środa, 8 sierpnia 2018

Wicher/The Wind (1928)

Film o tornadzie hormonów

Reżyseria: Victor Sjöström
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 17 min.

Występują: Lillian Gish, Lars Hanson, Montagu Love, Dorothy Cumming, Edward Earle, William Orlamond

Cenzura obyczajowa miewa swoje pozytywne strony. Kiedy obowiązujące normy bądź konwenanse nie pozwalają o pewnych sprawach mówić wprost, artysta zainteresowany tematem musi szukać bardziej subtelnych sposobów. Rezultatem takich zabiegów nie raz i nie dwa bywały wybitne dzieła kultury. Wicher nie należy może do tych najznakomitszych, jednak freudowska metaforyka nadaje filmowi drugie dno, które odkryłem z niebywałą przyjemnością.

Fabuła przedstawia się następująco. Młoda kobieta nazwiskiem Letty Mason podróżuje do Teksasu, gdzie ma zamieszkać na ranczu swego kuzyna Beverly'ego. W pociągu nawiązuje znajomość z szarmanckim handlarzem bydłem Wirtem Roddym, który obiecuje ją kiedyś odwiedzić. Teksas nie okazuje się dla Letty gościnny. Żona Beverly'ego, Cora, nie znosi jej, zazdrosna o dobre relacje dziewczyny z jej dziećmi i mężem. Na domiar złego Letty nie czuje się dobrze w terenie nękanym przez gwałtowne wiatry i tornada. Z czasem zaczyna ją niepokoić każdy mocniejszy podmuch. Wkrótce Letty staje się obiektem dobrodusznych zalotów mieszkających w pobliżu farmerów. Ku niezmiernej irytacji Cory, dziewczyna nie traktuje zachowania mężczyzn poważnie. Sytuację zdaje się ratować przybycie w odwiedziny Wirta, którym Letty jest wyraźnie zainteresowana. Okazuje się jednak, że handlarz bydłem jest żonaty i może jej jedynie zaproponować rolę kochanki. Postawiona przez Corę pod ścianą Letty decyduje się przyjąć oświadczyny jednego z farmerów, Lige Hightowera. Ku rozczarowaniu mężczyzny, małżeństwo nie zostaje skonsumowane, a żona cały czas trzyma go na dystans. Tymczasem dmący wicher stale przybiera na sile.

Nie ma co owijać w bawełnę, film Sjöströma opowiada o stłumionej kobiecej seksualności. Szalejący w Teksasie wiatr jest jej symbolem, towarzyszącym pragnieniom i lękom głównej bohaterki. Nie jest przypadkiem, że ataki ankraofobii Letty nasilają się w szczególnie trudnych momentach jej skomplikowanego życia uczuciowego, a przełomowemu momentowi w życiu erotycznym kobiety towarzyszy prawdziwe tornado. Ciekawa to zresztą postać, zupełnie słusznie wzbudzająca zimną zazdrość żony kuzyna. Letta jest dziewczyną nieświadomą własnych pragnień. Pozorną niewinnością rozbudza wyobraźnię większości mężczyzn ze swego otoczenia. Brzmi to trochę jak fabuła opery mydlanej, ale nie jest tak dzięki dwóm czynnikom. Pierwszym jest przebiegła reżyseria Sjöströma wykorzystującego wietrzną metaforykę. Reżyser z powodzeniem nadaje filmowi pozory typowego melodramatu, pod ich płaszczykiem przemycając bardzo odważne treści. Drugi ważny element  to znakomita gra aktorska Lillian Gish, która stworzyła w pełni przekonującą kreację zamkniętej w świecie własnych pragnień i lęków dziewczyny. Ta filigranowa aktorka potrafi przekazywać emocje, korzystając tylko z gry spojrzeniem, ciekawie też sprawdzają się dostosowane do jej aktualnego stanu umysłu fryzury.

Jeżeli chodzi o resztę obsady aktorskiej, jest przyzwoicie. Co prawda jak zwykle nie zachwycił mnie Lars Hanson jako nieszczęśliwy mąż Letty, dobrze wypada jednak Dorothy Cumming w roli nienawistnej Cory i Montagu Love jako pozbawiony skrupułów Wirt. Film ma też ładną scenografię wykorzystującą pustynne plenery i ciekawe jak na swoje czasy efekty specjalne imitujące burze piaskową i tornado. Są to jednak poboczne zalety blednące przy głównym temacie filmu.

