niedziela, 5 sierpnia 2018

Szpiedzy/Spione (1928)

Film o szpiegach i superszpiegach.

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 2h 25 min.

Występują: Willy Fritsch, Gerda Maurus, Rudolf Klein-Rogge, Lien Deyers, Craighall Sherry, Paul Horbiger, Lupu Pick, Fritz Rasp, Louis Ralph

Jeżeli myślicie, że Ian Fleming wykreował archetyp superszpiega, jesteście w błędzie. Po zapoczątkowaniu gatunku fantasy Nibelungami i poważnego science fiction poprzez Metropolis Fritz Lang postanowił dołożyć do historii kina jeszcze jedną cegiełkę. W roku 1928 położył podwaliny pod film szpiegowski. Ilość obecnych w Szpiegach motywów, które dzisiaj znamy jako "bondowskie", jest zaskakująca. Zaczynając od agentów noszących liczbowe kryptonimy, poprzez szpiegowskie gadżety w rodzaju minikamer czy kapsułek z trucizną, istotną dla fabuły postać "dziewczyny Bonda", aż po tak specyficzne koncepty jak władczy i pozbawiony poczucia humoru szef superagenta, zarządzający swą organizacją zza biurka główny złoczyńca czy też szpieg działający pod przykrywką klauna. Ian Fleming skończył w roku premiery Szpiegów 20 lat i mógł co najwyżej pójść do kina, żeby podziwiać dzieło mistrza.

Film opowiada o pojedynku niemieckich służb specjalnych z geniuszem zła Doktorem Haghim. Człowiek ten, działający pod przykrywką prezesa banku, jest głową potężnej organizacji przestępczej zajmującej się morderstwami, kradzieżami, wymuszeniami, a nawet kreowaniem skandali dyplomatycznych. Haghi, odgrywany przez ulubionego aktora Langa - Rudolpha Klein-Rogge - jest zimnokrwistym manipulatorem dysponującym potężną siecią informatorów, podwójnych agentów i współpracowników. Jego czołową agentką jest Sonia Baraniłkowa, uwodzicielka i klasyczna kobieta fatalna. Do walki z syndykatem staje Agent 326, prawdziwy as wywiadu. No cóż, właściwie jedynym słabszym punktem Szpiegów jest ta postać, której trochę brakuje do przyszłych Bondów. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest zły, ale Willy Fritsch nie ma takiej charyzmy jak Sean Connery ani dystansu do siebie Rogera Moore'a. Dwa najważniejsze wątki Szpiegów dotyczyć będą niespodziewanego romansu Soni z Numerem 326 oraz polowania na tajne dokumenty dyplomatyczne, które mogą doprowadzić do wojny w Azji Wschodniej.

Scenariusz Szpiegów jest dość zawiły i przewija się przez niego wiele charakterystycznych postaci pobocznych. Z ciekawszych wspomnę o japońskim honorowym szpiegu-buddyście oraz rozpracowującej go Kitty, innej uwodzicielce na usługach Haghiego. Wszystkie meandry są przede wszystkim pretekstem do przedstawienia wartkiej akcji. Pełno w Szpiegach pościgów, strzelanin i dywersji. Jeden zwrot akcji goni drugi i nie zwalnia aż do samego końca. Na współczesnym widzu pomysły fabularne Langa i jego żony-scenarzystki Thei von Harbou nie robią już takiego wrażenia. W końcu są to rozwiązania eksploatowane w tysiącach filmów. Tyle tylko, że te tysiące czerpały ze sprawdzonych wzorców, które... no właśnie, w dużej mierze zapoczątkował Fritz Lang.

Szpiedzy są także ucztą wizualną. Jak zwykle u Langa praca kamery jest dynamiczna i pokazuje akcję z zaskakujących czasem perspektyw. W pamięć zapada otwierająca film scena, w której obserwujemy kilka równoczesnych akcji kryminalnego syndykatu. Oko kamery nie śledzi ludzi, tylko przedmioty i działania, podkreślając, że dzieje się coś ważnego. Równie atrakcyjnie nakręcono późniejsze sceny akcji, na czele ze zderzeniem pociągów i pościgiem motocyklowym. Ostatni rodzynek, o którym chcę wspomnieć, to scena rewizji pokoju hotelowego Agenta 326 w poszukiwaniu ukrywającej się tam zabójczyni. Prawdziwe mistrzostwo suspensu i gry pozorów. Oprócz zdjęć uwagę zwracają także dopracowane lokacje. Mamy okazję oglądać ze szczegółami biuro szefa wywiadu, gabinet doktora Haghiego i mieszkanie Baraniłkowej. Każde z tych pomieszczeń zostało ciekawie umeblowane, a oryginalne gadżety (zegary, lampy, dekoracje) podkreślają naturę jego właściciela. Również inne plany zdjęciowe robią wrażenie drobiazgowym dopracowaniem.

Szpiedzy są filmem, który dzisiaj nie zaskakuje już tak bardzo, jak musiał to robić czasach swej premiery. Paradoksalnie potwierdza to tylko jego znaczenie jako pierwowzoru kina szpiegowskiego. Fritz Lang tworzył nowe gatunki filmowe z łatwością, która jest wprost niepojęta. A pomijając ten aspekt, mamy do czynienia z obrazem pełnym atrakcyjnych pomysłów, wartkiej akcji i godnej zapamiętania scenografii. Szpiedzy otrzymują 9 gwiazdek. Polecam zwłaszcza fanom Jamesa Bonda.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 4 sierpnia 2018

Ostatni rozkaz/The Last Command (1928)

Film o bolesnym upadku z samego szczytu

Reżyseria: Josef von Sternberg
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 25 min.

