piątek, 7 września 2018

Królowa bez korony/The Divine Lady (1929)

Film o kobiecie uwikłanej w nietypowe związki

Reżyseria: Frank Lloyd
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 38 min.

Występują: Corinne Griffith, Victor Varconi, H.B. Warner, Ian Keith

Filmy osadzone w kontekście historycznym trzymają się różnych konwencji. Są takie, które wykorzystują realia epoki, żeby przedstawić porywającą, efektowną opowieść. Inne skupiają się na rozwoju postaci i przybliżeniu dawnej obyczajowości lub moralności. Istnieją również takie, które łączą obie możliwości lub wymykają się podobnie uproszczonej klasyfikacji. I najtrudniejszy przypadek - filmy, które nie potrafią zdecydować, o czym są. Do tego ostatniego typu należy Królowa bez korony, film niemy ze ścieżką dźwiękową w nowatorskim systemie Vitaphone, produkt czysto hollywoodzkiego wyrachowania.

Akcja rozgrywa się na przełomie XVIII i XIX wieku. Film opowiada historię Emmy Hart, córki kucharki, która przebyła drogę od metresy brytyjskiego polityka, poprzez żonę ambasadora i przyjaciółkę królowej Neapolu, aż do bohaterki skandalu obyczajowego uwikłanej w pozamałżeński związek z bohaterem Wielkiej Brytanii, admirałem Horatio Nelsonem. Poznajemy Emmę jako młodą trzpiotkę, która bezczelnością i urokiem przyciąga uwagę pracodawcy swej matki, czcigodnego Charlesa Greville'a, posła do Izby Gmin Zjednoczonego Królestwa. Dziewczyna zostaje jego kochanką. Po jakimś czasie arystokrata podsyła ją jako rodzaj upominku swojemu wujowi Williamowi Hamiltonowi, brytyjskiemu ambasadorowi w Neapolu. Emma otrzymuje we Włoszech wszechstronne wykształcenie i wkrótce poślubia dużo starszego od siebie Hamiltona. Jest to małżeństwo z rozsądku i przypomina bardziej przyjacielski układ niż związek z miłości. Pewnego dnia do Neapolu przybywa Horatio Nelson, oficer dowodzący brytyjską flotą walczącą z okrętami rewolucyjnej Francji. Emma i Horatio od początku pałają do siebie sympatią, a kiedy ambasadorowa oddaje mu niezwykła przysługę dyplomatyczną, rozpoczynają romans pod łaskawym okiem jej męża.

Na pozór Królowa bez korony ma wszystkie cechy dobrego epickiego filmu. Ciekawe tło historyczne, nietuzinkowych bohaterów, efektowne kostiumy, z rozmachem zrealizowane sceny bitew morskich, ścieżkę dźwiękową z piosenkami i znakomicie dopasowaną muzyką. A jednak uważam, że jest to obraz, który całkowicie zmarnował swój potencjał. Moje zarzuty mają przede wszystkim charakter fabularny. Film usiłuje być odważny. Główną bohaterką jest przecież kobieta uwikłana aż w trzy kontrowersyjne związki, w tym ostatni z żonatym admirałem Nelsonem. Problemem nie jest jednak to, co w filmie pokazano, tylko to, czego w nim nie ma. Po pierwsze, postać Emmy jest mało wyrazista. Niby łamie te wszystkie normy obyczajowe, ale czyni to jakby od niechcenia. Trudno powiedzieć, czy jest osobą nonkonformistyczną, uczuciową, czy po prostu wyrachowaną. Robi wrażenie, jakby po prostu płynęła z prądem wydarzeń. Przyczyna tkwi trochę w schematycznym scenariuszu, który polega głównie na odhaczaniu kolejnych punktów życiorysu bohaterki. To spotkanie, ten związek, ta bitwa, tamten skandal i tak dalej. A im dalej, tym monotonniej. Nie skorzystano z możliwości przybliżenia związku Emmy i Horatia w okresie, kiedy mieszkali razem - jest to zaledwie muśnięte i po chwili film przechodzi do ważniejszych wydarzeń. Nelsona właściwie nie ma okazji poznać jako człowieka, cały czas jest niedostępną postacią historyczną. Sytuacji nie poprawia gra aktorska Corinne Griffith i Victora Varconiego, którą najlepiej określa słowo bezbarwna. Żadne z nich nie zdołało nadać swojej postaci jakiegoś interesującego rysu. Przewijają się przez ekran i na tym poprzestają.

To nie koniec problemów. Bardzo po macoszemu potraktowano w całej opowieści żonę Nelsona, która jest przedstawiona wyłącznie jako przeszkoda na drodze do szczęścia kochanków. Żadne z nich nie ma ani jej, ani na jej temat zupełnie nic do powiedzenia. Natomiast ambasador Hamilton ukazany jest jako hipokryta, któremu romans żony nie przeszkadza, dopóki nie staje się publicznie znaną plamą na jego honorze. Niby jest to zrozumiałe w kontekście obyczajowości epoki,  ale... zaciekawiony tłem historycznym poczytałem sobie trochę o Emmie Hamilton i stwierdzam, że twórcy filmu stchórzyli. Prawdziwy ambasador Hamilton żył w jawnym trójkącie ze swoja żoną i Nelsonem. Przez jakiś czas nawet mieszkali we trójkę. W filmie pominięto także jego śmierć, która nastąpiła kilka lat przed kończącą Królową bez korony bitwą pod Trafalgarem i zdecydowanie nie była wydarzeniem dla Emmy obojętnym. Zdecydowanie wypaczono tę postać, co gorsza czyniąc ją mniej interesującą, niż mogła być. To nie koniec. Prawdziwa Emma Hart była nie tylko żoną dyplomaty, ale artystką zabawiającą neapolitańską arystokrację śpiewem (to w filmie zaznaczono) i specyficzną odmianą pantomimy nawiązującą do antycznego teatru. Nie rozumiem, dlaczego pominięto tak bardzo filmowy materiał. No i jeszcze dwie ciąże Emmy, wraz z kontrowersjami dotyczącymi ojcostwa, również są w filmie całkowicie nieobecne. Tytuł powinien chyba brzmieć Królowa straconych szans.

