sobota, 16 lutego 2019

Lady Lou/She Done Him Wrong (1933)

Film o kobiecie w pajęczynie intryg

Reżyseria: Lowell Sherman
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 2 min.

Występują: Mae West, Cary Grant, Owen Moore, Gilbert Roland, Noah Beery, David Landau, Rafaela Ottiano

Kiedy Mae West po raz pierwszy wystąpiła na dużym ekranie w głównej roli, była już uznaną gwiazdą estrady. Jej teatralną specjalnością były role frywolnych, wyzwolonych obyczajowo uwodzicielek, pełne seksualnych aluzji i dwuznaczności. W roku kinowego debiutu West skończyła 40 lat, co podobnie jak dzisiaj było wyjątkowo późnym wiekiem na rozpoczęcie kariery filmowej. Mimo to udało jej się zyskać popularność. Lady Lou stanowi dobrą próbkę stylu tej aktorki. Film ów zdobył nominację do Oscara, uratował studio Paramount przed bankructwem, wypromował jako aktora Cary'ego Granta i tak oburzył amerykańskich moralistów, że przyspieszyli prace nad cenzorskim Kodeksem Haysa. Sporo osiągnięć, jak na obraz trwający tylko godzinę i, nie ma co ukrywać, niepowalający na kolana.

Film rozgrywa się w latach 90. XIX wieku i opowiada historię tytułowej Lou, uwielbiającej diamenty śpiewaczki rezydującej w knajpie w nowojorskiej dzielnicy nędzy Bowery. Lou jest utrzymywana przez właściciela spelunki, prowadzącego szemrane interesy Gusa Jordana, ale za jego plecami flirtuje z kilkoma innymi mężczyznami. Jednym z jej zalotników jest wspólnik Gusa Sergiej, innym jego rywal Dan Flynn. Lou utrzymuje też kontakt z siedzącym w więzieniu Chickiem Clarkiem, swym dawnym ukochanym, który został skazany za kradzież diamentów. Grono adoratorów Lou uzupełnia kapitan Cummings, pracownik socjalny próbujący resocjalizować mieszkańców Bowery oraz zakochany w niej platonicznie ochroniarz Spider. Rywalizacja o względy Lou się zaostrza, kiedy policja zaczyna się interesować mętnymi interesami Gusa, a Chick Clark ucieka z więzienia zdeterminowany, by na powrót połączyć się z kochanką.

Niestety muszę zaliczyć Lady Lou do grona filmów o zmarnowanym potencjale. Jedną z przyczyn jest niedopracowany scenariusz. Przez większość filmu śledzimy perypetie Lou z jej adoratorami. Polegają one głównie na niepowiązanych ze sobą rozmowach. Wychodzi jeden amant, wchodzi następny, mijają się w drzwiach i jak gdyby nigdy nic przechodzą do swoich spraw. Brakuje w tych przejściach płynności, są jakby przypadkowo posklejane. Kiedy w finale filmu wszystkie wątki wreszcie zostają połączone, jest to zrobione topornie, tak jakby scenarzystom zależało głównie na tym, żeby jak najprędzej wszystko zakończyć. Film jest także za krótki, co nie pozwoliło dostatecznie rozwinąć bardzo licznego grona postaci.

Drugi problem to gra aktorska. Dziwi mnie, że rola Cummingsa była przełomowa dla Cary'ego Granta, bo znacznie ciekawszą postać odegrał rok wcześniej w Blond Wenus. Ale on akurat jest w miarę strawny. Nie chodzi również o te kilka scen śmierci, które są tak sztuczne, że budzą tylko śmiech. Można je przecierpieć. Strawiłbym nawet koszmarnego Owena Moore w roli Chicka, chociaż zupełnie nie potrafi oddać mieszaniny miłości i nienawiści, jaką jego bohater czuje do tytułowej postaci. Największy problem jest z samą Mae West, która absolutnie nie radzi sobie na dużym ekranie. Kreowana na seksbombę, ubrana w obcisłe suknie, porusza się ociężale i bez wdzięku. Jej umiejętności aktorskie ograniczają się do miny z zamkniętymi ustami i drugiej - z otwartymi. Dialogi jej postaci nie są złe, ale West nie wypowiada ich dostatecznie przekonująco. To zdecydowanie nie jest femme fatale, która mogłaby zafascynować widza. Jest tak drewniana, że do końca filmu nie byłem pewien, czy Lou jest pociągającą za wszystkie sznurki intrygantką, czy nieświadomą konsekwencji swoich działań ofiarą. To po prostu słaba aktorka.

Lady Lou jest kiepskim filmem, który niewiele ma wspólnego z dobrym aktorstwem czy ciekawą intrygą. To, co miało być jego największym atutem, okazało się główną słabością. Z niezrozumiałego dla mnie powodu amerykańska publiczność uznała inaczej, oceniając Lady Lou zdecydowanie powyżej tego, na co zasługuje. Bywa i tak. Wystawiam 5 gwiazdek. Zdecydowanie nie polecam.

