wtorek, 4 czerwca 2019

Statek komediantów/Show Boat (1936)

Film o ambicjach i przeszkodach

Reżyseria: James Whale
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 53 min.

Występują: Irene Dunne, Allan Jones, Charles Winninger, Paul Robeson, Helen Morgan, Helen Westley, Queenie Smith, Sammy White, Donald Cook, Hattie McDaniel

Większość hollywoodzkich musicali stanowiły opowieści lekkie, błahe, będące dostarczycielami niezobowiązującej rozrywki lub, w najlepszym wypadku, ciętej satyry. Poważniejsze tematy pojawiały się w nich rzadziej. Kiedy jednak już to następowało, efekty były nader interesujące (tak było na przykład w Cesarzu Jonesie). Statek komediantów mimo swego tytułu jest próbą stworzenia musicalu zaangażowanego. Przeniesiony na ekran prosto ze scen Broadwayu, gdzie cieszył się dużą popularnością, opowiada o życiowych perypetiach artystów występujących na łajbie żeglującej po Missisipi. Reżyser James Whale, do tej pory znany raczej z filmów grozy, postawił na wierność teatralnemu pierwowzorowi i zaangażował nawet kilkoro aktorów występujących w wersji broadwayowskiej. Ambicje reżysera, pragnącego wykazać się w nowym dla siebie gatunku, były duże. Główną przeszkodą na jego drodze stały się przyjęte w Fabryce Snów konwencje fabularne, które utrudniały rozwinięcie skrzydeł.

Bohaterami filmu są członkowie trupy artystycznej występującej na pokładzie statku o wdzięcznej nazwie Kwiat Bawełny. Główna gwiazda - Mulatka Julie - dzięki jasnej skórze skrywa swe pochodzenie. Jedynym powiernikiem niebezpiecznego na rasistowskim Południu sekretu jest jej biały mąż. Joe i Queenie, potomkowie wyzwolonych niewolników, próbują wiązać koniec z końcem jako okrętowa obsługa, choć talentem nie ustępują bardziej prominentnym artystom. Właściciele statku - serdeczny kapitan Hawks i jego gderliwa żona - doglądają swojej córki, rozkwitającej właśnie Magnolii. Niepomna rad rodziców dziewczyna pragnie pójść w ślady Julii i zostać gwiazdą pokładowej estrady. Scena staje przed nią otworem, kiedy kłopotliwy sekret Mulatki wychodzi na jaw, a na statku pojawia się potencjalny partner - Ravenal, czarujący śpiewak i potajemny hazardzista.

Mimo swej widowiskowości Statek komediantów jest prozaiczną opowieścią o losach kilku nękanych codziennymi problemami związków. Artyści przeżywają zwroty i upadki. Ciężko pracują, by wejść na szczyt i spadają z niego. Rozstają się i schodzą ponownie. Film porusza wiele poważnych wątków społecznych, znalazło się także miejsce na odrobinę humoru. Zdecydowanie najciekawszy epizod wiąże się z kwestią rasową. Idiotyczne przepisy stanu Missisipi zakazują (czy raczej zakazywały) zawierania międzyrasowych małżeństw. Kiedy mieszane pochodzenie Julii wychodzi na jaw, ona i jej biały mąż uciekają się do sprytnego (chociaż wybitnie filmowego) fortelu, który pozwala im wybrnąć z sytuacji. Chociaż pozostali członkowie trupy stają po ich stronie w zatargu ze wścibskim szeryfem, ich reakcja po pozbyciu się natręta jest zaskakująco przykra. Koleżeńska solidarność zajmuje w systemie wartości artystów tylko nieznacznie wyższe miejsce nad brzydkimi uprzedzeniami.

Muzyki jest w Statku komediantów bardzo dużo. Akcja przeplatana jest licznymi piosenkami, głównie w postaci występów na pokładowej scenie, chociaż pojawia się także kilka sekwencji, w których bohaterowie "tak po prostu" zaczynają śpiewać. Najlepszy utwór znów dotyczy spraw rasowych. Śpiewany przez Paula Robesona i Hattie McDaniel przybliża los czarnoskórych robotników, nawiązując również do czasów statków niewolniczych i pracy na plantacjach. Paul Robeson i Hattie McDaniel są w ogóle moją ulubioną parą w tym filmie. On - obdarzony pięknym głosem i charyzmą, ona - dziarska i zabawna w swojej szorstkości.

Najsłabszym elementem Statku jest niestety wątek marzącej o niebieskich migdałach Magnolii i jej rozrzutnego partnera. Irene Dunne oraz Allan Jones nie budzą jakiegoś szczególnego zachwytu swoim aktorstwem. Poza tym powiedzmy sobie szczerze, historie innych bohaterów są po prostu ciekawsze. Whale postawił na złego konia, i to kosztem skrócenia niektórych linii fabularnych (Robeson i McDaniel nie otrzymali nawet swojego zakończenia). Zazwyczaj zarzuca się Hollywood nadmierne eksponowanie "progresywnych" tematów, tymczasem w przypadku Statku komediantów miała miejsce sytuacja odwrotna.