Wicher był pożegnalnym dziełem Victora Sjöströma w USA i jednym z ostatnich w ogóle przez niego wyreżyserowanych. Cieszy fakt, że po kilku słabszych obrazach reżyser powrócił do formy i do charakterystycznych elementów swego stylu, jakimi są pogłębione portrety psychologiczne postaci i powiązanie człowieka z siłami natury. Rezultatem jest pasjonujące widowisko poruszające tematy, o których niechętnie w latach 20. mówiono na głos. Za to otrzymuje 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 7 sierpnia 2018

The Power of the Press (1928)

Film o potędze mediów.

Reżyseria: Frank Capra
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 4 min.

Występują: Douglas Fairbanks Jr., Jobyna Ralston, Mildred Harris, Philo McCullough

Brak polskiego tytułu filmu budzi zawsze moje obawy co do jego jakości. Jest to sytuacja bardzo rzadka i dlatego nie kojarzy mi się najlepiej. W przypadku The Power of the Press obawy te złagodziło nieco nazwisko reżysera. Frank Capra jest bardzo poważanym twórcą, chociaż w latach 20. dopiero zdobywał doświadczenie. Nie jestem zaskoczony obecnością w recenzowanym filmie pewnych niedociągnięć, końcowe wrażenie jest jednak pozytywne. Obraz jest próbą analizy roli prasy jako czwartej władzy.

Bohaterem filmu jest nieopierzony dziennikarz Clem Rogers, który bardzo pragnie rozstać gwiazdą reportażu. Chłopak dostaje swoją szansę, kiedy do redakcji dociera szokująca wieść o morderstwie prokuratora okręgowego. Wobec chwilowej nieobecności innych reporterów, na miejsce zbrodni zostaje wysłany Clem. Szybkie śledztwo pozwala zidentyfikować podejrzaną. Jest nią Jane Atwill, córka senatora, która w czasie zbrodni przebywała w jego domu. Pomimo pewnych wątpliwości, redaktor naczelny decyduje się opublikować sensacyjną wiadomość mogącą zaważyć na wynikach nadchodzących wyborów. Wkrótce jednak Clem zaczyna podejrzewać, że został zmanipulowany.

The Power of the Press całkiem odważnie podchodzi do problematyki oddziaływania mediów. Możliwość zniszczenia czyjejś reputacji poprzez publikację nieprawdziwych bądź zmanipulowanych informacji to temat aktualny, dzisiaj nawet bardziej niż w czasach produkcji filmu. Jego twórcy spojrzeli na problem z wielu punktów widzenia, które są w filmie reprezentowane z przez różne postacie. Poznajemy rozważnego redaktora naczelnego, głodnego sławy i pyszałkowatego Clema Rogersa, reportera-rutyniarza Billa Johnsona, usiłujących manipulować wydarzeniami gangsterów i polityków, a także (niemal) zwykłą kobietę wplątaną wbrew swej woli w wir wydarzeń. Film zdaje się popierać popularne motto, że rolą dziennikarza jest publikacja faktów niezależnie od konsekwencji, ale rozmaitość perspektyw bez wątpienia jest jego mocną stroną.

Spośród pozytywów The Power of the Press wymienię jeszcze dwa rodzynki kinematograficzne. Pierwszym jest otwierające film przedstawienie biura redakcji - zaśmieconego, przepełnionego rywalizującymi ze sobą, nerwowymi ludźmi, którzy w wolnym czasie płatają sobie bardziej lub mniej złośliwe figle. To otoczenie dalekie od ideału, robiące wrażenie raczej toksycznego i zapewne bliskie rzeczywistości. Drugi cymes to świetnie zmontowana sekwencja przedstawiająca proces przetwarzania informacji, począwszy od napisania artykułu, poprzez zredagowanie go, skład, wysłanie do drukarni, kolportaż i wreszcie odbiór komunikatu przez czytelników. Z jednej strony daje to wgląd w ówczesną technikę wydawania gazety, z drugiej jest dobrą metaforą na zastosowanie informacji jako narzędzia władzy. Właściwie trudno mi sobie wyobrazić lepszy przykład tej koncepcji.