źródło grafiki - www.imdb.com

czwartek, 14 lutego 2019

Going Hollywood (1933)

Film o pogoni za szczęściem

Reżyseria: Raoul Walsh
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 18 min.

Występują: Marion Davies, Bing Crosby, Fifi D'Orsay, Stuart Erwin, Ned Sparks, Patsy Kelly

Przyszedł czas na kolejny z mojej listy musical opowiadający o życiu w Fabryce Snów. Zwykle takie filmy wywołują we mnie znudzenie bądź irytację miałkością fabuły. Going Hollywood również nie jest przykładem szczególnie wciągającej historii. Ma jednak elementy, które w dużym stopniu to rekompensują. Nazywają się one Bing Crosby i Marion Davies. Piosenki pierwszego i całokształt występu drugiej podnoszą film Raoula Walsha do poziomu nieszkodliwej komedyjki, która zapewnia przyjemną rozrywkę. Niby niewiele, ale mogło być znacznie gorzej.

Film opowiada o losach Sylvii Bruce, która pod wpływem usłyszanej w radio piosenki rezygnuje z przyziemnej pracy nauczycielki i wyrusza na spotkanie świata show-biznesu. Na początek odnajduje Billy'ego Williamsa, swego ulubionego śpiewaka, który jednak nie ma dla niej czasu, gdyż właśnie wyrusza do Hollywood kręcić film. Sylvia podąża jego śladem. W Los Angeles ima się dorywczych zajęć związanych z przemysłem filmowym i czeka na swoją okazję do zdobycia sławy i serca uwielbianego muzyka.

Jak widać, fabuła filmu jest cienka jak barszcz. Na szczęście nie jest prowadzona zbyt serio, służąc raczej jako pretekst do popisów gwiazd filmu. Postać Sylvii jest całkiem sympatyczna i miło się ogląda jej perypetie. Duża w tym zasługa uroku osobistego Marion Davies, która ma wspaniały uśmiech, dystans do siebie i świetnie tańczy. Ze scen czysto fabularnych trzeba ją wyróżnić za konfrontację z rozkapryszoną gwiazdą filmu, w którym sama gra jako tancerka. Podczas przerwy w zdjęciach Sylvia prezentuje świetną parodię napuszonej francuskiej divy. Kiedy urażona gwiazda policzkuje ją, Sylvia w rewanżu nabija jej śliwę pod okiem. W ten sposób zarozumiała gwiazda zostaje wykluczona z filmu, zwalniając miejsce dla bohaterki. Najzabawniejsza w tej scenie jest rozbrajająca wręcz szczerość na temat kulisów rywalizacji gwiazd. Brak sentymentów i czyhanie na okazję prowadzą prosto na szczyt.

Bing Crosby jako aktor nie pokazuje w Going Hollywood właściwie nic godnego uwagi. Jako śpiewak jest nader interesujący. Wykonuje w filmie sporo numerów utrzymanych w stylistyce jazzu lat trzydziestych. Piosenki są różnorodne, miłe dla ucha i okraszone ciekawymi inscenizacjami. Jedną z nich śpiewa na przykład na stacji metra w towarzystwie tłumu statystów, inną w obskurnej meksykańskiej knajpie, w której jego bohater ląduje podczas kryzysu twórczego. Bohaterowie w kilku utworach tańczą, w czym przoduje bardzo sprawnie stepująca Davies. Piosenki wypełniają blisko połowę filmu, nie pozostawiając wiele miejsca na fabułę. I bardzo dobrze, gdyż są jego najwartościowszą częścią.

Going Hollywood okazał się filmem przyjemnym w odbiorze, w dużej mierze dzięki temu, że nie wymaga bezwzględnego zaangażowania w fabułę. Nie ma potrzeby oglądać go zbyt uważnie pomiędzy poszczególnymi utworami. Co tu więcej napisać? Lubię Marion Davies, polubiłem Crosby'ego. Fajnie, gdyby kiedyś dostali coś ambitniejszego do zagrania. Natomiast Going Hollywood z czystym sumieniem wystawiam 7 gwiazdek. Ani przez moment mnie ten film nie zmęczył, chociaż nie prezentuje sobą nic poza walorami estetycznymi.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 13 lutego 2019

Miłostki/Liebelei (1933)

Film o kruchości

Reżyseria: Max Ophuls
Kraj: Niemcy
Czas trwania: 1 h 21 min.

Występują: Magda Schneider, Wolfgang Liebeneier, Luise Ullrich, Carl Esmond, Olga Czechowa, Gustaf Grundgens

Nie tylko Hollywood kręciło melodramaty. Rzut okiem na filmy romantyczne powstałe poza Fabryką Snów pozawala zauważyć, jak różne treści i wartości może przekazywać prosta historia o miłości. Na przykład takie Miłostki nakręcone w Niemczech pod sam koniec czasów wolności artystycznej, to film całkowicie odmienny od wszystkiego, co powstało przed nim. Jednocześnie subtelny i odważny, delikatny i brutalny. Po obejrzeniu trudno o nim zapomnieć. Max Ophuls, wówczas mało jeszcze znany reżyser, odciął się od wszelkich popularnych konwencji, przekazując Miłostkami coś naprawdę ważnego, chociaż gorzkiego w swojej wymowie. A zaczyna się tak niewinnie.