Pomimo kilku atutów realizacyjnych, w szczególności bardzo dobrze zintegrowanej z fabułą muzyki, film Franka Lloyda pozostawił u mnie uczucie głębokiego niedosytu. Nie jest to epika historyczna, bo wielka historia dzieje się w tle. Jako obyczajówka zawodzi na całej linii, mało wyraziście zarysowując głównych bohaterów i uciekając od szalenie interesującego materiału, który był dostępny jak na dłoni. Skoro twórcom zabrakło odwagi, żeby zgłębić kontrowersyjny temat, to może trzeba było się za niego nie brać? Królowa bez korony otrzymuje 5 gwiazdek - w sam raz dla produkcji przeciętnej w każdym tego słowa znaczeniu.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 6 września 2018

Chronometry - nagrody blogowe (rok 1928)

Rok 1928 był ostatnim w złotej erze kina niemego. Twórcy korzystali z wypróbowanych już środków wyrazu, tworząc profesjonalnie zrealizowane, interesujące dzieła. Filmów dźwiękowych wyprodukowano raptem kilka i żaden z nich nie był na tyle znaczący, aby zostać choćby wymieniony w niniejszym podsumowaniu. Większość nominacji wśród Chronometrów stanowią pozycje amerykańskie. Hollywood stawało się coraz ciekawsze, gdyż chętniej korzystało z dorobku twórców europejskich. Dotyczy to nie tylko stylu i rozwiązań technicznych, ale również kwestii personalnych. Do USA przybywali kolejni artyści i reżyserzy ze starego świata. Swoją obecność kilkoma znakomitymi dziełami zaznaczyło także kino francuskie. Ciekawe od strony realizacyjnej produkcje powstawały w Związku Radzieckim, natomiast kino niemieckojęzyczne reprezentuje w tej edycji Chronometrów tylko jeden (ale za to ważny) film.

Średnia ocen na blogu osiągnęła wartość 7,4, wskazując na dobry, wyrównany poziom filmów. Wszystkie cztery dzieła nominowane do nagrody głównej odegrały znaczącą rolę również w innych kategoriach. Jedynie nagrody aktorskie zostały zdominowane przez artystów wyróżniających się w bardziej niepozornych produkcjach.

Najlepsza kinematografia
(kategoria obejmuje zdjęcia, montaż i efekty specjalne)

Nominowani: 
Clyde De Vinna - Białe cienie - za urokliwe zdjęcia w plenerach Tahiti.
Jules Kruger - Pieniądz - za sprawne i aktywne uczestnictwo kamery w opowiadaniu historii.
Rudolph Mate - Męczeństwo Joanny d'Arc - za piorunującą narrację uzyskaną przy użyciu minimalistycznych środków wyrazu.
Eduard Tisse i Esfir Tobak - Październik - za interesujące rozwiązania montażowe w najlepszym stylu radzieckiej szkoły filmowej.
Henry Sharp - Człowiek z tłumu - za świetne przedstawienie za pomocą zdjęć egzystencjalnych lęków zachodniej cywilizacji.
Fritz Arno Wagner - Szpiedzy - za rozmach i dynamikę godną kina akcji prima sort.


W bieżącej edycji Chronometrów przy nagrodach na kinematografię pojawiły się nazwiska osób odpowiedzialnych za zdjęcia lub montaż. Ta zmiana pozwoli lepiej śledzić rozwój karier co ciekawszych twórców. Nominacje obejmują dwa wyróżnienia za maestrię techniczną (Clyde De Vinna oraz duet radziecki), natomiast pozostałe cztery związane są bezpośrednio ze sprawnym opowiadaniem historii. Bardzo wysoko oceniam zwłaszcza zdjęcia Rudolpha Mate w Męczeństwie Joanny d'Arc. Srebrny Chronometr otrzymuje Henry Sharp za Człowieka z tłumu. Stojące przed nim zadanie było najambitniejsze spośród tych, którymi obarczeni byli nominaci. Tym bardziej cieszy końcowy rezultat będący jednym ze szczytowych osiągnięć kina niemego.

Najlepsza scenografia
(kategoria obejmuje również kostiumy)

Nominowani:
Burza nad Azją - za obrazy z życia mongolskich buddystów, które ciekawią pomimo kpiarskich intencji twórców filmu. 
Człowiek, który się śmieje - za baśniową scenerię Anglii Stuartów.
Październik - za wykorzystanie oryginalnych lokacji, w których rozgrywała się rewolucja październikowa.
Pieniądz - za ociekające przepychem wnętrza paryskich świątyń pieniądza.
Szpiedzy - za dopracowane plany zdjęciowe, w tym gabinety wiele mówiące o charakterach bohaterów filmu.


