czwartek, 7 lutego 2019

Skippy (1931)

Film o uczynnym urwisie

Reżyseria: Norman Taurog
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 25 min.

Występują: Jackie Cooper, Robert Coogan, Mitzi Green, Willard Robertson

Dziewięcioletni Jackie Cooper zwrócił moją uwagę świetnym aktorstwem już w Mistrzu, gdzie był równorzędnym partnerem doświadczonego Wallace'a Beery'ego. Dziecięcy aktor rozwinął swoje skrzydła jeszcze szerzej w filmie Skippy, gdzie wcielił się w centralną postać całej opowieści i otrzymał za swoją rolę zasłużoną nominację do Oscara. Scenariusz do tego komediodramatu powstał na podstawie popularnego w latach międzywojennych komiksu o przygodach psotnego dzieciaka. Obecnie Skippy należy do filmów trudno dostępnych, stąd też moja recenzja jest nieco spóźniona. Zdecydowanie jednak było warto poświecić jeden wieczór na jego obejrzenie.

Film Normana Tauroga, podobnie jak japońskie Urodziłem się, ale..., porusza temat konfrontacji dziecięcego autorytetu z rzeczywistością. Skippy Skinner jest wygadanym dziewięciolatkiem, synem szanowanego lekarza i członka rady miejskiej. Ku niezadowoleniu ojca Skippy przyjaźni się z dziećmi z lokalnych slumsów, zupełnie nie zważając na dzielące ich różnice. Pewnego dnia chłopiec staje w obronie nowego dzieciaka, Sookiego, który jest nieprzychylnie traktowany przez miejscowych łobuzów. Chłopcy szybko zaprzyjaźniają się i stają się nierozłącznymi towarzyszami zabaw. Pewnego razu obaj biorą udział w incydencie, w rezultacie którego zostaje zbita szyba w samochodzie hycla. Mężczyzna dla zemsty odbiera Sookiemu jego niezarejestrowanego psa. Skippy i jego przyjaciel stają przed trudnym zadaniem uzbierania trzech dolarów na wykupienie zwierzęcia, zanim zostanie zastrzelone.

Skippy'ego można traktować jako prosty film o dziecięcej przyjaźni. Jest wówczas zabawną i wzruszającą komedią. Skippy i Sookie to sympatyczne dzieciaki, które mają wiele zwariowanych pomysłów. Fajnie się ogląda ich próby zarobkowania poprzez zbieranie butelek i sprzedaż lemoniady czy też wystawienie z koleżanką całkiem skomplikowanego przedstawienia. Obaj dziecięcy aktorzy są świetni, szczególnie Cooper, który otrzymał bardzo rozbudowaną rolę. Początkowa sekwencja filmu, kiedy wyjątkowo opornie idzie mu poranne wstawanie, jest majstersztykiem komedii. Świetny jest również w scenach, w których wykorzystuje swój spryt, by uzyskać coś od rodziców. Końcówka filmu, kiedy akcenty komediowe zdecydowanie ustępują miejsca dramatycznym, jest mocno wzruszająca i duża w tym zasługa odtwórców głównych ról. Jedynym minusem filmu jest przesadnie rozbudowana lista dialogowa. Chłopcy paplają cały czas i chociaż większość rozmów jest zabawna, poczułem pewien przesyt.

W cały film obficie lecz umiejętnie wpleciono wątki krytyki społecznej. Różnica w elokwencji i wiedzy pomiędzy Skippym a jego ubogimi kolegami jest bardzo widoczna. Daje to zresztą okazję do paradnych monologów wygłaszanych przez "starego maleńkiego". Naśladując swego tatę, chłopak pełni rolę lidera narzucającego swe pomysły otoczeniu. Wiele z opinii Skippy'ego, zapożyczonych od ojca, jest nieświadomie protekcjonalna wobec biedniejszych dzieci. Jego koledzy tego oczywiście nie dostrzegają, ale ich rodzice już tak. Chłopak jest przez nich postrzegany jako dziecko z innego, nieprzyjaznego świata. Kiedy jego przyjaciół zaczynają dotykać problemy, Skippy popada w konflikt z ojcem. Ten początkowo nie ma zamiaru angażować się w "nieistotne" problemy dzieci z nizin społecznych. Jest to okazją do pewnego "umoralnienia" dorosłego przez dziecko, w czym na szczęście udało się uniknąć pretensjonalności. Również dzięki fenomenalnemu aktorstwu Coopera.

Skippy to fajna, inteligentnie napisana komedia obyczajowa. Zagrana z dużym wyczuciem, odwołuje się do uniwersalnych wartości, które są wciąż aktualne. Pomimo pewnego gadulstwa, trudno mi sobie wyobrazić, żeby ten film nie przypadł komuś do gustu. Wystawiam 8 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

środa, 6 lutego 2019

Ganga Bruta (1933)

Film o symbolach fallicznych

Reżyseria: Humberto Mauro
Kraj: Brazylia
Czas trwania: 1 h 18 min.

Występują: Durval Bellini, Dea Silva, Decio Murillo

Wszystkie opinie na temat Ganga Bruta, do których dotarłem (nie było tego wiele), rozpływały się w zachwytach nad tym klasykiem kina brazylijskiego. "Najlepszy film, jaki stworzono w Brazylii", "mistrzowskie arcydzieło" i tym podobne komentarze to właściwie jedyne, co można znaleźć na jego temat. Jednocześnie opinie te zawierają niepokojąco mało konkretów. Zupełnie jakby autorom głupio było się wychylić albo mieli jakiś problem z analizą tego filmu. Otóż ja się odważę powiedzieć, że król jest nagi. Ganga Bruta rzeczywiście jest odważnym eksperymentem formalnym, ale z całą pewnością nie jest arcydziełem czy szczytowym osiągnięciem kina brazylijskiego. To pretensjonalny, przeraźliwie nudny film, z którego niewiele wynika.