Moje ogólne wrażenia z seansu są mieszane. Pomimo znacznego wysiłku włożonego w realizację i kilku dobrych elementów, pod koniec filmu odczuwałem znużenie. Nie samą widowiskowością człowiek żyje, zwłaszcza że w wyróżnionych przeze mnie scenach Whale pokazał, że potrafi wykorzystać musicalowe instrumentarium do przekazania czegoś ważnego. Priorytety były jednak inne. Przy całym szacunku dla reżysera, wystawiam Statkowi 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 2 czerwca 2019

Mayerling (1936)

Film o więźniach własnych umysłów

Reżyseria: Anatole Litvak
Kraj: Francja
Czas trwania: 1 h 28 min.

Występują: Charles Boyer, Danielle Darrieux, Jean Dax, Jean Debucourt, Andre Dubosc, Rene Bergeron, Gabrielle Dorziat

30 stycznia 1889 roku jedyny syn cesarza Franciszka Józefa Arcyksiążę Rudolf oraz jego młoda kochanka, baronówna Maria Vetsera, odebrali sobie życie w cesarskiej rezydencji myśliwskiej Mayerling. Wydarzenie to zatrzęsło posadami Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Zszokowani Habsburgowie nie mieli zamiaru rozpowszechniać informacji o szczegółach tragedii, dlatego narosło wokół niej sporo mniej lub bardziej wiarygodnych teorii. Niemal 50 lat później Anatole Litvak postanowił w swoim filmie przedstawić jedną z popularniejszych wersji wydarzeń. Można ją nazwać psychologiczno-romantyczną, wydaje się jednak zbliżona faktom historycznym. Mayerling zdobył niespodziewanie dużą popularność nie tylko we Francji, ale także w Stanach Zjednoczonych, zapewniając odtwórcom głównych ról - Charlesowi Boyerowi i Danielle Darrieux - międzynarodową sławę. Opowieści o nieszczęśliwej miłości zawsze były w cenie. Jeżeli chodzi o jakość samego filmu, jest interesujący, mam jednak pewne zastrzeżenia.

Mayerling sporo miejsca poświęca politycznemu tłu całej tragedii. Cesarstwo Habsburgów ukazano jako tragikomiczne państwo policyjne, w którym nawet następca tronu jest pod stałą obserwacją tajnych służb. Rudolf to postać rozdarta - liberał i uczestnik studenckich protestów, przyjaciel wichrzycielskiego dziennikarza a jednocześnie człowiek bezsilny, pozbawiony wpływu na sprawy państwowe. Jego małżeństwo z belgijską księżniczką Stefanią jest całkowitą fikcją, stosunki z ojcem nie wykraczają poza oficjalne formalności, natomiast premier rządu jest wręcz prześladowcą Arcyksięcia, śledzącym każdy jego ruch. Rudolf odreagowuje niepowodzenia poprzez pijaństwo i przygody z cały czas zmieniającymi się kochankami. Pewnego dnia przypadkiem spotyka na ulicy dziewczynę, która początkowo nie rozpoznaje w nim następcy tronu. To początek intensywnego uczucia. Maria okazuje się zupełnie inna, niż otaczające Rudolfa kobiety - subtelna, głęboka, poważnie myśląca o życiu. Arcyksiążę postanawia zrobić wszystko, by uzyskać rozwód ze Stefanią i ożenić się ze swą prawdziwa miłością. Franciszek Józef nie ma jednak zamiaru pozwolić na obyczajowy skandal i mezalians.

Historia została opowiedziana wyraźnie z perspektywy Rudolfa, niewątpliwie biorąc jego stronę. Arcyksiążę rzeczywiście ma powody do depresji, trzeba jednak powiedzieć, że jest nielichym ciężarem dla cesarskiej rodziny. Zamiast cierpliwie czekać na objęcie tronu, aktywnie działa przeciwko polityce ojca. O jego ekscesach pijackich i seksualnych wie cały Wiedeń. Nieszczęsna żona Rudolfa, odrzucona i skazana na zapomnienie, nawet nie występuje w filmie. Książę okazuje się absolutnym egocentrykiem nieczułym na rację stanu ani uczucia swoich bliskich. Nie pomaga mu w tym Franciszek Józef, rezygnujący całkowicie z roli ojca na rzecz powinności władcy. W takim otoczeniu dziedzic cesarskiego tronu nie ma szans na rozwój i obrócenie swych politycznych marzeń w rzeczywistość. Wymagałoby to wytrwałości i rozwagi, a on musi mieć wszystko tu i teraz. Nawet uwielbiana przez niego Maria pozostaje w cieniu kochanka, wyrozumiale akceptując jego ekscesy i utwierdzając w poczuciu krzywdy. Ją samą cechuje brak złudzeń co do swojej roli. Zostaje w tym poczuciu utwierdzona krótką lecz dobitną rozmową z cesarzową Elżbietą, która wyjawia Marii, że jako żona Franciszka Józefa nigdy nie była szczęśliwa. Poza krótkim okresem na samym początku. W rezultacie zamiast wsparciem dla Rudolfa, dziewczyna staje się jednym z czynników, które prowadzą do wiadomego końca.

