca. Muszę powiedzieć, że po obejrzeniu tej utrzymanej w klimacie przedstawienia teatralnego historii czuję się przekonany. Nie warto za wszelką cenę robić kariery, a dopiąć swego potrafią właśnie takie nieco żałosne postacie jak Eva Lovelace. Bohaterka zagrana przez Hepburn jest niezwykle wyrazista, charakterystyczna i dziwaczna. Reprezentuje ciężki przypadek myślenia tunelowego, które poza wyznaczonym sobie celem nie dostrzega niczego więcej. Najczęściej tego typu osobowości działają destrukcyjnie na innych, ale w przypadku delikatnej jak trzcina Evy objawia się to inaczej. Bohaterka uważa za swą powinność wejście na szczyt. Mimo prześladującego ją pecha ani przez chwilę nie rozważa zmiany planów. Jedynym tematem jej rozmów, a właściwie monologów (bo gada bez przerwy), jest aktorstwo i pomysły z nim związane. Innych ludzi postrzega wyłącznie przez pryzmat tego, co może dzięki nim uzyskać. Ponownie nie oznacza to jakiejkolwiek uzewnętrznionej agresji, a tylko brak zainteresowania nawet przyjaznymi gestami, o ile nie są związane z jej dążeniami. Mówiąc wprost, Eva robi wrażenie osoby cierpiącej na jakieś zaburzenie psychiczne, które odbiera jej umiejętność trzeźwej oceny sytuacji. Bardzo to smutna i godna pożałowania osoba. Hepburn odegrała ją niezwykle charakterystycznie, ale też męcząco. Gadulstwo połączone z nieco niewyraźną dykcją, bierny egocentryzm doprawiony brakiem szacunku do siebie. Jej determinacja powinna z pozoru budzić szacunek, ale mnie było Evy po prostu żal.

Film oparty jest całkowicie na kreacji aktorskiej Hepburn. Inne postacie, zgodnie z wizją świata Evy, istnieją wyłącznie jako dopełnienie jej tunelowej wizji świata. Nie są to szczególnie ciekawe osobowości, może z wyjątkiem sportretowanego przez C. Aubrey Smitha starzejącego się aktora, który pełni dla Evy rolę mentora. Kameralna realizacja filmu, który składa się z pięciu statycznych scen, pozwala na pełne skupienie uwagi na losach i osobowości głównej bohaterki. Teoretycznie powinno to wywołać poruszający efekt. W moim przypadku nie do końca to się udało.  Czy należy emocjonować się walką Evy? Właściwie po co? Sama dokonała wyboru, aby zignorować to, co miała w zasięgu ręki i podążać swoim tunelem ku światłu. Skoro nie chciała oglądać się za siebie, dlaczego my mamy się jej przyglądać? Ja w każdym razie dziękuję.  

Poranna chwała otrzymuje ode mnie 6 gwiazdek. Chociaż nie neguję wysokiego poziomu aktorstwa Katharine Hepburn, czekam na jakieś jej bardziej strawne role.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 9 marca 2019

Sztuka życia/Design for Living (1933)

Film o alternatywnej drodze do szczęścia

Reżyseria: Ernst Lubitsch
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 31 min.

Występują: Miriam Hopkins, Fredric March, Gary Cooper, Edward Everett Horton

Sztuka życia Ernsta Lubitscha nie wywalczyła sobie miejsca wśród nominacji oscarowych, ani w podsumowaniach najlepszych filmów roku 1933. Mimo znanych nazwisk w obsadzie rzadko jest wymieniana jako ważny punkt w filmografii Miriam Hopkins czy Gary'ego Coopera. Również w artykułach na temat twórczości Ernsta Lubitscha nie jest przywoływana tak często, jak jego bardziej znane dzieła. Zabierając się do tego filmu, byłem co prawda pozytywnie nastawiony, nie miałem jednak żadnych szczególnych oczekiwań. Tym milej mi stwierdzić, że w moim prywatnym rankingu roku 1933 Sztuka życia zajęła wysokie miejsce. Film okazał się doskonałym przykładem zastosowania "dotyku Lubitscha" - frywolną komedią opowiedzianą z zachowaniem dobrego smaku. Powód pominięcia Sztuki w nagrodach wydaje mi się jasny. Oficjelom niezręcznie było wychwalać obraz, który w pozytywnym, dość beztroskim stylu opowiada o menage a trois.