Teraz o słabszych stronach filmu. Główne role zagrali Douglas Fairbanks Junior i Jobyna Ralston. Pierwszy obsadzony został chyba dzięki popularności ojca, druga była znana ze współpracy z Haroldem Lloydem. Nie napiszę, że są w swoich rolach źli. Są po prostu nijacy. Dzień po seansie prawdopodobnie nie rozpoznałbym żadnego z nich na zdjęciu. Nieco kolorytu dodają filmowi wyraziści aktorzy drugoplanowi, ale nie jest to do końca satysfakcjonujące. Drugie niedociągnięcie to wyzierająca w kilku punktach scenariusza naiwność. Gdy dotyczy postaci Clema, zupełnie bezkrytycznie traktującego swoich informatorów, jest jakoś uzasadniona scenariuszowo, ale mimo to razi. Natomiast finałowe wyjaśnienie zagadki, kiedy dziennikarz dociera do pewnej osoby wmieszanej w morderstwo, a ta ot tak decyduje się wyjawić mu wszystkie szczegóły i jeszcze potwierdzić je podpisem, przekracza moje osobiste granice zawieszenia niewiary. Scenariusz zdecydowanie skorzystałby na kilku mocnych poprawkach.

The Power of the Press jest ciekawym filmem poruszającym bardzo ważne kwestie. Został sprawnie zrealizowany, jest lekki w odbiorze i nie za długi. Warto go obejrzeć dla dwóch wspomnianych rodzynków kinematograficznych i ciekawych przemyśleń na temat roli mediów. Ze względu na te atuty można nawet przymknąć oko na niedoskonałości scenariusza i miałkość odtwórców głównych ról. W sam raz na 7 gwiazdek. 

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 5 sierpnia 2018

Szpiedzy/Spione (1928)

Film o szpiegach i superszpiegach.

Reżyseria: Fritz Lang
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 2h 25 min.

Występują: Willy Fritsch, Gerda Maurus, Rudolf Klein-Rogge, Lien Deyers, Craighall Sherry, Paul Horbiger, Lupu Pick, Fritz Rasp, Louis Ralph

Jeżeli myślicie, że Ian Fleming wykreował archetyp superszpiega, jesteście w błędzie. Po zapoczątkowaniu gatunku fantasy Nibelungami i poważnego science fiction poprzez Metropolis Fritz Lang postanowił dołożyć do historii kina jeszcze jedną cegiełkę. W roku 1928 położył podwaliny pod film szpiegowski. Ilość obecnych w Szpiegach motywów, które dzisiaj znamy jako "bondowskie", jest zaskakująca. Zaczynając od agentów noszących liczbowe kryptonimy, poprzez szpiegowskie gadżety w rodzaju minikamer czy kapsułek z trucizną, istotną dla fabuły postać "dziewczyny Bonda", aż po tak specyficzne koncepty jak władczy i pozbawiony poczucia humoru szef superagenta, zarządzający swą organizacją zza biurka główny złoczyńca czy też szpieg działający pod przykrywką klauna. Ian Fleming skończył w roku premiery Szpiegów 20 lat i mógł co najwyżej pójść do kina, żeby podziwiać dzieło mistrza.

Film opowiada o pojedynku niemieckich służb specjalnych z geniuszem zła Doktorem Haghim. Człowiek ten, działający pod przykrywką prezesa banku, jest głową potężnej organizacji przestępczej zajmującej się morderstwami, kradzieżami, wymuszeniami, a nawet kreowaniem skandali dyplomatycznych. Haghi, odgrywany przez ulubionego aktora Langa - Rudolpha Klein-Rogge - jest zimnokrwistym manipulatorem dysponującym potężną siecią informatorów, podwójnych agentów i współpracowników. Jego czołową agentką jest Sonia Baraniłkowa, uwodzicielka i klasyczna kobieta fatalna. Do walki z syndykatem staje Agent 326, prawdziwy as wywiadu. No cóż, właściwie jedynym słabszym punktem Szpiegów jest ta postać, której trochę brakuje do przyszłych Bondów. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest zły, ale Willy Fritsch nie ma takiej charyzmy jak Sean Connery ani dystansu do siebie Rogera Moore'a. Dwa najważniejsze wątki Szpiegów dotyczyć będą niespodziewanego romansu Soni z Numerem 326 oraz polowania na tajne dokumenty dyplomatyczne, które mogą doprowadzić do wojny w Azji Wschodniej.

Scenariusz Szpiegów jest dość zawiły i przewija się przez niego wiele charakterystycznych postaci pobocznych. Z ciekawszych wspomnę o japońskim honorowym szpiegu-buddyście oraz rozpracowującej go Kitty, innej uwodzicielce na usługach Haghiego. Wszystkie meandry są przede wszystkim pretekstem do przedstawienia wartkiej akcji. Pełno w Szpiegach pościgów, strzelanin i dywersji. Jeden zwrot akcji goni drugi i nie zwalnia aż do samego końca. Na współczesnym widzu pomysły fabularne Langa i jego żony-scenarzystki Thei von Harbou nie robią już takiego wrażenia. W końcu są to rozwiązania eksploatowane w tysiącach filmów. Tyle tylko, że te tysiące czerpały ze sprawdzonych wzorców, które... no właśnie, w dużej mierze zapoczątkował Fritz Lang.