Wbrew niepokojącemu tytułowi, w Ganga Bruta nie ma żadnych gangów, a brutalność jest obecna, ale w znośnym natężeniu. Film opowiada kontrowersyjną historię młodego inżyniera Marcosa. Tenże w dniu ślubu morduje swoją małżonkę, ponieważ okazuje się, że nie była dziewicą. Jako że "bohater" pochodzi z bogatej rodziny, sąd uniewinnia go, uznając, że bronił w ten sposób swego honoru. Ponieważ wybucha skandal, Marcos wyjeżdża do prowincjonalnego miasta Guaraiba, gdzie obejmuje nadzór nad budową jakiejś fabryki. Jego współpracownikiem i sąsiadem zostaje Decio, młody mężczyzna zaręczony ze swoją przybraną siostrą Sonią. Wkrótce Marcos odkrywa, że dziewczyna jest nim zauroczona. Niedawny zabójca w afekcie ma teraz okazję uwieść cudzą narzeczoną.

Linia fabularna Ganga Bruta ma w sobie potencjał i pewnie można było z tego scenariusza zrobić przyzwoity konwencjonalny melodramat. Reżyser Humberto Mauro był jednak eksperymentatorem, którego bardziej interesowała forma historii niż jej treść. Film wypełniony został ciągnącymi się w nieskończoność scenami przechadzania się po ogrodzie, rozmyślań, przypatrywania się sobie. Do tego, wzorując się na teoriach Freuda, Mauro wplótł w film liczne sceny pracujących maszyn i "fallicznych obiektów". Miały one symbolizować narastanie seksualnego napięcia pomiędzy bohaterami, a następnie jego rozładowanie. Byłoby to ciekawe, gdyby stanowiło uzupełnienie historii, ale zamiast tego jest jej osią. Przykładowa "freudowska" sekwencja wygląda tak: maślane oczy -> spawanie przęseł -> uwodzicielska poza -> wbijanie pali za pomocą automatycznego kafara.

To nie koniec eksperymentów. Film jest dziwaczną mozaiką filmu niemego i dźwiękowego. Dłuższe wymiany zdań prowadzone są przy pomocy napisów, przy czym nie streszczają one całości rozmów, a tylko ich ogólny kontekst. Krótsze konwersacje udźwiękowiono. Nawet po połączeniu tych dwóch form przekazu dialogów jest bardzo mało. Film przemawia głównie przydługimi obrazami. Chociaż większość jego symboliki uważam za nieciekawą, podobała mi się po eisensteinowsku zmontowana sekwencja otwierająca film. Najpierw oglądamy fragmenty ceremonii ślubnej, następnie zaś tragicznie zakończone pokładziny. Uwaga kamery skoncentrowana jest na przedmiotach - kościelnych organach, elementach stroju weselnego, łożu. Na twarze Marcosa i jego żony możemy spojrzeć dopiero po jego strasznym czynie. Inną ciekawą sceną (choć zupełnie niezwiązaną z linią fabularną filmu), jest bójka w knajpie, podczas której Marcos spuszcza łomot całej grupie podpitych robotników. W ruch idą najpierw pięści, a następnie noże i pistolety. Szczęśliwie nikt nie ginie. Ponownie należy pochwalić montaż, znakomicie oddający chaos bijatyki.

Pomimo kilku ciekawych elementów, Ganga Bruta absolutnie nie broni się jako całość. Nie dość, że jest nudny, to jego końcowe przesłanie jest dla mnie całkowicie nieczytelne. [Spoiler alert!] Facet morduje żonę i uchodzi mu to na sucho. Chociaż czasem ma nawroty wspomnień z tamtej nocy, wydaje się niezbyt poruszony całą sytuacją. A następnie odbija narzeczoną współpracownikowi, zabija go (tym razem niechcący) podczas bójki i żyje z nową kobietą długo i szczęśliwie. O co tu chodziło? Powiem otwarcie, cała ta historia jest dla mnie absurdalna w niedobrym tego słowa znaczeniu. Zdecydowanie nie polecam tego "arcydzieła". Wystawiam mu 4 gwiazdki.

źródło grafiki - www.imdb.com

wtorek, 5 lutego 2019

Bohaterowie na sprzedaż/Heroes for Sale (1933)

Film o uczciwym Amerykaninie

Reżyseria: William A. Wellmann
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 11 min.

Występują: Richard Barthelmess, Aline MacMahon, Loretta Young, Gordon Westcott, Robert Barrat

Kontynuując przegląd kina powstałego pod wpływem Wielkiego Kryzysu, obejrzałem film Williama Wellmana zatytułowany Bohaterowie na sprzedaż. Podczas gdy omawiany wczoraj Jak w siódmym niebie miał charakter "okruchów życia" i skupiał się na punkcie kulminacyjnym społecznej zapaści, dzieło Wellmana to fikcyjna biografia. Główną postacią jest weteran I Wojny Światowej, który podobnie jak James Allen z Jestem zbiegiem został pognębiony i odrzucony przez społeczeństwo. Bohaterowie na sprzedaż stawiają sobie za cel umoralnianie widza. Podczas gdy Allen był zgnębioną ofiarą systemu, grany przez Richarda Barthelmessa Thomas Holmes jest prawdziwym wzorem do naśladowania, zachowującym osobistą godność i niezłomną postawę nawet w najgorszych chwilach. Dzięki aktywnej postawie i osobistym wyrzeczeniom rzeczywiście udaje mu się poprawić los innych. Zaangażowana politycznie wytwórnia Warner Bros wykonała tu delikatny ukłon w stronę prezydenta Roosevelta, który w czasach premiery filmu właśnie uruchamiał swój New Deal - słynny program reform antykryzysowych.

Zanim film dociera do lat Wielkiego Kryzysu, dzieje się w nim bardzo wiele. Poznajemy Thomasa Holmesa około roku 1918, kiedy jest żołnierzem na froncie niemiecko-francuskim. Wysłany na misję zwiadowczą, zostaje ranny i dostaje się do niewoli. Podczas gdy jego przyjaciel Roger zbiera niezasłużone honory za wykonanie zadania, Holmes zostaje prowizorycznie poskładany do kupy przez niemieckich lekarzy. Po zakończeniu wojny wraca do kraju i niebawem zostaje zatrudniony w banku. Niestety boryka się z uzależnieniem od morfiny, którą przyjmował jako środek przeciwbólowy. Kiedy jego nałóg wychodzi na jaw, bohater wylatuje z pracy i trafia na przymusowe leczenie odwykowe. Po wyjściu ze szpitala Thomas próbuje odbudować swoje życie. Przeprowadza się do Chicago, gdzie wynajmuje tani apartament. Wkrótce zatrudnia się jako kierowca w pralni i rozpoczyna związek z mieszkającą po sąsiedzku Ruth. Dzięki swej sumienności i pomysłowości zaczyna odnosić sukcesy w pracy. Wygląda na to, że los w końcu się uśmiechnął do pechowego weterana. Na horyzoncie pojawia się jednak kryzys gospodarczy, który wystawi go na potężną próbę.