Mayerling jest filmem ze znakomita oprawą. Mam słabość do cesarskiego Wiednia z jego muzyką i estetyką. Muszę przyznać że moje oczekiwania zostały zaspokojone. Oprawa muzyczna zaaranżowana przez Arthura Honeggera to mieszanka dzieł wiedeńskich klasyków i utrzymanych w podobnej stylistyce utworów skomponowanych przez jego samego. Dopisała również scenografia pełna imperialnego blichtru. Jej dominującym elementem został występujący na draperiach, kurtynach i ozdobnych przedmiotach habsburski orzeł - symbol racji stanu. A jednak ten imponujący wizerunek jest tylko ostentacyjną i napuszoną fasadę kryjącą powolną degrengoladę cesarstwa.

Dopracowany wizualnie i fabularnie film traci trochę na atrakcyjności z uwagi na kreacje aktorskie Boyera i Darrieux. Entuzjastycznie przyjęci przez publikę, mnie osobiście wydają się bezduszni. To dwa wpatrzone w siebie automaty, niezdolne do stawienia czoła własnym instynktom i obawom, zbyt przerażone i zniechęcone, żeby zawalczyć o siebie. Oczywiście musieli tacy być ze względu na zakończenie ich historii. Niestety aktorom nie udało się tchnąć w dwie skazane na śmierć postacie życia. W rezultacie udało mi się wczuć w ich tragedię na poziomie intelektualnym, lecz nie uroniłem ani jednej łezki. A wręcz byłem od tego bardzo daleki. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 1 czerwca 2019

Skamieniały las/The Petrified Forest (1936)

Film o wykolejeńcach

Reżyseria: Archie Mayo
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 22 min.

Występują: Leslie Howard, Bette Davis, Humphrey Bogart, Dick Foran, Genevieve Tobin, Porter Hall, Charlie Grapewin

Trudno w jednoznaczny sposób wskazać początek kina noir, szczególnie że samo to określenie zostało wprowadzone retrospektywnie w połowie lat 40. Dużo łatwiej zwrócić uwagę na kilka ważnych filmów, które stały się protoplastami kiełkującego nurtu. Pierwszym takim obrazem był Potępieniec z roku 1935, kolejnym okazał się wypuszczony rok później Skamieniały las. Z obecnych w nim elementów charakterystycznych dla kina "czarnego" trzeba wymienić przygnębiającą atmosferę, ambiwalentnych moralnie bohaterów oraz Humphreya Bogarta. Występujący w swojej pierwszej ważnej roli aktor był do tej pory szerzej nieznanym aktorem, do którego pomocną dłoń wyciągnął obsadzony w roli głównej Leslie Howard. Za wstawiennictwem Howarda Bogart otrzymał okazję do pokazania światu swoich możliwości aktorskich i nie zmarnował jej. Jako symbol wdzięczności wiele lat później nadał swojej córce na imię Leslie.

Prawie cała akcja filmu rozgrywa się w kafejce przy stacji benzynowej na pustynnym odludziu Arizony. W pobliżu leży Park Narodowy Skamieniałego Lasu - stąd tytuł filmu. Na stacji pośrodku niczego życie toczy się leniwie. Gabrielle - kelnerka i córka właściciela - mało energicznie odrzuca zaloty miejscowego osiłka Boze'a. Jej ojciec jest pochłonięty jest prowadzeniem interesu i zbijaniem bąków ze swoimi kolegami z Gwardii Narodowej. Dziadek żyje wspomnieniami z lat Dzikiego Zachodu. Nudę przerywa przybycie wędrującego pieszo przez odludzie Alana - niespełnionego pisarza, który poszukuje nowego życiowego celu. Mająca artystyczne ambicje Gabrielle dostrzega w zblazowanym mężczyźnie bratnią duszę. Alan usiłuje ją zainspirować do porzucenia życia kelnerki, nie jest to jednak takie proste. Tymczasem do stacji zbliża się kolejny gość - poszukiwany za napad i morderstwo Duke Mantee wraz ze swoim gangiem.

Mimo oryginalnej lokalizacji na amerykańskiej pustyni, Skamieniały las jest filmem teatralnym. Zachowana została klasyczna zasada jedności miejsca, czasu i akcji, a rozwój fabuły odbywa się w zdecydowanej większości poprzez rozmowy. Mimo to zastosowano kilka ciekawych technik operatorskich. Autor zdjęć Sol Polito chętnie korzysta z pomysłowych ustawień kamery. Na przykład żeby opowiedzieć Alanowi o swoich marzeniach, Gabrielle wchodzi z nim na dach kafejki, skąd spoglądają z góry na nudną okolicę. Z kolei bogartowski czarny charakter filmowany jest prawie zawsze indywidualnie, żeby pogłębić wrażenie jego wrogości w stosunku do pozosałych. Oddawanie nastroju bohaterów za pomocą kadrowania to rozwiązanie zaczerpnięte z kina niemieckiego i najważniejszy "czarny" element Skamieniałego lasu.