Akcja Miłostek rozgrywa się w Wiedniu w czasach cesarza Franciszka Józefa. Film opowiada o życiu uczuciowym dwóch przyjaciół - oficerów cesarskiej armii. Porucznik Theo Kaiser jest luźno podchodzącym do życia kobieciarzem i hulaką. Podporucznik Fritz Lobheimer traktuje sprawy miłosne bardziej serio, na przykład wdając się w poważny romans z zamężną baronową von Eggersdorff. Podczas pewnego wieczoru w operze Theo poznaje dwie sympatyczne mieszczanki - Mizzi i Christine. (O ile "poznaje" to właściwe określenie na oberwanie po głowie lornetką). Wesoła i pragmatyczna Mizzi właściwie od razu zostaje kochanką Theo. Zbliżenie romantyków Fritza i Christine następuje stopniowo, ale miłość, która rozkwita, jest wielka. Może im jednak stanąć na drodze baron von Eggersdorff usilnie poszukujący mężczyzny, który przyprawił mu rogi.

Fabuła Miłostek jest bardzo prosta, ale film ogląda się znakomicie, między innymi dzięki głębi nadanej postaciom. To nie są wzdychające do siebie hollywoodzkie szablony, tylko bohaterowie z krwi i kości. Każda z czterech głównych postaci ma swój temperament, sposób bycia, własne poglądy i plany życiowe. Chociaż film rozgrywa się w dawno już minionej epoce, łatwo dostrzec w tych bohaterach normalnych młodych ludzi szukających swego miejsca w świecie. Na przeszkodzie stają im własne ograniczenia oraz zakłamana obyczajowość. Film bierze w ogień krytyki męski szowinizm oraz dziewiętnastowieczne pojmowanie honoru jako miłości własnej, której należało bronić kosztem innych wartości. Prowadzi to do szokującego zakończenia filmu. Nie zdradzając zbyt wiele, powiem tylko, że Max Ophuls wpisał się idealnie w formujący się nurt egzystencjalizmu.

Miłostki są majstersztykiem reżyserskim. Ophuls świetnie opowiada historię za pomocą obrazów. Na przykład nakręcona za pomocą długich ujęć sekwencja, w której podejrzliwy baron (w tej roli fenomenalny Gustaf Grundgens) rozgląda się po domu, poszukując ukrywającego się zalotnika, podczas gdy ten ostatni usiłuje niepostrzeżenie się wymknąć. Wiele jest scen, w których dialogi krążą z dala od meritum, natomiast z zachowania bohaterów można wyczytać ich rzeczywiste intencje i nastroje. Kardynalną zasadą Ophulsa jest uciekanie od pokazywania rzeczy wprost i zaangażowanie uwagi widza w interpretację wydarzeń. Bardzo dobry efekt dają takie zabiegi w scenach romantycznych, między innymi podczas przejażdżki Fritza i Christine po lesie pełnym obsypanych śniegiem świerków, czy też tańczonego przez nich w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości walca. Inną zaletą filmu jest duża ilość smaczków wynikających z fin-de-siecle'owej lokalizacji. Otwiera go monumentalna scena w operze wiedeńskiej, ze znakomitą muzyką przywodzącą na myśl austriackich klasyków. Również zwyczaje i sposób bycia cesarskich dragonów są ważnym elementem opowieści, jednocześnie wplecionym tak naturalnie, że przyjmuje się go właściwie jako oczywistość. Gra aktorska stoi na wysokim poziomie. Obok Grundgnensa wyróżnię jeszcze Magdę Schneider (matkę Romy Schneider), która jako nieco zagadkowa Christine demonstruje pełne spektrum emocji, od prostych po niezwykle złożone.


Miłostki to poruszający film, który opowiada o ważnych rzeczach. Profesjonalnie zrealizowany, odmienny stylem od współczesnych mu obrazów, był dla mnie szalenie ciekawym doznaniem. Styl Maxa Ophulsa bazujący na sugestiach, niedopowiedzeniach, pozostawiający sporo interpretacji widza, spowodował jedno z bardziej wyrafinowanych przeżyć filmowych, jakich miałem okazji doświadczyć. Wystawiam Miłostkom 9 gwiazdek.

Na koniec anegdota. Kiedy film miał swoją premierę w Niemczech, u władzy byli już naziści. Ponieważ Ophuls był Żydem, jego nazwisko zostało wymazane z napisów początkowych. Na ekranach kin zagościł film bez twórcy. Kilka miesięcy później reżyser wyemigrował do Francji, podobnie jak uczynił to Fritz Lang. Tak paskudny reżim pozbył się wybitnych artystów, których nie mógł wykorzystać na własne potrzeby. Oni na szczęście tworzyli dalej, na swoich warunkach.   

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 12 lutego 2019

Arystokracja podziemi/Lady for a Day (1933)

Film o szwindlu ze szlachetnych pobudek

Reżyseria: Frank Capra
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 32 min.