Co by o Bohaterach na sprzedaż nie mówić, historia Thomasa Holmesa jest wciągająca i ciekawa. Wzorowo zagrany przez Barthelmessa, jest facetem naprawdę nieoszczędzanym przez życie. Na jego przykładzie możemy śledzić losy przeciętnego Amerykanina z lat dwudziestych. Brak perspektyw po powrocie z wojny i bezduszność otoczenia w obliczu jego problemów zdrowotnych. Powolny powrót do normalności i stopniowe dorabianie się. Rozmaite perspektywy zbicia majątku, z których Holmes zawsze stara się wybierać te najuczciwsze. W końcówce filmu obserwujemy natomiast mroczne oblicze kryzysu gospodarczego - spekulacje finansowe, upadek zakładów pracy, zamieszki, sądy kapturowe. Holmes znajduje się w samym środku tych zawirowań i do końca pozostaje wierny swoim zasadom, czym zdecydowanie wyróżnia się z otoczenia.

Głównemu bohaterowi towarzyszą ciekawe postacie drugoplanowe. Jedną z nich jest grana przez Aline MacMahon gospodyni potajemnie zakochana w Thomasie. Jak zwykle w przypadku kreacji tej aktorki mamy do czynienia z kobietą o silnym charakterze i specyficznym poczuciu humoru. Najbardziej jednak podobał mi się sąsiad Thomasa Max Brinker - mówiący z chropowatym niemieckim akcentem wynalazca, który początkowo jest zagorzałym komunistą, kiedy jednak wzbogaca się dzięki dochodom z patentów, staje się równie zapiekłym kapitalistycznym krwiopijcą. Oglądanie jego przemiany było zabawne. Postać ta zapewnia również odpowiedni kontrast dla trwającego przy swoich zasadach głównego bohatera.

Bohaterowie na sprzedaż to film interesujący, ma jednak pewne dość drażniące wady. William Wellman za bardzo stara się moralizować. Niektóre monologi wygłaszane przez głównego bohatera, a także protestujących robotników, brzmią strasznie sztucznie, niczym deklamacje ideowe, a nie wypowiedzi wzburzonych ludzi. Również reżyseria scen grupowych jest trochę nienaturalna - zamieszki wyglądają raczej jak taniec, w którym poszczególne walczące grupki usuwają się, żeby zrobić miejsce kamerze lub wyłaniającym się z tyłu innym postaciom. Zdecydowanie można to było zrobić lepiej. Po raz kolejny nie przekonuje mnie także młodziutka Loretta Young grająca żonę Thomasa. Być może nabierze jeszcze doświadczenia. Na razie jej głównym walorem jest ładna buzia, natomiast w ekspresji aktorskiej bardzo dużo jej brakuje choćby do świetnej Aline MacMahon.

Chociaż Bohaterowie na sprzedaż nie do końca mnie przekonali, muszę przyznać, że była to  interesująca przygoda. Film przedstawił w bardzo przystępny sposób kawał historii społecznej USA, a Richard Barthelmess wydaje się wprost stworzony do ról twardych, bohaterskich protagonistów. Gdyby tylko trochę pohamować ten tani dydaktyzm. Górnolotna prawomyślność w takiej czy innej konwencji będzie stałym elementem hollywoodzkiego stylu. Ale czy nie można było subtelniej, panie Wellmann? A tak, chociaż dobrze się bawiłem, wystawiam tylko 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

poniedziałek, 4 lutego 2019

Jak w siódmym niebie/Man's Castle (1933)

Film o wegetacji

Reżyseria: Frank Borzage
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 6 min.

Występują: Spencer Tracy, Loretta Young, Marjorie Rambeau, Glenda Farrell, Walter Connolly, Arthur Hohl

Po zrealizowanym z dużym rozmachem Pożegnaniu z bronią Frank Borzage postanowił nakręcić bardziej kameralny film. Akcję Jak w siódmym niebie osadził wśród nowojorskich bezdomnych wypchniętych na ulice w efekcie zapaści gospodarczej. W związku z tematyką film budzi pewne skojarzenia z niemym Siódmym niebem, co pewnie zainspirowało pomysłodawcę polskiego tytułu. W odróżnieniu od tamtego obrazu, Jak w siódmym niebie skrywa w sobie niewiele optymizmu. Zamiast działać na rzecz poprawy swego losu, bohaterowie filmu żyją z dnia na dzień, podkreślając wagę cieszenia się tym, co mają. Jest to istotny znak czasów. Amerykę w erze Wielkiego Kryzysu ogarnął ponury mrok.

Film opowiada o romansie Billa i Triny. On jest przebojowym, zaradnym królem życia uwielbiającym spanie pod gołym niebem i parającym się każdym zajęciem, które przyniesie mu trochę grosza. Ona to bezradna sierotka snująca się bez celu po ulicach wielkiego miasta. Bill przyuważa Trinę, kiedy ta karmi gołębie w parku i bierze ją pod swoje skrzydła. Razem zamieszkują w prowizorycznej chacie w "śmieciowym miasteczku", gdzie znalazła schronienie większa grupa bezdomnych. Ich wspólne życie dalekie jest od sielanki nie tylko z powodu nędzy. Billowi trudno się odnaleźć w sytuacji, kiedy ktoś jest od niego zależny. Trina natomiast żyje w ciągłej obawie, że kochanek poczuje w końcu zew nieskrępowanej wolności i ją porzuci.