Szpiedzy są także ucztą wizualną. Jak zwykle u Langa praca kamery jest dynamiczna i pokazuje akcję z zaskakujących czasem perspektyw. W pamięć zapada otwierająca film scena, w której obserwujemy kilka równoczesnych akcji kryminalnego syndykatu. Oko kamery nie śledzi ludzi, tylko przedmioty i działania, podkreślając, że dzieje się coś ważnego. Równie atrakcyjnie nakręcono późniejsze sceny akcji, na czele ze zderzeniem pociągów i pościgiem motocyklowym. Ostatni rodzynek, o którym chcę wspomnieć, to scena rewizji pokoju hotelowego Agenta 326 w poszukiwaniu ukrywającej się tam zabójczyni. Prawdziwe mistrzostwo suspensu i gry pozorów. Oprócz zdjęć uwagę zwracają także dopracowane lokacje. Mamy okazję oglądać ze szczegółami biuro szefa wywiadu, gabinet doktora Haghiego i mieszkanie Baraniłkowej. Każde z tych pomieszczeń zostało ciekawie umeblowane, a oryginalne gadżety (zegary, lampy, dekoracje) podkreślają naturę jego właściciela. Również inne plany zdjęciowe robią wrażenie drobiazgowym dopracowaniem.

Szpiedzy są filmem, który dzisiaj nie zaskakuje już tak bardzo, jak musiał to robić czasach swej premiery. Paradoksalnie potwierdza to tylko jego znaczenie jako pierwowzoru kina szpiegowskiego. Fritz Lang tworzył nowe gatunki filmowe z łatwością, która jest wprost niepojęta. A pomijając ten aspekt, mamy do czynienia z obrazem pełnym atrakcyjnych pomysłów, wartkiej akcji i godnej zapamiętania scenografii. Szpiedzy otrzymują 9 gwiazdek. Polecam zwłaszcza fanom Jamesa Bonda.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 4 sierpnia 2018

Ostatni rozkaz/The Last Command (1928)

Film o bolesnym upadku z samego szczytu

Reżyseria: Josef von Sternberg
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 25 min.

Występują: Emil Jannings, Evelyn Brent, William Powell

Emil Jannings to w mojej opinii najlepszy aktor lat dwudziestych. Jego głęboko zniuansowane role na długo zapadają w pamięć, a warsztat aktorski jest tak bogaty, że żadna z kreacji nie jest podobna do poprzednich. W Niemczech Jannings cieszył się statusem gwiazdy od czasu pamiętnej roli Portiera z hotelu Atlantic. W Hollywood zaliczył tylko krótki epizod, ale to wystarczyło, aby zawojować swym kunsztem również Fabrykę Snów. Jego czołowym amerykańskim filmem jest Ostatni rozkaz wyreżyserowany innego Niemca Josefa von Sternberga. Za rolę wielkiego księcia Sergiusza Aleksandra Jannings zdobył Oscara, którego nawet nie odebrał, wracając przed ceremonią rozdania statuetek do Niemiec.

Ostatni rozkaz to dramat psychologiczny skupiający się na losach rosyjskiego emigranta wegetującego w Los Angeles. Sergiusz Aleksander, kuzyn cara Mikołaja II i niegdyś naczelny dowódca armii Imperium Rosyjskiego, w dziesięć lat po rewolucji bolszewickiej jest zdziwaczałym starcem zarabiającym na życie jako statysta w Hollywood. Pewnego dnia zostaje obsadzony w roli samego siebie - carskiego generała na froncie Wojny Światowej. Ta sytuacja przywołuje u niego wspomnienia z czasów, kiedy jako dumny wielmoża walczył z bolszewikami. Wielki książę ponownie przeżywa wydarzenia, które doprowadziły do jego upadku i konieczności ucieczki z ukochanego ponad życie kraju.