Występują: Emil Jannings, Evelyn Brent, William Powell

Emil Jannings to w mojej opinii najlepszy aktor lat dwudziestych. Jego głęboko zniuansowane role na długo zapadają w pamięć, a warsztat aktorski jest tak bogaty, że żadna z kreacji nie jest podobna do poprzednich. W Niemczech Jannings cieszył się statusem gwiazdy od czasu pamiętnej roli Portiera z hotelu Atlantic. W Hollywood zaliczył tylko krótki epizod, ale to wystarczyło, aby zawojować swym kunsztem również Fabrykę Snów. Jego czołowym amerykańskim filmem jest Ostatni rozkaz wyreżyserowany innego Niemca Josefa von Sternberga. Za rolę wielkiego księcia Sergiusza Aleksandra Jannings zdobył Oscara, którego nawet nie odebrał, wracając przed ceremonią rozdania statuetek do Niemiec.

Ostatni rozkaz to dramat psychologiczny skupiający się na losach rosyjskiego emigranta wegetującego w Los Angeles. Sergiusz Aleksander, kuzyn cara Mikołaja II i niegdyś naczelny dowódca armii Imperium Rosyjskiego, w dziesięć lat po rewolucji bolszewickiej jest zdziwaczałym starcem zarabiającym na życie jako statysta w Hollywood. Pewnego dnia zostaje obsadzony w roli samego siebie - carskiego generała na froncie Wojny Światowej. Ta sytuacja przywołuje u niego wspomnienia z czasów, kiedy jako dumny wielmoża walczył z bolszewikami. Wielki książę ponownie przeżywa wydarzenia, które doprowadziły do jego upadku i konieczności ucieczki z ukochanego ponad życie kraju.

Scenariusz Ostatniego rozkazu jest prosty i skupia się w całości wokół niezwykłej postaci księcia przemienionego w wyrzutka. Historyczne detale są tu nieistotne, ważna jest psychika bohatera odgrywanego przez gwiazdę aktorstwa. Emil Jannings całkowicie dominuje na ekranie. W zajmującej połowę filmu retrospekcji jest pewnym siebie, władczym człowiekiem silną ręką dowodzącym swoimi żołnierzami. Cechuje go szczery patriotyzm i rozsądek. Jako wyrzutek w Stanach Zjednoczonych jest już zupełnie inną osobą - nękanym tikami nerwowymi, niezdarnym i wystraszonym starcem. Kontrast pomiędzy dwoma inkarnacjami Sergiusza Aleksandra jest szokujący. W czasie retrospekcji poznajemy go lepiej i mamy okazję zrozumieć, co go tak zmieniło. To przygotowuje widza na końcowy akt filmu stanowiący swoiste katharsis. Ważną rolę odgrywa w filmie dwoje aktorów drugoplanowych - William Powell jako przywódca grupy bolszewickich szpiegów i Evelyn Brent jako rewolucjonistka, którą połączy z wielkim księciem bardzo dziwne uczucie. Zwłaszcza ta druga, enigmatyczna i wyrazista postać kobieca, świetnie uzupełnia głównego bohatera.

Oprócz świetnej gry Janningsa film wyróżnia się nietypowym, ambiwalentnym zakończeniem. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale w sposób nietypowy dla amerykańskiego kina to w decyzji widza pozostawiono ocenę głównego bohatera i jego ostatecznego losu. Możliwych interpretacji jest co najmniej kilka i film aż się prosi o szerszą analizę. Brawa dla reżysera. Von Sternberg zasługuje też na ciepłe słowa za kilka akcentów satyrycznych dotyczących warunków pracy w Hollywood. Fabryka Snów została bezceremonialnie przedstawiona jako machina działająca na podobieństwo linii produkcyjnej. Ludzkie trybiki mają tak samo precyzyjnie i beznamiętnie wykonywać swe zadania jak martwe mechanizmy. Bardzo interesująca i zabawnie zaprezentowana obserwacja.

Ostatni rozkaz jest jednym z najciekawszych psychologicznie filmów niemych, jakie było mi dane obejrzeć. Zbudowany całkowicie wokół postaci głównego bohatera, film sprawdza się dzięki genialnej grze Janningsa i bardzo dobrej reżyserii von Sternberga. Z pewnością stanowił wzór dla wielu późniejszych twórców skupiających się na wewnętrznych przeżyciach swych postaci. Wystawiam mu 8 gwiazdek, a do dziewiątki brakowało naprawdę niewiele.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 3 sierpnia 2018

Słomkowy kapelusz/Un chapeau de paille d'Italie (1928)

Film o najgorszym weselu na świecie

Reżyseria: René Clair
Kraj: Francja
Czas trwania: 1h 45 min.

Występują: Albert Préjean, Geymond Vital, Olga Czechowa

Czas na odrobinę francuskiego humoru. Słomkowy kapelusz to adaptacja XIX-wiecznej sztuki teatralnej wykpiwającej obłudę i hipokryzję paryskich burżujów. Film jest dość zjadliwą satyrą nie oszczędzającą żadnego ze swych bohaterów. Początkowo nie spotkał się z dużym entuzjazmem widowni, sławę zyskując dopiero po latach jako dzieło wyróżniane przez krytyków filmowych. Czy słusznie? Przyjrzyjmy mu się bliżej.