Jak w siódmym niebie z dzisiejszej perspektywy jest przede wszystkim interesującym obrazkiem rodzajowym. Nowojorczycy wyrzuceni na bruk podczas Wielkiego Kryzysu różnią mocno od dzisiejszego stereotypu bezdomnego. Większość ukazanych w filmie postaci żyje schludnie, czysto, ich nędza jest jeszcze dość świeża. Wystarczy powiedzieć, że pewny siebie Bill skutecznie udaje bogatego dżentelmena, robiąc w konia nawet kierownika luksusowej restauracji. Wśród drugoplanowych bohaterów filmu są wprawdzie postacie o aparycji mętów, ale jest również bardzo porządny bezdomny pastor. O tym, jak rozpaczliwa jest sytuacja tych ludzi, świadczą dopiero ich warunki bytowe. Scenografię miasteczka wysiedlonych przygotowano ze specyficznym rozmachem. Podobnie jak dzisiejsze dzielnice nędzy w  krajach Trzeciego Świata, domostwa nędzarzy skonstruowane są ze wszelkiego rodzaju odpadów i przedmiotów wyrzuconych przez majętniejszych obywateli. Widok takiego squatu w Nowym Jorku jest doprawdy niecodzienny. Jego mieszkańcy, noszący ślady całkiem jeszcze niedawnego dobrostanu, nadają filmowi nastrój niepokoju i niemal beznadziei. Nie sposób w takim świecie planować przyszłości. Można co najwyżej chwytać się prac dorywczych albo wejść na drogę przestępstwa. Co prawda Bill i Trina nie poddają się tak łatwo, ale rozciągające się przed nimi perspektywy są dość wąskie.

Sam romans pomiędzy dwójką głównych bohaterów jest kontrowersyjny jak na standardy moralne lat trzydziestych. Żyją ze sobą bez ślubu, w dodatku Bill przed długi czas traktuje ten związek jako wybitnie przygodny. Trina stosuje sprytny zabieg psychologiczny, zapewniając partnera, że absolutnie nie zamierza go ograniczać, co ma poskromić jego pęd ku wolności. Tutaj przechodzimy do najmocniejszego punktu filmu - bardzo dobrej roli Spencera Tracy. Jego Bill - cwany ulicznik pod maską brutalności ukrywający miękkie serce - jest po prostu świetny. Bill jest rozdarty pomiędzy żyłką awanturnictwa a poczuciem lojalności. Jego odzywki do Triny wskazują na lekko patologiczny charakter ich relacji, nie ulega jednak wątpliwości, że stanowią pewien rodzaj szorstkiej czułości. Jej symbolem staje się przyniesiony kochance kwiat, który zamiast jej wręczyć, wrzuca do talerza z zupą. Najlepszy jest jednak Tracy w scenach, w których jego bohater dowodzi swej zaradności, na przykład wyłudzając posiłek w restauracji lub w niezwykle nietypowy sposób doręczając pewnej pani wezwanie sądowe. To rzeczywiście jest gość, w obecności którego można się czuć bezpiecznym. I choć robi w filmie wiele głupstw, nie ulega wątpliwości, że w głębi skrywa pokłady dobroci. Loretta Young w roli Triny jest od Tracy'ego wyraźnie słabsza. Zarówno fabularnie jak i aktorsko pozostaje w cieniu swego starszego partnera, momentami bezradna i odrobinę bezbarwna.

Jak w siódmym niebie jest przyzwoitym melodramatem przybliżającym ludzkie oblicze Wielkiego Kryzysu. Brakuje mu trochę rozwinięcia wątków pobocznych. Postacie drugoplanowe są ciekawie zarysowane, ale cała akcja skupiona jest na parze głównych bohaterów. Wydaje mi się, że film zyskałby na wydłużeniu go i rozwinięciu pobocza. Co do poziomu filmu, ujmę to tak: Frank Borzage jest reżyserem nierównym, a Jak w siódmym niebie to film oscylujący w okolicach jego średniego poziomu. Jednym słowem do obejrzenia głównie dla fanów melodramatów. Wystawiam 7 gwiazdek.

źródło grafiki - www.imdb.com

niedziela, 3 lutego 2019

Kawalkada/Cavalcade (1933)

Film o różnych bardzo ważnych wydarzeniach

Reżyseria: Frank Lloyd
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 52 min.

Występują: Diana Wynyard, Clive Brook, Una O'Connor, Herbert Mundin

Z mojego wygodnego fotela recenzenta niejednokrotnie już krytykowałem laureatów nagród Akademii Filmowej. O ile najczęściej statuetką Oscara wyróżniano filmy istotnie nietuzinkowe, niektóre z decyzji włodarzy Akademii były co najmniej dziwaczne. Do najbardziej niesławnych (oczywiście w mojej prywatnej opinii) należały Oscar dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej przyznany Mary Pickford za rolę w Kokietce oraz nagroda za najlepszy film dla Melodii Broadwayu. Dziś do tego niechlubnego grona dołącza Kawalkada, zdobywca Oscarów za najlepszy film, reżyserię oraz scenografię. Jest to obraz niezwykle ambitny. Zamysłem twórców było przybliżenie widzom trzydziestu lat dziejów Wielkiej Brytanii na tle losów dwóch londyńskich rodzin. Nie sposób zaprzeczyć, że Kawalkada została przygotowana profesjonalnie i z rozmachem. Jednocześnie jest tak nudna, że po prostu nie da się jej oglądać.

Film opowiada o losach państwa Marryotów, bogatego londyńskiego małżeństwa z dwójką dzieci oraz rodziny Bridgesów, którzy na początku filmu pracują u nich jako służący. Akcja rozpoczyna się w Sylwestra roku 1899. Robert Marryot i Alfred Bridges przygotowują się do wyruszenia do Afryki Południowej, żeby wziąć udział w wojnie burskiej. W kolejnych scenach obserwujemy ich dalsze losy, a także dorastanie i życie miłosne młodszego pokolenia Marryotów i Bridgesów, podczas gdy w tle dzieje się historia. Umiera królowa Wiktoria, Louis Bleriot przelatuje nad Kanałem La Manche, Titanic tonie podczas swojego pierwszego rejsu, wybucha I Wojna Światowa.