Scenariusz Ostatniego rozkazu jest prosty i skupia się w całości wokół niezwykłej postaci księcia przemienionego w wyrzutka. Historyczne detale są tu nieistotne, ważna jest psychika bohatera odgrywanego przez gwiazdę aktorstwa. Emil Jannings całkowicie dominuje na ekranie. W zajmującej połowę filmu retrospekcji jest pewnym siebie, władczym człowiekiem silną ręką dowodzącym swoimi żołnierzami. Cechuje go szczery patriotyzm i rozsądek. Jako wyrzutek w Stanach Zjednoczonych jest już zupełnie inną osobą - nękanym tikami nerwowymi, niezdarnym i wystraszonym starcem. Kontrast pomiędzy dwoma inkarnacjami Sergiusza Aleksandra jest szokujący. W czasie retrospekcji poznajemy go lepiej i mamy okazję zrozumieć, co go tak zmieniło. To przygotowuje widza na końcowy akt filmu stanowiący swoiste katharsis. Ważną rolę odgrywa w filmie dwoje aktorów drugoplanowych - William Powell jako przywódca grupy bolszewickich szpiegów i Evelyn Brent jako rewolucjonistka, którą połączy z wielkim księciem bardzo dziwne uczucie. Zwłaszcza ta druga, enigmatyczna i wyrazista postać kobieca, świetnie uzupełnia głównego bohatera.

Oprócz świetnej gry Janningsa film wyróżnia się nietypowym, ambiwalentnym zakończeniem. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale w sposób nietypowy dla amerykańskiego kina to w decyzji widza pozostawiono ocenę głównego bohatera i jego ostatecznego losu. Możliwych interpretacji jest co najmniej kilka i film aż się prosi o szerszą analizę. Brawa dla reżysera. Von Sternberg zasługuje też na ciepłe słowa za kilka akcentów satyrycznych dotyczących warunków pracy w Hollywood. Fabryka Snów została bezceremonialnie przedstawiona jako machina działająca na podobieństwo linii produkcyjnej. Ludzkie trybiki mają tak samo precyzyjnie i beznamiętnie wykonywać swe zadania jak martwe mechanizmy. Bardzo interesująca i zabawnie zaprezentowana obserwacja.

Ostatni rozkaz jest jednym z najciekawszych psychologicznie filmów niemych, jakie było mi dane obejrzeć. Zbudowany całkowicie wokół postaci głównego bohatera, film sprawdza się dzięki genialnej grze Janningsa i bardzo dobrej reżyserii von Sternberga. Z pewnością stanowił wzór dla wielu późniejszych twórców skupiających się na wewnętrznych przeżyciach swych postaci. Wystawiam mu 8 gwiazdek, a do dziewiątki brakowało naprawdę niewiele.

źródło grafiki - www.imdb.com

piątek, 3 sierpnia 2018

Słomkowy kapelusz/Un chapeau de paille d'Italie (1928)

Film o najgorszym weselu na świecie

Reżyseria: René Clair
Kraj: Francja
Czas trwania: 1h 45 min.

Występują: Albert Préjean, Geymond Vital, Olga Czechowa

Czas na odrobinę francuskiego humoru. Słomkowy kapelusz to adaptacja XIX-wiecznej sztuki teatralnej wykpiwającej obłudę i hipokryzję paryskich burżujów. Film jest dość zjadliwą satyrą nie oszczędzającą żadnego ze swych bohaterów. Początkowo nie spotkał się z dużym entuzjazmem widowni, sławę zyskując dopiero po latach jako dzieło wyróżniane przez krytyków filmowych. Czy słusznie? Przyjrzyjmy mu się bliżej.

Akcja Słomkowego kapelusza rozgrywa się w ciągu jednego dnia. Fadinard, młody burżuj spieszący się na własny ślub, ma podczas podróży bryczką niezwykły wypadek. Koń wypada z drogi i ląduje w krzakach, niszcząc zaplątany w nich słomkowy kapelusz. Z pozoru błaha sprawa okazuje się niezwykle poważna, bowiem w zaroślach urzędował właśnie porucznik Tavernier wraz ze swoją kochanką, panią de Beauperthuis. Kobieta nie może wrócić do domu bez kapelusza, bo ryzykowałaby kompromitację przed mężem. Para podąża za Fadinardem do jego rezydencji, gdzie pułkownik stawia panu młodemu ultimatum - ma zdobyć dla jego kochanki nowy słomkowy kapelusz albo Tavernier zdemoluje mu dom. Fadinard jest zmuszony ruszyć na poszukiwania, a w międzyczasie znaleźć czas na uczestnictwo we własnym ślubie i weselu. Jak można się domyślić, ani ceremonia, ani poszukiwania nie będą należeć do szczególnie udanych.