Fabularnie mamy do czynienia z opowieścią o paskudnych ludziach uwięzionych w paskudnym miejscu. Umieszczona w centrum fabuły Gabrielle (grana przez Bette Davis) wydaje się rozmarzoną dziewczyną pragnącą wyjechać z obskurnej pustynnej dziury do Francji - kraju swoich marzeń. Zarazem jest to nieprzyjemna oportunistka czekająca z wyjazdem na śmierć dziadka i przejęcie zapisanego jej spadku. Poza tym czeka na wielką miłość, ale w międzyczasie pozwala się obmacywać tępemu jako noga stołowa osiłkowi. Na wąskiej twarzy Gabrielle łatwo wypatrzyć zarysowujący się niepozorny wyraz zgorzknienia. Dlatego tak łatwo odnajduje wspólny język z Alanem (w tej roli Leslie Howard) - uosobieniem artystycznej dekadencji i zagubienia. Ten gość został wyjałowiony emocjonalnie wskutek życiowych niepowodzeń i trudno mu znaleźć motywację do działania. Dostrzega brzydki charakter Gabrielle, ale mimo to postanawia zainwestować w jej przyszłość, by w pewien sposób zadośćuczynić własnej miałkości. Dziwny to człowiek, dokonujący trudnych do zrozumienia decyzji. Zdecydowanie ciężko się z nim utożsamiać.

Kilka słów wypada poświęcić dopracowanej roli Bogarta jako bezwzględnego bandyty, który jednak skrywa w sobie odrobinę człowieczeństwa. Nieogolony, zachrypnięty, sztywno chodzący zbir był wzorowany na słynnym Johnie Dillingerze, którego mimikę i gesty Bogart studiował na nagraniach. Ta postać także skrywa w sobie drugie dno. Na pozór pozbawiony skrupułów bandzior, który nie cofnie się przed niczym, z uwagi na chwilę wolnego czasu postanawia wysłuchać rozterek bohaterów, a nawet służyć im pewną radą. Nie zmienia to faktu, że w potrzebie czyni z nich żywe tarcze. Bogart umiejętnie połączył w tym bohaterze bezwzględność z pewną dozą refleksji. To dlatego jeden z trzymanych na muszce zakładników określa bandytę uosobieniem amerykańskiego ideału wolności.

I tutaj dochodzimy do pewnego absurdu, w jaki brnie Skamieniały las w raz z rozwojem fabuły. Te nieprawdopodobnie dziwaczne główne postacie pogrążają się w długich dyskusjach o sensie istnienia, dogadują sobie, próbują rozgryźć, co kryje się w ich duszach. Ich pomysły i decyzje są absolutnie nieracjonalne, problemy bardzo odległe od tego, co trapi zwykłego zjadacza chleba. Wieńcząca film strzelanina i skrajnie nierealistyczna konkluzja powinny zatem wywołać irytację. A jednak tak nie jest. Skamieniały las mimo swej absurdalności wciąga i bawi. Może dzięki atrakcyjności wizualnej i dobremu aktorstwu. A może ten odrealniony klimat i nierzeczywiste postacie są właśnie jego zaletą, a nie słabością? W końcu lubimy współczuć wyrzutkom, którym mniej się poszczęściło w życiu od nas. Może mieli pecha, a może zbyt duże aspiracje? Z pewnością są nietuzinkowi. Tak czy inaczej, świetnie się oglądało tych wykolejeńców. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 28 maja 2019

Pan z milionami/Mr. Deeds Goes to Town (1936)

Film o równym gościu (z milionami)

Reżyseria: Frank Capra
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 55 min.

Występują: Gary Cooper, Jean Arthur, George Bancroft, Lionel Stander, Douglass Dumbrille, Raymond Walburn, H.B. Warner

Frank Capra znany jest dziś głównie jako specjalista od podnoszących na duchu filmów o zwykłych Amerykanach dokonujących wielkich rzeczy. Wprawdzie kręcił także romantyczne komedie (Ich noce) oraz orientalne melodramaty (Gorzka herbata generała Yen), ale jakoś tak wyszło, że najlepiej zapamiętany został pokrzepiający cykl zapoczątkowany przez Pana z milionami. Opowieść o poczciwym facecie z prowincji, który z dnia na dzień zostaje milionerem, chwyta za serce dzięki kilku prostym trikom. Najistotniejszy z nich to obsadzenie w roli głównej Gary'ego Coopera - prostego jak struna, bezpretensjonalnego stuprocentowego Amerykanina, z którym łatwo było się utożsamić. A kibicowanie mu to po prostu prawdziwa przyjemność. Przecież każdy chciałby pozostać niezmieniony i nieskalany jak Cooper, gdyby dopadło go niespodziewane i niezasłużone bogactwo. Jakżeby inaczej.

Tytułowy bohater, niejaki Longfellow Deeds, to nieco ekscentryczny kawaler z małego miasteczka w stanie Vermont. Jest współwłaścicielem zakładu gastronomicznego, dorabia pisząc wiersze zamieszczane na pocztówkach, a dla rozrywki grywa na tubie. Pewnego dnia odwiedza go grupa nowojorskich prawników z wiadomością, że zmarły wuj zapisał mu cały swój majątek - 20 milionów dolarów. Deeds udaje się do Nowego Jorku w celu przejęcia spadku. Błyskawicznie zostaje osaczony przez grupę spryciarzy zainteresowanych pieniędzmi. Prawnicy namawiają go do wystawienia pełnomocnictwa do zarządzania majątkiem, towarzystwo przyjaciół opery oczekuje, że będzie finansował jej utrzymanie, a dziennikarka brukowca udaje przyjazną duszę, aby pod innym nazwiskiem publikować na jego temat kpiarskie artykuły. Kiedy okazuje się, że Deeds nie ma zamiaru ulegać podszeptom tego towarzystwa, zainteresowani podejmują działania w celu pozbawienia go majątku.