Występują: May Robson, Warren William, Guy Kibbee, Glenda Farrell, Ned Sparks, Jean Parker, Walter Connoly

Kiedy w marcu 1934 roku wręczano Oscary za reżyserię, nominowany za Arystokrację podziemi Frank Capra, usłyszawszy swoje imię, wstał i ruszył w kierunku sceny. Popełnił w ten sposób gafę, ponieważ prowadzący wywołał Franka Lloyda uhonorowanego za Kawalkadę. Żeby rozładować sytuację, na scenę został zaproszony także trzeci nominat George Cukor. Podejrzewam, że najmniej z tego zamieszania rozumiała publiczność. Wspomniana anegdota dobrze podsumowuje problem z hollywoodzkimi produkcjami tego okresu. Nie widziałem jeszcze Małych kobietek Cukora, ale Kawalkada to obraz koszmarnie nudny i słusznie zapomniany. Arystokracja podziemi jest od niej znacznie lepsza, tym niemniej nie obfituje jakoś szczególnie w pomysły reżyserskie i sporo jej brakuje do miana filmu dobrego. Wielki Kryzys sprowadził chyba zapaść także na przemysł filmowy, ponieważ kolejne oglądane przeze mnie filmy z roku 1933 zawodzą oczekiwania.

Arystokracja podziemi jest, jak podsumowują to sami bohaterowie, opowieścią bajkową. Główną bohaterką jest Jabłkowa Annie, klepiąca biedę, podstarzała alkoholiczka, która sprzedaje jabłka na ulicach Nowego Jorku. Annie ma nieślubną córkę, którą jeszcze jako niemowlę oddała na wychowanie hiszpańskim zakonnicom. Od tego czasu utrzymuje z dziewczyną stały kontakt listowny, twierdząc że jest bogatą damą z towarzystwa i żoną szanowanego sędziego. Pewnego dnia jej blaga zostaje zagrożona. Córka powiadamia Annie, że zamierza przyjechać do Nowego Jorku w odwiedziny w towarzystwie swego narzeczonego i jego ojca - hiszpańskiego księcia. W sukurs zrozpaczonej handlarce przychodzi gangster i hazardzista Dave, który uważa, że jej jabłka przynoszą mu szczęście. Przy pomocy "ludzi z miasta" rozczochrana alkoholiczka zostaje przeobrażona w damę.

Pomysł na Arystokrację podziemi nie jest co prawda szczególnie oryginalny, ale tkwi w nim ogromny potencjał. Metamorfoza pijącej z wódkę z gwinta, rozwrzeszczanej starszej pani w dystyngowaną damę daje duże możliwości. Zwłaszcza, że jest to przemiana z rozmachem, bo gangsterzy mają gest. Wynajmują jej luksusowy apartament, załatwiają fryzjera i piękne stroje, organizują nawet "męża" w osobie bilardowego oszusta Henry'ego. W bohaterkę brawurowo wcieliła się 75-letnia aktorka teatralna May Robson, która odegrała rozhisteryzowaną pijaczkę z dużym naturalizmem. Capra zaangażował też na potrzeby filmu sporą grupę naturszczyków ściągniętych wprost z ulicy. Grają oni samych siebie - ubogich przyjaciół handlarki, którzy przemykają się w tle, nadając filmowi potrzebny koloryt. Wydawać by się mogło, że wszystko jest jak należy, a jednak film zawodzi. Dlaczego? (Uwaga, będą spoilery).

Od momentu, kiedy Arystokracja podziemi staje się przedstawieniem odgrywanym na potrzeby przybyszy z Hiszpanii, widz ma wrażenie, jakby oglądał inny film. Rzekomo centralna postać Jabłkowej Annie snuje się na głębokim drugim planie, biernie uczestnicząc w wydarzeniach i starając się głównie nikomu nie podpaść. Jej interakcje z córką są zdawkowe, a postać tejże nie została wcale rozwinięta. Przez większość czasu ekranowego obserwujemy perypetie gangsterów, którzy próbują ukryć całe przedsięwzięcie przed oczyma policji i skutecznie realizować kolejne elementy maskarady. Jest w tym trochę humoru, ale raczej naciąganego. W pamięć zapadły mi tylko sceny z udziałem oszusta Henry'ego, świetnie odegranego przez Guya Kibby'ego. Szczególnie ta, kiedy pojedynkuje się z księciem przy stole bilardowym o posag dla swojej "córki".

Przemiana głównej bohaterki jest niezwykle problematyczna. Film byłby interesujący, gdyby miała problemy z odgrywaniem roli arystokratki. Tymczasem okazuje się, że szata zdobi człowieka. Annie w nowym stroju i fryzurze momentalnie traci swój temperament, przestaje pić i niestety w drugiej części filmu nie robi niczego ciekawego. Zamiast rozwijać wątki, które tak ładnie nakreślono w zawiązaniu akcji, Capra zdryfował w kierunku śmiesznawej opowiastki dla grzecznych dzieci. Maskarada mimo różnych przeszkód udaje się. Choć w pewnej chwili Annie jest o krok od wyznania córce prawdy, nie robi tego. Wszystko kończy się "szczęśliwie" - dziewczyna wraz z narzeczonym wraca do Hiszpanii żegnana owacjami przez matkę i jej "przyjaciół". Następnego dnia każdy może powrócić do swojego prawdziwego życia. Czyli w przypadku Annie do butelki, nędznego mieszkanka, koszyka jabłek i wypełnionych nieprawdą listów do córki. Oczywiście film tego nie pokazuje, ale takie są logiczne konsekwencje. I to ma być bajkowe zakończenie? W wyniku tej opowieści nikt się niczego nie nauczył, nikt niczego w swoim życiu nie zmienił. Pozostaje jedynie powtarzanie tych samych błędów.