Mam ze Słomkowym kapeluszem kilka poważnych problemów. Pierwszym jest kwestia zawieszenia niewiary. Intryga filmu jest szyta grubymi nićmi. Trudno uwierzyć, że ktoś poszedłby na taki układ jak Fainard. Zamiast biegać jako chłopiec na posyłki, powinien zebrać swoich gości weselnych i wyrzucić bezczelnego intruza z domu. Potrzeba zachowania pozorów jest u niego tak silna, że zamiast to zrobić, kryje nieproszonych gości. Drugim problemem jest sama postać Taverniera - chamskiego, wulgarnego prostaka zupełnie pozbawionego wdzięku. Porucznik nie tylko posuwa się do szantażu Bogu ducha winnego pana młodego, ale w przypływach wściekłości niszczy antyki i pomiata kamerdynerem. Nie jest to antagonista, którego kochamy nienawidzić, to po prostu irytujący dureń. Dobrze wypada jedynie w początkowej scenie zniszczenia kapelusza, później jest tylko gorzej.

Humor filmu ma ironiczny posmak. Oprócz obłudnego porucznika i stłamszonego głównego bohatera przyglądamy się jeszcze dużej grupie gości weselnych, którzy reprezentują rozmaite burżuazyjne stereotypy. Jest wśród nich ojciec panny młodej, który całe wesele męczy się w przyciasnych butach, jest oderwany od rzeczywistości, przygłuchy wujcio, są plotkujące matrony i inni. Wszystkich ich łączy skłonność do owijania w bawełnę i generalne znudzenie otoczeniem. Pozwala to kilka udanych scen, na przykład kiedy zblazowani goście przysypiają podczas przemowy urzędnika udzielającego ślubu. Niestety jest też sporo sekwencji mniej ciekawych, cierpiących głównie przez nadmierne przedłużanie tych samych gagów. Do tej kategorii należą coraz bardziej nużące kłótnie między Fairnardem a porucznikiem albo cucenie mdlejącej ze strachu pani de Beauperthuis.

Tak naprawdę Słomkowy kapelusz cierpi przede wszystkim na tym, że pełną dowcipnych dialogów komedię zaadaptowano na film niemy. Zamiast ostrych jak brzytwa pojedynków słownych przez długie minuty zmuszeni jesteśmy oglądać obficie gestykulujących ludzi. Niezbyt mnie to satysfakcjonuje. Choć dostrzegam w filmie pozytywne aspekty (nie wspomniałem jeszcze o świetnej scenografii, w szczególności o okazałym wyposażeniu mieszczańskich domostw), nie podobał mi się i z pewnością nie znajdzie miejsca na mojej osobistej liście klasyków. Wystawiam mu liche 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 2 sierpnia 2018

Marynarz słodkich wód/Steamboat Bill, Jr. (1928)

Film o parowcach rzecznych i ich właścicielach

Reżyseria: Charles Reisner i Buster Keaton
Kraj: USA
Czas trwania: 1h 10 min.

Występują: Buster Keaton, Ernest Torrence, Tom McGuire, Marion Byron

Schyłek ery kina niemego to także początek zjazdu po równi pochyłej Bustera Keatona. Po osiągnięciu twórczego apogeum, jakim był Generał, kariera komika zaczęła podupadać, również wskutek komercyjnej klapy tego filmu. Wytwórnie filmowe niechętnym okiem patrzyły na ekstrawaganckie pomysły, które kosztowały duże pieniądze, a nie przynosiły spodziewanych zysków. Przed Keatonem były jeszcze tylko dwie znaczące komedie, na których kształt i treść miał mieć zasadniczy wpływ. Pierwsza z nich to Marynarz słodkich wód.

Pomimo pewnych skojarzeń z Marynarzem na dnie morza, jego słodkowodny kuzyn to zupełnie inny typ filmu. Keaton gra tutaj syna kapitana parowca rzecznego. Studiujący w Bostonie młodzieniec przybywa do ojca pomieszkującego w którymś  z portów nad Missisipi. Kapitan, krewki i wulgarny kawał chłopa, jest zdumiony, że jego niewidziany od lat syn okazuje się kurduplowatym, wymuskanym inteligencikiem. Ich relacja od początku staje się burzliwa. Ojciec podejmuje próby ukształtowania syna na swoje podobieństwo, ten natomiast usiłuje przekonać staruszka o swojej wartości. Sytuacji nie poprawia fakt, że Bill Junior podkochuje się w córce największego rywala Billa Seniora, Jamesa Kinga. King jest właścicielem nowoczesnego, luksusowego parowca wycieczkowego i z wzajemnością nienawidzi swojego konkurenta. Ich dzieci nie podzielają zapatrywań rodziców, co może doprowadzić nieszczęsną waśń do zakończenia.