Akcja Słomkowego kapelusza rozgrywa się w ciągu jednego dnia. Fadinard, młody burżuj spieszący się na własny ślub, ma podczas podróży bryczką niezwykły wypadek. Koń wypada z drogi i ląduje w krzakach, niszcząc zaplątany w nich słomkowy kapelusz. Z pozoru błaha sprawa okazuje się niezwykle poważna, bowiem w zaroślach urzędował właśnie porucznik Tavernier wraz ze swoją kochanką, panią de Beauperthuis. Kobieta nie może wrócić do domu bez kapelusza, bo ryzykowałaby kompromitację przed mężem. Para podąża za Fadinardem do jego rezydencji, gdzie pułkownik stawia panu młodemu ultimatum - ma zdobyć dla jego kochanki nowy słomkowy kapelusz albo Tavernier zdemoluje mu dom. Fadinard jest zmuszony ruszyć na poszukiwania, a w międzyczasie znaleźć czas na uczestnictwo we własnym ślubie i weselu. Jak można się domyślić, ani ceremonia, ani poszukiwania nie będą należeć do szczególnie udanych.

Mam ze Słomkowym kapeluszem kilka poważnych problemów. Pierwszym jest kwestia zawieszenia niewiary. Intryga filmu jest szyta grubymi nićmi. Trudno uwierzyć, że ktoś poszedłby na taki układ jak Fainard. Zamiast biegać jako chłopiec na posyłki, powinien zebrać swoich gości weselnych i wyrzucić bezczelnego intruza z domu. Potrzeba zachowania pozorów jest u niego tak silna, że zamiast to zrobić, kryje nieproszonych gości. Drugim problemem jest sama postać Taverniera - chamskiego, wulgarnego prostaka zupełnie pozbawionego wdzięku. Porucznik nie tylko posuwa się do szantażu Bogu ducha winnego pana młodego, ale w przypływach wściekłości niszczy antyki i pomiata kamerdynerem. Nie jest to antagonista, którego kochamy nienawidzić, to po prostu irytujący dureń. Dobrze wypada jedynie w początkowej scenie zniszczenia kapelusza, później jest tylko gorzej.

Humor filmu ma ironiczny posmak. Oprócz obłudnego porucznika i stłamszonego głównego bohatera przyglądamy się jeszcze dużej grupie gości weselnych, którzy reprezentują rozmaite burżuazyjne stereotypy. Jest wśród nich ojciec panny młodej, który całe wesele męczy się w przyciasnych butach, jest oderwany od rzeczywistości, przygłuchy wujcio, są plotkujące matrony i inni. Wszystkich ich łączy skłonność do owijania w bawełnę i generalne znudzenie otoczeniem. Pozwala to kilka udanych scen, na przykład kiedy zblazowani goście przysypiają podczas przemowy urzędnika udzielającego ślubu. Niestety jest też sporo sekwencji mniej ciekawych, cierpiących głównie przez nadmierne przedłużanie tych samych gagów. Do tej kategorii należą coraz bardziej nużące kłótnie między Fairnardem a porucznikiem albo cucenie mdlejącej ze strachu pani de Beauperthuis.

Tak naprawdę Słomkowy kapelusz cierpi przede wszystkim na tym, że pełną dowcipnych dialogów komedię zaadaptowano na film niemy. Zamiast ostrych jak brzytwa pojedynków słownych przez długie minuty zmuszeni jesteśmy oglądać obficie gestykulujących ludzi. Niezbyt mnie to satysfakcjonuje. Choć dostrzegam w filmie pozytywne aspekty (nie wspomniałem jeszcze o świetnej scenografii, w szczególności o okazałym wyposażeniu mieszczańskich domostw), nie podobał mi się i z pewnością nie znajdzie miejsca na mojej osobistej liście klasyków. Wystawiam mu liche 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 2 sierpnia 2018

Marynarz słodkich wód/Steamboat Bill, Jr. (1928)

Film o parowcach rzecznych i ich właścicielach

Reżyseria: Charles Reisner i Buster Keaton
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 10 min.

Występują: Buster Keaton, Ernest Torrence, Tom McGuire, Marion Byron

Schyłek ery kina niemego to także początek zjazdu po równi pochyłej Bustera Keatona. Po osiągnięciu twórczego apogeum, jakim był Generał, kariera komika zaczęła podupadać, również wskutek komercyjnej klapy tego filmu. Wytwórnie filmowe niechętnym okiem patrzyły na ekstrawaganckie pomysły, które kosztowały duże pieniądze, a nie przynosiły spodziewanych zysków. Przed Keatonem były jeszcze tylko dwie znaczące komedie, na których kształt i treść miał mieć zasadniczy wpływ. Pierwsza z nich to Marynarz słodkich wód.

Pomimo pewnych skojarzeń z Marynarzem na dnie morza, jego słodkowodny kuzyn to zupełnie inny typ filmu. Keaton gra tutaj syna kapitana parowca rzecznego. Studiujący w Bostonie młodzieniec przybywa do ojca pomieszkującego w którymś  z portów nad Missisipi. Kapitan, krewki i wulgarny kawał chłopa, jest zdumiony, że jego niewidziany od lat syn okazuje się kurduplowatym, wymuskanym inteligencikiem. Ich relacja od początku staje się burzliwa. Ojciec podejmuje próby ukształtowania syna na swoje podobieństwo, ten natomiast usiłuje przekonać staruszka o swojej wartości. Sytuacji nie poprawia fakt, że Bill Junior podkochuje się w córce największego rywala Billa Seniora, Jamesa Kinga. King jest właścicielem nowoczesnego, luksusowego parowca wycieczkowego i z wzajemnością nienawidzi swojego konkurenta. Ich dzieci nie podzielają zapatrywań rodziców, co może doprowadzić nieszczęsną waśń do zakończenia.