Pan z milionami to przede wszystkim apoteoza zdrowego rozsądku prowincjusza. Dzięki swej prostocie i braku zepsucia Deeds dostrzega to, co istotne i nie daje się wykorzystać otaczającym go sępom. Bohater jest człowiekiem nienawykłym do wielkich słów i bez oporu zadającym proste, trafiające w sedno pytania. Jedyną osobą, której udaje się go zwieść na dłużej, jest dziennikarka Babe Bennett. Kobieta wpada jednak we własne sidła, zakochując się w człowieku, którego pomogła ośmieszyć i ostatecznie zostaje jego stronniczką. A przecież na początku chodziło jej tylko o obiecany przez szefa miesiąc płatnego urlopu.

Końcowa, trwająca pół godziny scena obejmująca sąd nad niepokornym Deedsem, to wyłożenie całego filmowego dyskursu na tacy. Oskarżyciele bohatera zarzucają mu (jako objawy szaleństwa) nonkonformizm i niechęć do płynięcia z prądem. On broni się dramatyczną przemową wychwalającą moralne zalety prostego człowieka. Film popada tu trochę w patos. Sądowa dyskusja jest zbyt teatralna, wliczając w to nienaturalne milczenie bohatera, który przez długi czas odmawia zabrania głosu. Mimo wszystko cała sekwencja broni się dzięki polemicznemu zacięciu, barwności poszczególnych uczestników, odpowiedniej dawce humoru i oczywiście przemawiającej do widza gloryfikacji stereotypu "zwykłego Amerykanina". W fabule można odnaleźć wyraźne echa politycznej dyskusji wokół wprowadzanego wówczas w USA programu gospodarczego interwencjonizmu prezydenta Roosevelta. Przedmiotem krytyki jest bowiem autorski pomysł Deedsa, który pragnie wspomagać za pomocą swego majątku przedsiębiorczość ubogich. Wzbudza to oczywiście niepokój beneficjantów "starego porządku", którzy straszą gospodarczą katastrofą.

Gary Cooper wypada dobrze w roli zwykłego faceta. Ważnym elementem humorystycznym filmu są jego ekscentryzmy. Deeds na przykład instynktownie reaguje na dźwięk sygnału nadjeżdżającego wozu strażackiego i rzuca się na pomoc. Ludzi, którzy mu podpadli, ma w zwyczaju traktować zasłużonym prawym sierpowym. Oczywiście tylko tych złych. (Nieco zaskakujące jest, że takie zachowanie przedstawiono jako coś pozytywnego. Najwyraźniej w latach 30. Amerykanie uważali dyskusję przy pomocy pięści za dopuszczalne rozwiązanie). Deeds jest także spostrzegawczy. W najlepszej scenie filmu ten bystry obserwator wskazuje tiki nerwowe wszystkich otaczających go ludzi, sugerując widowni, że każdy jest po trosze wariatem. Obsada drugoplanowa Pana z milionami jest rozbudowana, ale zaangażowano głównie mniej znanych aktorów. Jako Babe Bennett wystąpiła Jean Arthur, dla której była to pierwsza duża rola po latach grania hollywoodzkich ogonów. Nie osiągnęła nią niczego ponad poprawność. Cieszy obecność dawno niewidzianego George'a Bancrofta w roli redaktora naczelnego gazety. Jego postać, mimo bycia hieną dziennikarską, okazuje się równym gościem, który odpowiedniej chwili bierze właściwą stronę. W tle przewijają się jeszcze Lionel Stander jako mimowolny asystent Deedsa oraz Douglass Dumbrille jako pozbawiony skrupułów prawnik. Nie jest to w żadnym wypadku obsada pretendująca do czegokolwiek powyżej przeciętnej.

Pan z milionami to przykład geniuszu Hollywood. Film oparty na ckliwej historii, będący jednak apelem do egalitaryzmu i hołdem dla pospolitości, wciąga i wręcz zachwyca widza. To piękna bajka, w centrum której bardzo łatwo dostrzec samego siebie. Pan Deeds ze swoim zakładem przetwórstwa tłuszczu, z podręczną tubą i mało wyrafinowanymi wierszykami jest zwierciadłem, w którym każdy przeciętniak może się przejrzeć i zakończyć seans z podniesionym czołem. Frank Capra odkrył w tym schemacie żyłę złota, którą będzie jeszcze wielokrotnie eksploatował. Póki co uczynił to niezwykle umiejętnie. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 26 maja 2019

Kusicielka/Dangerous (1935)

Film o ludziach igrających z ogniem

Reżyseria: Alfred E. Green
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 18 min.