Marynarz słodkich wód ma sympatyczną linię fabularną skupiającą się na konflikcie pokoleniowym. Nie należy traktować tej waśni do końca serio, w końcu mamy do czynienia z komedią. Film napędza przede wszystkim relacja ojca z synem. Keaton ze swoim kamiennym obliczem jest w roli syna uroczo niewinny. Nieco słabiej wypada Jack Torrance jako Bill Senior - postać przeszarżowana i dość wulgarna. Mimo wszystko między panami kształtuje się udana dynamika nadająca fabule wiarygodności.

Gagi w Marynarzu słodkich wód należą do całkiem zabawnych. Jest trochę humoru opartego na kontraście pomiędzy protagonistami, na czele ze świetną sceną wyboru dla Williama Juniora odpowiedniego nakrycia głowy. Jest typowy Keatonowski slapstick z bardzo dobrą sceną przemycania do aresztu narzędzi ukrytych w wielkim bochenku chleba. Są również sekwencje kaskaderskie pokazujące walkę Billa Juniora z demolującym port cyklonem. Tutaj nie sposób nie wspomnieć o bardzo efektownym numerze, kiedy na Keatona przewraca się cała fasada domu, a bohater przeżywa tylko dzięki temu, że stał w miejscu upadku niedużego okienka. Śmiertelnie niebezpieczne ujęcie nakręcono z użyciem prawdziwej fasady i bez kaskadera. 

Marynarz nie jest filmem odkrywczym i daleko mu do kreatywności Generała. Wywołuje uśmiech na twarzy i ogląda się go z dużą przyjemnością, ale początek zniżki formy Keatona jest już widoczny. To po prostu lekka komedyjka. Fanom slapsticku i specyficznej fizjonomii Bustera na pewno przypadnie do gustu. Ja wystawiam mu 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 1 sierpnia 2018

Zwenigora (1928)

Film o narzucaniu kultury dominującej

Reżyseria: Oleksandr Dowżenko
Kraj: ZSRR
Czas trwania: 1h 32 min.

Występują: Nikołaj Nademski, Les Podorożny, Siemion Sawczenko, Polina Skylar-Otawa

Rzadko mi się coś podobnego zdarza, ale kiedy po raz pierwszy obejrzałem Zwenigorę, stwierdziłem, że nic z tego filmu nie rozumiem. Mistyka, ukraińskie legendy, brak jedności akcji i ludzie robiący dziwne rzeczy przy minimalistycznej narracji tekstowej. Nie byłem usatysfakcjonowany, bo miałem silne wrażenie, że za tą tajemniczą, niezrozumiałą dla mnie symboliką kryje się coś wartościowego. Szczęśliwie udało mi się trafić na bardzo obszerny esej Raya Uzwyszyna o filmach Oleksandra Dowżenki, który wiele wyjaśnił. Uzbrojony w nową wiedzę obejrzałem Zwenigorę po raz drugi, tym razem z dużą satysfakcją.

Film ten jest ukraińskim kamyczkiem do ogródka radzieckiego kina propagandowego Wprawdzie prokomunistyczny, nie ma jednak charakteru agitacyjnego. To raczej poetycko-socjologiczne studium ducha narodowego Ukraińców i  próba określenia stosunku tego narodu do społeczeństwa radzieckiego. Dowżenko był po nakręceniu Zwenigory oskarżany o nacjonalizm, a radziecka cenzura przez wiele lat nie dopuszczała do rozpowszechniania jego dzieła. Jest to zrozumiałe, bowiem mimo jednoznacznej deklaracji ideologicznej reżysera, film jest trudnym w odbiorze, wieloznacznym wyzwaniem intelektualnym. Ryzyko pobudzenia widza do nieprawomyślnych wniosków było zbyt duże.

Zwenigora jest mistyczną opowieścią złożoną z kilku luźno powiązanych ze sobą części. Przewodnikiem po świecie ukraińskiej mitologii jest sędziwy czumak (handlarz solą), istniejący jakby obok czasu reprezentant chłopstwa - soli tamtejszej ziemi. Oglądamy go w zamierzchłej przeszłości, biorącego udział w walkach z Wikingami. Wraz z bandą hajdamaków czumak poluje na dybiących na ukraińskie skarby Lachów. We współczesności zaś przekazuje ludowe mądrości dwóm wnukom. Starzec jest silnie religijny, przesądny i we wszystkich czasach, przez które w swych opowieściach podróżuje, poszukuje owianego legendą "skarbu Zwenigory", rzekomego sezamu ukrytego pod powierzchnią ziemi przez tureckich najeźdźców. Skarb jest majakiem, w poszukiwaniu którego chłopi błądzą po ostępach obskurantyzmu.