Arystokracja podziemi okazała się dla mnie potężnym zawodem. Spodziewałem się ciekawego filmu skupionego na psychologii głównej bohaterki. Zamiast tego dostałem obficie polukrowany zakalec. Mimo niewątpliwych zalet w postaci niezłego pierwszego aktu i gry aktorskiej Guya Kibbee, nie polecam. Film otrzymuje ode mnie 5 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 11 lutego 2019

King Kong (1933)

Film o wielkim gorylu

Reżyseria: Merian C. Cooper i Ernest B. Schoedsack
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 40 min.

Występują: Fay Wray, Robert Armstrong, Bruce Cabot, Frank Reicher

Jedna z największych legend w historii kina powstała jako ukoronowanie fali horrorów, która nawiedziła Hollywood na początku lat trzydziestych. Pomysłodawcą King Konga był Merian Cooper, producent, któremu od dawna marzyło się zrobienie filmu o wielkiej małpie siejącej zamęt w Nowym Jorku. Na swój pomysł próbował namówić kilka wytwórni, zyskując w końcu akceptację studia RKO. Przygotowania przebiegały z dużym rozmachem. Zbudowano obszerne dekoracje imitujące tropikalną wyspę. Specjaliści od efektów specjalnych wykonali gigantyczną pracę, tworząc na potrzeby filmu nie tylko kilka różniących się rozmiarami modeli King Konga, ale także inne fantastyczne stworzenia. Potwory zostały wmontowane w film z użyciem różnorodnych technik, w tym wypróbowanej kilka lat wcześniej w filmie Zaginiony świat animacji poklatkowej. Efekty prac zostały sowicie wynagrodzone. Film odniósł niesamowity sukces, zyskując popularność, która utrzymuje się właściwie do dzisiaj. Czy zasłużenie? Przyjrzyjmy się jego poszczególnym elementom.

Fabuła King Konga jest bardzo prosta i ma służyć przede wszystkim ekspozycji pomysłów twórców. Opowiada o wyprawie na tropikalną wyspę, na której ma żyć tajemnicza istota czczona przez tubylców. Na czele ekspedycji staje ekscentryczny reżyser Carl Denham, który wymarzył sobie uwiecznienie stworzenia na taśmie filmowej. W skład ekipy zwerbowana zostaje Ann Darrow, młoda dziewczyna, która ma zostać gwiazdą powstającego filmu. Po przybyciu na wyspę podróżnicy są świadkami ceremonii, w trakcie której tubylcy przygotowują się do złożenia w ofierze młodej kobiety. W nocy Ann zostaje porwana przez barbarzyńców i przekazana w darze Kongowi, gigantycznemu gorylowi, który zamieszkuje dżungle wyspy. Podróżnicy wyruszają dziewczynie na ratunek, zmuszeni przedzierać się przez ostępy pełne prehistorycznych bestii. Tymczasem Kong zaczyna wykazywać wobec Ann dziwne przywiązanie.

Powiedzmy sobie jedno, King Kong nie jest filmem cechującym się wybitną fabułą czy aktorstwem. Opowieść jest sprawnie napisana, odpowiednio buduje napięcie i nie zawiera żadnych rażących niedorzeczności. To właściwie wystarcza. Fay Wray, będąca centralną (oprócz goryla) postacią filmu, została zatrudniona ze względu na atrakcyjny wygląd oraz umiejętność wydawania z siebie w odpowiednich momentach przeraźliwego krzyku. Fakt ten został autoironicznie zaznaczony w scenariuszu - podczas jednej ze scen Ann trenuje przed kamerą Denhama seksowne pozy i wrzask na zawołanie.