Występują: Bette Davis, Franchot Tone, Margaret Lindsay, Alison Skipworth, John Eldredge

5 marca 1936 roku Bette Davis odebrała swojego pierwszego Oscara przyznanego jej za główną rolę w Kusicielce. Był to początek wielkiej kariery aktorki specjalizującej się w kreacjach narowistych, niesympatycznych jędz. A jednak złośliwi twierdzili, że Oscar był tylko nagrodą pocieszenia za pominięcie w poprzedniej edycji nagród przełomowej roli Davis w filmie W niewoli uczuć. Argumentowano to pewnym podobieństwem obydwu kreacji, według mnie jednak nie była to ocena sprawiedliwa. Bette jest w Kusicielce po prostu świetna. Kusicielka to także jeden z bardziej znanych filmów Alfreda E. Greena. Specjalizujący się w kinie klasy B reżyser od czasu do czasu wypuszczał obraz zaskakujący swoją jakością. Poprzednim takim przypadkiem był Baby Face ze znakomitą Barbarą Stanwyck. Oba te filmy łączy odważne podejście do kobiecości. Green miał dryg do intrygującego przedstawiania w filmach pań wyłamujących się ze schematów tradycyjnych ról społecznych.

Kusicielka opowiada o fatalnym romansie pomiędzy młodym architektem a przebrzmiałą gwiazdą teatru. Don Bellows spotyka Joyce Heath w knajpie. Niegdyś była jego muzą podziwianą na deskach Broadwayu. Jako szekspirowska Julia zainspirowała go nawet do rozwijania własnego talentu. Teraz, kiedy na szczycie zastąpiły Joyce inne aktorki, postanowiła szukać zapomnienia w butelce. Don zabiera kobietę do swojej wiejskiej rezydencji i zostawia pod opieką służącej. Początkowo bliska delirium, Joyce zaczyna z wolna odzyskiwać stabilność emocjonalną. Mężczyzna odwiedza ją od czasu do czasu i w końcu nawiązują romans. Bardzo problematyczny, gdyż architekt jest zaręczony z piękną Gail, a związek z uzależnioną od alkoholu skandalistką może poważnie zaszkodzić jego rozwijającej się karierze.

Alfred Green stworzył melodramat par excellence. Historia związku Dona i Gail jest burzliwa i pełna skrajnych emocji. Skupiony na relacji dwojga protagonistów scenariusz nie zawiera żadnych wątków pobocznych. Nie jest to jednak typowe ckliwe romansidło wywołujące nudności od nadmiaru słodyczy. Przeciwnie, film wciąga, zmusza do zastanowienia i zostawia widza z dość gorzkim posmakiem. Jest to głównie zasługa ciekawie nakreślonych bohaterów. Don i Joyce są postaciami wiarygodnymi psychologiczne i pełnymi niuansów. Co ważne, ocena ich postaw zostaje pozostawiona widzowi. Film nie opowiada się jednoznacznie po stronie żadnego z nich.

Oscarowa Bette Davis daje imponujący popis aktorstwa. Na początku filmu Joyce jest kompulsywną pijaczką zainteresowaną tylko zdobyciem kolejnych porcji alkoholu. Doprowadzona do pionu, ukazuje kolejne warstwy swej osobowości - kusicielki, twardej cyniczki liczącej tylko na siebie, delikatnej, zmęczonej życiem dziewczyny, w końcu egoistycznej desperatki próbującej wszelkimi sposobami bronić uzyskanego szczęścia. To bardzo wiele masek w jednym filmie, a Davis przechodzi od jednej do drugiej niezwykle płynnie. Trudno powiedzieć, która z nich jest prawdziwa. Prawdopodobnie każda po trochu. Polubiłem to pogubione, pyskate babsko, chociaż wiele jej wyborów było ewidentnie egoistycznych bądź nierozsądnych. Świetna postać.

Grany przez Franchota Tone'a architekt Don to całkiem inna para kaloszy. Początkowo ukazany jako idealista pragnący ocalić swój młodzieńczy przedmiot uwielbienia, szybko zapomina o honorze, nawiązując romans z Joyce za plecami narzeczonej. Co prawda nie robi tego z wyrachowania. W krytycznym momencie zachowuje się jak mężczyzna, ale... gdy wychodzi na jaw pewien brudny sekret z przeszłości Joyce, Don wcale nie jest tak wyrozumiały, jak można by się spodziewać. Choć samemu daleko mu do świętości, na moment zmienia się w nieznośnego moralistę. Widać w tym zwrocie akcji brudne nożyce cenzorskiego Urzędu Haysa, który dociął scenariusz do swych świętoszkowatych reguł. Z dzisiejszej perspektywy odmienne standardy moralności dla kobiet i mężczyzn są niezwykle rażące. W rezultacie film znalazł się na krawędzi otchłani żenady. A jednak Alfred Green przy wydatnej pomocy Bette Davis zdołał uratować zakończenie. Potępiona Joyce wychodzi z całej awantury obronną ręką.

Kusicielka jest znacznie lepszym filmem, niż można by się spodziewać. Dzięki staraniom reżysera i głównej gwiazdy filmu w nieco tandetne klisze fabularne tchnięto prawdziwego ducha. Joyce Heath zostaje dla mnie jedną z ciekawszych filmowych postaci lat trzydziestych. Bette Davis w pełni zasłużyła na swojego Oscara. Warto poświęcić temu filmowi jeden wieczór choćby ze względu na tak znaczne osiągnięcie aktorskie. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 24 maja 2019

Narzeczona Frankensteina/Bride of Frankenstein (1935)

Film o poszukiwaniu przyjaciela

Reżyseria: James Whale
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 14 min.