Wydawać by się mogło, że film nawiązujący do tak wielu wydarzeń historycznych powinien być interesujący. Tymczasem Kawalkada jest równie ciekawa jak przeglądanie kalendarium z datami. Jak przedstawiona jest wojna w Afryce? Bohaterowie wypływają do Kapsztadu, ich żony spoglądają na mapę i niepokoją się o ich powrót. W następnej scenie mężowie wracają cali i zdrowi. Królowa Wiktoria umiera? Bohaterowie rozmawiają o tym. Są smutni. Titanic? Bohaterowie rozmawiają na jego pokładzie. Później dowiadujemy się, że tam zginęli. Wielka Wojna? To głównie przepustki, podczas których bohaterowie wracają do domu i rozmawiają o wojnie. Taki jest cały film.

Odhaczanie kolejnych faktów byłoby jeszcze do przyjęcia, gdyby wątki związane z bohaterami filmu były ciekawe. Nie są. Kolejne sceny przedstawiające wyrywki z ich życia nie zostały ze sobą powiązane. Ot, sprawdzamy, co się u nich dzieje w roku 1902. A potem w 1908. A może w 1912? 1915? Nie ma sprawy. W każdym z tych lat coś robili. Tak jak każde z nas w każdym roku swego życia. Pasjonujące. A najgorsze jest, że oni cały czas gadają. W Kawalkadzie nie ma prawie żadnej akcji. Postacie opowiadają o tym, co ich spotkało i o swoich planach na przyszłość. Owszem, są ładne przebitki na jakieś parady, defilady, kilka scen wojennych zmagań i bombardowań. Ale bohaterowie filmu w tych scenach nie uczestniczą. Ukoronowaniem tej konwencji jest rozmowa na Titanicu. Chłopak i dziewczyna siedzą przy barierce, za plecami mając morze. Snują plany na przyszłość. Są szczęśliwi. W końcu wstają i wychodzą z kadru, odsłaniając koło ratunkowe z napisem Titanic. W kolejnej scenie przeskakujemy kilka lat do przodu. Ktoś wspomina, że piękni dwudziestoletni utonęli. I przechodzimy do następnego faktu historycznego z listy. Po tej scenie straciłem nadzieję, że w filmie wydarzy się cokolwiek ciekawego.

Kawalkada to całkowita filmowa porażka. Ambitny projekt, który został położony przez zupełnie chybioną koncepcję narracyjną. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się, co ważnego wydarzyło się w ciągu pierwszych trzydziestu lat XX wieku, lepiej poczytajcie Wikipedię. Zajmie to mniej czasu i łatwiej będzie przeskoczyć do tych wydarzeń, które rzeczywiście was interesują. Oscarowy film nagrodzonego Oscarem za reżyserię Franka Lloyda ode mnie zdobywa honorową statuetkę za najnudniejszy obraz, jaki do tej pory recenzowałem. I pierwszy, na którym nie dotrwałem do finału. Przyznaję się, bez żalu wyłączyłem telewizor, kiedy do końca zostało około dwudziestu minut. Być może przegapiłem przez to jakieś ukryte walory. Może końcówka filmu po prostu miażdży i wgniata w fotel. Ja jednak się o tym nie przekonam i czytelnikom także odradzam. Kawalkada otrzymuje ode mnie 4 gwiazdki.

źródło grafiki - www.imdb.com

sobota, 2 lutego 2019

Chronometry - nagrody blogowe (rok 1932)

Filmowy rok 1932 to prawie całkowita dominacja produkcji rodem z Hollywood. Kino europejskie w niewielkim tylko stopniu zaznaczyło swoją obecność. Trafił się też (po raz pierwszy w zestawieniu) jeden rodzynek z Japonii. Jeżeli chodzi o samą Fabrykę Snów, królowały w niej głównie gatunki i kierunki zapoczątkowane w latach poprzednich. Ważnym wydarzeniem był wysyp horrorów, w tym kilka cechujących się wysoką jakością fabularną oraz realizacyjną. Coraz wyraźniejsza była w kinie amerykańskim obecność cenzury. Wiele filmów nosi ślady interwencji w postaci wyciętych lub ugładzonych fragmentów. Tendencja ta w kolejnych latach jeszcze przybierze na sile.


Jeżeli chodzi o gwiazdy, istotnym wydarzeniem było pojawienie się na ekranie chyba pierwszego aktora metodycznego w osobie Paula Muniego. Swoją obecność zaznaczyli też, na razie dość nieśmiało, Charles Laughton i Clark Gable. Wśród aktorek Miriam Hopkins poważnie zagroziła Marlene Dietrich w rywalizacji o tytuł królowej Hollywood. Nowych twarzy kobiecych na razie brak, poza szorstką i nietypową Aline MacMahon.


Średnia ocen na blogu osiągnęła wartość 7,21, co jest wynikiem niezbyt dobrym, zwłaszcza w kontekście znakomitych lat 1930 i 1931. Świat filmu przystanął, by odetchnąć lub dopadł go Wielki Kryzys. Również wśród Chronometrów brak znaczących zmian. Jest kontynuacja tego, co było wcześniej. Mimo wszystko sporo się znalazło w roku 1932 filmów i postaci godnych wyróżnienia. Przejdźmy do nagród.

Najlepsza muzyka

Nominowani:
Leo F. Forbstein - Droga bez powrotu - za klimatyczne rytmy umilające romantyczną podróż bohaterów.
W. Franke Harling, John Leipold, Paul Marquardt i Oscar Potoker - Blond Wenus - za stworzenie niezwykle różnorodnego tła opowieści, na czele z niezapomnianym Hot Voodoo.
W. Franke Harling i Leo Robin - Złote sidła - za aktywne uczestnictwo muzyki w narracji.
W. Franke Harling, Oscar Straus, Rudolph G. Kopp i John Leipold - Godzina z tobą - za różnorodną i dowcipną ścieżkę dźwiękową.
John Leipold - Końskie pióra - za satyryczne utwory dobrze współgrające z ciętym humorem Marxów.
Wolfgang Zeller - Wampir - za mroczną i niepokojącą oprawę do mrocznego i niepokojącego filmu.