Wnukowie czumaka różnią się podejściem do dziadkowych opowieści. Pawło, dochowujący wierności ludowej tradycji, zostaje fanatycznym nacjonalistą walczącym z nadchodzącym nowym porządkiem. Tymiszko to ateista, komunista i człowiek nowego typu, który jest gotów zerwać wszelkie krępujące go więzy, aby budować radziecki ustrój. Na przykładzie postawy dwóch braci Dowżenko określa swój stosunek do tematyki leżącej u podstaw filmu - procesu odrzucenia starej, stojącej na drodze postępu kultury i przyjęcia nowej. Komunizm jest utożsamiony z industrializacją, elektryfikacją i edukacją. W jednej z symbolicznych scen Tymiszko jako nauczyciel "zapisuje" rewolucję za pomocą wyrażenia algebraicznego, podkreślając jej naukowy charakter. Jednocześnie jest brutalna i zaborcza. Heroldowie postępu są bezwzględni, gotowi zabijać nawet swych najbliższych w imię wyższych celów. Cechuje ich też niezwykła odwaga, którą ukazuje skazany za niesubordynację na rozstrzelanie Tymiszko-żołnierz. Przeciwieństwem cywilizacji jest siermiężny nacjonalizm, który skłania omamionych nim młodzików do przemalowywania czarnych koni na biało. Tradycjonaliści ukazani są jako romantycy bezskutecznie poszukujący swego fikcyjnego skarbu. Przeszkadzający im w tym brzuchaty bolszewicki oficer uosabia dziejową konieczność. Ten podobny nieco do Stalina mężczyzna nie jest wrogi nacjonalistycznym romantykom. Chyba nawet ich szanuje. Po prostu nie może pozwolić im nadal kroczyć niewłaściwą drogą.

Zwenigorę można odczytywać jako analizę wypierania słabszej kultury tubylczej przez silniejszą, narzuconą z zewnątrz. Idące za tym korzyści wymagają rezygnacji z tradycji, wyparcia się dawnych zwyczajów, przesądów, zaprzestania poszukiwań. Jest to proces niosący za sobą zasadnicze koszty, na które Dowżenko zdecydowanie wskazuje. A jednocześnie przedstawia ten proces jako nieunikniony. Prawdziwy skarb znajduje się na torach zbudowanych na ukraińskim czarnoziemie. Aby je zbudować, chłopi przedzierzgają się w robotników. Po torowisku sunie pociąg, wąż ognisty pożerający stare i niosący nowe. Jego oponenci zostają wchłonięci albo kończą na śmietniku historii, raczej tragiczni niż złowieszczy. Kiedy po ucieczce z kraju Pawło zarabia na kontrrewolucyjne akcje sabotażowe poprzez dadaistyczne występy połączone z pozorowaniem samobójstwa, jest już tylko żałosnym pajacem chwytającym się ostatniej okazji, by zatrzymać osuwający mu się spod nóg świat. Natomiast bardziej od niego umiarkowane jednostki w końcu rezygnują z oporu i zostają pożarte-zaabsorbowane przez ognistego węża, służąc nowej cywilizacji i korzystając z jej owoców.

Zwenigorę można i warto rozpatrywać w kontekście historycznym - tworzącej się ukraińskiej świadomości narodowej, która nie znalazła dla siebie w latach 20. trwałej ostoi państwowości. Znamienne jest, że zaledwie kilka lat po nakręceniu tego filmu Ukraińcy zostali zmiażdżeni Hołodomorem, administracyjnie narzuconym kataklizmem, który miał za zadanie ostatecznie wykorzenić właśnie te przesądy i obskuranckie zwyczaje reprezentowane w Zwenigorze przez postać starca. Radziecki Komitet Centralny zakazał rozpowszechniania filmu, ale sam obejrzał go uważnie i ze zrozumieniem. 

Zwenigora jest filmem niełatwym w odbiorze, pełnym magii, metafor i surrealizmu. Wymaga dużego zaangażowania, jednak uważam, że warto poświęcić jej czas i otrzymać w zamian fascynujące studium kulturowe. Jednocześnie gorąco polecam wspomożenie się przed seansem esejem Raya Uzwyszyna (http://rayuzwyshyn.net/dovzhenko/Zvenyhora.htm). Tekst ten w ogromnym stopniu ułatwia zrozumienie filmu i rozwija wiele jego aspektów, o których nie wspominam w recenzji. Zwenigora otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com