Historia jest w zasadzie mało skomplikowana. Amerykanka Gilda poznaje swoich rodaków Toma i George'a zupełnie przypadkiem, w pociągu jadącym do Paryża. Ona jest rysowniczką pracującą dla firmy reklamowej. Oni - malarz i dramatopisarz - wspólnie klepią biedę w nędznym mieszkanku w paryskiej kamienicy. Gilda jest od początku zafascynowana obydwoma artystami. Spotyka się z Tomem za plecami George'a i z George'm w tajemnicy przed Tomem. Kiedy prawda nieuchronnie wychodzi na jaw, dziewczyna nie potrafi się zdecydować, którego z nich wybrać i przedstawia niecodzienną propozycję: cała trójka zamieszka razem. Przedsiębiorcza Gilda ma im nawet zamiar pomóc rozwinąć raczkujące kariery. Jest tylko jeden warunek - żadnego seksu.

Ernst Lubitsch i scenarzysta Ben Hecht zaadaptowali na potrzeby filmu broadwayowską sztukę Noela Cowarda. Powstały scenariusz stawia na głowie typowe hollywoodzkie konwencje. Bohaterowie żyją w poligamicznym związku, który, mimo pewnych trudności, przynosi im szczęście i życiowe sukcesy. Co więcej, kiedy którekolwiek z nich wykonuje krok w kierunku monogamii, nie mija wiele czasu, kiedy wszystko zaczyna się psuć. Wiele zabawnych sytuacji w filmie wynika z przeciwstawienia rozwoju wypadków oczekiwaniom widza przyzwyczajonego do pewnych schematów. Oczywiście subtelnie, z masą aluzji i dwuznaczności właściwych Lubitschowi. Ach, te soczyste dialogi pełne obrazowych metafor i błyskotliwych ripost. Palce lizać! Trzeba przy tym zaznaczyć, że filmowy trójkąt to nie tylko miód i orzeszki. Bohaterowie spotykają się z presją społeczną, a Tom i George usiłują zapanować nad trawiącą ich zazdrością. W tle przewija się jeszcze szef Gildy, który uparcie próbuje nawrócić ją na drogę "cnoty".

Pójściem pod scenariuszowy prąd było również umieszczenie w centrum fabuły postaci kobiecej. To Gilda nadaje ton wydarzeniom, ona podejmuje decyzje kluczowe dla łączącej bohaterów relacji. Jest również ciekawa jako osobowość. Chociaż nie ma hamulców obyczajowych i trochę manipuluje swoimi mężczyznami, nie można jej nazwać femme fatale, gdyż jej wpływ na życie Toma i George'a jest bezsprzecznie pozytywny. Ponadto jest to osoba potrafiąca cieszyć się życiem, dowcipna i świadoma własnych ograniczeń. I tak bardzo nie wpisuje się w stereotyp dobrej amerykańskiej żony, jak to tylko możliwe. Miriam Hopkins byłą pierwszym wyborem Lubitscha do roli Gildy i wspięła się na wyżyny swego talentu. Gary Cooper i Fredric March nie dali w swoich rolach plamy, ale gdzie im tam do tej wyrafinowanej koneserki życia.

Do ważnych elementów filmu dorzucę jeszcze oryginalne zabiegi narracyjne Lubitscha. Na przykład scena otwierająca przez kilka minut toczy się bez słów. Wyłącznie dzięki zręcznemu montażowi poznajemy osobowości bohaterów, którzy obserwują się nawzajem w przedziale pociągu. Kiedy natomiast zaczynają mówić... słyszymy język francuski, ponieważ wzięli się nawzajem za autochtonów. Innym podobnie zaskakującym zabiegiem jest prześmieszne wykorzystanie parawanu w końcowych minutach filmu. Tutaj jednak pozwolę sobie nie zdradzać szczegółów. Podsumowując: reżyserski talent Lubitscha połączony z odwagą w przełamywaniu wzorców dał znakomite efekty.