Scenografowie nie wykazali się tym razem jakimiś wybitnymi osiągnięciami. Dwa filmy radzieckie zostały nominowane ze względu na ich wartość dokumentalną. Człowiek, który się śmieje to łabędzi śpiew kina ekspresjonistycznego. Szpiedzy, jak zwykle u Fritza Langa, charakteryzują się drobiazgowo dopracowanymi planami zdjęciowymi mającymi duże znaczenie w prowadzeniu fabuły. Zwyciężyła jednak mamona. Srebrny Chronometr otrzymuje Pieniądz, którego ostentacyjny wręcz przepych lepiej od słów opowiada o moralności i wartościach wyznawanych przez swych bohaterów.

Najlepszy scenariusz


Nominowani:
Lajos Biro i Josef von Sternberg - Ostatni rozkaz - za oryginalną opowieść o tęsknocie za chwalebną przeszłością.
Joseph Delteil i Carl Theodor Dreyer - Męczeństwo Joanny d'Arc - za udaną adaptację zapisu historycznego procesu na opowieść o charakterze uniwersalnym.
Jules Furthman - Życie zaczyna się jutro - za nietypowy i wciągający scenariusz przybliżający patologiczne środowisko.
Marcel L'Herbier i Arthur Bernede - Pieniądz - za zręczną adaptację dzieła Emila Zoli do realiów lat dwudziestych.
King Vidor i John Weaver - Człowiek z tłumu - za nieprzeciętną historię o człowieku całkowicie przeciętnym.

Wszystkie nominowane filmy to oryginalne, odważne fabuły wnoszące coś nowego do rozwoju kina. Ostatni rozkaz prezentuje dogłębne spojrzenie na psychikę bohatera. Dwa filmy francuskie skupiają się na eksponowaniu tego, co w człowieku najlepsze i najgorsze. John Furthman w swoim scenariuszu do filmu Josefa von Sternberga odważnie wkracza w świat, którego zwykle staramy się nie zauważać. Srebrny Chronometr otrzymują  King Vidor i John Weaver za skrypt do Człowieka z tłumu, filmu w sposób niesamowicie ciekawy opowiadający o ludzkiej zwyczajności, niedoskonałości, uboczności i nieistotności.

Najlepsza aktorka

Nominowane:
Marion Davies - Show People - za komediową wszechstronność nie wolną od autoironii.

Marie Dressler - The Patsy - za brawurową kreację apodyktycznej matrony.
Renée Jeanne Falconetti - Męczeństwo Joanny d'Arc - za niemal mistyczne wejście w rolę świętej.
Janet Gaynor - Anioł ulicy - za subtelną i rozbudowaną rolę dobrej dziewczyny skazanej na życie w złym otoczeniu.
Lillian Gish - Wicher - za świetne odnalezienie się w nietypowej dla siebie roli kobiety o stłumionej seksualności. 

1928 był bardzo dobrym rokiem dla ról kobiecych. Wyłonienie nominacji spośród licznego grona wyróżniających się aktorek nie było łatwym zadaniem. Ostatecznie postanowiłem je dobrać możliwie różnorodnie. Po pierwsze, mamy zatem dwie utalentowane artystki komediowe z nieco dziś zapomnianych filmów Kina Vidora. Segment dramatyczny to poszukująca odmiany weteranka Lillian Gish i stosunkowo świeża ale świecąca jasnym światłem Janet Gaynor. Obie jednak zostały przyćmione przez niesamowitą kreację rodem z Francji. Srebrny Chronometr otrzymuje Renée Jeanne Falconetti za Męczeństwo Joanny d'Arc. Jej zapłakana, pokorna twarz stanowi jeden z niezapomnianych obrazów w historii filmu.

Najlepszy aktor

Nominowani:
Pierre Alcover - Pieniądz - za kompleksowy portret mężczyzny będącego niewolnikiem własnych żądz.
George Bancroft - Życie zaczyna się jutro - za nadanie głębi i człowieczeństwa postacie z pozoru będącej tylko brutalnym pijakiem.
Lon Chaney - Na zachód od Zanzibaru - za mroczną rolę faceta, który w pogoni za zemstą zatracił samego siebie.
Charles Farrell - Anioł ulicy - za zaskakującą metamorfozę w końcowej części filmu.
Emil Jannings - Ostatni rozkaz - za poruszającą kreację człowieka, który spadł z piedestału.
Louis Wolheim - Banda - za kreację charyzmatycznego złoczyńcy - jowialnego i niebezpiecznego gangstera.

Wśród mężczyzn również obrodziło aktorsko. Co ciekawe, w gronie nominatów dominują panowie w średnim wieku i odbiegający raczej od stereotypu kinowego amanta. Większość z nich wcieliła się w czarne charaktery. Na niższych stopniach podium stawiam George'a Bancrofta i Lona Chaneya, znakomitych odtwórców postaci skomplikowanych psychologiczne. Obu jednak pokonał inny gigant ekranu. Srebrny Chronometr trafia do Emila Janningsa za Ostatni rozkaz. Rola rosyjskiego księcia, który zarabia na życie jako statysta w Hollywood, to kreacja tak mocna, że twórcy zdołali zbudować wokół niej cały film.