Marynarz słodkich wód ma sympatyczną linię fabularną skupiającą się na konflikcie pokoleniowym. Nie należy traktować tej waśni do końca serio, w końcu mamy do czynienia z komedią. Film napędza przede wszystkim relacja ojca z synem. Keaton ze swoim kamiennym obliczem jest w roli syna uroczo niewinny. Nieco słabiej wypada Jack Torrance jako Bill Senior - postać przeszarżowana i dość wulgarna. Mimo wszystko między panami kształtuje się udana dynamika nadająca fabule wiarygodności.

Gagi w Marynarzu słodkich wód należą do całkiem zabawnych. Jest trochę humoru opartego na kontraście pomiędzy protagonistami, na czele ze świetną sceną wyboru dla Williama Juniora odpowiedniego nakrycia głowy. Jest typowy Keatonowski slapstick z bardzo dobrą sceną przemycania do aresztu narzędzi ukrytych w wielkim bochenku chleba. Są również sekwencje kaskaderskie pokazujące walkę Billa Juniora z demolującym port cyklonem. Tutaj nie sposób nie wspomnieć o bardzo efektownym numerze, kiedy na Keatona przewraca się cała fasada domu, a bohater przeżywa tylko dzięki temu, że stał w miejscu upadku niedużego okienka. Śmiertelnie niebezpieczne ujęcie nakręcono z użyciem prawdziwej fasady i bez kaskadera. 

Marynarz nie jest filmem odkrywczym i daleko mu do kreatywności Generała. Wywołuje uśmiech na twarzy i ogląda się go z dużą przyjemnością, ale początek zniżki formy Keatona jest już widoczny. To po prostu lekka komedyjka. Fanom slapsticku i specyficznej fizjonomii Bustera na pewno przypadnie do gustu. Ja wystawiam mu 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 1 sierpnia 2018

Zwenigora (1928)

Film o narzucaniu kultury dominującej

Reżyseria: Oleksandr Dowżenko
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 32 min.

Występują: Nikołaj Nademski, Les Podorożny, Siemion Sawczenko, Polina Skylar-Otawa

Rzadko mi się coś podobnego zdarza, ale kiedy po raz pierwszy obejrzałem Zwenigorę, stwierdziłem, że nic z tego filmu nie rozumiem. Mistyka, ukraińskie legendy, brak jedności akcji i ludzie robiący dziwne rzeczy przy minimalistycznej narracji tekstowej. Nie byłem usatysfakcjonowany, bo miałem silne wrażenie, że za tą tajemniczą, niezrozumiałą dla mnie symboliką kryje się coś wartościowego. Szczęśliwie udało mi się trafić na bardzo obszerny esej Raya Uzwyszyna o filmach Oleksandra Dowżenki, który wiele wyjaśnił. Uzbrojony w nową wiedzę obejrzałem Zwenigorę po raz drugi, tym razem z dużą satysfakcją.

Film ten jest ukraińskim kamyczkiem do ogródka radzieckiego kina propagandowego Wprawdzie prokomunistyczny, nie ma jednak charakteru agitacyjnego. To raczej poetycko-socjologiczne studium ducha narodowego Ukraińców i  próba określenia stosunku tego narodu do społeczeństwa radzieckiego. Dowżenko był po nakręceniu Zwenigory oskarżany o nacjonalizm, a radziecka cenzura przez wiele lat nie dopuszczała do rozpowszechniania jego dzieła. Jest to zrozumiałe, bowiem mimo jednoznacznej deklaracji ideologicznej reżysera, film jest trudnym w odbiorze, wieloznacznym wyzwaniem intelektualnym. Ryzyko pobudzenia widza do nieprawomyślnych wniosków było zbyt duże.

Zwenigora jest mistyczną opowieścią złożoną z kilku luźno powiązanych ze sobą części. Przewodnikiem po świecie ukraińskiej mitologii jest sędziwy czumak (handlarz solą), istniejący jakby obok czasu reprezentant chłopstwa - soli tamtejszej ziemi. Oglądamy go w zamierzchłej przeszłości, biorącego udział w walkach z Wikingami. Wraz z bandą hajdamaków czumak poluje na dybiących na ukraińskie skarby Lachów. We współczesności zaś przekazuje ludowe mądrości dwóm wnukom. Starzec jest silnie religijny, przesądny i we wszystkich czasach, przez które w swych opowieściach podróżuje, poszukuje owianego legendą "skarbu Zwenigory", rzekomego sezamu ukrytego pod powierzchnią ziemi przez tureckich najeźdźców. Skarb jest majakiem, w poszukiwaniu którego chłopi błądzą po ostępach obskurantyzmu.