Sztuka życia to znakomita komedia nasycona zabawnymi sytuacjami i wykwintnymi dialogami. Oczywiście kontrowersyjna postawa życiowa bohaterów nie wszystkim może przypaść do gustu. Gdy jednak podejść do filmu z dystansem, okazuje się on pogodną opowieścią o ludziach poszukujących swojej własnej drogi do szczęścia. Jest także przykładem dla innych twórców filmowych, że stosowanie niekonwencjonalnych rozwiązań narracyjnych może prowadzić do powstania oryginalnego dzieła. Za tę podwójną odwagę, sporo śmiechu i możliwość podziwiania gry Miriam Hopkins wystawiam 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 8 marca 2019

Prywatne życie Henryka VIII/The Private Life of Henry VIII (1933)

Film o dużym dziecku

Reżyseria: Alexander Korda
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 1 h 33 min.

Występują: Charles Laughton, Elsa Lanchester, Binnie Barnes, Robert Donat

Do filmu przybliżającego Prywatne życiu Henryka VIII podchodziłem z dużymi nadziejami i lekką nutką niepokoju. Nadzieje wiązały się z osobą Charlesa Laughtona, który wcielił się w postać tytułowego władcy i został za swoją kreację nagrodzony Oscarem. Niepokój wynikał z faktu, że opowieść o owianej tej ponurą sławą postaci ma charakter komedii. Komedia o królu ścinającym głowy swoim żonom... Z drugiej strony Anglicy lubią w swój specyficzny sposób żartować ze wszystkiego, więc czemu nie. Po seansie muszę powiedzieć, że spełniły się zarówno moje oczekiwania, jak i obawy. Wybitna kreacja aktorska Laughtona z pewnością mocno wpłynie na moje wyobrażenie o angielskim monarsze. Mimo to jego portret przedstawiony przez reżysera Alexandra Kordę uważam za niepełny i niesatysfakcjonujący.

Jak wskazuje tytuł, film skupia się na prywatnym życiu króla, a dokładniej rzecz biorąc na jego relacjach z pięcioma z sześciu żon. Film rozpoczyna egzekucja drugiej z nich, Anny Boleyn, co ma umożliwić Henrykowi natychmiastowe poślubienie nowej wybranki Jane Seymour. Kilka lat później Jane umiera przy porodzie, a władca postanawia pozostać wdowcem. Nie przeszkadza mu to utrzymywać bliskich relacji z jedną ze swoich dam dworu Katarzyną Howard, która obrała sobie za cel wspięcie się jak najwyżej po drabinie społecznej. Ostatecznie względy polityczne zmuszają Henryka do poślubienia czwartej żony, niemieckiej księżniczki Anny z Kleve. Ta jednak ma sprytny plan, który ma zapobiec podzieleniu przez nią ponurego losu poprzednich żon króla.

Jeżeli opis fabuły robi na was wrażenie odhaczania z listy kolejnych kobiet Henryka VIII, to macie rację. Początkowo film miał obejmować tylko okres małżeństwa króla z Anną z Kleve, jednak później twórcy zdecydowali się rozbudować scenariusz. W rezultacie powstała opowieść o ramach zbyt szerokich, by kompleksowo przybliżyć któreś z małżeństw króla, a jednocześnie zbyt okrojonych, by stanowić jego pełną biografię. Fabuła stosunkowo pobieżnie przeskakuje pomiędzy kolejnymi epizodami z życia władcy. Z niezrozumiałych powodów nie pokazano jednak pierwszego małżeństwa Henryka z Katarzyną Aragońską, które skutkowało tak ważnymi dla jego życia decyzjami jak wypowiedzenie posłuszeństwa papieżowi czy egzekucja Tomasza Morusa. Zgodnie z założeniami tytułu film nie odnosi się do wydarzeń politycznych, co z kolei skutkuje niezrozumiałym zniknięciem w pewnym momencie grupy dworzan Henryka i zastąpieniem ich nowymi postaciami. Nie dowiadujemy się, że zostali oni (na przykład Thomas Cromwell) ścięci na polecenie Henryka. Można argumentować, że nie da się w półtorej godziny pokazać wszystkiego. Zgoda. Tylko w rezultacie filmowy Henryk VIII stał się postacią całkiem oderwaną od rzeczywistego odpowiednika. 