Najlepszy reżyser

Nominowani:
Carl Theodor Dreyer - Męczeństwo Joanny d'Arc - za przedstawienie procesu sądowego jako fascynującego pojedynku woli.
Fritz Lang - Szpiedzy - za stworzenie licznych archetypów fabularnych i realizacyjnych do dziś wykorzystywanych w kinie szpiegowskim.
Victor Sjöström - Wicher - za pomysłową metaforykę łączącą dzikość natury z tą skrytą w ludzkim wnętrzu.
King Vidor - Człowiek z tłumu - za niemal doskonałe wykorzystanie medium do opowiedzenia ponadczasowej historii.
Josef von Sternberg - Ostatni rozkaz - za fascynujące przedstawienie psychologicznej metamorfozy niezwykłego człowieka.
Josef von Sternberg - Życie zaczyna się jutro - za wciągającą i zaskakującą opowieść o ludziach na skraju degeneracji.

Wśród reżyserów same nazwiska znane już z poprzednich lat. Mocno zaznaczył swoją obecność Josef von Sternberg nominowany za dwa bardzo dobre filmy. Victor Sjöström żegna się z reżyserskim fotelem pomysłowym Wichrem. Jak zwykle poniżej wysokiego poziomu nie schodzi Fritz Lang. O nagrodę główną rywalizowali jednak dwaj inni. Carl Theodor Dreyer stworzył niezwykłe widowisko za pomocą prostych środków i żelaznej dyscypliny na planie. Srebrny Chronometr trafia zaś do Kinga Vidora. Człowiek z tłumu to film niezwykły i wyprzedzający swoją epokę dzięki optymalnemu wykorzystaniu filmowego instrumentarium.


Najlepszy film

Nominowani:
Człowiek z tłumu - za przejmujące poruszenie problemów, które dziś są równie aktualne jak w czasach premiery.
Męczeństwo Joanny d'Arc - za prostą historię dającą niesamowite możliwości interpretacyjne.
Pieniądz - za epickie studium ludzkiej chciwości.
Szpiedzy - za położenie solidnych fundamentów pod kino szpiegowskie.

Cztery dzieła rywalizowały o miano najlepszego filmu roku 1928, zdecydowanie wybijając się ponad konkurencję. Pieniądz był widowiskiem ciekawym tematycznie i efektownym wizualnie. Szpiedzy to prawdziwa kopalnia pomysłów, z której będzie obficie czerpać kino akcji. Artystycznie na najwyższy poziom wzniosły się dwa ponadczasowe filmy. Człowiek z tłumu zmusza do zadania niepokojących pytań o własną indywidualność i sens życia. Złoty Chronometr otrzymuje natomiast Męczeństwo Joanny d'Arc, film o zaskakująco wielu warstwach tematycznych, a zarazem dzieło głęboko oddziałujące na emocje widza.

środa, 5 września 2018

Pies andaluzyjski/Un Chien Andalou (1929)

Film o strumieniu (pod)świadomości

Reżyseria: Luis Buñuel
Kraj: Francja
Czas trwania: 21 min.

Występują: Simone Mareuil, Pierre Batcheff

Przygodę z rokiem 1929 postanowiłem rozpocząć od filmu bardzo krótkiego ale dość trudnego w odbiorze. Pies andaluzyjski to pierwsze dzieło Luisa Buñuela, reżysera mającego stać się jednym z najoryginalniejszych twórców w historii kina. Scenariusz stworzył wspólnie z katalońskim mistrzem pędzla Salvadorem Dali. Źródłem pomysłu była rozmowa artystów o nietypowych snach, jakie im się przytrafiły. Przy tworzeniu fabuły przyjęli kluczową zasadę - żadne zachodzące na ekranie wydarzenie nie mogło być ani racjonalnie wytłumaczalne, ani korzystać z istniejących w zbiorowej świadomości symboli. W efekcie powstało dzieło niemożliwe do jednoznacznej interpretacji, bardziej podobne do snu niż opowieści.

Pies andaluzyjski rozgrywa się w świecie pozbawionym związków przyczynowo-skutkowych. Trudno mówić o linii fabularnej filmu, który z założenia pozbawiony jest sensu. Wypełniają go perypetie kobiety i mężczyzny uwikłanych w różne dziwne wydarzenia, wśród których powtarza się kilka wiodących motywów. Najważniejszymi z nich są śmierć i seks połączone ze sobą nicią perwersyjnych skojarzeń. Oglądamy drastyczne sceny na czele z przecięciem gałki ocznej za pomocą brzytwy i dwoma rozkładającymi się osłami tkwiącymi w fortepianach. Przez ekran przewijają się też odgrywające nietypowe role przedmioty, na przykład elementy habitu noszone przez mężczyznę jadącego na rowerze albo tajemnicze pudełko w pasy. Ciąg skojarzeń uzupełniają motywy zwierzęce (mrówki wychodzące z rany na dłoni) oraz fetysze (włosy spod kobiecej pachy, ale też podniecenie wypadkiem samochodowym). Dla przyzwyczajonego do uporządkowanych filmów fabularnych widza, brutalne i pełne szaleństwa obrazy Psa andaluzyjskiego mogły być szokujące.