Wnukowie czumaka różnią się podejściem do dziadkowych opowieści. Pawło, dochowujący wierności ludowej tradycji, zostaje fanatycznym nacjonalistą walczącym z nadchodzącym nowym porządkiem. Tymiszko to ateista, komunista i człowiek nowego typu, który jest gotów zerwać wszelkie krępujące go więzy, aby budować radziecki ustrój. Na przykładzie postawy dwóch braci Dowżenko określa swój stosunek do tematyki leżącej u podstaw filmu - procesu odrzucenia starej, stojącej na drodze postępu kultury i przyjęcia nowej. Komunizm jest utożsamiony z industrializacją, elektryfikacją i edukacją. W jednej z symbolicznych scen Tymiszko jako nauczyciel "zapisuje" rewolucję za pomocą wyrażenia algebraicznego, podkreślając jej naukowy charakter. Jednocześnie jest brutalna i zaborcza. Heroldowie postępu są bezwzględni, gotowi zabijać nawet swych najbliższych w imię wyższych celów. Cechuje ich też niezwykła odwaga, którą ukazuje skazany za niesubordynację na rozstrzelanie Tymiszko-żołnierz. Przeciwieństwem cywilizacji jest siermiężny nacjonalizm, który skłania omamionych nim młodzików do przemalowywania czarnych koni na biało. Tradycjonaliści ukazani są jako romantycy bezskutecznie poszukujący swego fikcyjnego skarbu. Przeszkadzający im w tym brzuchaty bolszewicki oficer uosabia dziejową konieczność. Ten podobny nieco do Stalina mężczyzna nie jest wrogi nacjonalistycznym romantykom. Chyba nawet ich szanuje. Po prostu nie może pozwolić im nadal kroczyć niewłaściwą drogą.

Zwenigorę można odczytywać jako analizę wypierania słabszej kultury tubylczej przez silniejszą, narzuconą z zewnątrz. Idące za tym korzyści wymagają rezygnacji z tradycji, wyparcia się dawnych zwyczajów, przesądów, zaprzestania poszukiwań. Jest to proces niosący za sobą zasadnicze koszty, na które Dowżenko zdecydowanie wskazuje. A jednocześnie przedstawia ten proces jako nieunikniony. Prawdziwy skarb znajduje się na torach zbudowanych na ukraińskim czarnoziemie. Aby je zbudować, chłopi przedzierzgają się w robotników. Po torowisku sunie pociąg, wąż ognisty pożerający stare i niosący nowe. Jego oponenci zostają wchłonięci albo kończą na śmietniku historii, raczej tragiczni niż złowieszczy. Kiedy po ucieczce z kraju Pawło zarabia na kontrrewolucyjne akcje sabotażowe poprzez dadaistyczne występy połączone z pozorowaniem samobójstwa, jest już tylko żałosnym pajacem chwytającym się ostatniej okazji, by zatrzymać osuwający mu się spod nóg świat. Natomiast bardziej od niego umiarkowane jednostki w końcu rezygnują z oporu i zostają pożarte-zaabsorbowane przez ognistego węża, służąc nowej cywilizacji i korzystając z jej owoców.

Zwenigorę można i warto rozpatrywać w kontekście historycznym - tworzącej się ukraińskiej świadomości narodowej, która nie znalazła dla siebie w latach 20. trwałej ostoi państwowości. Znamienne jest, że zaledwie kilka lat po nakręceniu tego filmu Ukraińcy zostali zmiażdżeni Hołodomorem, administracyjnie narzuconym kataklizmem, który miał za zadanie ostatecznie wykorzenić właśnie te przesądy i obskuranckie zwyczaje reprezentowane w Zwenigorze przez postać starca. Radziecki Komitet Centralny zakazał rozpowszechniania filmu, ale sam obejrzał go uważnie i ze zrozumieniem. 

Zwenigora jest filmem niełatwym w odbiorze, pełnym magii, metafor i surrealizmu. Wymaga dużego zaangażowania, jednak uważam, że warto poświęcić jej czas i otrzymać w zamian fascynujące studium kulturowe. Jednocześnie gorąco polecam wspomożenie się przed seansem esejem Raya Uzwyszyna (http://rayuzwyshyn.net/dovzhenko/Zvenyhora.htm). Tekst ten w ogromnym stopniu ułatwia zrozumienie filmu i rozwija wiele jego aspektów, o których nie wspominam w recenzji. Zwenigora otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 30 lipca 2018

Człowiek z tłumu/The Crowd (1928)

Film o człowieku, któremu nie udało się zostać nikim szczególnym,

Reżyseria: King Vidor
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 29 min.

Występują: Eleanor Boardman, James Murray, Bert Roach, Estelle Clark

Mówi się, każdy człowiek jest bohaterem własnej historii. We własnym mniemaniu każdy jest kimś wyjątkowym, niezwykłym, odróżniającym się od ogółu. Natomiast otaczający nas ludzie, których bliżej nie znamy, są tylko anonimowymi elementami pozbawionego właściwości tłumu. Co zabawne, wspomniana dychotomia dotyczy każdego pojedynczego człowieka na Ziemi. King Vidor zbudował wokół tego spostrzeżenia fabułę filmu noszącego tytuł Człowiek z tłumu.

Tytułowym człowiekiem jest John Sims, przekonany o własnym powołaniu do wielkości młody mężczyzna, który przybywa do Nowego Jorku w poszukiwaniu szczęścia. John szybko znajduje pracę jako księgowy w spółce ubezpieczeniowej. Przy wsparciu kolegi z pracy poznaje sympatyczną Mary, której oświadcza się już na pierwszej randce. Młodzi szybko biorą ślub i zamieszkują w małym mieszkanku przy torowisku. Szybko zaczynają się pierwsze problemy. John niezbyt dobrze dogaduje się z braćmi i matką żony. Rozgoryczony brakiem postępów w karierze, stopniowo zaczyna być drażliwy i w domu wybuchają awantury o błahostki. Sytuacja poprawia się, kiedy Mary zachodzi w ciążę, jednak upragnione sukcesy zawodowe Johna w dalszym ciągu nie nadchodzą. A najtrudniejsze próby losu dopiero przed nim.