Tu dochodzimy do kreacji Charlesa Laughtona. Władca w jego wykonaniu to wielkie, rozkapryszone dziecko przyzwyczajone do bezwzględnego wykonywania swoich rozkazów, ale nie mające dość odwagi, żeby zmierzyć się z ich konsekwencjami. Świetnie widać to w otwierającej film scenie, w której trwają przygotowania do egzekucji Anny Boleyn, podczas gdy podekscytowany król radośnie wyczekuje informacji o jej wykonaniu, aby natychmiast poślubić kolejną żonę. Nie ma w nim złości, gniewu czy satysfakcji z ukarania niewiernej małżonki. Anna istnieje dla niego już tylko jako przeszkoda w osiągnięciu celu. Jest jednocześnie Laughtonowski król silną osobowością - głośną, energiczną, rubaszną i powodowaną silnymi emocjami. Prawie w każdej scenie śmieje się, cieszy, jest czymś podekscytowany. Tylko raz w całym filmie wpada w gniew i wtedy rozumiemy, dlaczego cały dwór panicznie się go obawia. Najlepiej jego osobowość oddaje legendarna scena, w której Henryk podczas uczty pożera kolejne kawałki pieczonego kurczaka, zamaszyście rzucając za siebie słabo ogryzione kości.

Wypadałoby kilka słów napisać o filmowych żonach Henryka. Szczególnie w pamięć zapadają dwie z nich. Anna Boleyn (grana przez Merle Oberon) pojawia się na ekranie tylko przez kilka minut. Idzie na śmierć z imponującym spokojem i godnością, tak kontrastującymi z dziecinnym zachowaniem Henryka. Anna z Kleve, w którą wcieliła się żona Laughtona Elsa Lanchester, to natomiast najbardziej komiczna postać w filmie. Ta mówiąca z niemieckim akcentem księżniczka próbuje zniechęcić Henryka do konsumpcji małżeństwa i czyni to tak skutecznie, że zapewnia sobie jego dozgonną przyjaźń. Niezwykłe to dokonanie, ale Lanchester sprzedaje je w pełni przekonująco.

Jeżeli chodzi o realizacyjną stronę filmu, zwraca uwagę pomysłowy montaż, zwłaszcza skomplikowana pierwsza sekwencja filmu, o której już wspomniałem. Także kostiumy utrzymane w stylu epoki olśniewają różnorodnością. Aż szkoda, że nie mogliśmy ich ujrzeć w kolorze.

Prywatne życie Henryka VIII to film trudny do oceny. Z jednej strony zawiera bardzo dobre kreacje aktorskie, które podziwiałem z niekłamaną przyjemnością. Z drugiej, film oparty na konfliktach zdziecinniałego króla z kolejnymi żonami po jakimś czasie zaczyna nużyć. Mgliste mamy na jego podstawie wyobrażenie o Henryku VIII jako władcy, natomiast mocno negatywne jako o człowieku. Żeby nie było, osobiście uważam, że Laughton i tak przedstawił go w zbyt dobrym świetle w stosunku do pierwowzoru. Rzecz w tym, że trudno temu samolubnemu facetowi kibicować w jego eskapadach, a i spośród jego żon nie wszystkie zasługują na uznanie. Natomiast chętnie zobaczyłbym Laughtona-Henryka w kilku potencjalnych scenach, z których zrezygnowano. No cóż. I tak jestem zadowolony, że było mi dane zobaczyć ten daleki od ideału film. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 7 marca 2019

Nocne motyle/Footlight Parade (1933)

Film o

Reżyseria: Lloyd Bacon i Busby Berkeley
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 43 min.

Występują: James Cagney, Joan Blondell, Ruby Keeler, Dick Powell, Frank McHugh, Guy Kibbee, Ruth Donnelly, Hugh Herbert, Claire Dodd

1933 to rok, w którym wytwórnia Warner Bros dostrzegła w filmowych musicalach żyłę złota. Nocne motyle były trzecim z kolei filmem muzycznym Warnerów opartym na podobnym schemacie: fabuła opowiadająca o powstawaniu musicalu, choreografia przygotowana przez Busby'ego Berkeleya, w obsadzie powtarzające się nazwiska aktorów wyspecjalizowanych w śpiewie i tańcu. Trzeba przyznać, że poziom tych filmów szedł w górę. O ile Ulica szaleństw poza numerami muzycznymi nie miała do zaoferowania nic ciekawego, to Poszukiwaczki złota zawierały już sporo zabawnych momentów i nieco dobrego aktorstwa. Nocne motyle dodały do tej układanki kolejny ważny element w postaci Jamesa Cagneya. Gwiazdor opromieniony rolami w filmach gangsterskich dodał filmowi ciężaru gatunkowego, tworząc kreację bardzo odmienną od swego dotychczasowego emploi.