Wiele opinii o filmie zawiera stwierdzenie, że dany widz nic z Psa "nie zrozumiał". Jest to o tyle nietrafne, że nie mamy do czynienia z dziełem, które miało być rozumiane. Podobnie jak w przypadku obrazów surrealistów, czy też bardziej jeszcze ekscentrycznej literatury pisanej "automatycznie", zadaniem Psa jest wywołanie w odbiorcy wrażeń, pobudzenie jego skojarzeń i emocji. Surrealiści byli zafascynowani teoriami Freuda i to psychoanalizę wskazywał Buñuel jako jedyną potencjalną metodę interpretacji filmu. Myślę jednak, że jest to zbędne. W przypadku Psa preferuję odbiór podobny do stosowanego w abstrakcyjnym malarstwie - otwarcie umysłu i podziwianie niezwykłej wyobraźni autorów. Wrażenie estetyczne całkowicie mnie w tym wypadku satysfakcjonuje. Jego szczegóły natomiast pozwolę sobie pozostawić dla siebie.

Pies andaluzyjski wywarł duży wpływ na rozwój kina, pokazując zupełnie niezwykłe możliwości medium, dotąd wykorzystywanego przede wszystkim do opowiadania historii. Był to udany eksperyment, który otworzył przed Buñuelem wrota kariery i stał się inspiracją dla wielu przyszłych twórców. Chociaż bardzo mi się podobał, w tym wypadku powstrzymam się od oceny. Byłoby to podobnie nie na miejscu jak ocena eksponatu w galerii sztuki. Zamiast tego proponuję odszukać ten film i spróbować zmierzyć się z nim samemu. Choć może to być bolesne doświadczenie.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 4 września 2018

W starej Arizonie/In Old Arizona (1928)

Film o dobrym bandycie i jego chciwej kochance

Reżyseria: Irving Cummings i Raoul Walsh
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 39 min.

Występują: Warner Baxter, Edmund Lowe, Dorothy Burgess

Ostatnia na Chronofilmotece pozycja z roku 1928 to przedsmak tego, co czeka kino w ciągu kolejnych dwóch lat. W starej Arizonie jest jednym z pierwszych w pełni udźwiękowionych filmów pełnometrażowych. Zawiera nie tylko kompletną ścieżkę z muzyką i efektami dźwiękowymi, ale również mówione dialogi. Było to osiągnięcie tym większe, że część scen kręcono w plenerach i konieczne było zastosowanie przenośnych mikrofonów. Taka innowacja nie mogła przejść bez echa i film otrzymał kilka nominacji oscarowych. Z dzisiejszej perspektywy wygląda nieco mniej imponująco. Warto też wspomnieć, że jest efektem pracy dwóch reżyserów. W trakcie zdjęć Raoul Walsh uległ wypadkowi, w wyniku którego stracił oko. W roli reżysera zastąpił go Irving Cummings, natomiast w roli gwiazdy filmu - Warner Baxter.

W starej Arizonie jest westernem przybliżającym postać na poły legendarnego rewolwerowca Cisco Kida. Jest to bandyta-dżentelmen z szarmanckim uśmiechem ograbiający dyliżansy  i kpiący sobie w żywe oczy ze stróżów prawa. Do schwytania bandyty (żywego lub martwego) wydelegowany zostaje sierżant Mickey Dunn, twardy żołnierz liczący na obiecane mu 5000 dolarów nagrody. Kluczem do dopadnięcia Cisco Kida może stać się jego dziewczyna Tonia Maria. Ponętna Meksykanka jest zarozumiała, chciwa i przekonana, że może zdobyć każdego mężczyznę. Prezenty otrzymywane kochanka są co prawda hojne, ale możliwe, że nagroda za jego głowę będzie bardziej kusząca.

Największa słabością W starej Arizonie jest to, co miało być jego największym atutem. Film jest wręcz przepełniony dialogami. Bohaterowie rozmawiają o wszystkim, nierzadko błyskotliwie, ale równie często się powtarzają. Cisco Kid wygłasza monologi opisujące to, co aktualnie robi. Tonia Maria popada w pełne samozachwytu przemowy. Jak na western bardzo mało jest w filmie akcji. Na rzecz nowej technologii niemal zupełnie zrezygnowano z tak dobrze sprawdzającej się w kinie niemym sztuki opowiadania obrazem. Szkoda, zwłaszcza że wśród trzech najlepszych scen filmu dwie (flirt Tonii i Mickeya z wykorzystaniem butelki wina oraz reakcja Cisco, gdy dowiaduje się o zdradzie pewnej osoby) obywają się bez słów. Najefektywniej wykorzystano dialogi podczas przyjaznej pogawędki Cisco i Mickeya w salonie fryzjerskim, kiedy ten drugi nie wie jeszcze, że ma do czynienia ze swoim wrogiem. Ta dość długa, pełna napięcia i dowcipu scena pokazuje, jak można efektywnie wykorzystać dialogi do prowadzenia narracji.

Penwą bolączką związaną z udźwiękowieniem filmu jest jakość fonii. Trudno wybrzydzać na kwestie techniczne, w końcu były to początki. Rzecz w tym, że do słabej jakości nagrania dochodzą okropne udawane akcenty aktorów, które mocno utrudniają zrozumienie ich słów. Dotyczy to zwłaszcza postaci drugoplanowych, chociaż akcent Cisco Kida też bardziej przypomina niemiecki niż meksykański. Potrzeba mi było dobrej chwili, żeby się przyzwyczaić i zacząć odbierać treści.