W kategorii muzycznej po raz pierwszy pojawiają się kompozytorzy, którzy jeszcze wielokrotnie zapiszą się w historii muzyki filmowej złotymi zgłoskami. Mowa o Leo Forbsteinie, Johnie Leipoldzie i W. Franke Hardingu. To muzycy eklektyczni, równie chętnie sięgający po klasykę, jazz i muzykę "współczesną". Wyjątkowo przyjemnie słuchało się muzyki, do której dołożyli swoją cegiełkę. Zwycięzcami zostali dwaj z nich, w towarzystwie jeszcze dwóch kompozytorów. Srebrny Chronometr otrzymują W. Franke Harling, John Leipold, Paul Marquardt i Oscar Potoker za muzykę do Blond Wenus. Stworzyli kompozycje bardzo różnorodne, wszędobylskie i, co ważniejsze, zapadające w pamięć.

Najlepsza kinematografia
(kategoria obejmuje zdjęcia, montaż i efekty specjalne)

Nominowani:
Lee Garmes i L.W. O'Connell - Człowiek z blizną - za wielką pomysłowość w prezentacji strzelanin, egzekucji i innych mrocznych momentów.
Lee Garmes i James Wong Howe - Szanghaj Ekspres - za oryginalne i niezapomniane zdjęcia we wnętrzu pociągu. W tym za pamiętną Marlene Dietrich trzymającą twarz w dłoniach.
Bert Glennon - Blond Wenus - za bogactwo interesujących ujęć z umiejętnym wykorzystaniem rekwizytów.
Charles Lang - Pożegnanie z bronią - za wnikliwe spojrzenia kamery z perspektywy bohaterów filmu.
Rudolph Mate - Wampir - za niezwykle pomysłowe kompozycje wizualne (szczególnie śmierć złoczyńcy pod tonami mąki).
Sol Polito - Jestem zbiegiem - za sceny grupowe z życia więźniów.

Tym razem w zestawieniu kinematograficznym znaleźli się wyłącznie operatorzy i prawie wyłącznie przedstawiciele Hollywood. Wyjątkiem jest Rudolph Mate, który w niemieckim Wampirze puścił wodze fantazji kompozycyjnej. Fabryka Snów na dobre rozpoczęła eksperymentowanie z ustawieniami kamery i układem planów zdjęciowych. Ciekawe pomysły mieli Charles Lang w Pożegnaniu z bronią, Sol Polito w Jestem zbiegiem i Bert Blennon w Blond Wenus. Srebrny Chronometr otrzymują Lee Garmes i James Wong Howe za Szanghaj Ekspres, który zawiera wielką różnorodność ujęć wykorzystujących wnętrza luksusowego pociągu i posągową gwiazdę filmu.

Najlepsza scenografia
(kategoria obejmuje również kostiumy)

Nominowani:
Travis Banton - Blond Wenus - za kostiumy głównej bohaterki i tancerzy, szczególnie te wykorzystane w numerze z gorylem.
Hans Dreier - Szanghaj Ekspres - za nietuzinkowe wnętrza ekspresu oraz fantazyjne stroje postaci kobiecych.
Hans Dreier - Wyspa Doktora Moreau - za tropikalną fortecę doktora Moreau oraz oryginalną charakteryzację jego tworów.
Cedric Gibbons - Uśmiech szczęścia - za umiejętne dostosowanie scenografii do odmiennych epok historycznych.
Cedric Gibbons - Ludzie w hotelu - za ociekające oryginalnym luksusem wnętrza hotelu na czele z okrągłym holem.
Willy Pogany - Mumia - za klimatyczne rekwizyty związane z "egiptomanią".

Dwa z wyróżnionych filmów to horrory cechujące się wymyślnymi dekoracjami i rekwizytornią. Pozostałe preferują bardziej klasyczne plany zdjęciowe, za to dopracowane do perfekcji. Królem scenografii był w roku 1932 Hans Dreier, który wyróżnił się w jednym i drugim typie filmu. Srebrny Chronometr otrzymuje za Szanghaj Ekspres, w którym ważną rolę odgrywają fantastyczne kostiumy gwiazdy filmu, a tytułowy pociąg został pomysłowo zaprojektowany jako miejsce akcji.

Najlepszy scenariusz
Nominowani:
William A. Drake - Ludzie w hotelu - za wielowątkową i świetnie skomponowaną opowieść.
Howard J. Green i Brown Holmes - Jestem zbiegiem - za poruszającą historię człowieka zniszczonego przez system.
Yasujiro Ozu - Urodziłem się, ale... - za oryginalną fabułę o pierwszej konfrontacji dziecięcego autorytetu z rzeczywistością.
S.J. Perelman, Bert Kalmar, Harry Ruby i Will B. Johnstone - Końskie pióra - za wspięcie się na wyżyny absurdu i ciętej satyry.
Samson Raphaelson i Grover Jones - Złote sidła - za przewrotną i pełną autoironii historię o oszustach.
Jean Renoir - Boudu z wód wyratowany - za nietypową filozoficzną opowiastkę z elementami złośliwego humoru.

Kategoria fabularna jest w tym roku wyjątkowo mocna. Każdy z wyróżnionych filmów to fascynująca i jedyna w swoim rodzaju opowieść. Są tu komedie (jedna absurdalna, druga romantyczna, trzecia filozoficzna), dramat psychologiczny, dramat społeczny oraz... skomplikowany film obyczajowy, w którym historie poszczególnych bohaterów splatają się w efektowną opowieść. Srebrny Chronometr otrzymuje William A. Drake za scenariusz do Ludzi w hotelu, filmu, który dał początek wielowątkowym superprodukcjom.

Najlepsza aktorka drugoplanowa

Nominowane:
Mary Astor - Kaprys platynowej blondynki - za dobrą chemię z Clarkiem Gable i wyrazistą przeciwwagę dla Jean Harlow.
Aline MacMahon - Papuga - za doskonałą rolę sardonicznej sekretarki.
Anna May Wong - Szanghaj Ekspres - za minimalistyczną kreację małomównej towarzyszki głównej bohaterki.

Wybór wśród aktorek drugoplanowych nie był zbyt duży. Wyróżniłem tylko trzy role, ale za to każda z nich jest znakomita. Mary Astor zagrała grzeczną postać pozostającą nieco w cieniu seksbomby Harlow, ale absolutnie nie dała się stłamsić. Anna May Wong dzielnie sekundowała Marlenie Dietrich w walce z męskimi szowinistami. Aline MacMahon jako lojalna sekretarka w Papudze tak świetnie dogryzała swemu szefowi, że w pełni zasłużyła Srebrny Chronometr.