Skoro ten temat mamy omówiony, przejdźmy do elementów, które są istotną częścią filmu. Wbrew pozorom nie są to tylko potwory. Od nich jednak zacznijmy. Animacje poklatkowe z lat trzydziestych nie robią na dzisiejszym widzu wielkiego wrażenia, tym niemniej w tamtych czasach miały one przełomowe znaczenie. Zostały do filmu zaimplementowane w ogromnej ilości i, co ważniejsze, wysokiej jakości. Abstrahując od ich realizmu, potwory są różnorodne, ruchliwe i wszędobylskie. Merian Cooper wraz ze specem od animacji Willisem O'Brienem wymyślili wręcz niesamowite sceny. Mamy tu zarówno suspens, kiedy Kong po omacku poszukuje podróżnika ukrytego za skalnym załomem, krwawą łaźnię w wykonaniu wodnego dinozaura wywracającego łódź ekspedycji, jak i kilka pojedynków tytanów, w tym najbrutalniejszą walkę Konga z tyranozaurem. Najwięcej wysiłku włożono oczywiście w tytułowe monstrum, któremu jak na gumowo-plastikową kukłę nadano zadziwiająco zniuansowaną osobowość. Kong potrafi być przerażająco brutalny, kiedy masakruje otaczające go małe ludziki, ale również czuły, szczególnie w sugestywnej scenie, kiedy delikatnie zdejmuje z Ann skrawki podartej sukni, a później obwąchuje swoje palce. No i jeszcze zakończenie z pamiętną wspinaczką goryla na Empire State Building i jego pojedynkiem z dwupłatowcami. Nie ma co się o tym rozpisywać, to po prostu trzeba zobaczyć. Zarówno pomysł jak i wykonanie z odległymi ujęciami i widokiem z perspektywy pilotów są po prostu znakomite.

Dużo ciepłych słów należy się scenografii, której przedsmak można było poznać w kręconym na tym samym planie filmowym Hrabim Zarowie. Na potrzeby King Konga stworzono wiele unikalnych "naturalnych" lokalizacji, które wcale nie wyglądają, jakby powstały w studiu filmowym. Szczególnie w pamięć zapada gigantyczny mur oddzielający zamieszkałą przez tubylców część wyspy od terenu potworów, oraz specyficzny, złożony z dwóch filarów ołtarz. Takie miejsce pojawia się w wielu dzieła popkultury, w których pojawia się wątek składania dziewic w ofierze potworom. Otóż jako pierwsi wymyślili je twórcy King Konga. Na koniec wypada wspomnieć o efektach dźwiękowych i imponującej oprawie muzycznej. Odgłosy potworów nagrano przy wykorzystaniu zmiksowanych głosów dzikich zwierząt, dając każdemu z monstrów indywidualne brzmienie. Muzyka, którą Cooper wbrew woli studia zamówił u kompozytora Maxa Steinera za 50 000 dolarów, jest warta swojej ceny. Nagrana przez 46-osobową orkiestrę, idealnie dopasowana do każdej sceny ścieżka dźwiękowa świetnie uzupełnia narrację, nadając filmowi charakterystyczny, epicki nastrój.

King Kong nie jest filmem idealnym, ale jest cholernie blisko. Wspaniały ze względu na formę, nie na treść, jest realizacją dziecięcego marzenia Meriana Coopera, które udało mu się przekuć na rzeczywistość. Dzięki niezapomnianym aranżacjom wizualnym, pomysłowym efektom specjalnym, świetnej muzyce trudno o nim zapomnieć. King Kong jest właśnie tym, o co chodzi w kinie - podróżą do miejsc odmiennych od codzienności. Fantazją, której nadano kształt. Warto wejść w to marzenie nawet 90 lat po jego powstaniu. Dlatego otrzymuje ode mnie 10 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 10 lutego 2019

Kolacja o ósmej/Dinner at Eight (1933)

Film o obłudzie

Reżyseria: George Cukor
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 46 min.

Występują: Marie Dressler, Lionel Barrymore, Billie Burke, Madge Evans, Wallace Beery, Jean Harlow, John Barrymore, Lee Tracy, Edmund Lowe

Duży sukces kasowy i artystyczny Ludzi w hotelu skłonił decydentów z MGM-u do błyskawicznej próby eksploatacji jego nowatorskiej formuły. W ciągu roku powstała młodsza siostra tego dzieła. Kolacja o ósmej, podobnie jak jej bardziej znany poprzednik, zatrudniła śmietankę gwiazd Hollywood, w tym ponownie braci Barrymore'ów i Wallace'a Beery'ego. Co więcej, Beery tak jak w Ludziach wcielił się w pozbawionego skrupułów biznesmena, natomiast Lionel Barrymore w człowieka trapionego ciężką chorobą. Na fabułę złożyło się kilka odrębnych wątków, które zostały ze sobą powiązane dopiero w finale filmu rozgrywającym się podczas tytułowej kolacji. Sporo tych podobieństw, na całe jednak szczęście George'owi Cukorowi udało się nadać swojemu dziełu własny styl. 

Kolacja, która zgromadzi wszystkich bohaterów filmu, wyprawiana jest w domu państwa Jordanów. Gospodyni o wdzięcznym imieniu Millicent jest niezwykle przejęta tym doniosłym wydarzeniem. Z wielką atencją dogląda każdego szczegółu, w tym zmieniającej się ciągle listy gości. Jej dużo starszy mąż Oliver ma własne problemy. Jego firma stoi w obliczu bankructwa, a zdrowie zaczyna coraz bardziej szwankować. Córka Jordanów Paula w tajemnicy spotyka się z Larrym Renaultem, starzejącym się aktorem, który ma kłopoty z nadużywaniem alkoholu. Kariera Larry'ego załamała się wraz z nadejściem kina dźwiękowego i coraz trudniej jest mu znaleźć środki na opłacenie luksusowego stylu życia. Przyjaciółka i dawna kochanka Olivera, Carlotta Vance, po przejściu na emeryturę mierzy się ze zmianą pozycji społecznej z gwiazdy kina na samotną starszą panią. Jest jeszcze Dan Packard, hiperaktywny biznesmen, który nie ma czasu ani cierpliwości dla swojej znudzonej, opychającej się czekoladkami żony. Kitty rekompensuje sobie brak zainteresowania męża skokami w bok ze swoim lekarzem. 