Aktorstwo stoi na przeciętnym poziomie. Osią fabuły jest konflikt pomiędzy bandytą, żołnierzem a stojącą pomiędzy nimi dziewczyną. Historia ta jest dość ciekawa, ale bardzo rozwlekła. Kreacja Tonii Marii - kobiety łasej na pieniądze, pełnej samouwielbienia i głupiej zahacza o kicz. Dorothy Burgess jest na ekranie równie często interesująca jak żenująca. Dziwi Oscar dla Warnera Baxtera za rolę Cisco Kida. Chociaż nie jest to zła rola, moim zdaniem nie powinien być nawet nominowany. Na koniec jeszcze jeden zarzut. Film korzysta z ładnych plenerów w amerykańskich parkach narodowych, ale pojawiają się raptem w kilku scenach, gdyż większość akcji to rozmowy w zamkniętych pomieszczeniach.

W starej Arizonie to film będący klasycznym przykładem zachłyśnięcia się nową technologią. Chociaż ogląda się go całkiem przyjemnie, jest w nim dużo zmarnowanego potencjału. Ale cóż, to dopiero początki wielkiej metamorfozy kina. Film otrzymuje ode mnie 6 gwiazdek, wyjście ponad przeciętność zawdzięczając udźwiękowieniu oraz mocnemu zakończeniu. Trochę stracona okazja, ale nie ma co żałować. Dobrych westernów będzie jeszcze co niemiara.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 3 września 2018

Dom przy Trubnej/Dom na Trubnoj (1928)

Film o moskiewskiej klasie próżniaczej

Reżyseria: Boris Barnet
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 2 min.

Występują: Wiera Mariecka, Władimir Fogiel, Jelena Tiapkina, Władimir Batałow

Dotychczas nie miałem okazji obejrzeć zbyt wielu komedii rodem z ZSRR, ale nie oznacza to, że nie było mi dane posmakować radzieckiego humoru. Na przykład filmy Sergieja Eisensteina i Wsiewołoda Pudowkina pełne są charakterystycznego, jadowitego dowcipu skierowanego przeważnie przeciwko "wrogom ludu". Dzisiaj przybliżę film zupełnie innego typu. Wyreżyserowany przez Borisa Barneta Dom przy Trubnej to pełnokrwista komedia korzystająca z motywów slapstickowych i satyrycznych. Tak samo jednak jak u klasyków propagandy, ostrze satyry skierowane jest wobec elementu wrogiego władzy ludowej. W tym wypadku jest nim moskiewska burżuazja, która w dziesięć lat po rewolucji nadal nie zgina karku i wykorzystuje biednych robotników.

Zbiorowym bohaterem filmu są mieszkańcy bloku przy ulicy Trubnej. Są to bogaci mieszczanie, których stać na zatrudnianie służących. Z pomocy domowych korzystają wszyscy z wyjątkiem pana Golikowa - właściciela małego salonu fryzjerskiego. Golikow jest człowiekiem zapracowanym i znerwicowanym. Ma leniwą żonę i sam wykonuje wszystkie domowe obowiązki, jednak uparcie odmawia przyjęcia na służbę pokojówek, które należą do związku zawodowego. W końcu pojawia się odpowiednia kandydatka. Jest nią przybyła z prowincji Parania, która na pytanie, czy należy do związku, odpowiada, że jest dziewicą. Zagubiona w wielkim mieście, pozbawiona związkowej ochrony, szybko zostaje popychadłem Golikowów. Na szczęście partyjny aktyw czuwa i wkrótce Parania otrzyma od niego należną pomoc.

Pomimo tendencyjnego i napisanego zgodnie z partyjnymi wytycznymi scenariusza, Dom przy Trubnej to stosunkowo udana komedia zawierająca wiele zabawnych scen. Znakomite jest pierwsze ujęcie przedstawiające przekrój klatki schodowej tytułowego domu, na której mieszkańcy prowadzą rozliczne prace. Ponieważ są burżujami, nie szanują wspólnej własności. Dlatego wymiatają na schody śmieci z mieszkań, pucują tam zakurzone trofea (w tym wypchanego lamparta), a nawet rąbią drewno. To ostatnie tak intensywnie, że zaczyna się kruszyć sufit nad jednym z półpięter. Ta absurdalna scena wprowadza nas w realia sowieckiej spółdzielczości. Film skupia się na przedstawieniu w krzywym zwierciadle zepsutych i samolubnych burżujów. Ich czołowymi reprezentantami są Golikowowie. Pan domu rozbija świeżo umyte naczynia o ścianę i robi pranie na kuchennym stole przy pomocy wody z czajnika i cedzaka do zupy. Jego żona wyleguje się całymi dniami w łóżku. Oto czołowi reprezentanci klasy dorobkiewiczów. Jadowity humor filmu łagodnieje, kiedy skupia się na robotnikach. Przybyła właśnie do Moskwy Parania ugania się po torowisku tramwajowym za przywiezioną z rodzinnej wsi kaczką. Później, podczas oglądania robotniczego przedstawienia tak wczuwa się w fabułę, że atakuje miotłą aktora grającego zamachowca. Gagi są liczne i stosunkowo udane. Bawią nawet mimo oczywistej tendencyjności i czarno-białego spojrzenia na bohaterów reprezentujących skonfliktowane ze sobą klasy społeczne.