Historia Johna Simsa jest bardzo życiowa. Kiedy go poznajemy, wydaje się zupełnie zwykłym młodym człowiekiem, takim jakich tysiące przybywa do wielkiego miasta w poszukiwaniu lepszego życia. Jego początkowe decyzje wydają się stosunkowo sensowne. Im jednak dalej, tym bardziej Johna zaczyna zżerać poczucie, że nie spełnia oczekiwań otoczenia i swoich własnych. Od dziecka przekonany od swojej wyjątkowości, okazuje się człowiekiem nie wyróżniającym się z tłumu innych księgowych, mężów, nowojorczyków. Na domiar złego Sims ma brzydką cechę obwiniania za swoje błędy i niepowodzenia wszystkich poza sobą. Marzy o wielkiej karierze, ale nie robi wiele, żeby jej dostąpić. Nie potrafi radzić sobie z problemami i zachowywać zimnej krwi. Właściwie tylko w roli ojca radzi sobie w miarę dobrze. Najdogodniejszą ofiarą do wyładowania frustracji staje się żona. Mary jest oazą cierpliwości i wyrozumiałości, ale również ona ma swoje granice upokorzenia, które Sims kilkakrotnie wystawia na próbę. Opowieść o powolnym upadku marzeń i ambicji pospolitego człowieka mocno działa na emocje. Można powiedzieć, że Sims jest nieudacznikiem, który w dużej mierze sam odpowiada za własne niepowodzenia. A jednak trudno go definitywnie osądzać. W jednej z pierwszych scen filmu bohater naśmiewa się z człowieka zarabiającego na życie jako chodząca reklama. Nie jest mu do śmiechu, kiedy dużo później sam jest zmuszony podjąć podobną pracę. Twórcy filmu zwracają uwagę oglądającym go przeciętniakom, że wejścia na szczyt dostępują nieliczni, natomiast upadek jest bardzo łatwy. Trudno o trafniejszą krytykę "amerykańskiego snu".

Od strony aktorskiej wyrazy uznania należą się odtwórcom głównych ról. Eleanor Boardman z wyczuciem portretuje kobietę męczącą się w trudnym związku, a jednak zbyt wierną i dobrą, by odejść. James Murray, bliżej nieznany aktor wybrany przez Kinga Vidora właśnie ze względu na swą anonimowość, jest niezwykle autentyczny jako ofiara kaprysów losu i własnej lekkomyślności. Tragiczny los Murraya, który kilka lat później zmarł jako bezdomny alkoholik na ulicach Nowego Jorku, jest ponurym epilogiem do jedynego filmu, w jakim zaistniał w publicznej świadomości.

Oprócz mocnej historii Człowiek z tłumu wyróżnia się także znakomitą aranżacją kinematograficzną. King Vidor chciał zawrzeć w filmie jak najwięcej scen pokazujących tłum złożony z ludzkich drobin. Najlepszą z nich jest zbliżenie na biuro spółki ubezpieczeniowej - w olbrzymiej sali dziesiątki księgowych siedzą przy ustawionych obok siebie biurkach, wykonując te same czynności. Wśród nich John Sims, tak podobny do innych, pozbawiony indywidualnych cech. Nawet kiedy wychodzą z pracy, księgowi żegnają się i konwersują ze sobą przy użyciu tych samych zwrotów. Randkowanie w Nowym Jorku przypomina taśmociąg - w umówionym miejscu spotkań panowie zapraszają nadchodzące akurat panie na spacer, po czym wspólnie jadą do lunaparku na Coney Isalnd, gdzie wszyscy oddają się tym samym rozrywkom. Kiedy jedna grupa opuszcza "tunel miłości", druga czeka już na wejście. Zjeżdżając na zjeżdżalni bohaterowie mijają ciżbę cisnącą się po schodach, żeby podążyć w ich ślady.  Nawet na oddziale porodowym dziesiątki młodych matek leżą obok siebie w symetrycznie porozstawianych łóżkach, czekając na odwiedziny mężów. Te spersonalizowane sceny uzupełnione są zupełnie anonimowymi sekwencjami, w których podobnie ubrani przechodnie spieszą do pracy, podobne samochody i tramwaje suną ulicami, wieżowce o setkach takich samych kwadratowych okienek górują nad tętniącym życiem miastem. Zwykły John Sims jest wśród tego wszystkiego zaledwie pyłkiem, ziarenkiem piasku na pustyni. Przytłaczające.

Człowiek z tłumu jest filmem, który uwypukla nieistotność pojedynczego elementu wielkiego zbioru. Jest to także historia tragedii człowieka niezdolnego do przekroczenia własnych ograniczeń. Bardzo ambitne tematy jak na jeden obraz, a jednak udało się je zrealizować z powodzeniem. Na poziomie opowiadania obrazem to po prostu filmowy miód i orzeszki. Wystawienie 10 gwiazdek przyszło mi w tym przypadku wyjątkowo łatwo.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 29 lipca 2018

Chronometry - nagrody blogowe (rok 1927)

Rok 1927 obfitował w profesjonalne produkcje filmowe, a jednocześnie był czasem pewnej stabilizacji. Rozwijane były istniejące techniki kinematograficzne, co zaowocowało powstaniem kilku dzieł dopracowanych niemal do perfekcji. Powstały też pierwsze filmy udźwiękowione, jednak na ich rozwój przyjdzie jeszcze zaczekać. Póki co jesteśmy świadkami pełnego rozkwitu kina niemego. Wśród gwiazd aktorstwa pojawiło się kilka nowych, obiecujących nazwisk na czele z rewelacyjną Janet Gaynor. Wśród reżyserów warto zauważyć pierwsze znaczące filmy Franka Borzage i Josefa von Sternberga. Dobrą passę kontynuowali Niemcy Fritz Lang i Friedrich Wilhelm Murnau.