Jak widać, scenarzyści Frances Marion i Herman Mankiewicz zdecydowali się mocno rozbudować obsadę. W Kolacji o ósmej bierze udział osiem głównych postaci uzupełnianych przez jeszcze kilku bohaterów drugoplanowych. Można było mieć obawy, czy wystarczy czasu na odpowiednie przedstawienie ich wszystkich, ale zgrabnie napisane dialogi i świetne aktorstwo sprawiają, że przyjęta formuła zdaje egzamin. Każda z postaci posiada wyrazisty charakter i otrzymuje co najmniej jedną scenę, w której ma okazję zabłysnąć. Na gwiazdę filmu wykreowano platynowłosą Jean Harlow, która nosi niedorzeczne suknie, przegląda się w gigantycznym lusterku i świetnie odgrywa rolę rozpuszczonej idiotki... tylko po to, żeby w końcówce filmu pokazać, że wcale nie jest taka głupia. Jej rola jest jednym z jaśniejszych punktów obsady, ale bynajmniej nie jedynym. Wallace Beery właściwie powtarza swoją kreację bogatego łotra z Ludzi w hotelu, ale patrzy się na niego z równą przyjemnością, co w tamtym filmie. John Barrymore wzrusza jako człowiek, któremu błyskawicznie zaczyna uciekać grunt pod nogami. Marie Dressler (to jedna z ostatnich ról tej aktorki) jest świetna jako starsza pani, której trudno się pogodzić z nadchodzącą starością. Przy tej okazji muszę zresztą pochwalić Hollywood lat trzydziestych, bo Dressler nie zestarzała się ładnie, a mimo to nie wahano się korzystać z jej znakomitego aktorstwa. W dzisiejszych czasach trudno sobie wyobrazić, żeby wpuszczono na ekran kobietę po sześćdziesiątce, która... no po prostu mocno wygląda na te swoje sześćdziesiąt parę lat. Z wyróżniających się aktorów dorzucę jeszcze Billie Burke, która, wcielając się w próżną i zakochaną w blichtrze panią domu, poszła bardziej w stronę satyry. Jest w tym niezwykle przekonująca, także dzięki swemu piskliwemu głosowi.

Kolacja o ósmej zaklasyfikowana została jako komediodramat, chociaż śmiechu jest w niej w sumie niewiele. Można ten film uznać za satyrę na mieszczańską obłudę. Większość machinacji bohaterów filmu polega na oszukiwaniu innych lub samych siebie, próbach podnoszenia swego statusu społecznego lub walce o jego zachowanie. Sceny humorystyczne mają miejsce, gdy niektórzy z nich potykają się w tych staraniach o własne nogi. Chociaż nie w każdym przypadku jest tak zabawnie. Finał filmu splata ze sobą wszystkie wątki, doprowadzając niektóre postacie do konfrontacji ze sobą, inne natomiast do zamiecenia pewnych spraw pod dywan. W porównaniu z Ludźmi w hotelu zakończenie jest niezwykle wyważone. Mamy tu do czynienia z przyzwyczajonymi do stabilizacji mieszczanami, a nie z ludźmi oddalonymi od swoich codziennych problemów, dlatego nie jest tak wybuchowo. Nie chcę przez to powiedzieć, że film mnie rozczarował, bo wszystko ma swój logiczny koniec. Po prostu spodziewałem się czegoś mocniejszego.

Kolacja o ósmej nie jest taką bombą jak jej wielokrotnie wspomniany w tym tekście poprzednik. Choćby dlatego właśnie, że czerpie z przetestowanego wcześniej wzorca. Tym niemniej jest filmem sprawnie napisanym, inteligentnym i wypełnionym po brzegi świetnym aktorstwem. Stanowi doskonałą próbkę możliwości Hollywood lat trzydziestych. Ciekaw jestem, w jakim kierunku pójdzie rozwój tych wielowątkowych produkcji pełnych supergwiazd. Niewątpliwie tkwi w nich duży potencjał. Film otrzymuje ode mnie 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 9 lutego 2019

Uśmiech szczęścia/Smilin' Through (1932)

Film o dziedziczeniu winy

Reżyseria: Sidney Franklin
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 37 min.

Występują: Norma Shearer, Fredric March, Leslie Howard, O.P. Heggie, Ralph Forbes

Uśmiech szczęścia to film pełen sprzeczności. Oparty na pomysłowym rozwiązaniu fabularnym, skrywa tajemnicę, którą widz wspólnie z bohaterami rozwikłuje w trakcie pierwszej połowy filmu. W dodatku scenariusz daje duże pole do popisu trójce głównych aktorów, każdemu z nich przydzielając po dwie role. A jednak reżyserowi zabrakło odwagi, żeby na dobre uciec od melodramatycznych stereotypów, aktorzy zaś poszli po linii najmniejszego oporu, zdecydowanie nie dając z siebie wszystkiego. Efektem jest dziwaczna fuzja nowatorstwa i obskurnej wręcz pospolitości.