Najlepszy aktor drugoplanowy

Nominowani:
Edward Ellis - Jestem zbiegiem - za dobre wsparcie Paula Muni w scenach obozowych.
Warner Oland - Szanghaj Ekspres - za drugiego najbardziej interesującego z ciekawej gromady pasażerów ekspresu.
Lowell Sherman - What Price Hollywood? - za przejmujący portret człowieka borykającego się z depresją.
Lewis Stone - Ludzie w hotelu - za stale obecną w tle postać obserwatora i doradcy.

Spośród wyróżnionych męskich ról drugoplanowych dwie (Ellis i Stone) były przede wszystkim wyrazistym uzupełnieniem ról głównych. Warner Oland miał sporo roboty jako główny wichrzyciel w Szanghaj Ekspresie, i wykonywał ją bardzo kompetentnie. Srebrny Chronometr otrzymuje Lowell Sherman za rolę w What Price Hollywood? Jego nękany depresją bohater jest, paradoksalnie, najjaśniejszym punktem raczej przeciętnego filmu.

Najlepsza aktorka

Nominowane:
Joan Crawford - Ludzie w hotelu - za ciekawą, bardzo ludzką rolę dziewczyny pozbawionej złudzeń.
Marlene Dietrich - Szanghaj Ekspres - za wyrazistą, ale znacznie bardziej refleksyjną i wyważoną kreację niż jej poprzednie role.

Kay Francis - Droga bez powrotu - za delikatność i wdzięk trzciny, która ma zostać złamana na wietrze.
Jean Harlow - Kaprys platynowej blondynki - za połączenie aparycji seksbomby z przekonującym aktorstwem.
Helen Hayes - Pożegnanie z bronią - za melancholijną zadumę i piękne oczy.
Miriam Hopkins - Złote sidła - za kreację oszustki stwarzającej w trakcie filmu w rozliczne wyraziste osobowości.

To był bardzo dobry rok dla wielkich nazwisk. Crawford, Hayes, Harlow, Francis. Każda z nich udowodniła swoją rolą, że rzeczywiście zasługuje na status gwiazdy. Dwie spośród nominantek wybijają się jednak wyraźnie ponad resztę. Moje uwielbienie dla Marlene Dietrich to fakt już znany, a w roku 1932 po raz kolejny pokazała, na co ją stać. Srebrny Chronometr trafia jednak do Miriam Hopkins za rolę w Złotych sidłach. Filigranowa aktorka wcieliła się w postać oszustki, która przybiera na ekranie odmienne maski w zależności od potrzeb. A jednak pod tymi kreacjami zdołała przemycić wyrazisty prawdziwy charakter swojej bohaterki. To po prostu rola wybitna.


Najlepszy aktor

Nominowani:
Lionel Barrymore - Ludzie w hotelu - za ukrytą głębię człowieka bez właściwości.
Wallace Beery - Ludzie w hotelu - za ostrego, bezlitosnego sukinsyna finansjery.
Clark Gable - Kaprys platynowej blondynki - za urok wrażliwego barbarzyńcy.
Charles Laughton - Wyspa doktora Moreau - za  wyrazisty portret megalomana i szaleńca.
Paul Muni - Człowiek z blizną - za przytłaczającą kreację opryszka, który zmienia się w obłąkanego demona zniszczenia.
Paul Muni - Jestem zbiegiem - za przejmującą rolę więźnia, któremu po kawałeczku jest odbierana wszelka nadzieja.
Michel Simon - Boudu z wód wyratowany - za absolutnie szaloną kreację bezdomnego "człowieka natury".

Jak zwykle wybór najlepszego aktora był bardzo trudny. O swojej obecności nie dali zapomnieć tacy weterani jak Wallace Beery i Lionel Barrymore. Ciekawą rolę zaliczył "inny niż wszyscy" Szwajcar Michel Simon. Przede wszystkim jednak błyszczeli nowicjusze. Clark Gable i Charles Laughton dali niezły przedsmak swoich rozpoczynających się właśnie wielkich karier. Lepszy od nich był Paul Muni, który głębią postaci i drobiazgowym przygotowaniem przerósł wszystkich konkurentów. Srebrny Chronometr otrzymuje za Jestem zbiegiem, bardziej złożoną i zniuansowaną z jego dwóch wybitnych ról. 

Najlepszy reżyser

Nominowani:
Frank Borzage - Pożegnanie z bronią - za empatyczną prezentację egoizmu bohaterów.
Howard Hawks - Człowiek z blizną - za kontrowersyjny lecz udany pomysł opowiadania historii poprzez kolejne sceny zabójstw.
Mervyn LeRoy - Jestem zbiegiem - za inteligentny styl narracji, który powoduje mimowolną identyfikację z losem bohatera.
Ernst Lubitsch - Przerwana kołysanka - za ciekawe eksperymenty narracyjne w nietypowym dla tego reżysera stylu.
Josef von Sternberg - Szanghaj Ekspres - za stworzenie niesamowitego nastroju w pędzącym przez Chiny pociągu europejskich okupantów.

Za reżyserię nominowani zostali twórcy, którzy już wcześniej wyróżniali się pomysłowością i zbierali za to laury. Takie postacie jak Frank Borzage, Ernst Lubitsch czy Josef von Sternberg to ścisła hollywoodzka czołówka. Do tego grona doszlusowało dwóch nieco mniej doświadczonych reżyserów, z których każdy miał akurat szczęście współpracować ze znakomitym Paulem Muni. Howard Hawks przeprowadził w Człowieku z blizną szalony eksperyment pełen brutalności i przemocy. Mervyn LeRoy opowiedział w Jestem zbiegiem historię bardziej wyważoną, lecz nie mniej wstrząsającą. Dzięki inteligentnym zabiegom reżyserskim osiągnął rewelacyjne efekty w utożsamieniu widza z tragicznym bohaterem filmu.