Kinematograficznie Dom przy Trubnej jest zrealizowany nader sprawnie. Początkowe efektowne ujęcie na przekrój domu przywołuje na myśl nieco podobną scenę z Anioła ulicy. Jak to w kinie radzieckim, uwagę zwraca wywołujący emocje montaż, także w scenach czysto propagandowych jak marsz robotników na wybory do rady miejskiej. Występują nawet tak innowacyjne jak na lata dwudzieste "efekty specjalne" w rodzaju cofnięcia obrazu i retrospekcji. Film korzysta z realistycznej scenografii wykorzystującej nie tylko zbudowane w studio wnętrza tytułowego domu, ale również uzupełniające plenery ulic Moskwy.

Dom przy Trubnej to zabawna komedia, która śmieszy pomimo swojego oczywistego zaangażowania ideologicznego. Trochę było mi nieswojo naśmiewać się z tych tępych i okrutnych burżujów, ale ich portret jest prawdziwie komiczny, a szpile wbijane są celnie. Trochę gorzej jest z cukierkowym obrazem robotników, tak zgodnie się wspierających i wystawiających wspólnie teatrzyk. I tutaj wpleciono sporo humoru, tyle że łagodniejszej natury. Mimo moich zastrzeżeń postrzegam film Barneta jako udaną komedię. Sugeruję tylko wziąć poprawkę na marksistowskie wtręty. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 2 września 2018

Życie zaczyna się jutro/The Docks of New York (1928)

Film o jednej nocy w życiu degeneratów

Reżyseria: Josef von Sternberg
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 15 min.

Występują: George Bancroft, Betty Compson, Olga Bakłanowa, Mitchell Lewis

Nowy Jork, początek XX wieku, czasy parowców napędzanych węglem. Jeden z nich zawija właśnie do portu, a pod jego pokładem palacze, usmoleni i przesiąknięci dymem z pieców oraz palonych w ogromnych ilościach papierosów, już nie mogą się doczekać, kiedy wyjdą na ląd i zaznają rozrywki w portowej spelunie. Ich plany dobrze opisuje wyrysowane kredą na ścianie kotłowni pornograficzne graffiti. Dziesiątki gustujących w marynarzach portowych dziwek ochoczo wyczekują ich wizyty. W takiej oto atmosferze rozgrywa się film Josefa von Sternberga po polsku zatytułowany Życie zaczyna się jutro. Mnie bardziej przypadł do gustu oryginalny tytuł, czyli po prostu Doki Nowego Jorku.

Film opowiada o burzliwej nocy na lądzie. Z pokładu statku schodzi Bill, twardziel, pijak i wykolejeniec, który nie daje sobie w kaszę dmuchać. Po okolicy kręci się też Andy, ponury oficer nadzorujący okrętową kotłownię. Drogi ich obu prowadzą do "Sandbaru", dusznej knajpy pełnej upadłych kobiet. Andy z ponurym zdumieniem rozpoznaje w jednej z nich Lou, swoją żonę, którą porzucił kilka lat temu. Tymczasem Bill ratuje życie niedoszłej samobójczyni, która próbowała utopić się w nabrzeżnych wodach. Okazuje się nią Mae, prostytutka zmęczona swoim bezcelowym życiem. Bill pomaga w reanimacji kobiety i w porywie pijackiej galanterii kradnie dla niej ze sklepu piękną suknię. Po ostentacyjnie szczerej rozmowie na temat swojej przeszłości, Bill i Mae postanawiają się pobrać jeszcze tej nocy. Co jednak ich czeka, kiedy o poranku wytrzeźwieją?

Życie zaczyna się jutro przybliża widzowi środowisko degeneratów - rozczarowanych życiem prostytutek i zapijaczonych robotników okrętowych. Film jest bardzo bezpośredni w portretowaniu swych bohaterów. Nawet sami przed sobą nie tają, że są moralnymi wrakami i powątpiewają w możliwość własnego odkupienia. Najlepszym przykładem jest Bill brawurowo zagrany przez Georgre'a Bancrofta - brutalny alkoholik rozpychający się łokciami i kpiący sobie z wszelkich świętości. Jego okrętowi kompani to również niezgorsza hałastra. Andy jest frustratem wyładowującym swoje niepowodzenia na podwładnych, natomiast najlepszy przyjaciel Billa z okrętowej kotłowni bardzo pilnuje, żeby kompanowi przypadkiem nie wpadło mu do głowy ustatkowanie się. Postacie kobiecie - Mae i Lou - są wyraźnie zmęczone swoim nieuporządkowanym życiem, straciły jednak wiarę, że coś może się dla nich zmienić na lepsze.

Przewodnim motywem filmu jest dylemat, czy tacy bohaterowie są zdolni do miłości? Nie przelotnego uczucia, które kiełkuje i wydaje owoce podczas opływającej w alkohol nocy, ale tego co następuje później, gdy zaczyna się proza życia. Pytanie to szczególnie istotne jest dla Billa i Mae, którzy otrzymują impuls do zastanowienia się nad swoim życiem. Podczas centralnej dla filmu sceny ich ślubu pozostajemy pod wrażeniem, że to wszystko wielki żart mający na celu wyłącznie wykpienie wszelkiej świętości. Dalszy rozwój historii zmusi do ponownego rozważenia tego problemu.