Film opowiada o perypetiach zespołu artystycznego produkującego "prologi" - krótkie etiudy sceniczne prezentowane w kinach przed seansami filmowymi. Wiodącą postacią grupy jest Chester Kent - impresario, scenarzysta, choreograf, organizator i człowiek o niezwykłej energii. Jego prawą ręką jest rezolutna sekretarka Nan, która jest zakochana w Chesterze, ale on w natłoku obowiązków tego nie zauważa. W skład ekipy wchodzą jeszcze Silas i Al - producenci zajmujący się finansami i regularnie wyprowadzający profity do własnych kieszeni, pesymistyczny i tchórzliwy reżyser Francis, marząca o występach na scenie asystentka Bea, młody talent Scott Blair będący zarazem płatnym kochankiem żony Silasa, Charlie Bowers zajmujący się prewencyjną cenzurą przedstawień oraz Vivian, płytka uwodzicielka starająca się schwytać Chestera na swoje lasso. Humorystyczne wątki dotyczące całej tej plejady postaci kręcą się wokół przedstawień przygotowywanych dla nowego perspektywicznego klienta.

Fabuła Nocnych motyli jest lekka i frywolna, podobna w tym do Poszukiwaczek złota. Bohaterowie nie stronią od żarcików z podtekstami erotycznym, a modus operandi wielu z nich polega na poszukiwaniu źródeł łatwego, niekoniecznie uczciwego zarobku. Najjaśniejszym punktem filmu jest James Cagney, który nieodparcie skupia na sobie blask reflektorów. Jest naprawdę świetny - hiperaktywny, elokwentny, charyzmatyczny. Łobuzerski styl bycia, który po roli we Wrogu publicznym nr 1 doprowadził do przypięcia mu łatki złego chłopca, świetnie sprawdza się także w przypadku nabuzowanej testosteronem, ale niezwykle sympatycznej postaci charyzmatycznego pracoholika. Na dodatek, co mnie zaskoczyło, Cagney jest utalentowanym tancerzem i przebrany w stój marynarza wzorowo wykonuje jeden z numerów Berkeleya. Jeżeli chodzi o innych występujących w filmie aktorów, pozostają nieco w cieniu gwiazdy. Dobre role zaliczają Joan Blondell jako zakochana sekretarka (ma kilka ciętych ripost), Claire Dodd w roli pozbawionej skrupułów Vivian czy Guy Kibbee jako rozkoszny producent-malwersant. A Dick Powell zadziwia swoim pięknym głosem.

Co do numerów muzycznych Busby'ego Berkeleya, ich poziom nie jest tak wyrównany jak w Poszukiwaczkach złota. Utwór poświęcony "hotelowi nowożeńców" nie przekonał mnie do siebie. Ma za bardzo kinową stylizację jak na coś mającego udawać teatr. Shanghai Lil rozgrywający się w portowej spelunce rozkręca się dopiero w końcowej części, gdzie Cagney daje swój taneczny popis. Natomiast By a Waterfall to prawdziwa perełka. Trwający 10 minut utwór baletowy tańczony w basenie przez tancerki ubrane w fantazyjne stroje kąpielowe jest niesamowity. Zarówno układy choreograficzne filmowane z kamery umieszczonej nad tancerzami, jak i urzekająca sceneria na czele z wodospadem po prostu zapierają dech w piersiach. Absolutne mistrzostwo świata i warto sobie chociaż ten fragment filmu obejrzeć, żeby mieć pojęcie, do czego zdolny był Berkeley.

Nocne motyle to jeden z lepszych musicali, jakie wyprodukowano w początkach dźwiękowego Hollywood. Posiada wszystko, czego można oczekiwać od bezpretensjonalnej komedii - charyzmatyczną gwiazdę w roli głównej, dowcipne dialogi z dużą ilością pieprzu, a do tego wysokie walory artystyczne zapewniane przez numery muzyczne. To wartościowy film rozrywkowy, z którym warto się zapoznać. Film otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 6 marca 2019

Synowie pustyni/Sons of the Desert (1933)

Film o pantoflarzach rwących się ku wolności

Reżyseria: William A. Seiter
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 1 min.