Najlepszy film

Nominowani:
Boudu z wód wyratowany - za filmową powiastkę filozoficzną z ukrytymi pokładami głębi.
Człowiek z blizną - za wzorcowy obraz brutalnego kina gangsterskiego.
Jestem zbiegiem - za wstrząsającą historię, która przyczyniła się do zmiany społecznej.
Ludzie w hotelu - za pierwszy w historii kina film z obsadą złożoną wyłącznie z gwiazd. W dodatku znakomity.
Szanghaj Ekspres - za kolejny krok w filmowej emancypacji kobiet.

Za wyjątkiem osobnego Boudou z wód wyratowanego, nominowane filmy nie stanowią jakiegoś przełomu, będąc raczej efektem stopniowej ewolucji sztuki filmowej. Każdy z nich wzniósł się na wysoki poziom, dopracowując i modyfikując wcześniejsze dokonania innych. Najlepiej wyszło to w Człowieku z blizną, filmie brutalnym i przerażającym, a jednocześnie zdumiewającym złożonością środków przekazu. Wpływy tego kamienia milowego kina gangsterskiego widoczne są do dnia dzisiejszego.

czwartek, 31 stycznia 2019

Ulica szaleństw/42nd Street (1933)

Film o ludziach spoconych w pogoni za sławą

Reżyseria: Lloyd Bacon i Busby Berkeley
Kraj: USA
Czas trwania: 1 h 29 min.

Występują: Warner Baxter, Bebe Daniels, Una Merkel, Ginger Rogers, George Brent, Ruby Keeler, Guy Kibbee

Ulica szaleństw wedle rozmaitych rankingów i podsumowań jest modelowym przykładem tak zwanego backstage musicalu, czyli podgatunku filmowego opowiadającego o kulisach powstawania spektaklu muzycznego. Nie jest to pierwszy tego typu film na Chronofilmotece. Jakiś czas temu zagościły tu Melodia Broadwayu i Aplauz. Oba zresztą mocno zawiodły moje oczekiwania. Po Ulicy szaleństw spodziewałem się odwrócenia tej tendencji. Film ten nie tylko był nominowany do Oscara (i to w głównej kategorii), ale w dodatku za choreografię odpowiadał w nim legendarny Busby Berkeley, mistrz skomplikowanych układów tanecznych. I numery muzyczne rzeczywiście są najwyższej próby. Część fabularna natomiast to wielkie rozczarowanie. Najwyraźniej backstage musical nie jest gatunkiem dla mnie.

Akcja filmu rozgrywa się na Broadwayu i opowiada o przygotowaniu spektaklu muzycznego zatytułowanego Pretty Lady. Mamy okazję oglądać zakulisowe gierki producentów, którzy wykorzystują swoją pozycję, by zdobywać względy młodych, pięknych tancerek. Reżyserem spektaklu zostaje choleryczny Julian Marsh, którego niecodzienne metody mogą równie dobrze doprowadzić do sukcesu przedstawienia, jak położyć całe przedsięwzięcie. Śledzimy również poczynania młodej i niedoświadczonej tancerki Peggy Sawyer. Przysłowiowa szara myszka, która początkowo spotyka się z niechęcią reżysera, swą wytrwałością stopniowo zdobywa zaufanie ekipy. Kiedy dzień przed premierą główna gwiazda musicalu skręca nogę, Peggy otrzymuje szansę zastąpienia jej.

Przykro mi to pisać, ale nie dostrzegłem w fabule Ulicy szaleństw niczego ciekawego. Lloyd Bacon stawał na głowie, żeby jak najobszerniej przybliżyć widzom oślizgły i bezwzględny świat Broadwayu, pytanie brzmi jednak, po co? Co interesującego jest w podstarzałych bogaczach, którzy za pieniądze kupują wdzięki artystek? I w przebiegłych dziewczynach, które lawirują między tymi spoconymi mężczyznami, pnąc się po szczeblach kariery? Reżyser spektaklu jest osobnym typem maniaka, który motywuje swój zespół, wrzeszcząc na niego bez ustanku i domagając się, żeby wszyscy grali i tańczyli coraz szybciej. Jego pomysł na przeszkolenie Peggy to pięć godzin ciągłego treningu na sześć godzin przed premierą. W tym stepowanie. Dobrze, że to przeżyła. Na uboczu rozgrywają się jeszcze jakieś kompletnie nieciekawe wątki romansowe pomiędzy artystami. Ktoś traci przytomność z wyczerpania, co absolutnie nikogo nie obchodzi. Ktoś dostaje w gębę... Wszystkie te sceny wzbudziły we mnie dokładnie zero emocji. Poprawnie zagrane, bez zarzutu nakręcone, stanowią pozbawiony treści wypełniacz trwający przeszło godzinę.

W końcu nadchodzi końcowe dwadzieścia minut i w fotelu reżyserskim zasiada Busby Berkeley. Pod jego nadzorem aktorzy prezentują trzy numery. Są one bardzo dobrze przygotowane, z ciekawymi dekoracjami (na przykład platformy imitujące wnętrze pociągu), dużą liczbą tancerzy i fantazyjnymi układami wykorzystującymi konstrukcje geometryczne. Teksty są dowcipne, o lekkim zabarwieniu erotycznym. Spektakl Pretty Lady robi znakomite wrażenie, a jednocześnie nie ma najmniejszej wątpliwości, że reżyser-idiota, jakim jest Julian Marsh, nie zdołałby czegoś takiego przygotować. Berkeley musiał być zupełnie innym typem artysty niż jego filmowe alter ego.

Ulica szaleństw jest filmem złożonym z dwóch wyraźnie odrębnych części. Ponad godzina nudnych i nieciekawych perypetii za kulisami zostaje wynagrodzona finałem na bardzo wysokim poziomie. Jeśli ktoś jest ciekawy talentu Berkeleya, końcowe numery będą dobrą próbką. Wszystko, co jest wcześniej, można sobie śmiało darować. Zwłaszcza że związku fabuły z utworami muzycznymi nie stwierdzono. Wystawiam 6 gwiazdek, wyłącznie ze względu na bardzo dobrą końcówkę. Jestem mocno zawiedziony tym "wzorcowym" musicalem.

źródło grafiki - www.imdb.com