Życie zaczyna się jutro cechuje się ciekawym, mocno nietypowym scenariuszem. Odejście od schematów sprawia, że właściwie do końca filmu trudno przewidzieć, w jakim kierunku zmierza historia. Bardzo dobrze wykreowano bohaterów, którzy w toku fabuły odkrywają przed nami niespodziewane poziomy głębi. Nawet poboczna postać pastora udzielającego dwojga wykolejeńcom ślubu jest interesująca w swoich skrupułach i pewnego rodzaju biernym oporze. Film wyróżnia się również ciekawą pracą kamery, która lubuje się w zbliżeniach, oddaleniach i podążaniem za bohaterami. Reżyser oszczędnie korzysta natomiast z montażu. Do zapadających w pamięć scen oprócz wspomnianego ślubu trzeba zaliczyć wszelkie interakcje byłego małżeństwa Andy'ego i Lou, których łączy bardzo specyficzna relacja. Jest jeszcze niezwykła scena, w której Mae naprawia rozdartą kurtkę Billa, ale tylko zaznaczam jej obecność, żeby nie zdradzać zbyt wiele z fabuły.

Nietrudno się domyślić, że jestem bardzo zadowolony z seansu. Josef von Sternberg ponownie daje się poznać jako twórca zainteresowany trudnymi tematami. Jego wysoce oryginalny film wyróżnia się na tle obfitujących w stereotypy produkcji Hollywood. Dobra gra aktorska i kilka niezwykłych scen dopełnia pozytywnego obrazu. Wystawiam bardzo mocne 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 1 września 2018

Show People (1928)

Film o narodzinach gwiazdy show-biznesu

Reżyseria: King Vidor
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 19 min.

Występują: Marion Davies, William Haines, Dell Henderson, Paul Ralli

Rok 1928 był dla Kinga Vidora czasem dużej aktywności. Show People to już trzeci jego film z tego okresu, który leży w orbicie moich zainteresowań, a jednocześnie drugi nakręcony we współpracy z aktorką Marion Davies. Tym razem Vidor postanowił przybliżyć widzom świat Hollywood, tworząc dowcipną historię o ambitnej dziewczynie, która bardzo pragnie zostać gwiazdą melodramatu.

Peggy Pepper przyjeżdża do Los Angeles z Georgii w towarzystwie ojca - emerytowanego wojskowego. Oboje są pewni, że dziewczyna zrobi błyskawiczną karierę filmową. Na miejscu okazuje się, że rzeczywistość studiów filmowych nie do końca odpowiada ich wyobrażeniom, a zdobycie angażu do filmu wcale nie jest takie proste. W stołówce Peggy poznaje przyjaznego aktora Billy'ego Boona i dzięki jego pomocy otrzymuje pierwszą rolę w slapstickowej komedii. Mimo iż film odnosi sukces, dziewczyna nie jest usatysfakcjonowana występem polegającym na oblewaniu się wodą i obrzucaniu ciastem. Zdobyta popularność owocuje propozycją zagrania w poważniejszym filmie, z której Peggy ochoczo korzysta. Środowisko "poważnych" aktorów jest bardzo odmienne od świata komików. Największym zagrożeniem dla Peggy okazuje się jednak ona sama i uderzająca jej do głowy woda sodowa.

Show People to wysmakowana komedia z dużą dozą autoironii. Vidor pozwala widzowi zajrzeć za kulisy bezwzględnego świata show-biznesu, w którym ludzie czerpiący z aktorstwa radość zmuszeni są do rywalizacji z bezwzględnymi karierowiczami. W pierwszej części filmu źródłem humoru jest zderzenie wyobrażeń prowincjonalnej gąski z realiami Hollywood. Drugi akt przybliża nam specyficzny światek slapsticku, w którym aktorzy dobrze się bawią, tworząc absurdalne gagi i dowcipkując z samych siebie. Trzecia cześć filmu poświęcona jest środowisku największych gwiazd. Okazuje się ono nadęte, sztuczne i obłudne. Co gorsza, sława uderza bohaterce do głowy. Peggy zmienia nazwisko na "Patricia Pepoire" i za podszeptem nowego ekranowego partnera odcina się od dawnych współpracowników i przyjaciół. Podobno historia Peggy była wzorowana na biografii takich aktorek jak Gloria Swanson i Mae Murray. Niewątpliwie stosownego materiału źródłowego w Fabryce Snów nie brakowało.

Mimo słodko-gorzkiego posmaku film jest lekki i przyjemny w odbiorze. Marion Davies wchodzi na wyżyny komediowego talentu, ukazując różne (dosłownie i w przenośni) twarze swojej bohaterki. Peggy ma mimowolny talent komediowy, który ujawnia najlepiej w chwilach, gdy usiłuje być poważna. niestety nie akceptuje swego komizmu. Davies dzielnie sekunduje William Haines jako weteran slapsticku Billy Boon z kapitalnymi sumiastymi wąsami. Jak nietrudno się domyślić, do produkcji filmu wykorzystano prawdziwe zaplecze hollywoodzkich studiów filmowych. Gościnnie pojawia się w nim wiele prawdziwych gwiazd, w tym Charlie Chaplin skromnie proszący Billy'ego Boona o autograf. Vidor podśmiewuje się też z reżyserów. Każdy z kilku przewijających się twórców (w tym sam Vidor) ma swoje charakterystyczne dziwactwa, powiedzonka lub tiki. 

Show People to udana komedia, w której ludzie świata filmu z przymrużeniem oka wcielają się w samych siebie. Możliwość zajrzenia za kulisy Hollywood może być ciekawa, jeśli twórcy mają odwagę zachować szczerość. King Vidor i jego ekipa najwyraźniej dochowali tego warunku. Rezultatem jest zabawny, inteligentny film, który oceniam na 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com