Na początku filmu poznajemy sir Johna Cartereta, mężczyznę w średnim wieku, który od wielu lat żyje w żałobie po śmierci swojej ukochanej Moonyeen. Mężczyzna nie szuka towarzystwa innych ludzi, ponieważ jest w stałym kontakcie z duchem zmarłej narzeczonej. Zmuszony jest jednak wziąć pod opiekę swoją osieroconą bratanicę Kathleen. Początkowo czyni to niechętnie, ale szybko udaje mu się pokochać dziewczynkę jak własną córkę. Kilkanaście lat później Kathleen wyrasta na kobietę uderzająco podobną do zmarłej Moonyeen. Pewnego dnia uwagę dziewczyny przyciąga przybyły z zagranicy młodzieniec Kenneth Wayne. Sir John od pierwszego spotkania traktuje przybysza ze skrajną niechęcią, co powoduje rozłam pomiędzy nim a przybraną córką. Kathleen i Kenneth dążą do wyjaśnienia zagadki, najprawdopodobniej związanej ze śmiercią narzeczonej Cartereta, która miała miejsce na długo przed narodzinami ich obojga.

Żeby nie zdradzać zbyt wiele z tajemnicy, napiszę tylko, że nie jest może zbyt zaskakująca, ale dobrze obmyślana i przekonująco przedstawiona. Świetnym, prekursorskim jak na lata trzydzieste pomysłem, było umieszczenie w środku filmu kilkunastominutowej retrospekcji, która szczegółowo przybliża wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat. Odtwórcy głównych ról wcielają się w tym fragmencie w inne postacie (z wyjątkiem Leslie Howarda, który gra po prostu młodszą wersję swojego bohatera). Rozwiązanie to zostaje przedstawione we właściwym momencie filmu, zanim widz zdąży się znużyć nadmiernym przeciąganiem tajemnicy. W retrospekcji zwraca również uwagę drobiazgowo przygotowana scenografia - kostiumy i wystój wnętrz dostosowano do realiów XIX-wiecznych. Pięknie zaaranżowano ogród. Zadbano nawet o umieszczenie w domu kilku sprzętów, które w głównej linii fabularnej pojawiają się jako graty lub antyki. To pieczołowite dopracowanie realizacyjne jest chyba najmocniejszą stroną Uśmiechu szczęścia.

Tym, co w filmie Sidneya Franklina nie wyszło, jest niestety aktorstwo. Norma Shearer i Fredric March wielokrotnie udowodnili, że potrafią grać. Niestety w Uśmiechu szczęścia nie zdołali pokonać klisz fabularnych, jakie stawia przed nimi scenariusz. Shearer, zwykle potrafiąca się wczuć w rolę, gra Kathleen z nieznośnym patosem. Jej bohaterka uwielbia skrajności, jej dewizą jest "wszystko albo nic". Ponieważ okazji do dramatyzowania ma mnóstwo, szybko robi się trudna do zniesienia. March jest w roli Kennetha mydłkowaty i raczej bezbarwny. Jest jeszcze Leslie Howard w potencjalnie najciekawszej roli Johna Catereta, którą kładzie całkowicie. Jego bohater, targany zadawnionymi urazami, tęsknotą i nienawiścią, wszystkie swoje gorzkie dialogi (a jest ich niemało) wypowiada z taką drętwotą, jakby tłumaczył, co danego dnia zjadł na obiad. Nawet kiedy rozmawia z duchem ukochanej. Aż przykro na to patrzeć. Cała główna filmowa trójka zachowuje się, jakby trafili do tego filmu za karę. Dziwi mnie to, bo scenariusz miał potencjał na ciekawe kreacje. Niestety twórcy poszli inną drogą. I jeszcze te wyświechtane stereotypy - nietłumaczenie swoich decyzji, kłótnie oparte na nieporozumieniach, zatajanie przed bliskimi prawdy "dla ich dobra". Wykorzystano je wszystkie bez zmrużenia oka. Znużyło mnie to okrutnie. Dlatego kiedy aktorzy w końcu dali coś z siebie w wyciskającym łzy finale filmu, moją reakcją było ziewnięcie. Za późno, za mało, nieprzekonująco.

Uśmiech szczęścia został nominowany do Oscara dla najlepszego filmu. Nie jest to zasłużona nominacja, chociaż film jest o niebo lepszy od zwycięskiej Kawalkady. Na duży plus zasługuje sposób rozwiązania filmowej zagadki, na jeszcze większy bliska ideałowi scenografia. Ale to wszystko za mało. Film nie zrealizował drzemiącego w nim potencjału. To ambitna porażka pozostawiająca po sobie uczucie niedosytu. A mogło być tak pięknie. Wystawiam 6 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com