Średnia ocen na blogu osiągnęła rekordowo wysoką wartość 7,7. Wynika to przede wszystkim z niemal zupełnego braku słabych filmów wśród ocenianych pozycji. Niniejsze rozdanie Chronometrów zdominowały Napoleon (nominowany w 6 z 7 kategorii) i Wschód słońca (nominowany we wszystkich kategoriach). Przejdźmy do nagród.

Najlepsza kinematografia
(kategoria obejmuje zdjęcia, montaż i efekty specjalne)

Nominowani: 
Koniec Sankt Petersburga - za opowiadanie obrazem, w tym pamiętną otwierającą film scenę rodzajową z życia chłopów.
Lokator - za ciekawą grę światłem i cieniem oraz oryginalne wykorzystanie dorobku ekspresjonizmu.
Metropolis - za interesujące efekty specjalne i nowoczesną narrację z udziałem dynamicznego ruchu kamery.
Napoleon - za prawdziwą kaskadę nowoczesnych technik zdjęciowych, na czele z narracją mozaikową, prześwietlaniem kadrów i innych pomysłowych rozwiązań.
Skrzydła - za efektowne zdjęcia podniebnych pojedynków lotniczych.
Wschód słońca - za grę światłem, wędrówkę kamery i płynne przechodzenie w świat fantazji dzięki nakładaniu na siebie obrazów.


Duży tłok zapanował w tej kategorii i wybór zwycięzcy nie był łatwy. Koniec Sankt Petersburga reprezentuje znakomitą jak zawsze szkołę radzieckiego montażu. Skrzydła to parada świetnie sfilmowanych akrobacji samolotowych. Metropolis zadziwia nowatorskimi, futurystycznymi efektami specjalnymi. Najciekawsze są jednak bardziej tradycyjne filmy, które wykorzystują kamerę do ciekawego opowiadania historii. Wschód słońca był bliski zwycięstwa dzięki pamiętnym scenom "łódkowym", lecz Srebrny Chronometr otrzymuje Napoleon, prawdziwa feeria atrakcji wizualnych różnego typu.

Najlepsza scenografia
(kategoria obejmuje również kostiumy)

Nominowani:
Metropolis - za stworzenie niesamowitego mechanicznego miasta przyszłości.
Miłość w troje - za ciekawe zdjęcia Moskwy i znakomitą aranżację planu w mieszkaniu bohaterów.
Napoleon - za mocne wejście w realia rewolucyjnej Francji i klimatyczne sceny militarystyczne.
Siódme niebo - za aranżację planów w taki sposób, aby same opowiadały historię.
Wschód słońca - za stworzenie prostych, symbolicznych lokacji takich jak jezioro, wagonik kolejki czy ulice "Wielkiego Miasta".


W kategorii scenografii wyróżnione zostały dwie grupy filmów. Pierwsza to klasyczne dramaty, które zwracają uwagę precyzyjnie zaprojektowanymi planami i świetnym mise-en-scène. Do tej kategorii należą Miłość we troje, Wschód słońca i Siódme niebo. Drugi typ to imponujące scenograficznie molochy, na potrzeby których wykonano niesamowitą pracę przygotowawczą. Rozmachem imponuje Napoleon wyposażony we wszelkie atrybuty wizualne charakterystyczne dla swojej epoki. Srebrny Chronometr otrzymuje Metropolis za niezwykłe dekoracje pierwszego prawdziwie futurystycznego miasta w filmie pełnometrażowym.

Najlepszy scenariusz


Nominowani:
Alfred A. Cohn - Śpiewak jazzbandu - za pierwszą w historii kina znaczącą opowieść o konflikcie pokoleniowym.
Abel Gance - Napoleon - za klarowną wizję tego, kim był i do czego dążył tytułowy bohater.
Hans Kraly - Książę student - za historię o młodzieńczej miłości z dojrzałym, satysfakcjonującym zakończeniem.
Carl Mayer - Wschód słońca - za uniwersalną historię o pierwotnych emocjach.
Abram Room i Wiktor Szkłowski - Miłość we troje - za szalenie interesującą, pozbawioną hipokryzji historię trójkąta zamieszkującego wspólne lokum.
Eliot Stannard - Lokator - za interesującą w swej dwuznaczności intrygę.

Sporo było w omawianym roku ciekawych historii kręcących się wokół różnorodnych tematów. Alfred A. Cohn przedstawił ciekawy dramat o konflikcie pokoleniowym, problemie jak dotąd rzadko spotykanym w kinie. Wśród melodramatów warto wyróżnić scenariusz Carla Mayera do Wschodu słońca cechujący się spartańską wręcz oszczędnością wątków i precyzją opowiadanej historii. Srebrny Chronometr otrzymują scenarzyści radzieccy Abram Room i Wiktor Szkłowski. Ich fabuła do Miłości we troje była najbardziej oryginalną i realistyczną historią roku 1927.