Występują: Boris Karloff, Colin Clive, Valerie Hobson, Ernest Thesiger, Elsa Lanchester

Chociaż decyzja o nakręceniu kontynuacji Frankensteina została podjęta niemal od razu po gigantycznym sukcesie filmu, przygotowania trwały dość długo. Najpierw decydenci z Universalu długo nie mogli się zdecydować na odpowiedniego reżysera. Dopiero po sukcesie Niewidzialnego człowieka stwierdzono, że jedyną właściwą osobą będzie James Whale, odpowiedzialny także za pierwszy film o ożywionym potworze. Kolejnym problemem był scenariusz. Powstało co najmniej sześć jego wersji, które były następnie odrzucane przez Whale'a, modyfikowane przez cenzorskie Biuro Haysa lub zastępowane nowymi pomysłami. Końcowy skrypt stał się mozaiką kilku poprzednich wersji - nie do końca udanym dzieckiem wielu ojców.

Film otwiera interesujący prolog, w którym Mary Shelley (twórczyni Frankensteina) dyskutuje ze swoim mężem Percym oraz lordem Byronem o napisanym właśnie opowiadaniu. Później wracamy do losów doktora Henry'ego Frankensteina i jego monstrum. Okazuje się, że obaj przeżyli pożar kończący pierwszy film. Frankenstein za radą żony postanawia zaprzestać ryzykownych eksperymentów i skupić się na pracy lekarza. Wkrótce jednak odwiedza go dawny nauczyciel Pretorius, który potrzebuje pomocy we własnych mrocznych przedsięwzięciach. Tymczasem potwór błąka się po okolicy, wywołując panikę wśród ludności i poszukując jakiejś przyjaznej duszy. Staje się jasne, że mimo niszczycielskich tendencji pozostało w nim więcej człowieczeństwa, niż się z pozoru wydaje.

Ścieżka potwora i droga naukowca to w zasadzie dwa oddzielone od siebie wątki, które łączą się dopiero w efektownym finale filmu. W części poświęconej potworowi obserwujemy dojrzewanie tej dziwacznej istoty. Już w poprzednim filmie monstrum miewało momenty refleksji, generalnie jednak pozostawało machiną zniszczenia. Tutaj przedstawiono go jako ofiarę niezrozumienia i uprzedzeń. Większość okropnych czynów popełnia, gdy jest atakowany, a częściej pełni rolę kozła ofiarnego obwinianego za cudze zbrodnie. Obdarzony zaufaniem potrafi nawiązać wzruszającą przyjaźń z niewidomym pustelnikiem. Boris Karloff wplótł także w swoją rolę nieco humoru. Potwór staje się między innymi koneserem cygar oraz miłośnikiem pięknej muzyki. Wątek doktora Frankensteina skupia się na kuszeniu pragnącego powrócić na drogę dobra naukowca przez złowrogiego Pretoriusa. Dawny mentor Henry'ego to diaboliczna postać z kompleksem Boga, wyraźnie pławiąca się w swej nikczemności. Wobec oporu byłego ucznia postanawia zastosować bezwzględne środki przymusu. Niezbyt podobała mi się ta postać. Jej jednowymiarowa niegodziwość i megalomania przy w sumie niewielkich możliwościach szybko stała się męcząca.

Potwór i jego pan spotykają się ponownie dopiero w finale filmu, kiedy też na scenę wchodzi tytułowa narzeczona. Nie zdradzając zbyt wiele, napiszę tylko, że końcowe sceny to prawdziwa feeria kreatywności. Mroczna wieża, w której mieści się laboratorium Fraknensteina to upiorny kompleks fantastycznych machin rozświetlanych elektrycznymi wyładowaniami. Pomysł przyciągania błyskawic za pomocą metalowych latawców - kapitalny i widowiskowo zrealizowany. Potworna narzeczona, chociaż niewiele ma do roboty, oszałamia obłędną fryzurą a la Nefretete i manierami rozgniewanej kotki. Gra ją Elsa Lanchester, w prologu wcielająca się w Mary Shelley. Wybuchowe zakończenie dorównuje płonącemu wiatrakowi z pierwszego filmu i w dużej mierze rekompensuje słabsze sceny.

Mimo dużej pomysłowości, Narzeczona Frankensteina nie do końca przypadła mi do gustu. Jest w filmie wiele ciekawych pomysłów, a scenografia i efekty specjalne zasługują na najwyższe uznanie. Jednak fabuła jako całość nie przekonuje mnie. Narzeczona to raczej odcinanie kuponów od sprawdzonego pomysłu, który koniecznie trzeba było eksploatować. Mimo wszystko wystawiam 7 gwiazdek z uwagi na kapitalnie nakręcony finał filmu.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 22 maja 2019

Diabeł jest kobietą/The Devil is a Woman (1935)

Film o walce ego z id

Reżyseria: Josef von Sternberg
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 16 min.