Występują: Stan Laurel, Oliver Hardy, Mae Busch, Dorothy Christy, Charlie Chase

Stan Laurel i Oliver Hardy, w Polsce znani jako Flip i Flap, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów komików w historii kina. Jeden szczupły i nieco ślamazarny, drugi pulchny i energiczny, operowali humorem w specyficznym, slapstickowym stylu. Laurel i Hardy, współpracując od roku 1927, nakręcili wspólnie ponad setkę filmów krótko i długometrażowych. Synowie pustyni są jedną z ich najbardziej znanych produkcji, często wskazywaną jako najlepsza. Tytułowi "Synowie pustyni" to nazwa stowarzyszenia, którego członkami są bohaterowie filmu. Nie bardzo wiadomo, czym się owe bractwo zajmuje. Pewnym jest tylko, że jego członkowie bardzo sobie cenią swoją przynależność. Chyba bardziej, niż nakazywałby to zdrowy rozsądek. I sprowadza to na nich nie lada kłopoty.

W scenie otwierającej film Stan i Oliver (występują pod swoimi prawdziwymi nazwiskami) biorą udział w uroczystym zebraniu Synów pustyni. Na jego zakończenie wraz z pozostałymi "braćmi" uroczyście przysięgają, że przybędą na Wielki Zjazd, który odbędzie się w Chicago. Przyjaciele stoją jednak w obliczu niewielkiego problemu - uzyskania zgody swoich żon na wyjazd. Chociaż obaj uważają się za władców domu, okazuje się to trudniejsze, niż przypuszczali. Problemy ma zwłaszcza przemądrzały Oliver, który wcześniej obiecał małżonce wspólny wypad w góry. W końcu Stan i Ollie uciekają się do fortelu, który obejmuje symulowanie ciężkiej choroby i fikcyjny wyjazd na leczenie na Hawaje. (Wszystko dlatego, że Pani Hardy cierpi na chorobę morską). Utrzymanie tajemnicy okaże się jednak znacznie trudniejsze, niż przypuszczali.

Komizm filmu opiera się w dużej mierze na przeciwstawieniu budowanego przez bohaterów wizerunku twardych facetów prozaicznej rzeczywistości. Stan i Oliver są bowiem pantoflarzami bojącymi się sprzeciwić swoim energicznym żonom. W rezultacie zmuszeni są uciec się do skomplikowanej mistyfikacji, która od pewnego momentu zaczyna rozchodzić się w szwach. W gruncie rzeczy intryga Synów pustyni jest dziurawa, nieskomplikowana i właśnie dzięki temu służy jako taśmociąg dla kolejnych gagów. Sporo jest także w filmie slapsticku. Są to przede wszystkim gagi oparte na niezdarności bohaterów i nieszczęśliwych wypadkach. Na przykład w pewnej scenie bohaterowie po kolei wpadają do wielkiej miednicy pełnej wrzątku, a w innej Stan zajada się sztucznymi owocami. Oprócz rozśmieszania widzów, bohaterowie wykonują także kilka piosenek. W tym skoczny, wpadający w ucho numer Honolulu Baby, który przypomniał mi, że widziałem ten film w dzieciństwie.

Na pochwałę zasługują komediowe kreacje duetu komików. Są one nieskomplikowane i, o ile mi wiadomo, podobne do postaci z ich innych filmów. Nie zmienia to faktu, że Laurel i Hardy świetnie się czują jako pozbawieni zdrowego rozsądku fajtłapa i furiat. Dobrze się uzupełniają zarówno pod względem wyglądu, jak i charakterologicznie. Tutaj jednak czas na chwilę prawdy - otóż humor "Flipa i Flapa" (nie znoszę tych pseudonimów) jest prosty, cudaczny i nie silący się na jakieś ambicje. Nie znajdziemy w Synach pustyni ambitnej kinematografii w stylu Bustera Keatona, czy wzruszeń typowych dla Charliego Chaplina. To po prostu dwóch pociesznych gości i nic więcej.

Czy Synowie pustyni mnie rozbawili? Muszę przyznać, że raczej umiarkowanie. Doceniam wysiłki i talent komików, którzy wymyślili wiele skeczy powtarzanych później przez dziesiątki naśladowców. Osobiście niezbyt przepadam za prezentowanym przez nich typem humoru. Przyjemnie się ich oglądało, ale bez rewelacji. Za wyjątkiem przywołującego miłe wspomnienia Honolulu Baby, rzecz jasna. Polecam głównie fanom slapsticku. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com