Najlepsza aktorka

Nominowane:
Clara Bow - It - za brak wątpliwości, że jej bohaterka posiada "to coś".
Greta Garbo - Anna Karenina - za przekonującą kreację jednej z najsłynniejszych bohaterek literatury.
Janet Gaynor - Siódme niebo - za świetnie ukazany rozwój postaci od biernej ofiary losu do samodzielnej, pewnej siebie kobiety.
Janet Gaynor - Wschód słońca - za niezwykłą delikatność w kreowaniu archetypu dobrej żony.
Brigitte Helm - Metropolis - za dwie skrajnie od siebie odmienne bohaterki wiodące lud na barykady.
Norma Shearer - Książę student - za uroczą protagonistkę, która z wdziękiem potrafi wychylić duszkiem kufel piwa.

Oceniany rok przyniósł ze sobą tak dużą ilość udanych ról żeńskich, że nominacji mogło być nawet o kilka więcej. Wśród nominatek mamy gwiazdy o ustalonym statusie - Gretę Garbo, Normę Shearer i Clarę Bow. Lepiej od nich zaprezentowały się jednak dwie debiutantki. Brigitte Helm brawurowo wcieliła się w mechanicznego żeńskiego trybuna ludowego. [sic!] Młodziutka Janet Gaynor pojawiła się na ekranie jako gwiazda dwóch znakomitych filmów. Srebrny Chronometr otrzymuje za rolę Diane w Siódmym niebie, przede wszystkim dzięki przekonywająco odegranej ewolucji bohaterki.

Najlepszy aktor

Nominowani:
Lon Chaney i Paul Desmuke - Demon cyrku - za wspólne stworzenie obłędnej fizjologicznie i psychologicznie postaci bezrękiego człowieka.
Albert Diéudonne - Napoleon - za kreację postaci wybitnej poprzez użycie minimalistycznych środków wyrazu.
Charles Farrell - Siódme niebo - za mocnego głównego bohatera, który dobrze uzupełnia swoją delikatniejszą ekranową partnerkę.
Ivor Novello - Lokator - za przekonujące trzymanie widza w niepewności co do natury swej postaci.
George O'Brien - Wschód słońca - za wielkie emocje w roli, która niemal rozsadza ekran.

Aktorzy nie dajątak dużego wyboru jak aktorki, jednak i w męskim gronie można było znaleźć kilka ciekawych ról. Nietypowa podwójna nominacja dla Lona Chaneya i Paula Desmuke za rolę Bezrękiego Alonza była bardzo bliska zwycięstwa. Srebrny Chronometr trafia jednak do George'a O'Briana za poruszającą kreację targanego namiętnościami mężczyzny we Wschodzie słońca.

Najlepszy reżyser

Nominowani:
Frank Borzage - Siódme niebo - za optymistyczną i bardzo ładnie opowiedzianą historię o miłości dwójki nędzarzy.
Abel Gance - Napoleon - za aranżację wielu pamiętnych scen, takich jak bitwa kadetów na śnieżki, szturm na Tulon albo Bal Ocalałych.
F.W. Murnau - Wschód słońca - za przeniesienie wzorców niemieckiego ekspresjonizmu do Hollywood.
Josef von Sternberg - Ludzie podziemi - za stworzenie ciekawej dynamiki w relacjach między gangsterami.

Chociaż w roku 1927 nakręcono wiele dobrych filmów, pod względem oryginalności i pomysłowości reżyserskiej wybór nie był aż tak obfity. Cieszy  udany hollywoodzki debiut Josefa von Sternberga oraz bardzo dopracowana produkcja Franka Borzage. Jest to jednak chwilowo drugi szereg twórców. W rywalizacji o nagrodę główną starło się dwóch tytanów. Friedrich Wilhelm Murnau jest już dwukrotnym laureatem blogowej nagrody za reżyserię i gdyby otrzymał go po raz trzeci, byłoby to zwycięstwo w pełni zasłużone. Srebrny Chronometr zgarnia jednak Abel Gance, który zastosował w Napoleonie równie pomysłowe techniki reżyserskie jak jego konkurent. Gance zwycięża... ilościowo. Napoleon to długi film i dzięki temu znalazło się w nim więcej genialnych reżysersko scen niż we Wschodzie słońca.

Najlepszy film

Nominowani:
Metropolis - za pierwsze prawdziwie monumentalne dzieło science fiction w historii kina.
Napoleon - za prezentację epickiej historii, która nie tylko ciekawie przedstawia wielkie postacie historyczne, ale ma o nich coś ciekawego do powiedzenia.
Wschód słońca - za głęboko artystyczny film o pewnych uniwersalnych emocjach - najlepszy melodramat w historii kina niemego.

Tylko trzy filmy zasłużyły w tej edycji Chronometrów na miano tak przełomowych, żeby ubiegać się o główną nagrodę. Na trzecim miejscu podium znalazło się Metropolis, które jest dziełem imponującym, ale ma zbyt wiele oczywistych wad, żeby zajść wyżej. Drugie miejsce dla Napoleona, świetnego filmu, który jednak nie ustrzegł się grzechu patetyzmu względem swego bohatera. Złoty Chronometr otrzymuje Wschód słońca, modelowy i ze wszech miar znakomity melodramat, stworzony dzięki wykorzystaniu wzorców niemieckiej szkoły filmowej w amerykańskiej fabryce snów.