Występują: Marlene Dietrich, Cesar Romero, Lionel Atwill, Edward Everett Horton, Alison Skipworth

Josef von Sternberg kręcił Diabeł jest kobietą w świadomości, że to jego ostatni film z Marlene Dietrich. Burzliwy związek uczuciowy reżysera z żyjącą na własnych zasadach gwiazdą dobiegł końca już kilka miesięcy wcześniej. Po objęciu przez Ernsta Lubitscha funkcji dyrektora Paramountu stało się jasne, że kontrakt Sternberga z wytwórnią nie zostanie przedłużony, podczas gdy aktorka miała tam pozostać. Niezwykła współpraca, która pozwoliła zarówno jemu, jak i jej wspiąć się na absolutne wyżyny artystyczne, miała wydać z siebie ostatni owoc. Von Sternberg wplatał do swoich filmów wątki nawiązujące do jego prywatnej relacji z Dietrich. W żadnym innym obrazie nie jest to tak bardzo widoczne jak w Diable. Jeden z głównych bohaterów, będący ofiarą kobiecych gierek Don Pasqual, został nawet ucharakteryzowany, aby jak najbardziej przypominać reżysera. Jeżeli Diabeł miał być rozliczeniem Sternberga z jego muzą, warto zadać sobie pytanie, jak bardzo nawiązywał do rzeczywistości. Ponieważ Dietrich nie tylko zgodziła się wystąpić jako bardziej wyrazisty niż kiedykolwiek wcześniej archetyp kobiety fatalnej, ale zdawała się nawet czerpać perwersyjną przyjemność ze tej roli, nie ma wątpliwości, że coś musiało być na rzeczy. Fikcja została wymieszana z rzeczywistością, tworząc zupełnie nową jakość i skutecznie utrwalając legendę aktorki jako postaci wyrastającej ponad szarą rzeczywistość.

Akcja filmu rozgrywa się w targanej rewolucyjnymi niepokojami Hiszpanii. Antonio, poszukiwany przez policję rewolucjonista, bierze udział w karnawale w Sewilli. Podczas festynu spotyka piękną Conchitę, która posyła mu zalotne spojrzenia i przesyła liścik z zaproszeniem na schadzkę. Później przyjaciel Antonia, były wojskowy Don Pasqual, opowiada mu historię swojego romansu z Conchitą. Okazuje się, że kobieta jest bezwzględną uwodzicielką wykorzystującą mężczyzn i porzucającą ich bez skrupułów. Pomny ostrzeżeń przyjaciela Antonio zamierza zrezygnować z flirtu, Conchita ma jednak inne plany.

Marlene Dietrich w sposób otwarty pogrywa w Diable swoim wizerunkiem kobiety fatalnej. Jej bohaterka jest bezwzględnym, chciwym i świadomym swej władzy nad płcią brzydką wampem. Przez większą część filmu nie zdradza żadnych cech łagodzących tę okrutną fasadę. Uwodzicielskie spojrzenie, ognisty temperament i pozorne wyrachowanie usposabiają do niej widza jak najgorzej. Nie pomagają męskie postacie, które mimo usilnego pragnienia zapanowania nad sytuacją pozostają więźniami swego libido. Dotyczy to w szczególności sternbergowskiego alter ego - Pasquala, który jawi się jako człowiek żałosny, nie wyciągający żadnej nauki ze swoich błędów i wręcz dążący do autodestrukcji. Dopiero rozwój wydarzeń w końcowych scenach uświadamia nam, że Conchita może wcale nie być taka wyrachowana, za jaką sama pragnie uchodzić. W równym stopniu, jak mknący ku niej niczym ćmy do światła faceci, pozostaje niewolnicą swego temperamentu i zmienności. Rola Conchity jest w pewnym sensie podsumowaniem pierwszego etapu kariery Dietrich, w sposób wyrazisty eksponującym wszystkie elementy jej specyficznego wizerunku.

Von Sternberg uzupełnił silną osobowość swojej gwiazdy tym, co miał najlepszego - niesamowitymi aranżacjami. Nie tylko sam stanął za kamerą, ale również wraz z Hansem Dreierem zaprojektował scenografię. Atmosfera Hiszpanii jest duszna, a powietrze nieustannie wypełnione - karnawałowymi girlandami, strugami ulewy, buchającą z parowozu parą. Dzięki tym zabiegom uzyskano efekt specyficznego skurczenia przestrzeni. Oplątani serpentynami, zalani deszczem bohaterowie tracą jasność osądu, błądząc i lawirując w labiryncie silnych emocji. W jego centrum znajduje się Marlene ubrana w najbardziej ekstrawaganckie kostiumy, jakie można sobie wyobrazić. Długie koronkowe suknie i nakrycia głowy ozdobione misternymi wzorami czynią z niej nieledwie meduzę hipnotyzującą samców uwodzicielskim spojrzeniem spod ronda kapelusza. Krew się burzy, kiedy stąpa tak w dźwiękach ognistej hiszpańskiej muzyki skomponowanej przez Johna Leipolda i Heinza Roemhelda.

Jaki efekt końcowy daje połączenie wszystkich tych efektownych elementów? Diabeł jest kobietą to opowieść o niespełnionych pragnieniach. Reżyser tchnął w film swoją tęsknotę i żal, pokazując jak na widelcu moc sublimacji niespełnionych żądz. A Dietrich, zarówno w rzeczywistości jak i w filmie odmawiająca mu swego ciała, chętnie w tym dopomogła. Tylko w czasach, gdy żył i działał jeszcze Sigmund Freud, mogło powstać dzieło tak silnie odwołujące się od instynktów, a zarazem tak bardzo wyrafinowane artystycznie. Josef i Marlene godnie podsumowali swój związek. Wystawiam 9 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com